marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Październik 14th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 64

            Czuję, jak wygładzają się zmarszczki, wrysowane – wydawałoby się, na stałe – w miękką korę mego mózgu; tracę z oczu tak niby dotąd dla mnie oczywistą wizję moich na szachownicy rozgrywanej partii posunięć. Trzeba jak najprędzej finalizować rozpoczęty tak już dawno i ciągnięty tak już długo słowotok odmienionego cudownie milczka! Inaczej utknę przed osiągnięciem celu będącego już na wyciągnięcie przysłowiowej ręki!

            Postulowałem, w czasach przecież zgoła nie zamierzchłych, konieczność wynalezienia (a raczej po prostu stworzenia) całkowicie nowego rodzaju ludzkiej aktywności – w miejsce uprawianych przez ludzi – od krwawego świata początku po dzień dzisiejszy – regularnych  wojen czy takich namiastek, wymuszanych na światowym społeczeństwie przez kryminalistów. To samo postulował jednak i Jezus, który po ziemi chodził wprawdzie zbyt krótko, by dojść, że proponowana przezeń jako ów „nowy rodzaj aktywności” miłość bez wojen musi przerodzić się wkrótce w społeczne zwyrodnienie (znane dziś pod nazwą wojującego homoseksualizmu, które pośrednio wiąże się też z równie niebezpieczną dla trwania naszego gatunku promocją produkcji kalek przez rachitycznych, bo bojami nie zahartowanych, rodziców), ale w przysłowiowe mrowisko kij wsadził! Było to, jakże odbudowującym morale skłonnych wciąż tylko odwoływać się do swej wiary w  rozwiązania cudowne, ciemiężonych od pokoleń przez samorodne talenty tyranizmu, prostaczków – wyrazem siły wcielonego Boga, który udowodnił tu niedowiarkom, że bynajmniej nie zawsze, pośród rozzuchwalonego Jego tak długim milczeniem stworzenia, będzie siedział cicho! Biologia zasadza się na konflikcie, którego – w, najbardziej reprezentatywnym dla wszelkich istot żywych, przypadku ludzi – spektakularną egzemplifikacją są wojny, natomiast kameralną – prywatne morderstwa. Innej drogi na razie nie ma. Dopiero raniony ciężko przez swą rozpaczliwie broniącą się ofiarę, spełniony zabójca – ma się z czego wylizywać, zasługuje w tak zwanych „oczach” biologii na biorącą się ze zwycięstwa tylko i wyłącznie w boju poważnym – całkowitą autoregenerację. Będący poza zasięgiem ludzkiego stanowienia duch historii promuje zwycięzców – z tej zapewne racji, żeby pozostawali w grze gracze nie robiący sobie przysłowiowych jaj z tak ważnej sprawy jak możliwość postawienia na swoim – nawet kosztem wystawienia się na ryzyko utraty wszystkiego, nie mówiąc o wylaniu tych paru kropel potu. Tacy albowiem, co zwykli obracać w żart najszczytniejszy zamysł, nie doczekają się obsadzenia żadnych ról aktorskich w teatrze „Historia”, nie będą w nim choćby statystami. Reżyser spektaklu, który trwa bez antraktów już co najmniej od 13, 7 miliarda roków, odeśle ich do prowincjonalnej filii swej globalnej kulturalnej placówki: teatrzyku „Historyjka”, gdzie – już jako wegetująca trawa – będą powtarzać swoje „być, czy też nie być?” w szczękach żarłocznych krów. Napomknę tylko półgębkiem (takie napomknienia -wśród komunikatów mocno wyakcentowanych – bywają wbrew pozorom sygnałem tajemnic zdradzanych najniechętniej), że przestroga dana powyżej jest potrzebna najbardziej chyba mi samemu. Daję ją sobie wobec tylu świadków, by tym trudniej – w razie czego – byłoby mi się z niej wykpić. Rzadko kiedy nie kłamię, ale są to przeważnie kłamstwa taktyczne, radziłbym i memu szanownemu czytelnikowi (gdyby taki się znalazł) skupić uwagę na strategii. Powiem wam, drodzy czytelnicy, że ta pieprzona (a mimo to – powiecie – ani za grosz nie pieprzna) quasi-powieść już przysłowiowym bokiem mi wyłazi.

            Uporczywe solenia obietnic i tak mocno już przesolonych, wręcz solennych. Zawiadywania zelektryzowanymi, a dzięki temu jeszcze bardziej elektryzującymi, trakcjami kolei losu – przez dziadków przywdziewających kolejarski mundur – z miną podobnie uwzniośloną jak ta widywana w zakrystii oczami pacholęcia-ministranta na obliczu księdza, który przyobleka oto swe grzeszne tak ciało w nieskazitelny mszalny ornat.

            Morderstwo? Zarżnięcia świni czy krowy nie zwykliśmy określać tym najbardziej pejoratywnym w panującej dziś wśród opiniotwórczych etyków skali ocen mianem! Według mnie natomiast, świnie są to ludzie, którzy – może wskutek wrodzonego gapiostwa, może wskutek braku w światowej literaturze wystarczająco porywającego do walki hasła – ulegli samoupodleniu. Moimi tedy tutaj ustami wyrażają beznadziejnie nieziszczalną tęsknotę, ażeby i rzeźnie, gdzie toporami odrąbuje im głowy krzepki przedstawiciel tej części przedwiecznej ludzkości, co w porę wyciągała praktyczne wnioski ze spostrzeżenia, że stałe poszukiwanie ulgi w ustawicznych swoich uleganiach nie prowadzi raczej do niczego dobrego, no więc ażeby i te rzeźnie ze smętkiem chrzcić czasem w myślach imieniem Katownia. Ale cóż? Męczennikiem niestety zostaje się na własne życzenie. O pozostanie zaś w kaście znienawidzonych oprawców – trzeba uporczywie a niezłomnie się starać.

            Na co innego jednak niż ulegnięcie mojemu ideowemu przeciwnikowi powyższym ja tutaj sobie pozwalam? Co z tego nawet, że dokładnie tak miałaby brzmieć prawdziwa wykładnia sprawiedliwości! Ja mam, przypisany mi dziedzictwem krwi, obowiązek bronić stanowiska biednych i bezwiednych! Skoro bowiem wypada niestety na to, że losy świata i, będącej jego szpicą, dzięki której on posiada stale swą rację bytu (to jest sens), ludzkości stoją na wojnie i zbrodni, to ja sam – w imię interesu ostatecznie niechby tylko i mojego własnego – powinienem się przeciwstawić tym, którzy kulturę mierzą zużyciem mydła! Owo mydło produkowali wprawdzie częściej ze zwłok ludzi ze mną odlegle niż blisko spokrewnionych, niemniej czyż ta sprzyjająca haniebnemu zobojętnieniu okoliczność miałaby mój ewentualny, a już w poprzednich edycjach wielekroć z bólem serca przeze mnie smakowany, pęd w rezygnację – usprawiedliwić!?

            Zjadam i dopijam danie, które po śnie niedawno dośnionym jakby wyrosło mi przed oczyma i które śniadaniem dlatego słusznie zwykliśmy zwać, by następnie przejść do kolejnego etapu moich przygód. Tak więc odstawiłem na wózek opróżnione naczynia, a w korytarzu mijający mnie nieśpiesznie Duży walnął mnie tylko raz, i to tak, że się nawet nie przewróciłem. Będąc głową w przysłowiowych chmurach, częstokroć ignorowałem „dotyczące wówczas jakby nie mnie” lżenia czy kuksańce. Ale teraz, z uwagi dokładnie na to, com przed nieledwie chwilą sobie wywiódł w wewnętrznych mych rozmyślaniach, nie ma po prostu mowy, ażeby obyło się tu bez mojej, ściśle nienawistnej reakcji. Mało na ogół w życiu ryzykowałem; teraz zaryzykuję przynajmniej wniesieniem w pole przedstawianej, choć odbywającej się jedynie w mym mózgu, gry – zagrania poniekąd niemożliwego od strony psychologii osobnika zwanego tu – skąd to dziwaczne nazwisko! – Flakononem Pluxem:

            – Jeśli piśniesz o tym, co ci teraz zrobię, komukolwiek, sprawię osobiście, że w przeciągu paru dni doznasz tortury tak przykrej, że zaczniesz przeklinać własną matkę, iż zawczasu nie zdążyła cię wyskrobać. Na razie poprzestanę tylko na tym…

            Widzę, że paru takich, co po śniadaniu nie zechciało wrócić do sal, gdzie tę samą nudę musieliby przyjmować w pozycji już nie wertykalnej, tylko horyzontalnej, co byłoby zmianą przecież wręcz wybitnie pozorną – zatrzymało się i nasłuchuje, z ukosa spozierając, co to też takiego wiekopomnego ja, śmieszny człeczyna o białej jak flaga kapitulanta skórze, mogę uczynić z ostrym olbrzymem, na domiar ich murzyńskim krajanem. Duży też jest ciekaw. Nie zastanawiając się, uderzam to z lewej, to z prawej! To z prawej, to z lewej! Co będzie, to będzie! Fikcja literacka nie ma sensu! Jest ślepą odnogą jedynej rzeki życia, gdzie nurtujący wszystko prąd porywa do walki na równi faworyzowane szczupaki i niedoceniane w rankingach płotki! Atleta zasłania się nieumiejętnie; znam się na tym, wiele walk oglądałem dzięki telewizyjnym transmisjom, teraz już wręcz wypada mi się do tego przyznać! Może na co dzień mam miękkie kości i mięśnie ulegające naciskowi badacza łatwo jak gąbka! Ale teraz niesie mnie szał! Trafiam, trafiam i trafiam! Niespodziewanie jednak gasi me zapamiętanie fatalna myśl, że, iżby ten niepoczytalny sadysta, jakim niestety jest okładany tu przeze mnie wielkolud, „zechciał” uznać się za pokonanego, to po prostu musiałbym go zabić. Inna rzecz, że to zadanie byłoby dla mnie, nawet w obecnym stanie nawiedzenia, trudno wykonalne. Przede wszystkim albowiem takiego faktu nie dałoby się na oddziale ukryć, co uniemożliwiłoby mi planowaną ucieczkę, natomiast zapewniło mi przenosiny do jeszcze gorszego miejsca niż to. Na tamten świat. Tutabońscy dumni Murzyni jakże mogliby wszak  pogodzić się z czymś takim, że w samym sercu Czarnego Świata „nędzne białe chuchro” ośmieliło się podnieść rękę (a co dopiero z takim skutkiem!) na jednego z nich. Dokonaliby na mnie linczu, to pewne jak amen w przysłowiowym pacierzu. Mimo pozorowanego przeciwdziałania sprowadzonych tu pro forma z wszystkich oddziałów sanitariuszy. Co robić!!! A jednak, chociaż mój samozachowawczy instynkt, tylekroć przecież znieprawiany, a to mymi pełnymi niewiary w sensowność sięgania  p r z e z e   m n i e  do rozstrzygnięć ostatecznych decyzjami, jest spróchniały niczym pień genetycznie modyfikowanego baobabu, jakąś radę (rada, ratunek, ratuj, ratio – już samo pokrewieństwo semantyczne tych słów, zachodzące – a jakżeby inaczej? – nieprzypadkowo, wskazuje jednoznacznie, że myślenie nie jest zbyteczne wtedy i tylko wtedy, gdy trzeba się lub swoich ratować; czasy o wiele późniejsze dopiero natchnęły Pierwszego Lekkoducha, że i myślą można się bawić jak piłką) przecież znajduje. Przestaję Dużego naparzać. Dodam, że on, pominąwszy owo uderzenie „przedwstępne”, nie zdołał mnie nawet tknąć. Raz po raz rażony błyskawicami mych tak szybkich, że aż niewidzialnych (dla niego!) ciosów, jakby miał przejść do kontrataku? Po prostu nie dałem mu szans. Teraz niestety dam. Pluję sobie w brodę, że tak właśnie, a nie jakoś dla mnie samego, powiedzmy, dogodniej, rozwija się wątek pisanej przecież przeze mnie quasi-powieści, z powziętego a priori zamysłu mającej być w końcu nie tak zwanym „wiernym” odtworzeniem w słowach (często wprawdzie oddawalnego słowami tylko wysiłkiem najtytaniczniejszym) mojego przebytego  n i e g d y ś   kolejno poza przysłowiowym gabinetem przeżycia za przeżyciem, lecz zgoła czymś innym!! Tym mianowicie, co byłoby mogło stanowić wzór takiego świata i życia, jakie niechby tylko ja sam przyjąłbym bez jakichś wahań! Taki wzór mógłby – to wręcz (ze względu na walor jego pięknie rewolucyjnej oryginalności) byłoby wskazane! – nawet uderzać najbrutalniej w to, co przez miliardy roków panowało jako najbardziej nieodmienna cecha rzeczywistości! Rzecz bowiem podlega słowu, o ile to słowo zdobywa się na to, ażeby być silniejsze od niej; by narzucić jej swój, płynący z natchnienia doskonałością a zarazem ze zredukowania ontologicznego strachu do obawy popełnienia gramatycznego jedynie błędu, dyktat! Powiedziałem parę dni temu mojej żonie Kubie Plux w przedziałach tego pędzącego ekspresu „nieoficjalnych”, że wierzę w ozdrowieńcze podziałanie finalizowanej już tutaj quasi-             -powieści – na podobnej zasadzie, jak tylu wierzy w działanie modlitwy. Nie można się zbyt wiele zastanawiać! Optimum to nie w tym przypadku czynnik równoznaczny z maksimum!

            – Chyba zrozumiałeś już, mało produktywny mózgu o dużych gabarytach, że stawiać warunki mi, com jest mózgiem małym, ale pracującym wydajnie i nieprzerwanie, to próba mogąca się powieść jedynie w przypadku pilnowania się, by nie przekroczyć krytycznego progu mojej cierpliwości? – wykładam z logiką żelaza w stopie z molibdenem, a więc twardą i niekruchliwą. – Pilnuj się, by go już więcej nie przekroczyć, jeśli chcesz żyć nadal! Odtąd jednak żyj w przekonaniu, że fizycznie mogłaby cię zgnieść tutaj potęga, której się oprzeć po prostu nie wolno! Powtórzę moje ostrzeżenie: jeśli ośmielisz się pisnąć komukolwiek choćby słówko, że posłużyłeś mi niechcący za treningowy worek do obijania, to doczekasz się tortury, jakiej w historii  n a   r a z i e  nie wynaleźli nawet Chińczycy. A teraz idź!

            Robienie sobie przysłowiowych jaj z najświętszych rzeczy i spraw praktykuje się powszechnie wszędzie tam, gdzie ludzie nie są zdolni sobie wyobrazić, jak wiele tracą, łamiąc święte przykazanie. Ale – dobrze! – czy ja właśnie tutaj, przedkładając pragnienie wolności od biologicznego obowiązku pokazania, gdzie (przysłowiowe oczywiście) raki zimują, mężczyźnie, dla którego miarodajnym sprawdzianem mocy chyba jednak nie jest, podnoszona tu uparcie przeze mnie jako absolutny weryfikator, moc słowa, tylko mocne uderzenie krańcowo różnym, od tego mającego niby zaledwie znaczenie symboliczne wiru powietrza, środkiem wyrazu, czyż więc ja, przedkładając wolność od obowiązku nad obowiązek, nie dopuszczam się zdrady swego człowieczego stanu, wspartego wszak na pewnych standardów dochowywaniu? Otóż nie musiałoby tak być, gdybym słowem mego przeciwnika… zabił! Byłem już świadkiem, jak perfidnie zbudowana złośliwość doprowadziła do wymiotów mego ojca. Innym razem ja sam, dokuczliwie obśmiewany (z powodu wątpliwej rzekomo klasy mego, pisanego w ciężkich warunkach oddziału dla podsądnych, Wielkiego Poematu, gdziem przecież zawarł, w rymach zgoła odkrywczych i przy bezwzględnym dochowaniu sylabotoniki i średniówki, wiele z mojej intelektualnej i emocjonalnej ówczesności) przez amatora dobrych dla dzieci, indianofilskich tworów autora nazwiskiem Karol Maj, sprawiłem doprawdy krótką perorą, że memu prześmiewcy cofnął się do gardła trawiony już w żołądku obiad i musiał przełknąć go powtórnie, boby inaczej wyszło na to, że to po mojej stronie jest słuszność, jako że oddana rzygowina to dowód byłby na to aż nadto materialny. Słowami można doprowadzić do łez, do wymiotów, do nerwowego rozstroju. Czemu więc nie i do śmierci! Skoro takiej zadawanie stanowi, obok skutecznego zapładniania samic, podstawowy wymóg biologii samca, to i trudnej sztuki słowa warto się uczyć, panowie.

            Duży, jakkolwiek ze śladami moich ciosów fizycznych prawie niewidocznymi, takkolwiek mentalnie teraz ledwie przysłowiowymi nogami powłóczący, odchodzi posłusznie. Incydent na domownikach oddziału byłby wywarł pewno wrażenie – gdyby wielu go oglądało. Ci dwaj, co z daleka się przyglądali, na moje szczęście są typowymi biernymi obserwatorami, nie pójdzie więc w szpitalny lud informacja o moim zaskakującym tryumfie. Co też ważne, nie dotrze do niej personel, który w przeciwnym razie nie omieszkałby pewnikiem na nowo mnie unieruchomić. Lecz chociaż okoliczności obecnie zdają mi się sprzyjać, pojaśniałem w stopniu minimalnym. Ale dobre i to. Wydawałoby się, że miliardera nie ucieszy zarobienie dodatkowo paru głupich centów. Jakże jednak odmieni ten, poczyniony niby na marginesie problematyki poważnej, pogląd uzupełnienie obrazu faktem, że te parę centów zarobił własnymi siłami – podczas, gdy miliardy znalazły się w jego gestii dzięki słabości (zdrowia) jego dalekich bogatych krewnych, których stał się sukcesorem. Mimo to, jestem przezroczysty jak hostia. Do celu pozostał ledwie kawałeczek, a ja nieomal już jestem gotowy zawracać, co przecież równałoby się wysiłkowi nieporównanie większemu. Cofać się długimi kilometrami, gdy naprzód wystarczyłoby przejść centymetr? Niech to diabli bodną swymi rogami – o czubkach ostrych jak brzytwa Ockhama! A przy okazji wzmiankowania po sąsiedzku tak siermiężnego – wydawałoby się – czasownika. Na starożytnej ziemi późniejszej Polski – od strony wierzeń dominował kult fallusa. Zachowały się do dziś dnia resztki okazałych słupów wyobrażających ten kapryśny (bo świadomy wagi łask, jakie wyświadcza) narząd; słupów stawianych w najbardziej reprezentacyjnych miejscach każdej ówczesnej osady. Bóstwo, bóść – czy już samo to dosyć szanownemu czytelnikowi nie mówi? Czuć się bosko – czyż nie należy modlić się, ażeby udostępniający nam (i naszym partnerkom) to cudowne doznanie pręt w krytycznej chwili nie sflaczał? Bydło (słowo powstałe poprzez minimalne zdeformowanie słowa ‘bodło’ – bydło, bo bodło) bodzie rogami; co natomiast robi mężczyzna, wprowadzający, za przeproszeniem, chuj (dlatego, że ‘czuj!’, ten instrument początkuje albowiem wszelkie ‘czucie’ żywych organizmów i pozostaje do końca najodczuwalniej ‘czującym’ ich organem) do – tu po raz drugi proszę o wybaczenie – pizdy kobiecej? Czyż też po prostu nie ‘bodzie’? ‘Róg, Bóg’ – rzucające się w przysłowiowe oczy podobieństwo tych brzmień czyż nie każe przynajmniej rozważyć ewentualności podobieństwa ich znaczeń? ‘Bóg, bóstwo’ – ‘róg, ruganie, ruchanie, rośnięcie’. Nie jest to żadne naśmiewanie się z rzeczy świętych, ponieważ wchodzenie mężczyzny we wspólnotę ciała z kobietą stanowi najpiękniejszy akt,  jaki oboje mogą nie tylko poczynić, ale w ogóle o jakim mogą pomyśleć, a, co za tym idzie, jest i bożym dla nich najwspanialszym darem. Praojcom niektórych dzisiejszych Polaków, to jest Polaków tak zwanych ‘rdzennych’ (rudy – stąd i angielskie słowo ‘red’, i niemieckie słowo ‘rot’ – rdzeń rozpiłowanego pnia mieści się zawsze w samym centrum otaczających go współśrodkowo słojów; ‘rdzennych’ oznacza więc ‘zamieszkujących te ziemie od samego domniemanego początku’), zapewne niewiele by powiedział religioznawczy termin ‘kult falliczny’. Modlili się albowiem do idei tego, co daje nie dopuszczającą porównań rozkosz, upostaciowioną sterczącym w niebo sześciometrowym drewnianym słupem, któremu jako imię z powodzeniem mogli przypisywać brzmienie rezerwowane w Polsce i dla Najwyższego Wzlotu dzisiejszej (tyleż – z zachodzącej i tu konieczności zerowego zbilansowania – wzbogaconej, co zubożonej) sfery sakrum. Co zaś tyczy słowa ‘pizda’, skorośmy już wstrzelili się w ten, budzący w ludziach najskrajniej zróżnicowane reakcje (od uwielbienia – poprzez obłudne deklarowanie, że to nas niby ani ziębi, ani grzeje – po odrazę. I to tak w przypadku dzieciaczków zaczynających dopiero główkować, jak staruszków, u których stopniowo – wierzę, że nie będzie tak zawsze! – główkowanie ustaje, a co dopiero mówić o ludziach, którzy dzieciaczkami już nie są, a jeszcze wieku starczego nie osiągnęli!) temat, to jest ona słowem mającym oznaczać, że tam wprowadzone nasienie da w miarę dokładną replikację nasieniodawcy, począwszy od jego pierwszych tak zwanych kroków. Słyszałem, że polskie słowo ‘pizda’ jest żywcem wzięte z,  jakoby starszego niż polszczyzna, sanskrytu. W takim razie jak wytłumaczyć obecność – pradawną i niekwestionowaną! – w języku Wałęsów i Wojtyłów, niewinnego przecież wręcz aż przesadnie, słowa ‘pestka’? Czyż ‘pestka’ w swej istocie to nie jest po prostu ‘mała pizda’? ‘Pizdka’? Bo i czyż w pestce nie ma, dającego roślinie powtórkę raz przebytej drogi, nasienia? Kuchenkowa, swego czasu pracująca w schizogrodzkim psychiatrionie przy Alei Jana Sobiesiaka Trzeciego, nie wiem, może zauważywszy moje twarde obstawanie przy języku literackim, zwyczajowo wystrzegającym się wulgaryzmów, oświeciła mnie w toku jednej z naszych przygodnych rozmówek, że powody, dla których kulturalni a chcący przecież wyrastać z własnych przysłowiowych korzeni Polacy unikają dziś w wypowiedziach słów „znamiennych dla motłochu”, są śmieszne. Na przykład bowiem słowo ‘pierdolić’ jest wprost wybitnie staropolskie. Otóż kultura, moim zdaniem, stoi w opozycji do natury i, usiłując wyjść ponad tę ostatnią, dokonuje cudów przemyślności, ażeby to wszystko nie musiało pozostawać aż tak beznadziejnie proste jak w elementarzu dla adepta hitlerjugend, który to adept aprobuje w całości dogmat, że nie do niego należy myślenie, i robi to, co mu każe przełożony, od myślenia również zwolniony, ponieważ i on ma swego przełożonego – i tak aż po sam wierzchołek władzy, gdzie myślenie wreszcie się odbywa, ale w oparciu o ideologię  stawiającą znak przysłowiowej równości pomiędzy kulturą a… naturą(!). Ha, kto wie? Może to zresztą i chwalebne? To, że się w ogóle urodziliśmy, zawdzięczamy (lub o to mamy okazję je obwiniać) przecież tylko własnemu zwycięstwu w wyścigu, kiedy to jako jedną tylko drogą mogące zmierzać plemniki (wśród wielu innych robiących to samo) parliśmy ku jajom w macicach naszych przyszłych matek. O, nie cierpieliśmy wówczas wyrzutów sumienia, że, zwyciężywszy, tylu innym uniemożliwiliśmy stanie się zwycięzcami! Walce zawdzięczamy więc własne istnienie, nie jakimś myślicielskim wahaniom, rozważaniom, dywagowaniom. Tak mówili autorzy terminu „walka klas” czy siewcy poglądu, że „rasa panów nie będzie bez końca przystosowywać się do standardów właściwych rasie niewolników”. Ale i mi ani się śni być dumnym z obcych myślicielskich osiągnięć! Wiem, że zawsze gdzieś trwają działania wojenne i że to na nich jak na mitycznym Atlasie spoczywa cały (bez mała?) ciężar gry, znanej nam pod bardziej rozpowszechnionym imieniem Dziejący się Wszechświat. Tym niemniej wierzę (a wiara jest żywa, w przeciwieństwie do wiedzy, która jak kula u nogi czyni myśl ludzką więźniem nie czego innego, tylko bardziej niż inne sugestywnych dogmatów), że wywyższenie Polski nad narody objęte innymi państwowościami – dzięki powstaniu i upublicznieniu  t e g o  dzieła, gdzie mówi się pełnymi zdaniami o sprawach, na których temat filozofowie tylko przebąkiwali – załatwi pozytywnie całemu obecnemu ludzkiemu rodzajowi problem braku orientacji, „po co jesteśmy”, wyprowadzając ludzkość z mroków. W mrokach jesteśmy zwyczajnie skazani na poruszanie się po omacku, co wręcz nieuchronnie prowadzi do zderzeń, kończących się (w warunkach pełnej światłości może już ontologicznie zbyteczną)  śmiercią jednej ze stron lub nawet obustronnym śmiertnym nokautem. Przyzwyczajeni do zabijania lub stawania się ofiarami zabójców (a jak nie to, to do umierania śmierćmi naturalnymi), nie wyobrażamy sobie, że mogłoby być inaczej. Zachowujemy się jak przykuci łańcuchami do wioseł galernicy, którzy, nie patrząc na to, czy wokół galery rzeczywiście jest jeszcze woda, czy może ich łódź ustawiono już na stojakach, z mozołem wiosłują i wiosłują, ponieważ ich nawyk jest silniejszy aniżeli myśl ich. Tak i my umieramy i umieramy. Podczas, gdy aniśmy raczyli sprawdzić, czy nasz kosmiczny statek, to jest poruszająca się w przestrzeni nieba łupina Ziemi, nie zawędrował już w aurę takiego przestrzennego obszaru, gdzie w jednej parze obowiązkowo nie muszą się trzymać życie i śmierć, lecz gdzie życie może sobie dobrać nie tak jak śmierć szkaradną, choć za to zapewne bardziej niż śmierć wymagającą, partnerkę. A żeby nie wyszło na to, że sam sobie zaprzeczam, uzupełnię, bo zdaje się, że przekonywałem wyżej, iż wiara to sposób na mierzenie się z rzeczywistością akuratniejszy niż wiedza, i zaraz potem wiedzę, po co jesteśmy, postawiłem na pierwszym miejscu. Otóż można albo wiedzieć, że się wierzy, albo wierzyć, że się wie. Wiedzę jednak można mieć jedynie o rzeczach, które już się wydarzyły, natomiast wiara dotyczy przyszłości. Ta ostatnia nie powinna więc być traktowana jako wybrakowany (ani też – tak samo – uszlachetniony) sort wiedzy, ponieważ interesuje ją jak gdyby inny wagon w, ciągnionym po pięciolinii szyn (na których Tragicznie Smutny Kompozytor Muzyki Rozrywkowej wypisuje nuty mających być rozjechanymi pędraków) przez lokomotywę nadziei, pociągu historii. A co do tego wszystkiego ma „wywyższenie narodu polskiego”? Ma otóż to, że mój praktycznie napisany już tekst (który, po przeniknięciu do wiadomości publicznej, uzupełni wakujące ludziom odpowiedzi w pobrzękującym dotąd niepokojami, rozpaczami, samobójstwami i zabójstwami arsenale ich pytań, stanie się dla nich wystarczająco na to inspirującym przedstawieniem, ażeby, za cenę podporządkowania się dyktatowi ukazanych w nim reguł gry, poczuli się zmuszeni odnajdywać własną błogosławioną wolność w możności wojowania po swojemu – w oparciu o wreszcie wszechstronne i całościowe rozumienie spraw świata) jest napisany po polsku, w swej większej części na języki inne jest nieprzekładalny i tylko po polsku – jako w jedynym języku w pełni ontologicznie sprawczym – mógł być napisany. Początkowo cała ludzkość (ba, to wszystko w ogóle na planecie Ziemia, co wedle ostrożnych szacunków określilibyśmy jako żywe!) była jak gdyby jednym narodem, więc – chociażby z uwagi na to, że ludzie mówili wówczas „po ludzku” – trudno by utrzymywać, że  mówiła „po polsku”. Sławą tych pierwotnych ludzi były słowa; słowiańszczyzna (a co do joty, tylko Polacy) przy mowie ludzi bezpośrednio przez Boga stworzonych, a nie dopiero w toku następowania pokoleń urodzonych, jako spośród grup językowych jedyna, wytrwała do końca.

            Pojękiwania, mające w tabelach zadzierzystości miejsce przecież nie najpośledniejsze. Pojękujący – widać – w końcu liczy jeszcze na to, że swoim jękiem ma się do kogo odwołać. Milczałby – jak ten niesiony państwu w kleszczach psiego pyska zajączek, który wie, że jedynych zdolnych się wzruszyć jego losem, to jest jego własnych zajęczych rodziców, byłby swym jękiem tylko zasmucił, ponieważ, powiadomieni o jego wpadce,  uzmysłowiliby sobie jedynie własną przysłowiową małość: to, że na ich pomoc liczyć nie podobna.