marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Lipiec 28th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 8

            - Zapraszam, panie Flakononie. I zapewniam, że nie dziwi mnie pośpiech, z jakim usiłował pan do mnie dotrzeć. Sprawa, dla której zaangażował pana doktor Piao, jest z gatunku tych, wobec których wszystkie inne tracą znaczenie.

            Podchodzę do tego eleganckiego Murzyna z wyciągniętą ręką, wymieniamy uścisk.

            – Moje nazwisko Umbaba Tabambu. Pewnie pan dotąd o mnie nie słyszał, za to ja słyszałem o panu. Stąd też znana mi jest pańska skłonność do oryginalnych zachowań. Proszę tędy – z kurtuazją rasowego dyplomaty wskazuje drogę, przepuszczając mnie przodem. Wchodzę do urządzonego z elegancją nieco krzykliwą salonu, gdzie na ścianach rozwieszono, obok dzieł sztuki typowo europejskich, afrykańskie maski tudzież amulety, tradycyjną buszmeńską broń. Na kanapie siedzi, z dzieckiem przy piersi, czarnoskóra piękność. – Pozwól, Ajszedo, że przedstawię ci doskonałego detektywa z Festylii, pana Pluxa.

            Ajszeda, nie wstając, z uprzejmym uśmiechem skłania głowę, na co reaguję bardziej instynktownym niż świadomym odkłonem, ponieważ przypomina mi się coś, o czym na razie nie powiem konkretnie, by nie tracić wątku. Tabambu wskazuje mi krzesło przy ogromnym stole, sam zajmuje drugie.

            – Przed czekającą pana podróżą raczy pan wychylić z nami po szklaneczce herbaty.

            – Chętnie – mówię. – Trzęsąc się ze strachu przed psami, które pański pracownik napuścił na mnie, spociłem się. Dobrze więc będzie uzupełnić teraz płyny.

            – On nie wiedział, panie Flakononie, kim pan jest – usprawiedliwia stróża ambasador, po czym dyskretnie sięga do kieszeni po komórkofon. Zamawia herbatę i ciasto.

            – Korzystając z tego, że jestem goszczony przez tak miłych gospodarzy – mówię – , zapytam o rzecz, która od lat nie daje mi spokoju, a o którą pytać osoby nastawione nieprzychylnie bywa niekiedy niepodobieństwem. Czy sądzą państwo, że to wszystko – wykonuję gest mający wskazywać, że chodzi mi o wszechświat – jest natury czarodziejskiej, w związku z czym że mają sens wszelkie odwoływania się do sił magicznych, a więc modlitwy, zaklęcia, odczyniania?

            – A jaki to, o co pan pyta, – z niespodziewaną dla mnie oschłością reaguje ambasador - posiada związek ze sprawą, dla której głównie pan do mnie przyjechał?

            – Że w jakiejś dziedzinie jesteśmy specjalistami, – paruję spokojnie – nie oznacza przecież, iż powinniśmy stronić od tematów ogólnych, których wszelka specjalność jest tylko niewielką częścią?

            – Tutabon posiada bogatą i starą kulturę wytworzoną na bazie wierzeń religijnych, tym niemniej traktujemy to jako folklor, nie jako wiedzę o naturze świata, jaką lepiej i właściwiej wypracowano gdzie indziej.

            – Ciekaw jestem, co ludzie myślą  i, przede wszystkim,  c z y   ludzie myślą – powiadam – na tematy podstawowe dla naszej orientacji w dziedzinie wieczności i nieskończoności. Tęsknię za rozmowami, któreby mogły tu mnie wzbogacić.

            – Umbaba jest bardzo mądry – po raz pierwszy odzywa się Ajszeda Tabambu. – Powie panu rzeczy, od których włosy stają dęba na głowie.

            – Ajszedo, nie rozbudzaj w naszym gościu przesadnych oczekiwań.

            Zjawia się pokojówka w przepisowym uniformie, przynosząc zamówiony poczęstunek. Stawia go na ogromnym stole, przy którym siedzimy, i bezszelestnie znika.

            – Panie ambasadorze – powiadam tonem stwierdzającym. – To pańskie wyobrażenia o możliwościach poznawczych Europejczyków są przesadne. Cały świat żyje zabobonami. Ludzie, chcąc nie dopuścić do nieszczęść, jakie nad nimi wiszą, sięgają do zaklęć i modłów, wzajemnie nakładają na siebie ekskomuniki. Kultura, która przestała być niby służebną kultów, tworzy kulty nowe, obwołując nowymi bogami jednostki ledwie zdolne wydeklamować banalny tekścik, w którym absolutyzuje się miłość między dwojgiem młodocianych jako siłę odporu przeciwko, będącemu bez niej rzekomo nie do zwalczenia, złu świata. Tymczasem jest to plagiat ze światopoglądu królików!

            – Panie Flakononie. Miłość jest to najpiękniejsza rzecz, jaką może praktykować człowiek.

            Pociągamy ze swoich szklaneczek. Herbata zapewne jest w pierwszorzędnym gatunku, ale mam już zbyt zniszczony zmysł smaku, by móc za to ręczyć. Bardziej tego się domyślam.

            – Człowiek istnieje nie po to, by kompensować sobie rzekomo nieuchronną śmierć własną rozkoszami prokreacji! Co prawda, nie sposób sięgać po jakiekolwiek dobro, nie sprowadzając sobie na łeb nieodłącznego mu zła. Bilans musi wyjść na zero. Ale to nie oznacza, że wobec tego mamy czynić byle co, ponieważ z góry wiadomo, jak będzie to zbilansowane. Żyjemy wśród problemów. Zamiast je rozwiązywać, wolimy upajać się kunsztownymi formalnie rozpamiętywaniami ich rzekomej nierozwiązywalności.

            – Lepiej bezradnie trwać, stojąc przed ścianą, niż, wywiódłszy, że radą na bezradność będzie konfrontacja, rozbić sobie o tę ścianę czaszkę – wypowiada sentencjonalnie Umbaba Tabambu.

            – Powie pan, że zło świata jest zbyt skomplikowane, by mogły mu zaradzić proste rozwiązania, a jedynie na takie nas stać. Odpowiem panu słowami mego ulubionego poety: „Cóż jest zawilszego niż to, co najprostsze!”.

            – Nie można tak się przejmować wszystkim. To sprowadza chorobę.

            Siedzę na tym wygodnym przecież krześle i aż mnie korci, by z niego wstać. Wysiadywanie nowych bytów jest to zwyczaj wypracowany w końcu przez ptasie móżdżki, od których, tak jak od króliczych, my, ludzie, winniśmy być jak najdalej. Przypomina mi się to, o czym nie tak dawno nie wspomniałem, by nie tracić wątku. Chodziło o problem, jak sobie poradzę w tym Tutabonie, nie znając tutabońskiego. Ale wiadomo, w jakiej przebywamy konwencji. Świetnie sprawdzają się w niej rozwiązania i nierealistyczne. Zresztą przez lwią część życia mówiąc językiem festylskim, ani się przecież spodziewałem, że ten sam język jest używany też w Pyrii i że, co więcej, język ten tutaj jest nazywany pyryjskim. Może podobnie będzie i w tym mało znanym afrykańskim kraju.

            – Panie Umbabo. Jesteśmy maszynami nad wyraz wielostronnymi, ale też przegrzanie najważniejszego z naszych elementów może spowodować awarię jak w żelazku. Chcąc jednak funkcjonować, nie powinniśmy zbyt często przestawiać się na bieg jałowy. To ostatnie wymazałoby z nas bowiem osobowość, a więc szczegół przesądzający o naszym człowieczeństwie. Robi się późno, – wykonuję zerknięcie na zegarek – a chciałbym zdążyć jeszcze na ostatni autobus zmierzający ku lotnisku…

            – Pojedzie pan taksówką – protestuje słabo przystojny Murzyn. – Sprawdzę zresztą w internecie, o której jest najbliższy odlot do Tutabonu z lotniska Okęt.

            – Nie śmiałem prosić o tę, pewnie kłopotliwą dla zawalonego pracą dyplomaty, przysługę.

            – Proszę nie robić ze mnie gapy, który nie odróżnia pracy od czynności spełnianych z radością – ambasador mówi to i natychmiast wstaje, przechodząc do sekretarzyka. Następnie wsuwa w zanadrze, ułożoną z wąziutkich deseczek jedna przy drugiej, jego pokrywę. Bezzwłocznie też uruchamia znajdujący się w sekretarzyku komputer – wyposażony widać w internet, bo już po kilku chwilach mamy potrzebną informację.

            – Interesujący pana samolot odlatuje do Adreys za 5 minut.

            – Stało się to – mówię rozczarowany – , co stać się w końcu musiało: opuściło mnie szczęście. Proszę sprawdzić, ambasadorze, na kiedy zaplanowano następny lot.

            – Panie Flakononie, podwiozę pana na lotnisko sam. Mam szybki samochód. Gnajmy!

            W kilka susów wewnętrznym korytarzykiem przedostajemy się do garażu. Stoi tam nowoczesny sportowy bolid, w który pakujemy się jak dotknięci gorączką. Umbaba Tabambu pilotem otwiera bramę garażu, wyjeżdżamy. Teraz tylko brama w ogrodzeniu, którą pół godziny temu dane mi było forsować sposobem tradycyjnym. Obecnie sprawę załatwia też nieoceniony pilot. Wjeżdżamy na szczęśliwie niezbyt już o tej porze zakorkowane ulice Schizogrodu. Jazda jest szaleńcza; mój kierowca w chwilach krytycznych, a więc głównie wtedy, gdy trzeba przejeżdżać skrzyżowania na czerwonym świetle, włącza niesamowicie głośny klakson przypominający brzmienie policyjnej syreny, co skutecznie zabezpiecza nas przed nieuchronnymi w innym przypadku kolizjami. Natomiast policyjne patrole nie zatrzymują naszego pędzącego jak rakieta bolidu ze względu na dyplomatyczny immunitet Umbaby. Jest i lotnisko. Przejechaliśmy więc dystans dwudziestu, jak prędko obliczam, kilometrów w 4 minuty, co daje średnią prędkość 300 kilometrów na godzinę.