marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Lipiec 30th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 9

            - Oto obiecane panu przez doktora Piao pieniądze na bilet! – gruby plik banknotów wręcza mi ambasador, a ja, nie dziękując (nie ma czasu), gonię do terminalu. Tam odnajduję prędko kasy, przy jednej z nich, obiecawszy kasjerce 5 % premii za ekspresowe tempo przeprowadzenia transakcji, wykupuję bilet, bezproblemowo przechodzę kontrolę paszportową i w ostatniej chwili, na moment przed odstawieniem schodków, zdążam zaokrętować się na interesujący mnie powietrzny statek! Jestem zdyszany biegiem, prawie nie czuję też nóg. Toteż, gdy stewardessa zwraca się do mnie z uprzejmą prośbą okazania biletu, choć wraz z paszportem trzymam go nadal w prawej dłoni, lewą – zaczynam grzebać w kieszeni jesionki, na co ona reaguje słowami:

            – Doprawdy nie pojmuję, jak, będąc podobnie roztargnionym, zamierza pan sobie radzić w dalekiej Afryce. Ale to już nie moja sprawa. Przepraszam pana za ten mimowolny przypływ szczerości.

            Widzę teraz, jak czasami szczerość bywa zabójcza. Zwykle, należy to przecież do istoty mojego wręcz światopoglądu, do szczerości namawiam, tłumacząc, że bez niej niemożliwe jest uchwycenie prawd o naszej ludzkiej kondycji, brak świadomości których powoduje, że tak błądzimy. Teraz szczerością dziewczyny w mundurku jestem wprost zdruzgotany. Szczerość jednak niech będzie tam sobie nawet zabójcza. Bez złych stron życia niedostrzegalne byłyby jego strony dobre. Nie mając z czym kontrastować, byłyby niewidoczne. Zupełnie jak przezroczystość meduzy, różnej wszak od przezroczystości wody, które to różne rodzaje przezroczystości doskwierają też nam, wstydzącym się przyznać do rzeczy nam tylko wiadomych. Stewardessa, zerknąwszy na mój bilet, wskazuje mi jeden z dość wielu wolnych tutaj foteli; dziwię się, jak tej firmie przewozowej może się opłacać robić lot na tak długiej trasie bez kompletu pasażerów. Siadam, zrzuciwszy tylko z grzbietu jesionkę i zawiesiwszy ją na haczyku przy owalnym oknie tego powietrznego autobusu.

            Zamiatania pełnych różnorakiego śmiecia ulic – zwisającymi do samej ziemi, długimi brodami. Operowania oczu niedowidzącym, z powodu zaczytywania się ich modnymi wśród tresowanego ptactwa horrorami, sokołom. Starzejący się zwolennik wiecznej młodości usiłuje zmarszczki, dorysowywane mu na twarzy przez nie pozostający bez związku z upływem czasu przyrost doświadczeń, wymazywać gumką, dobrą przecież jedynie do eliminacji śladów po ołówku. Żaden z porywczych tyranów nie spowodował jeszcze, by wzmiankowany zwolennik zachwiał się w swoim postanowieniu. Choć wieczna młodość to nie jest zapewne sprawa kosmetyki, próbuje nadal przez zachowanie młodej zewnętrzności przywoływać młodość głębin wnętrza.

            Podczas startu trzeba zapiąć pasy bezpieczeństwa. Dla współczesnych żadna to nowość. Nawet ci, którym szybować w przestworzach nigdy nie było dane, zapinali nieraz pasy bezpieczeństwa przy okazji samochodowych wędrówek. Przechylam oparcie fotela do tyłu i próbuję zasnąć. Bo i może wiele dzisiaj nie przeszedłem, ale i tym, co przeszedłem, jestem zmęczony. Ponadto samo życie jest męczące, choćby nic się nie robiło. Próbuję więc zasnąć, lecz spanie, niechby nawet i to bez jakichś snów, nie przychodzi. Jestem zmęczony, wypadałoby zatem odpocząć, a tu nie można. Fotel, w którym teraz półleżę, jest wygodny, ale i w tym dobrze ukształtowanym wgłębieniu siedzieć mi jakoś niesporo. Co to będzie jednak, gdy bezsenność złapie mnie teraz, kiedy świeżość myśli i ruchów staje się potrzebą najpodstawowszą, na parę dni? Nic nie będzie. Najwyżej nie wykonam zadania. W ostateczności jakieś nie dość mądre zagranie, jakie z niewyspania mogę poczynić, spowoduje, że zostanę zabity. To byłoby już coś, do czego dopuścić nie chciałbym. Cenię swoje życie, bez niego, by tak rzec, nie umiałbym się obyć, dlatego muszę poszukać jakichś środków zaradczych, choćby to miało być trudne jak napisanie grubej powieści w 20 minut. Niż ta, są zresztą pewnie rzeczy trudniejsze; cóż, każdy sięga po przykłady ze swego podwórka. Ze złości, że niestety nic sensownego nie przychodzi mi do głowy, sięgam do kieszeni po papierosy. Prawda, na pokładzie samolotu nie wolno palić. Ale, że do kieszeni sięgnąłem, sprawia, że przypominam sobie o jej istnieniu! Bo tu właśnie jest rozwiązanie! Kieszenie mego surduta są bowiem czarodziejskie: znajduję w nich przedmioty zaskakująco przydatne w naprawdę wielu sytuacjach i, chociaż mój stary surdut należy do ubrań pod względem kroju staroświeckich, co wielu ludzi do mnie zraża, lubię go jak rzadko który z innych moich rupieci. Tak dzieje się i teraz! Wyciągam z tej kiesy przyszytej do ocieplającego tułów okrycia (stąd bowiem i słowo „kieszeń”) maleńką buteleczkę! Krople nasenne, tego mi brakowało! Wynajduję w podłokietniku przyfotelowym dyskretny guzik z napisem „pomoc” i wciskam go palcem. Guzik natychmiast zaczyna świecić. Fajnie, męka zaraz się skończy.

            Napastowania wyschłych, spękanych podłóg – pastą przywracającą im zdrowy połysk – przez napastników zgoła buńczucznych. Robienia sobie jaj (na twardo lub na miękko) z problemów istotnych dla interesów szerokich rzesz społecznych, towarzyskich elit i samotniczych indywidualistów. Denerwowany ciągłymi napadami nieokrzesanych zbójów intelektualista – zapowiada w anonsach prasowych i radiowych, a także telewizyjnych tudzież internetowych, że wybije niechby nawet i całą ludzkość, a zaprowadzi w swoim skromnym gabinecie i okolicach tego, uszczuplonego przez nagromadzenie wszelkiego autoramentu szpargałów pomieszczenia – niezbędny mu do pracy spokój.

            Dobrze, że zrobiłem tę warrację, bo też od razu jest i stewardessa. Proszę ją o kieliszek cukru. To zamówienie przyjmuje już bez większych złośliwości, tylko w jej oczach zauważam coś jakby odcień politowania. Mniejsza z tym, nie będę za byle co się mścił. Ta ładna dziewczyna, do tego fachu innych nie biorą, z potrzebnym mi cukrem w kieliszku wraca zresztą prędko. Biorę, dziękuję, koniec. Teraz nasycam cukier potrzebną ilością kropli, powstałą tym sposobem mieszankę gładko przełykam. Pusty kieliszek odstawiam na blacik pod oknem, można spać. Mam kolegę-poetę, który w jednym ze swych wierszy wyznał: „piekła ja nie przespałem”. Chodziło o wojnę. Że uczestniczył w jej okropieństwach, choć mógłby niby gdzieś się zadekować. Ja jednak teraz właśnie chcę przespać nudę wysiadywania i czekania, aż podróż się skończy. Nikt przy mnie nie siedzi, nie ma więc nawet okazji, by rozmawiać. A zresztą do rozmowy ja teraz się nie nadaję. Chcę zaznać przywracającego rześkość snu, a jutro do rzeczywistości pozaonirycznej będę już nastawiony inaczej. Lepiej. No i sen, jak chciałem, szczęśliwie przychodzi. Witam się z nim jak z dawno niewidzianą żoną: skwapliwie i wylewnie. Chcąc spać, zamykamy oczy, lecz wystarcza to tylko sprawiedliwym, którzy zrobiwszy to, zasypiają natychmiast. Ludzie tacy jak ja, przymuszający się stale do świadomego myślenia lub, wybiwszy się z rytmu, myślący „podskórnie”, muszą wpierw czekać na nadejście obrazujących oniryczną fantazję wizyj. Piszę „wizyj”, a nie „wizji”, gdyż chodzi mi tu o takich mnogość. Nie wiem, czy to prawda, ale podobno gałki oczne, przestawiając się z fazy czuwania na fazę snu, obracają się źrenicami w stronę mózgu, a to już jest zmiana na tyle znaczna, że warto ją odnotować. Doznawszy tych wizyj i poczuwszy przedzaśnięciową słabość, zasypiam. Co mi się śni, o tym nie będę opowiadał. Nie to, że moje sny są niecenzuralne lub nieciekawe, przeciwnie. Są dla mnie po prostu zbyt trudne do opisania. Tak więc coś mi się śni i mogę jedynie powiedzieć, że sen jest lekki i chaotyczny – najprawdopodobniej z rodzaju tych, jakie nie dają organizmowi pełnej regeneracji. Budzi mnie stewardessa. Widzę, że wnętrze samolotu świeci pustkami, jesteśmy tu tylko ja i ona. Coś nie tak! Z jednej strony sen mój lekki, z drugiej – przed lądowaniem sygnał winien budzić tych wszystkich pasażerów, którzy zasnęli, bo w końcu lądowanie to, podobnie jak start, niebezpieczny fragment lotu i trzeba wówczas zapiąć pasy. Chcę jednak wstać, a tu coś ciągnie mnie z powrotem na fotel! Patrzę po sobie: te przeklęte pasy bezpieczeństwa są na mnie zapięte! Nie zapinałem ich teraz. Są zapięte od chwili startu w Schizogrodzie! Niech to pochłonie znienawidzony przez chcącą od dawna integracji z kapitalistycznym Zachodem większość narodu pyryjskiego probezradniecki komunizm! Odpinam pasy, wstaję.

            – Przykro mi, że zmusiłem panią do interwencji – mówię i chcę iść.

            – Proszę nie robić sobie wyrzutów, to moja praca. Ale zechce pan jeszcze zabrać jesionkę. I życzę panu w imieniu naszych Linii udanego pobytu w tutabońskim Adreys.

            Odczepiam jesionkę z haczyka i, skłoniwszy się młodej, przechodzę do wyjścia. A więc znowu nienawistne roztrzepanie! Płynące z przebywania myślami w miejscu innym niż ciało, roztargnienie! Pamiętam jednak przysłowia, zwłaszcza zaś te z nich, których wymowę podzielam. Nie ma złego, coby nie obróciło się na dobre! Zło i dobro wzajemnie się warunkują, są względem siebie komplementarne! Bywa i tak, że zło rodzi zło, a dobro rodzi dobro. Zwykle jednak jak okazujesz arogancję drugiemu, to jemu jest źle, a tobie jest dobrze. Choć też bywa, że sponiewierany się zbuntuje i ci przyłoży. Wtedy tobie będzie źle, a on dozna szczęścia. Same dobre uczucia budzi natomiast akt miłosny. Tym bardziej jednak nie chce się potem umierać. A to, jak na razie, nieuchronne. Z kolei, jak do syta się najesz, to potem bywa, że dochodzi do bólów brzucha. Nie chcę się mądrzyć, bo i widzę, że nie jest to poważna filozofia. Dzisiaj. Mam nadzieję w dalszych partiach idącego tu tekstu – już bez żadnego „ale” umiejętnie wyłożyć me przekonania. Które w dużej mierze są oryginalne. Chyba, że moja ślepota jest większa niż mój krytycyzm, co się zdarza wszystkim, więc nie będę tutaj za nic ręczył, bo nie chcę wyjść na durnia.

            Wychodzę z metalowej rury, a tu jakaż jasność! Jakież ciepło! Aha! W związku z tymi przysłowiami zapomniałem dodać, że spodziewam się teraz obrotu rzeczy w stronę jak najpomyślniejszą. Pamiętamy albowiem (jeszcze z roków dzieciństwa zapewne) pierwsze lekcje mądrości życiowej o prawie zerowego bilansu, zobrazowane dla niepoznaki przez babcię lub dziadka metaforą ludowej niby proweniencji. Raz na wozie, raz pod wozem!Tyle, że istnieje jeszcze coś takiego jak ironia losu. Ale nie przesadzajmy i nie teoretyzujmy. Jesteśmy w stolicy Tutabonu, Adreys; trzeba to odmalować stosownym opisem. Otóż od jasności, jaka tu o tej porze panuje, bolą aż oczy. Sięgam do kieszeń (sięgam do jednej kieszeni, sięgam do wielu kieszeń – niech ktoś mi powie, że to jest nieprawidłowo!) surduta i grzebię w nich, oczekując że zaraz zmaterializują się tam przeciwsłoneczne okulary. Ale jak je założyłbym na oczy, skoro już mam na oczach szkła optyczne? Jestem niestety krótkowidzem, czytelnicy trzech poprzednich tomów moich przygód wiedzą, że z tego próbowałem zrobić po prostu zaletę. Akcent jak najbardziej stylistyczny. Przeklęta ale nieunikniona jedność przeciwstawności wystrychniewa mnie tym razem na przysłowiowego dudka jednak! Gdy zamienię bowiem okulary optyczne na przeciwsłoneczne, nie będzie mi zbyt jasno, ale stanie się wszystko zbyt niewyraźne! Niesprecyzowane! Komu jak komu ale detektywowi wyrazistość obrazu jest niezbędna wszak wprost organicznie! Nic. Na razie ścierpię jakoś ten nadmiar światła, a potem się zobaczy, co będzie można zrobić. Wobec gorąca, jakie panuje w Adreys, nie pozostaje mi nic innego jak nie tylko nie wrzucać na kark jesionki, lecz także zrzucić z grzbietu surdut. Trzymam te pokaźne szczegóły mojej garderoby na przedramieniu lewej ręki. Beton lotniska, po którym stąpam, też jest rozgrzany, czuję to stopami. Zaczynam żałować, że na moją wyprawę do serca Afryki nie wziąłem jakichś lżejszych butów, choćby sandałów. Terminal tutejszy jest większy niż ten w Schizogrodzie a równie nowoczesny; oddano go do użytku pewnie niedawno. Otaczają go wysokie, ale cienia dające tyle co nic, palmy daktylowe lub kokosowe, tutaj nie jestem znawcą. Zmierzam w stronę tego, stojącego szkłem i aluminium, gmachu bezproblemowo, podziwiając po drodze gigantyczne powietrzne statki linii lotniczych wielu krajów, lotniska w Pyrii nie są pewnie tak przeciążone, przynajmniej to znane mi lotnisko schizogrodzkie Okęt. Pyryjczycy o  mieszkańcach Afryki wypowiadają się z pewną nonszalancją, czując nad nimi cywilizacyjną wyższość. O ile wiem, moi obecni rodacy na kształt cywilizacji europejskiej wpłynęli jednak tak mało, że aż wstyd; wszystko, co w Pyrii piękne i zmyślne, pochodzi z importu. Jak tu więc pysznić się czymkolwiek? Afrykańczycy dali światu przynajmniej jazz, muzykę rozrywkową i dobrych sportowców. Przechodzę przez terminal, którego klimatyzacja sprawia mi ulgę wręcz rozkoszną. Jak będzie dalej, o tym nie chcę nawet myśleć. Bo na to, że do tego klimatycznego piekła się przyzwyczaję, nie ma co liczyć, moje zdolności adaptacyjne są bowiem minimalne. Chyba, że bez reszty pochłonie mnie praca, to jedno dawałoby jakąś nadzieję. Przed terminalem – taksówki. Zajmuję miejsce w pierwszej z brzegu.