marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Lipiec 27th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 7

            Dzwonię, bo na to ósme piętro już wjechałem i stoję przed drzwiami. Kuba otwiera, uśmiechając się sympatycznie. Trzeba powiedzieć, że moja żona, mimo upływu lat, posiada w swoim wyglądzie, ruchach i głosie dużo kobiecego uroku.

            – Cieszę się, Kubo, że znajduję cię w dobrym nastroju – odwzajemniam uśmiech.

            – Żebyś tylko nie narobił sobie ciężkich kłopotów swoim znajdowaniem wszędzie i we wszystkim dobrych stron! – Kuba próbuje mnie przestrzec. – Wchodź, co tak stoisz.

            Przestępuję próg i od razu widzę Socjusza, który pracuje przy swym komputerze. Mam w „domu” Kuby swoje bambosze, więc przenoszę się w nie, żeby tu nie błocić. Zdejmuję też jesionkę.

            – Cześć, tato! – wita mnie syn. Jest trochę podobny do mnie, ale nie tak drobny i nieco wyższy niż ja. – Z góry przepraszam, że nie będę mógł poświęcić ci więcej czasu i uwagi. Niestety, choć pracuję bez przerw, roboty ubywa mi strasznie powoli.

            Przechodzę z Kubą do kuchni, żeby nie przeszkadzać w pracy młodemu architektowi wnętrz. Cieszę się, że chłopak sobie radzi, chociaż jego zajęcie jest zbyt absorbujące czasowo, by móc tutaj nie mieć zastrzeżeń.

            – Pogrzeb trochę w dokumentach – z uprzejmą prośbą zwracam się do żony – i znajdź mój paszport. Potem mógłbym zapomnieć cię o to poprosić.

            – Nie wiem, jak z taką pamięcią możesz liczyć na sukces rozwiązania zagadki kryminalnej! I to gdzie! Daleko poza granicami kraju!

            – W mojej pracy pomagała mi zwykle nie pamięć, lecz zmysł improwizacji i… szczęśliwy przypadek, który umiałem spożytkować, Kubo. Gdybym, zgodnie z regułami i prawidłami tradycyjnego podchodzenia do spraw, siedział w Festylii i uprawiał tam „normalny” zawód, nigdy nie trafiłbym do Bermongu, nie znalazł ciebie i nie sprawił, że stałaś się moją żoną. To ostatnie nie wpłynęło pewnie na losy ludzkości, ale kto wie, czy jeszcze nie wpłynie, zważywszy że przy tobie znormalniałem i moje, nacechowane zawsze ogromem skali,  działania zyskały dodatkowo przymiot realizmu, a więc wykonalności w warunkach twardego konkretu. Miękki konkret, jaki dotąd preferowałem, to było rzeźbienie w lipie, przynoszące efekt w postaci figur dobrych do ustawiania pod dachem. Moje dzisiejsze rzeźby z powodzeniem oprą się i wiatrom, i deszczom. To oczywiście przenośnia. Ale powiedz może, Kubo, co z synem Matrycji Remodas, Ertypem, który dopuścił się gwałtu na nieletniej. Rurer go wybroni, bo i uleganie popędom to wszak posłuszeństwo głosowi natury, nie żaden karalny egoizm. Raczej egoizmem jest tłumienie zdrowego popędu; popęd stwarza, nie unicestwia.

            – Naukowy światopogląd dzisiaj w odwrocie – kręci nosem Kuba. – „Cyrkla, wagi i miary do martwych użyj brył”, że zacytuję klasyka romantycznej wiary w nieujmowalność formalną ściśle ludzkich własności. A zresztą ty wiesz, co dla dziewczyny znaczy być gwałconą?

            – Wyobrażam sobie, Kubo. Ale wiem też, co za męką i doprowadzaczem do jakich to znieprawień natury bywa tłumienie popędu lub rozładowywanie go sposobem nienaturalnym.

            – Temu problemowi nie zaradzisz – stwierdza Kuba, wzruszywszy ramionami.

            – Zaradzę! – zaprzeczam niepowściągliwie. – A jak nie ja, to zaradzi mu kto inny!

            – A jak tam kasyno? – rzuca Kubiątko. – Pewnikiem zgrałeś się do cna?

            – W ogóle do kasyna nie dojechałem – teraz to ja wzruszam ramionami. – W pewnym momencie pomyślałem, że, spalając benzynę, potęguję efekt cieplarniany, więc zatrzymałem wóz przy najbliższej przepaści i zepchnąłem go w nią.

            – Niedługo strzelisz sobie w łeb, żeby tylko wydychanym dwutlenkiem węgla tego zakichanego efektu nie powiększyć! – unosi się Kuba, zła że teraz zmaleje nasz globalny dochód, bo do tych dwóch czy trzech miejsc, gdzie chcę czy muszę bywać, będę odtąd jeździć drogimi autobusami. Wstaję, uznawszy, że dość się nagadaliśmy.

            – Twój paszport położyłam na lodówce.

            Biorę tę broszurkę w niebieskiej okładce, wpychając ją następnie do napierśnej kieszeni surduta. W oczach Kuby widzę ni to niepokój, ni to pytanie.

            – Jeśli o to ci chodzi, to będę tam z tydzień.

            – Pamiętaj, że masz do kogo wracać – mówi Kuba, z którą przecież jestem związany ciepłym uczuciem już od ćwierćwiecza z hakiem. – I w razie czego uruchom swój instynkt samozachowawczy!

            – Awariom tego instynktu zawdzięczam to, że niekiedy wychodzę w ogóle z domu.

            Żegnam się jeszcze z Socjuszem, wdziewam jesionkę, buty i wyruszam na poszukiwania ulicy Mieszanej. Dopiero w połowie drogi uzmysławiam sobie, że adres ambasady Tutabonu mógłby mi wyszukać w Internecie mój syn, dziecko swoich czasów.

            Uporczywe ślęczenia nad rękopisami – nakreślonymi ręką człowieka, którym kiedyś się było. Wyszukiwania w nich ustępów co udańszych. Gorszenia się dawnymi zapisami swych zepsuć, przecież tak nieznacznie odbiegającymi od dzisiejszych. Liczę na własne odrodzenie, doczekanie i w swoim osobistym przypadku bezkresnego okresu, zapowiadanej wszak właśnie przeze mnie,  wielkiej przyszłości człowieka.

            Niemal w dzień mego pierwszego przyjazdu do miasta Schizogród odbyłem po nim spektakularny objazd. Moim przewodnikiem był wówczas stary Schizogrodczyk, Radogarst Trafka, którego poznałem przypadkiem, gdym włóczył się po tutejszej Starówce, nie mogąc już znieść krzyczącej ciszy hotelowego numeru. Trafka domyślił się, że jestem obcokrajowcem, więc z miejsca zaoferował, że bezpłatnie oprowadzi mnie po najpiękniejszych zakątkach najstarszej dzielnicy obecnej stolicy Pyrii. Spytałem, czy nie mógłby poszerzyć swej oferty, ponieważ jestem ciekaw sekretów całego miasta. Poszerzył. W trakcie kilkugodzinnej  wędrówki taksówką (wtedy było mnie jeszcze na taką stać) poznałem topografię, inaczej mówiąc: rozkład przestrzenny, metropolii, w tym ten jej szczegół, gdzie szukać obszaru, na którym zorganizowano największe skupisko ambasad. Tam właśnie teraz pojechałem, choć wiem już, że niestety reguła zna wyjątki i moją wyprawę w okolice Placu Trzech Gwiazd może zwieńczyć fiasko. Wydostaję się z przepełnionego, a to głównie młodocianymi amatorami pobliskich dyskotek, przegubowca i wśród dość licznych tu jeszcze o tej porze przechodniów wyszukuję takiego, co to wygląda mi na osobę zorientowaną.

            – Ulica Mieszana to będzie tam – pokazuje ręką starszy mężczyzna w kurtce. – Pierwsza poprzeczna za tą secesyjną kamienicą z bazaltowymi kulturystami podpierającymi balkon. Interesuje pana jaki zakres numerów?

            – Ściśle biorąc, dwójka.

            – A, to już po drugiej stronie Alej Przejezdniczych. Ale ten sam trakt.

            Dziękuję informatorowi i gnam, wydłużywszy krok. Nie jest to pora załatwiania interesantów w ambasadach. Co gorsza, nie wszyscy ambasadorowie mieszkają w ambasadach. Ja jednak liczę na dopisujące mi w ważnych sprawach szczęście. Jest! „Demokratyczna Republika Tutabonu” – odczytuję pyryjską wersję dwujęzycznego napisu, wyrytego na miedzianej blasze tabliczki, którą przyśrubowano do betonowego parkanu. Za tym parkanem – spora willa, prawie pałacyk. Obok tabliczki – brama. Zanim wezmę się do jej forsowania, sprawdzę, czy nie ma tu guziczka uruchamiającego dzwonek. Nie ma. Podskakuję, chwytając dłońmi za górną krawędź osadzonego na solidnych zawiasach żelastwa. Potem podciągam się na rękach i prawą nogą próbuję zaczepić o tęże krawędź. Teraz tylko wyprost rąk, przełożenie drugiej nogi i jesteśmy w domu! Zeskakuję.

            Wspominania dawnych eskapad, wspinaczek na szczyty o dużej skali trudności ich zdobywania. Domorosły wagabunda zmierza równo ułożonym trotuarem ku kolejnym skrzyżowaniom na jego ulubionej trasie, gdzie każde postawienie stopy to błogość, a satysfakcję z pochłanianych mil powiększa jeszcze rodząca się spontanicznie świadomość, że przecież ten oto to nie jest bynajmniej ostatni spacer w kalendarzu jego niezwalczonych ochot.

            Panujący mrok rozświetlają nieco latarnie. Ambasada, zasłonięta po trosze wciąż obecnymi na kasztanowcach liśćmi, poświeca z co poniektórych okien kolorem nie całkiem zatrzymujących światło zasłon. Raptem słyszę wokół mnie podejrzany a przybliżający się niepokojąco prędko szelest! Psy! Rozpaczliwie grzebię w kieszeniach jesionki, chcąc znaleźć tam coś, coby mogło uratować mnie przed pogryzieniem ze strony tych obronnych wilczurów, nic takiego wszelako nie znajduję! W porę połapuję się szczęściem, że jesionka to przecież nie mój czarodziejski surdut i, odgiąwszy jej poły, z kieszeni surduta właśnie wyciągam pęto aromatycznej kiełbasy, które rzucam daleko – w stojące zresztą po obu stronach gmachu krzaki! Pęto jest jedno, strony gmachu są dwie – kiełbasę rzuciłem w krzaki po lewej mojej stronie. Lecz psy są zbyt dobrze wytresowane. Albo po prostu ja pachnę im bardziej niż kiełbasa. O dziwo, nie rzucają się jednak na mnie, lecz zaczynają ujadać. Nie spuszczam ich z oka, starając się choćby siłą woli powstrzymać drapieżniki od możliwego wszak nadal ataku.

            – Co tu robisz, zatracony włóczęgo!? – dobiega mnie głos nocnego stróża.

            – Niech pan wpierw zabierze te psy! – odkrzykuję.

            – Kim jesteś! – naciska niewzruszenie stróż, którego zresztą ledwie widzę kątem oka.

            – Moje nazwisko: Flakonon Plux! Ambasador czeka na mnie z pieniędzmi!

            – Bezczelny złodzieju! – klnie mnie stróż, wyjmując z kieszeni telefon komórkowy. Będzie wzywał policję! To pewne jak amen w pacierzu! Szczęściem widzę, że zasłona jednego z oświetlonych okien ambasady zostaje nieco podwinięta przez kogoś wewnątrz. Moja powierzchowność nie jest, co prawda, znana w Pyrii, niemniej zainteresowanie osoby wykształconej coś już obiecuje. Obserwująca mnie z okna osoba to musi być bowiem żona ambasadora, albo on sam. No, może to być jeszcze ich dziecko, ewentualnie ktoś ze służby.

            – Panie ambasadorze! – krzyczę. – Przychodzę z polecenia doktora Lin Piao! Proszę nakazać stróżowi, by zabrał stąd psy! Bo jeszcze chwila, a zrobią ze mnie kotlet!

            Osoba w zamkniętym oknie, uchyla je. Nadal słabo ją widzę. Zaraz jednak słyszę jej donośny głos:

            – Czy pan Flakonon Plux?… Widzę, że tak; któżby inny użył tak niekonwencjalnego sposobu składania wizyty. Panie Grzesiu, proszę zabrać psy i trzymać je w zamknięciu do odwołania.

            Zdegustowany traktowaniem przybłędy jak człowieka, któremu należne są względy, stróż przywołuje te swoje dwa wilczury, co także w nich budzi konsternację. Ale idą za stróżem, już nie szczekając (tylko fukając po psiemu), gdzieś na tyły willi, co wiem, bo znikają wspólnie za jej rogiem. Tymczasem ambasador pojawia się w otwartych drzwiach frontowych swego domostwa.