marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Październik 15th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 65

            Niech to wszyscy, niereformowalni antyklerykalni diabli – na czele z Lucyferem!!! Niechby i moje nadzieje na doczekanie w zdrowiu pomyślniejszych tak zwanych czasów zostały zdmuchnięte niby pyłek – wystawiony na potęgę huraganu! Ale niech zostanę wpierw choć na chwilę uwolniony (a to chociażby przez czynnik niezależny od złośliwych rekinów światowej, żerującej na mej dobrotliwości finansjery) z gorsetu udręk i niedomagań, w jaki ustawicznie jestem opatulany! Cóż, wielu zna ten kłopot i nań sposób skuteczny. Uchlać się jak świnia to jednak byłoby zachowanie przekreślające wartość, przy której trwam jak prawie przy niczym innym: że, kiedy – jak bywa – tracę wiarę we wszystko inne, pozostaje mi wszak hasło w każdych warunkach zachowujące wartościową moralnie aktualność: „na Flakonona Pluxa abstynencji (nie mylić z trzeźwością!) polegaj jak na Zawiszy!”. A co do wulgaryzmów jako do domniemanej ostoi językowych starożytności. Natura jest to odwaga mówienia wprost, kultura zaś to sztuka metafory. Docierania do tego samego sedna – poprzez kluczenia, objazdy, ledwie czasem uchwytne aluzje, odwoływania się do domyślności adresatów. Wiedzą, że trzeba oddychać, zabijać, zjadać, wydalać, używać – zwykłe bakterie, przy czym beztlenowce obywają się prawdopodobnie nawet bez oddychania. Pierwsi ludzie jednak, jako odwzorowani bezpośrednio z obejmującej wszystko, co da się pomyśleć, konstrukcji Boga, jakkolwiek zobowiązani pamiętać i o funkcjach, do których ograniczanie się zwiemy słowem „prostactwo”, musieli być bardziej skomplikowani. Ryzykuję przeto wniosek, że równie starożytne jak wulgaryzmy są wszystkie inne słowa – mające semantyczne uzasadnienie w polszczyźnie. Pomijanie drażliwych słów czy w takich się lubowanie to 2 rogi jednego błędu.

            Jak słowo ‘pierś’ oznacza nakaz ‘pierw ssij’ (czyli ‘pierwej ssij’), tak słowo ‘pierdol’ oznacza nakaz ‘pierw dol’ (czyli ‘początkuj dolę’, a inaczej ‘początkuj życie poprzez =dolenie=, to jest wgłębianie się w dół’ – myląca gapę wieloznaczność wyrażeń daje jakże jednoznaczne wskazanie, że opłaca się być bystrzakiem). Mam nadzieję, że po tej linii jeszcze pociągnę, bo podobnych spostrzeżeń mi w głowie się sporo nazbierało, tym niemniej zrobię to raczej nie już, nie teraz. Czuję albowiem, że pora już kończyć, zwłaszcza, że nieprzerwane a  długotrwałe serwowanie rewelacyj jest dla mnie wyczerpujące tak samo, jak dla szanownego czytelnika może być chyba męczące takich przyjmowanie. Da się za jednym zamachem tak zjeść jak i podać na stół 5 kurzych jaj na twardo, ale chyba nie 50.

            Mamy poranne branie leków, w moim (i może jeszcze czyimś; odnotowałbym to, gdyby mi się chciało) przypadku ma być to zastrzyk, uczenie przez pielęgniarki szpanujące na intelektualistki zwany „iniekcją”. Jestem rozdrażniony. Ból pokonanego przez nas przeciwnika indukuje w nas radość – podobnie jak ładunki minusowe w katodzie indukują w anodzie elektrody plusowe ładunki, o ile, przez znamienne dla mojej metody kreacyjnej roztrzepanie, nie ukazałem tutaj jedynie samej idei tłumaczącej to zjawisko, natomiast tylko na chybił-trafił sprecyzowałem, kto do kogo tutaj strzela. Jeśli już w jednym z możliwych sensów nie jesteśmy niczym więcej jak maszynami, to wyjście poza to niezaszczytne zaszeregowanie przecież istnieje. Człowiek albowiem  r z ą d z i , natomiast maszyna pozostaje zaledwie  n a r z ę d z i e m   w jego rękach! Podmiot, przedmiot. Sprzeciw wobec sprowadzeniu mnie do roli zabawki w rękach uskuteczniających tym sposobem swoje nade mną rządy pielęgniarek – jest dla biobytu, w którym nareszcie obudziła się podmiotowość,  naturalny jak kwaśność w cytrynie. Odczekiwuję, aż Murzyni ustawieni w kolejce swoje leki z rąk stojącej przy wózku, na którego blacie w odpowiednich przegródkach te pastylki są rozłożone, dziewczyny w czepku pobiorą i przy niej je przełkną, po czym śmiało podchodzę do tej donny. Jest to element o tyle godny wzmianki, że obrazuje ducha, co tknął stary piernik.

            – Oświadczam siostrze, że, jako świadomy swoich praw pacjent, odmawiam przyjęcia zbawiennej skądinąd dla mego zdrowia dawki haloperidolu w formie domięśniowego zastrzyku, natomiast przyjmę ją chętnie w formie doustnej pigułki. Ostrzegam, że, w przypadku zignorowania przez szpital mojej stanowczej prośby, winni tego uchybienia prawu odpowiedzą mi sądownie. Jestem obywatelem Pyrii, kraju z Tutabonem zaprzyjaźnionego,   której to przyjaźni, rzeczy w warunkach zantagonizowanego świata dzisiejszej polityki szczególnie cennej, ewentualne nadszarpnięcie będzie zawinione bezpośrednio przez lekarza- -psychiatrę o nazwisku Kipel na moją niby szkodę, ale uderzy naprawdę w cały Tutabon, mający z moim krajem ujemne saldo wymiany gospodarczej. Żeby ratować tak opłacalną dla was i mającą długoletnie tradycje przyjaźń naszych państwowości, wasz premier bez przysłowiowego mrugnięcia oka poświęci karierę jakiegoś tam, phi!, psychiatrzyny, która w skali kraju ma znaczenie doprawdy pomijalne! Kto wie, czy doktor Kipel na dłuższą odsiadkę nie zostanie odstawiony z intratnej posadki w renomowanym psychiatrionie po prostu do więzienia? On, a z nim i najbardziej oddani mu podwładni płci obojga? Bo, zapewniam cię, siostro, iż rzecz zdołam nagłośnić! – mój wywód razi może tym, że jest przydługi, ale po Tomaszu Mannie, rzemieślniku solidnym zgoła jak volkswagen, wiemy już wszyscy, że prawdziwie interesujące jest to tylko, co gruntowne. Mam dość wszystkiego, niemniej reakcja czarnej pielęgniareczki to moje bogactwo restrukturyzuje wręcz zasadniczo. Dziewczę patrzyło dotąd na mnie oczami osoby nawykłej spodziewać się po pacjencie pewnych rzeczy, doczekiwać się takich i konstatować z politowaniem, że i tym razem jej nie zaskoczono. Teraz wprawdzie w tych oczach nie widać przestrachu, ale powaga przebija z nich śmiertelna.

            – Poczekaj, pan! – mówi, powstawszy ze stołka, i wyślizguje się zwinnie z klitki, gdzie pielęgniarki codziennie aż po 3 razy fiolki z rozmaitymi specyfikami wydobywają z szafek, by, zerkając w duży zeszyt o twardej oprawie, odpowiednio do tego, co danemu choremu zlecił podać jego prowadzący lekarz, taką fiolkę odemknąć, wyjąć z niej pastylkę i umieścić proszek w kieliszku bez stopki, który stoi (obok innych) na takiej kratownicy w, opatrzonej wypisanym na odcinku samoprzylepnej taśmy nazwiskiem danego pacjenta, przegródce. Nie zazdroszczę dziewczynom tego mrówczego trudu, zwłaszcza, że tak na serio to dopiero ostatnio zacząłem zastanawiać się nad jego sensem. Wydaje mi się albowiem, że z wszelkich chorób lepiej niż chemia powinny leczyć inne czynniki. Co z tego jednak, kiedy w praktyce wychodzi na to, że sam – jak ten safanduła! – wolę chorować niż wojować.

            Wiotka osóbka, która prawdopodobnie najdalej po rokach sześćdziesięciu będzie starym a grubym babskiem, zamyka tę wydawalnię leków wybranym z pęka kluczem, przechodzi do drzwi gabinetu lekarskiego, by zniknąć w nich, ledwie w nie puknąwszy 2 razy pro forma. Na siebie każe mi czekać niedługo. Wraca do wydawalni korytarzykiem z miną wypraną z wszelkich przysłowiowych uczuć; żądalibyście doprawdy zbyt wiele, spodziewając się, że wypatrzę choć jedno. Teraz bez słowa otwiera ów magazynek leczących trucizn, w nim się krząta, coś skądś bierze, coś gdzieś odkłada. Nie jest mi wesoło; wrażenie beznadziejności, zażegnywane niekiedy szaleńczymi pomysłami uzdrowienia tego wszystkiego drogą zaklęć, towarzyszy mi właściwie stale, ale jest czymś już zupełnie nie do zniesienia w przysłowiowej chwili obecnej. Byłbym targnął się – dla dania wyrazu mojej frustracji – po prostu na własne życie, gdyby nie to, że brak na to czasu, miejsca, sposobu.

            Pielęgniarka podaje mi kieliszek z kilkoma w środku pastylkami o różnych kolorach. W drugiej ręce trzyma podobny kieliszek z wodą do popicia. Dano zadość mej prośbie, dobre i to. Łykam, popijam. I oto spływa na mnie fatalna myśl, że, tak marudząc, najzwyczajniej  w świecie kpię z dzieła Stwórcy, czego opowiadającemu się za nauką Jezusa robić nie wolno. W dodatku w jakim szczególe za Jezusem idę na którymkolwiek fragmencie udeptywanego tu moimi stopami terenu! Cóż, mając bolesną świadomość, że brnę w trzęsawisko najgorszego samozaprzeczenia, pochlebiam sobie jednocześnie, iż w ogóle coś robię – podczas, gdy teoretycznie mógłbym – jak tylu innych – być tylko czyjejś roboty kibicem.

            Widzę, jak ubrany w cywilne już łachy Amin Basnadar, który dotąd, jak wszyscy pacjenci, był po oddziałowym deptaku zmuszony paradować w jakże deklasującym przyodzianiu, a to mianowicie w szpitalnym pasiaku, no więc widzę, jak on bierze z rąk Kipela kartę wypisu i zaraz, jakby nagle przypomniało mu się coś niezmiernie ważnego, zwraca się do stojącej obok lekarza pielęgniarki, tej samej, co przed chwilą leki wydawała mi:

            – Zapomniałem się ogolić, proszę o wydanie mi na moment przyborów do golenia.

            Idzie więc zgodnie z planem, tylko tak dalej. Jak gdyby nigdy nic, wędruję ku majaczącej dali tej części korytarzyka, gdzie umiejscowiono palarnię i umywalnie. Nadal prześladują mnie złe przeczucia, niemniej jakaś iskierka dobrej nadziei może zaraz, trafiwszy na zawarty w powietrzu biogaz, mroki me rozświetli. Obserwuję z korytarza przez szybkę w drzwiach – niby mimochodem, jak z podbródka, podnosia i policzków zgala zarost mój sytuacyjny wspólnik; jak te miejsca na swojej twarzy… rozkrwawia. Nie poprzestaje na zrobieniu jednej ranki; będzie miał twarz pokaleczoną dokumentnie! Z uciechy zacieram ręce.

            Folgowania potrzebom dotąd jedynie zgłaszanym przez potwory. Przeciwstawne obnoszenia się z własną – w realiach panującego kultu zbrodni źle widzianą – niewinnością. Kto mi odpowie na te proste pytania, jakie stawiam sobie co dnia i z którymi się noszę w analogii do dziewczęcia, zobowiązanego nosić nieco nadmiernie wybujały biust – bez żadnej pewności, czy to cudo gdziekolwiek, kiedykolwiek i komukolwiek w jakimkolwiek celu posłuży. Jestem zapewne nie od stawiania pytań, ponieważ wiem właściwie wszystko i raczej na służący mym potrzebom trud ludzi pracy winienem odpowiadać udostępnianiem im mojej niezgłębionej wiedzy, a nie stawianiem pod przysłowiową szubienicą znaku zapytania jakichś  kwestyj kierowanych do kogo innego. Świat w jakimś sensie istnieje, potrzeba było jednak dopiero umysłu wybitnie niepokornego, by w związku z tym domniemanym faktem wyprowadzić choć jedną niejasność. Wiadomo, na co chłopu baba. Ale na co świat Bogu? Otóż spróbujcie sobie wyobrazić, że nie istnieje nic; nic nudne nieskończenie przecież bardziej niż znane z przysłowia flaki z olejem. Czy w tej sytuacji nie postąpilibyście dokładnie tak samo jak Najwyższy, i nie stworzyli sobie, nawet wysoce kontrowersyjnego, urozmaicenia? A co do prostych pytań, jakie ja teraz, zresztą nie od dzisiaj, tylko od dobrych paru roków, sobie stawiam, to niech one, w ostateczności, już tutaj wybrzmią. Czy, a jeśli tak, to jakie echa wzbudzę opublikowaniem idącego tu tekstu? Przyznam, że w warunkach światowego kryzysu nawet najbliżsi nie budzą we mnie wrażenia swojskości; miałem już potworne przeżycie, gdy pewnego lata, na naszej rekreacyjnej działce w Zalesiu Górnym, we swoich Bogu ducha winnych rodzicach dostrzegłem jakby majestat i zarazem toporność człapiących wokół mnie dinozaurów – teraz z trudem tylko dostrzegam w nich w ogóle żywe istoty. Stawiam więc drugie proste pytanie, czy widoczna i z innych znaków tendencja zanikania cech ludzkich w otaczającej mnie rzeczywistości stanowi symptom choroby, z której ja świat ten uleczę środkiem tak przecież (niby?) nieradykalnym jak quasi-literacka polucja?

            Basnadar teraz pójdzie do pielęgniarek z pokrwawioną twarzą, te – zakleją mu rany jednym wielkim opatrunkiem, następnie wstąpi niby do toalety ten mój wspólnik, gdzie rozbierze się ze swych cywilnych szat (skąd wzięło się słowo ‘szata’? Otóż stąd, że musiał ją któryś z krawców  u s z y ć ; że była ‘szyta’!), w które natychmiast przebiorę się – już tam, gdzie trzeba, umazany na czarno nadpalonym korkiem – ja;  potem delikatnie zdejmę opatrunek z jego, i zainstaluję go na swojej – twarzy, po czym tylko – dla uchronienia Basnadara przed zarzutami o wspólnictwo w mojej ucieczce – zwiążę go i zaknebluję (odpowiednio wywiniętą) pidżamą zdjętą z siebie – i opuszczę obcy mi oddział dla niebezpiecznych – reprezentacyjnego psychiatrionu w Adreys – jak regularny legalny ozdrowieniec! A nie trzeba dodawać (dla niezorientowanych w problematyce lecznictwa zamkniętego ja jednak dodam), że takich mało! Segregacja dotycząca ras i narodowości, po rokach niełaski, w jaką popadła z winy hitlerowców, którzy przeprowadzali ją na sposób zbyt drastyczny (popatrzcie albowiem na Indie, gdzie sumienne przestrzeganie zasad plemiennej kastowości sprawdza się pozytywnie już od piętnastego wieku przed Chrystusem!), znów, zwłaszcza wśród fanatycznych kibiców nogopiłki (zwanych urągliwie „kibolami”), staje się modna. Chcąc nie chcąc, muszę (choć i tutaj bardzo chciałbym się sprzeciwić) iść z duchem przysłowiowego czasu, toteż powiem, zgoła nie wystrzegając się języka segregatantów (a w każdym razie segregatorów), że ucieczka wyszła mi jak twór przysłowiowego pierwszego sortu. No tak, ale jednym z ważnych (zgoda: nieważnych nie ma, tym niemniej przez to on ważnym być nie przestaje) aspektów mojego celu jest przecież przywracanie do stanu świetności – biobytów zdeklasowanych (chociażby dlatego, że zdeklasowany pozostaję sam), nie zaś pogłębianie historycznie zarysowanych już różnic pomiędzy narodami. Byt posiada tym większą rozciągłość, im dalej posunięte są różnice między jego elementami skrajnymi. Przecież jednak to nie oznacza, że ci, którzy – niechby nawet przez własne lenistwo, tchórzostwo i lekkomyślność lub bezmyślność! – stali się słabymi, powinni z własną słabością się pogodzić i, „z poczucia obowiązku wobec lepszych od siebie”, służalczo a gorliwie nadstawiać swe szyje pod rżnięcie nożom tych, którzy – niechby nawet dzięki wytrwałemu trzymaniu wyśrubowanych standardów etycznych! – stali się silnymi! Opowiadać się po stronie silnych, gardząc słabymi – czy taką postawę przyjmuje człowiek pragnący niemożliwego, a więc ambitny? O, nie! Tak postępuje kalkulujący podług martwego ducha koniunktury tchórz! Tchórzenie od czasu, gdy po raz pierwszy (w wieku roków bodaj ośmiu – albo sześciu?) zostałem znokautowany, stawało się we mnie nawykowe, tym bardziej więc teraz, pod sześćdziesiątkę, gdy to tak uciążliwe przyzwyczajenie, mimo mej przysłowiowej nierychliwości, zdążyłem znienawidzić jak (w sobie) chyba nic innego – chcę obrócić w stan nieprzerwanego atakowania. Byli tacy, co chcieli mnie nauczyć mądrości, i inni, wyobrażający sobie, że uczą mnie odwagi. Całe moje szczęście, że dosyć jednak wcześnie rzuciłem regularną szkołę (gdzie nauczyciel historii o nazwisku Iwan Romanowski targał mą dumę zupełnie tak, jakby ani nie postało mu w profesorskiej mózgownicy, że mogę być więcej wart niż ci, o których on tylko wykłada), a następnie wydobyłem się spod wpływu moich prywatnych nauczycieli. Ile jest człowiek wart, to jednak przy wszystkim innym i kwestia kryteriów oceny, a wiem, że te mogą być albo za mną, albo przeciw mnie. Stan równowagi na dłuższą metę zapewne jest nieosiągalny. Ale niech czytelnik pozwoli, że wrócę do wątku zarzuconego wyżej. Otóż napisałem, iż „ucieczka mi się udała” – tak, jakbym, w tych niewielu słowach to węzłowe przedsiębranie (podczas, gdy gdzie indziej o drobnostkach rozpisywałem się szeroko) już odbył. Niestety (mówię „niestety”, bo a nuż czytelnika potraktowanie epicko i tej sprawy by ucieszyło?) streszczać się jestem zmuszony. Wierzę, że olśniony tą quasi-powieścią świat się zregeneruje, inaczej rzecz formułując: przez to olśnienie będzie zbawiony. Jestem zmuszony do pośpiechu, gdyż ważny dla mnie element tego świata, moja matka, od paru miesięcy ma się naprawdę kiepsko. Ratunek podług zasady „budź a pieść” w grę już nie wchodzi. Potrzeba środków radykalniejszych. „Człek psuje się od głowy / – czy Litwa, czy Mołdawia. /  Więc się może, skurczybyk, / od głowy też naprawia?”. Na to liczę. Już tylko na to.

            Tak i stanąłem na wolnej ziemi, wśród krajobrazów – jakkolwiek nie ekscytujących, to jednak nie przygnębiających. Co robić! Nie ma co się zastanawiać; to trzeba robić, co samo się nasuwa. Idę. Przechodnie wokół nie takim już naznaczeni piętnem niewolnictwa, jak to obserwowałem w psychiatrionie wśród mych współbraci w szaleństwie. Jestem znów wśród ludzi normalnych, wypadałoby się tym cieszyć. Ale jak tu to robić, kiedy nieledwie wiem, że zawaliłem sprawę, której od poczęcia w łonie matki byłem przypisany! Tylko zdobycie biologicznej władzy nad ludźmi, najłatwiejsze wszak w warunkach szpitalnych, dałoby mi realną szansę dyrygowania orkiestrą świata, stanowienia mu moich łagodnych praw. Tymczasem do boju o to, przegapiając frajersko okazję za okazją, ja w ogóle nie stanąłem! A jeśli parę razy stawałem, to zbyt pośpiesznie się wycofywałem, by uznać, że taką próbę moimi rękami – poczyniono choćby symbolicznie! Hm. Pozostaje mi wierzyć, iż moje samo dyrygenckie słowo, po tym niechlubnym zaniechaniu wymierzenia paru głupich ciosów orężem batuty po łbach zbuntowanych wiolonczelistów czy klarnecistów, wzmiankowaną orkiestrę ocali.

            Kretyńskie ryje samochodów, tak przed laty szczery mój budzące zachwyt. Ziemia, maltretowana zabudowywaniem jej żywej tkanki miliardami betonowych gmachów, astronomiczną liczbą krępujących jej żywe ciało kilometrów autostrad, milionami placów. Nasza planeta  czyż nie miała (tylko w czyim zamyśle?) – aż po sam swój kres domniemany – pozostawać siedliskiem nieskrępowanego żywiołu biologii, gdzie nie robi się problemu, że podczas surowej zimy wielu w swoich lepiankach zamarza, a zabitych latem w międzyplemiennej bitwie (swoich czy obcych) trzeba zjeść na surowo, jako że ugotowani wywołaliby w naszych szczękach początki nienawistnej próchnicy? Czyż strach przed „okropieństwem” nie bierze się z tego wyłącznie, iż, zamiast drugiego człowieka potraktować od razu jak potencjalną kość do obgryzienia, wyobrażamy sobie całymi godzinami, jak to życie będzie – co nam wmówił Nawiedzony Komediant – czymś o wiele więcej, gdy kupimy Jego dowcip o Celu Ostatecznym, który stoi w prostej sprzeczności z praktyką zabijania ludzi?

            Doimy ziemię z jej ciekłych i lotnych zasobów „energetycznych”, bez pytania o zgodę (bo nie ma niby kogo) bierzemy z niej węgiel, żelazo, złoto i sól. A przecież może ona jest żywym organizmem (lub cząstką organizmu, którego ogrom przeraziłby nawet astronomów!) i robić tego nam nie wolno, gdyż sami, pełniąc w nim rolę czerwonych krwinek – mogących żyć jedynie w jego żyłach, zginiemy jak te kundle, co raz się nażarły zagryzionym przez siebie panem – nieświadome, że to obiad był już ich ostatni! Co więc robić?! Na razie doczytać tylko tę quasi-powieść. Albowiem sprawcza moc słowa przywoła może boży cud.

            Idę, tłum wokół, przekleństw bynajmniej nie tłumiący. W tym tłumie mą uwagę zwraca dziewczyna o twarzy przysłowiowej lalki i o sylwetce tak foremnej, że porównaniu jej z ciałem boskiej Wenus ta ostatnia musiałaby naprawdę tylko ochotnie przyklasnąć. Aż dziw bierze, że tyle szczytowych uroków kobiecości – nogi, pupa, piersi i tak dalej – skomasowano w jednym egzemplarzu. Chodząca piękność kroczy w towarzystwie specjalnie nieszpetnej, ale urodą pierwszej nie sięgającej do pięt – gidii. Za to wzrostem nie tylko to, że sięga drugiej do pięt, bo przewyższa ją o pół głowy. Gidia to gidia, nie rzucam słów na wiatr. O sprawach damsko-męskich w idącej tu quasi-powieści nie mówiło się prawie nic. Teraz się powie.

            Wpinania orderów w klapy nosicieli męskich marynarek, w przeciwstawne biustonosze nosicielek ściśle damskich biustów… Dosyć, dosyć, dosyć!

            Tak wiele złego powiada się o kłamstwie; tymczasem, gdy przyjmiemy dla zabawy teorię, w myśl której nasze ludzkie, tak bogate i skomplikowane (w porównaniu do chociażby tego żałosnego prymitywu przygód i zachowań, jaki cechuje chyba dokładnie wszystko, co zachodzi poza naszą świętą planetą), życie na Ziemi da się w gruncie rzeczy sprowadzić do walki (dającej zwycięzcom pokarm) i miłości (uzupełniającej wakaty po pokonanych), to przecież owo kłamstwo stanowi jedynie inny rodzaj   o r ę ż a,  przysługującego wojownikowi czyż nie na równi z takim szlachetnym rodzajem broni jak topór, pistolet czy gaz bojowy? W tak wyraziście (przyznasz, czytelniku!) zarysowanej sytuacji czyż przysłowiowe „stawanie w prawdzie” nie będzie po prostu – i to wręcz kabotyńską! – demonstracją bezbronności??? Po drugie to jedynie zło nas uaktywnia, natomiast bronić się wtedy, gdy nie ma zagrożenia, lub atakować (czyli działać, być czynnym) wówczas, kiedy głód jeszcze nie skręca nam kiszek – rozsądny komentator określi zapewne słowem: błąd. Tak, tak: błąd. Termin przez jednego z morderców, jakich wielu spotkałem (szanowny czytelnik, zwłaszcza po ponownym a wreszcie uważnym doczytaniu niniejszej quasi-powieści – od samego jej początku do kropki oznaczającej koniec tego zdania – sam się domyśli, gdzie), łatwo utożsamiony z pozornie innym, mianowicie z głupotą. Jednak zbyt wiele dobrego napisałem w poprzednich tomach mej kwartologii o tej, zaniedbywanej lub wręcz ośmieszanej(!) przez innych pisarzy, idei (patrz: „filomefia, czyli miłośnictwo głupoty  s z c z y t n e j ”!), by teraz, kiedy argumentów na jej rzecz mam i więcej, i solidniej umocowanych (na powszechnie dostępnej, a więc wiarygodnej nie jedynie dla wąskiej grupki specjalistów, płaszczyźnie absurdu) się wycofywać. A zresztą w ten las już się poszło i nie ma drogi odwrotu.