marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Październik 13th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 63

            Uśmiechania się ustami o wargach mocno zwartych – z powodu obecności w dziąsłach zębów mocno przerzedzonych, których widok z ideą uśmiechu jako takiego, a więc mającego manifestować nastawienie do obserwatora miłe i przyjazne, stałby w przysłowiowej rażącej sprzeczności. Cherlawy półimpotent, zasadzający zasadność swych dogasających nadziej, na zgrzebnych grządkach świeżych nagrobnych kopczyków dlatego, że widok tych ostatnich, a nawet sama myśl o nich -  nadal jeszcze wzbudza w nim spontaniczny chichot, planuje kolejne przedsięwzięcia. Cóż stąd, że nie wprowadził w historię – poprzednich! Nade wszystko optymizm przecież obrazuje w oczach polityków, władnych wstrząsać ciałem świata – właściwy wymiar ducha! Czy jednak aby nie jest to – tfu, tfu!, na psa urok! – , pospolita wśród ludzi przegranych, wesołkowatość, a nie radosna żądza czynu?

            Co do zabijania, to przecież zabijamy – choć, co prawda, rękami rzadko własnymi – świnie, w których pokutuje, z win (ś-winia – z-win – z-winia – za-winia) jak najbardziej swoich, lekceważący – okrutne, ale zbawienne – przykazania swej gatunkowej swoistości człowiek, o ile kto pamięta naszkicowaną już w idącym tu tekście koncepcję dewolucji. Żeby żyć, musimy zabijać, ponieważ zabici przez nas zadawnieni bracia doskonale nadają się do jedzenia, co przyjmujemy na ogół bez wewnętrznych oporów, choćbyśmy z pięknie zamaskowaną obłudą, czyli kulturą, utrzymywali, że od czego jak czego, ale od kanibalizmu to jesteśmy jak najdalej. Ale jedzenie to jedno, a jest tu jeszcze drugie poważne wskazanie. Pozostajemy władni, a więc w sensie życia najwłaściwszym żywi, gdy rządzimy. Przy czym władzę można pewnie dzielić na dwoje, ale – nie na dwóch. Pamiętam artykulik opatrzony rysunkiem węża o dwóch głowach, który w szóstej czy siódmej klasie podstawówki znalazłem w miesięczniku „Magazyn Polski”, gdzie przedrukowywano (w tłumaczeniach na nasz język) osobliwości wyszukane przez redaktorów w prasie światowej. Taki wąż podobno naprawdę gdzieś się urodził i dorósł w pozornej zgodzie dwóch swych głów, po czym nagle dwie te głowy stoczyły między sobą gwałtowną walkę na śmierć i życie. Co tu więc się dziwić, że tak zwane „głowy państw” (w przypadku, gdy są dwie na jedno państwo) aż tak ostro, jak to obserwujemy, pogrywają – jedna przeciw drugiej. Nie wynika to bynajmniej z  jakichś „ambicjonalnych przerostów” tych przecież przeważnie nader niewysokich ludzi. Tak po prostu zostaliśmy  w s z y s c y   skonstruowani, w tym niestety (dzisiejszemu młodemu pokoleniu dryblasów nie zaimponuję moim metr 78) – i wysocy. Ludzie ambitni zawsze dążą do jedynowładztwa, innym – wrodzoną ambicję przed osiągnięciem przez takich pełnoletniości zdążono na różne sposoby wybić z przysłowiowych głów. „Jeśli nie będę wchodził w drogę innym, inni nie znajdą powodu, ażeby mi zrobić krzywdę” – naiwność takiego stanowiska (reprezentował je między innymi Ignacy Jan Paderewski, wybitny pianista swoich czasów a zarazem człowiek, który dzięki temu, że pozyskał przyjaźń wpływowych polityków sceny światowej, załatwił [na jakiś czas!] nieledwie jednym słówkiem do nich skierowanym niepodległy byt państwowy pozostającemu podówczas bezeń już od stu dwudziestu paru roków narodowi polskiemu) łatwo wykazać, mając świadomość faktu, że to konflikt właśnie stanowi opokę wszelkiego życia, ponieważ inaczej trudno by było wykrzesać z tych ludzi, śledzi czy pawianów – choćby najskromniejszą iskierkę aktywności. Są i rośliny, które niby  wegetują. Ale i one pokładają nadzieję w czymś nienawistnym wobec zjadających je. Że, zjadane, nie do końca dadzą się strawić swoim konsumentom; że wywołają u nich przykre wymioty; że na ich twardej tkance konsument połamie sobie zęby; że któryś z elementów ich tkanki podziała na konsumencie jak śmierciodajna trucizna; że, zrażony samym ich niezachęcającym wyglądem, smakiem, zapachem i tak dalej, ze złością poczuje się zmuszony od nich odstąpić. Co żywe, poszukuje bowiem konfliktu lub co najmniej efektu zaszkodzenia temu, do wejścia w kontakt z kim w otwartej walce nie odważa się stanąć – to wynika z chęci odegrania satysfakcjonującej je roli na scenie świata, wymuszenia na obserwatorach sytuacji, w której na pewno będzie zauważone. Odegranie roli – głównej, drugoplanowej, jakiejkolwiek – stanowi spełnienie (czyli zastosowanie w praktyce historii) idei, jaka każdego z nas ustanawia, toteż, choć nieodpartego pożądania takiego występu wręcz nie wypada uzasadniać błahą chętką na przeżycie po prostu paru chwil fajnej zabawy, to przecież dla tej właśnie zabawy godzimy się uznać, że wejść na plac gry i zamanifestować na nim, wobec (głodnej nasycić się konkretyzacją tego, co chyba od prawieków pozostaje nieokreślone) widowni, tryumf swojego „ja” – nam się opłacało. Pogardzający bitwami grup dzisiejszych  rozwydrzonych łobuzów intelektualiści otwierają w bibliotekach starożytny wolumen, gdzie „można się wczytać z jakże odmienną pogardzie lubością” w tekst oddający bitwę rozwydrzonych młodzianów przecież podobnie, tyle że toczoną przez nich przed kilku tysiącami roków i – z użyciem innych rekwizytów oraz w innych ubiorach! Ja zabijam – ja jestem!  Wychodzenie naprzeciw drugiemu człowiekowi nie z gestem pokoju, lecz z zamiarami wobec niego jak najgorszymi – wbrew pozorom manifestuje miłość: dbałość o dzieło Stwórcy, które ostaje się jedynie dzięki uporczywemu generowaniu wydarzeń – nie do kupienia inną walutą niż bohaterstwo! „Wśród ludzi ludziom wciąż się zaprzecza, / by potwierdzała się rzecz człowiecza!”.  Jednak walka na poważnie, szczęśliwie dla takich zdechlaków jak ja, zachowuje prawomocność na wielu różnych poziomach, nie tylko na tym, gdzie przeciwnika niszczysz (bo inaczej sam zginiesz) – poprzez zadanie powalającego ciosu pięścią, niekiedy uzbrojoną dodatkowo w kastet czy zaciśniętą na sztylecie. Powalająca bywa także choćby siła argumentu użytego w odpowiednim kontekście tak zwanej zwyczajnej rozmowy. Pamiętam wyraz okrucieństwa w oczach siedemdziesięciorocznego szachisty w Domu Kultury przy Elektoralnej, z jakim wykonywał ruch matujący króla równie wiekowego przeciwnika. Pojedynkowano się na topory, szpady, pistolety. Witold Gombrowicz bohaterom swojej powieści kazał pojedynkować się na miny, choć to akurat wydaje się być odpowiedniejsze dla małp. Zaprzeczenie komuś innemu utwierdza cię w afirmacji samego siebie. Ale tu nie wystarczy już poprzestać na drobnej złośliwości. Albowiem bohaterstwo to kwestia nieprzejednania wobec wroga, który równie poważnie traktuje ciebie. I tak naprawdę wchodzisz z nim w kontakt bardziej zasadniczy i bardziej wam obu (i światu) potrzebny aniżeli z tymi, co ci sprzyjają. Sprzyjaciele, zwani też popularnie acz bez uzasadnienia semantycznego ‘przyjaciółmi’, w razie czego łatwo we wrogów zresztą się  przeobrażają. Bo i tak bywa, że w jednej drużynie (której wspólnotową jedność wymusza wspólny przeciwnik) gramy do czasu.

            Wziąwszy z rąk kuchenkowej talerzyk oraz kubek (oba te naczynia są oczywiście odpowiednio do pory dnia zapełnione), przechodzę wśród odgłosów chłeptania i mlaskania do mego (bo chyba w ciągu tych trzydziestu paru godzin nabyłem doń prawo własności przez zasiedzenie) stolika, znad blatu którego odruchowo a beznamiętnie unoszą się głowy Dużego i Basnadara, a to w instynktownej reakcji na moje wtargnięcie. Siadając, wypowiadam:

            – Pospieszam z zapewnieniem, iż nie jest mi obojętne, czy konsumowane przez was śniadanie okaże się czynnikiem zbawiennym dla waszego zdrowia, samopoczucia i nastawienia wobec, stwarzających też szanse szczęśliwych rozwiązań, problemów świata.

              – Idź do diabła! – wymrukuje olbrzymi a prymitywny autokrata poprzez mlaskanie. – Byłbym zapomniał: karę za złamanie pewnego zakazu wymierzę ci osobiście.

            Zacząłem już jeść, popijając. Po zmiażdżeniu łapy Płaskonosemu, z pantałyku tak łatwo wybić się nie dam, chociaż wiadomo mi w zasadzie od dawna, że pójście drogą emocji jest dobre co najwyżej dla temperamentów otrzaskanych ze sztuką robienia właściwych wyborów (wybrać cios z lewej, z prawej, z kopa, czy unik) na dużej prędkości, jakiej to umiejętności ja niestety raczej nie opanowałem. Gniew wzbudzić we mnie (któremu weszło w nawyk może nieodwracalny przysłowiowe gorące chwile stymulować tak, ażeby tak zwane wszystko rozłaziło się w końcu po kościach) to rzecz godna właściwie annałów. Niemniej cuda się zdarzają, co wie zwłaszcza uważny a umiejący wyczuć ton prawdy czytelnik idącej tu quasipowieści, który z łatwością też wyczuje, że pewne fikcjoza zaserwowano mu tutaj nieomal wyłącznie dla żartu. Mniej wyrobionych czytelników informuję przy okazji, że niniejszy fabularyzowany wykład jest pisany z myślą niestety nie o nich.

            Ogólne rozmamłanie; wynikające z braku odwagi na przemówienie słowem dosadnym, jakie niechybnie wygenerowałoby kontrakcję, nieodmienne bazowanie na eufemizmach.

            – „Ustanawiam prawo”, powiadasz – patrzę w oczy uśmiechającemu się teraz z wyrazem ironicznego zainteresowania oprychowi, wiedząc, że ten czeka tylko, kiedy zdobędę się na bezczelność bycia mądrzejszym niż wynosi limit, jaki on jaki on jeszcze w swej łaskawości skłonny jest tolerować, bo wtedy postąpi tak, jak każe jego wewnętrzny kodeks moralny, i, co będzie jak szczytowanie po wystarczająco długotrwałym drażnieniu określonych ośrodków, przywali mi w ryj. – „A, jako że prawo to strażnik mających służyć memu interesowi (będzie się on zresztą za moim wzorem stopniowo stawał tożsamy z interesem wszystkich godnych żyć ludzi) porządków, rozmyślnie łamiących je, lekkomyślnie je lekceważących, jak też, mimo najlepszych chęci, nie będących w stanie sprostać jego wymogom – będę karał. Moje albowiem upodobanie do biologicznej sprawiedliwości, zasadzającej się na bezwzględnej konsekwencji okrucieństwa wobec próbujących tę panią  oszukać, jest niewzruszone jak u nikogo innego na świecie i niech no tylko ktoś poważy się je naruszyć!”. Tak rozumujesz? Nie uwzględniasz tego, że jest to rodzaj rozumowania znamienny dla byle drapieżnego zwierzęcia? Czy świat, w którym ludzie, dotknięci taką ideologią (gdzie nie ma miejsca na próby wyjścia poza tak prymitywnie jednoznaczny schemat,  nakreślony ręką chyba jakiegoś „lubiącego jasne sytuacje” jołopa, co ci powie, że cała filozofia samca to drugiego samca „jebnąć”, zaś samicę – „wyjebać”), przeobrażą się w niezdolnych historii poprowadzić dalej, natomiast chętnych wycofać się do czasów pionierskich i wiecznie ją początkować – powtórkowiczów, czyż więc świat ten nie popadnie w nieszczęście historycznego błędnego koła?

            – Jak wolisz, żebym cię wyjebał zamiast jebnąć, to proszę bardzo.

            – Jeść i oddawać naczynia, panowie gawędziarze! – domaga się kuchenkowa zza swojego wózka. Dopiero teraz widzę, że podsądni chyba jednak musieli przysłuchiwać się temu, co mówiłem, bo w większości nadal siedzą przy swoich stolikach i wlepiają we mnie swe murzyńskie gały, chociaż, co było do zjedzenia, dawno, można powiedzieć, zdążyli już pochłonąć. Układ, w który wszedłem, nie jest dla mnie dobry, zważywszy, że, ze względu na planowaną ucieczkę, mam mało czasu, a tu trzeba odpowiedzieć na tak problemowe pytanie i jeszcze opróżnić kubek tudzież talerzyk z ich przysłowiowej zawartości.

            – A co ty zrobisz, żeby to błędne koło historii się nie zamknęło! – rzuca z odległego kąta sali stołówkowej wracający widać do formy po niedawnym quasi-nokaucie Płaskonosy.

            – Poszukuję sposobu, który byłby temu okropieństwu zapobiegł. Że na razie go nie znalazłem, jedynie intensyfikuje tempo moich prac na tym polu. Co zaś tyczy twego pytania, Duży – obracam twarzową stronę głowy ku oczom wielkoluda po sąsiedzku. – Po czymś takim nie dajesz mi wyboru. Tylko muszę wpierw ze 2 tygodnie potrenować z sanitariuszami.

            To powiedziawszy, rozsmarowuję łyżką margarynę na wierzchniej stronie pajdy. Nie powiem, iżbym ze szczególnym zapamiętaniem obstawał przy zdaniu, że gra na zwłokę to dla mnie jakaś wyjątkowo piękna rzecz. Tym bardziej, że jeszcze dzisiaj mnie już tutaj nie będzie. Tym niemniej jednak, odkąd w dom historii wszedł gość podający nową całkiem definicję Słowa Honoru, na którym zawisa istnienie świata, tak samo nieustępliwie „walczy o byt / z odwagą – s p r y t ”. Byłoby może bohaterstwem – na gwałt odpowiedzieć gwałtem. I sumienie mnie będzie gryzło, że się nie postawiłem, choć doświadczyłem w życiu już parę razy, że i takie chuchro jak ja, wbrew rachubom rozsądku, w przypływie świętego ducha gniewu wali niby charakternik. Ale w ostateczności czy ja przestanę być sobą, gdy udam, że rzucone mi przez Dużego wyzwanie spłynęło po mnie jak woda po gęsi – bez żadnego śladu? Pytała mnie lekarka-psychiatrini, gdym po raz pierwszy, jako czternastolatek, kiblował w psychiatrionie, jeszcze na oddziale dziecięco-młodzieżowym, co jest moim kłopotem. Wstydziłem się powiedzieć. Teraz zdobędę się na bezwstyd. Moim kłopotem było i pozostaje to, że nie funkcjonuję w układzie biologiczno-społecznym. Ten niestety chyba musi się sprowadzać po prostu do przeprowadzania równolegle procesów redukcji i produkcji. „Do żywych bab po męskich trupach”! Z babami produkować dzieci, redukować męskich konkurentów do pełnienia tego fascynującego procederu. Dowodem na to, że owa „równoległość” jednak  n i e   j e s t   bezwzględną koniecznością, są pacyfistyczne z zasady Chiny, których ludność ustawicznie a imponująco wzrasta w swej liczbie. Mimo praktycznej  niemożności respektowania w tym nieogarnionym kraju-molochu tak zwanych praw człowieka, porównywalnej liczby ludzi tam się przecież nie morduje. Co do kwestii, że – jako czternastolatek – przecież nie byłem jeszcze mężczyzną, to zacytuję mego dobrego kolegę z młodych lat, że „my nigdy nie byliśmy dziećmi!”. Taka retoryka co jednak zmienia?

            – Jesteś takie samo gówno jak my wszyscy! – konkluduje ze swego kąta wzburzony Płaskonosy, po czym wstaje i wychodzi krokiem tak szybkim, jakby mu gdzieś się śpieszyło.

Wcinam swoją rację chleba zmiękczanego łykami zbożowej gorzkiej kawy bez mleka, na gorzkie słowa pyskatego teoretyka bandytyzmu o płaskim nosie nie reaguję. Zabrzmiały mi w głowie tak wprawdzie, jakby i tu, w Tutabonie, spodziewano się po mnie więcej aniżeli tego, czego po jednym patałachu z ambicjami może spodziewać się drugi podobny patałach, co, chociaż, jasne, musiało utwierdzić mnie w dumie z mojej niebłahej, widać, tożsamości – jednocześnie było ciężkim zarzutem i wyrzutem, że posiadane szanse załatwienia ważnej sprawy – przecież nie tylko dla siebie – nieodpowiedzialnie trwonię. Wprawdzie więc to mi w głowie zabrzmiało, ale, lądując chwilowo na pozycji nieodpowiedzialnego trwoniciela, w o ileż jestem znośniejszej sytuacji niźli wówczas, jak bywało, gdy nie śmiałem nawet marzyć o wysupłaniu mnie, sponiewieranego i otępiałego, z tak śmiesznej rzeczy jak kaftan przysłowiowego bezpieczeństwa, w którym czujesz się, jakbyś nie miał rąk! Muszę powiedzieć, że nie dziwię się, że ptaki (do której to rodziny należą przecież także tak symbolicznie pozytywne dla nas orły) nie skonstruowały rakiet i nie poleciały nimi poza obręb przyciągania ziemskiego. Samym dziobem i ty byś nie wystukał na pokładowym komputerze odpowiedniej dyspozycji („Dawaj!”) dla kolegów z kosmodromu Bajkanur, śmiałku, któryś jako pierwszy w znanej nam historii człowiek (wcześniej z żywych była tam tylko Łajka, pies) odwiedził najbliższy skrawek pozaziemskiego kosmosu, Juriju Gagarinie! Mógłby ktoś powiedzieć, że nie czas na kpiny, gdy wszystko, być może, jest jeszcze do uratowania. Bynajmniej nie tylko to, że przywrócę spójność mym fabularyzowanym wywodom, gdzie z jednej strony wyszydziłem, a z drugiej – uznałem za logicznie konieczne  dokładnie to samo: sprowadzenie ludzkiego życia w społeczeństwie – do zabijania i wprowadzania do tejże gry (poprzez dwupłciowy rozród) nowych zestawów układanek genetycznych – na miejsce zabitych. Cóż, tych „zestawów układanek genetycznych” obserwujemy (w ich postaciach dojrzałych, wchodzących już w praktykę – jak też w tej praktyce mocno zadomowionych – dokonywania realizowanych wyborów, kogo zabić, a z kim generować potomstwo) w historycznie istniejącym świecie bardzo wiele, ale bynajmniej nie jest to liczba bez nieprzekraczalnego pułapu. W wiernie oddającej zresztą każde badane zagadnienie teorii więcej zwykle bywa możliwe aniżeli ustala się to w praktyce dziejów, ta albowiem nie idzie nigdy na „pełny ful”, wyjąwszy może niezdolne wykazać rezerwy wobec imperatywu skale makro- i mikrokosmosu. Tak więc poszczególne zestawy układanek genetycznych, czyli indywidualne typy (o określonym potencjale intelektualnym, mentalnym, wydolnościowo-fizycznym i aparycyjnym) charakterologiczne ludzi nie są tak liczne i nie cechuje ich aż tak wielkie bogactwo międzyosobniczych różnic, jak teoretycznie mogłoby być.  Co jakiś czas rodzi się więc człowiek, o genach takich samych i tak samo w genotypie rozlokowanych, identyczny z tym, który to reprezentant rodzaju ludzkiego niegdyś (powiedzmy – przed dwoma tysiącami roków) właściwie swą rolę w teatrze świata już odegrał. Jeśli bowiem klocków jest ograniczona ilość, a budowniczy (jak na złość!) nie ustaje w pasji wznoszenia z nich (po uprzednim zburzeniu już ustawionej budowli) coraz to nowych gmachów, to, choćby odznaczał się cechą chorobliwego wręcz stawiania na oryginalność, w końcu jest po prostu zmuszony (mógłby jeszcze rzucić swój trud w przysłowiową cholerę, ale nic nie robiąc, przestałby przecież jako budowniczy istnieć, co jego szanse na cokolwiek, nie tylko na oryginalność, przekreśliłoby już zupełnie) ustawić budynek ten sam (czy taki sam – wszystko jedno, długo tu można by deliberować nad drugorzędnymi szczegółami), co niegdyś. Ten sam człowiek  rodzi się tedy po raz drugi, oczywiście w innej scenerii, pomiędzy innymi partnerami, w aurze innych fruwających mu dookoła głowy panujących światopoglądów rozświetlających mroki ponadczasowej nudy. Przykład? Proszę bardzo! To chociażby cesarz starożytnego Rzymu, Klaudiusz, który urodził się po raz drugi jako angielski twórca powieści historycznych, Robert Graves! Tak przynajmniej utrzymywał sam Graves, co poszło w świat, bo nie robił tego w prywatnych rozmowach ze swoją żoną (o ile taką miał), tylko w jednym ze swoich poczytnych dzieł. Ja, rozgraniczając wprawdzie moje pierwsze życie od drugiego – jak swój dzień wczorajszy od dnia, w którym usadowiłem się dzisiaj – utożsamiam się też z jedną z konkretnych historycznych postaci; ażeby jednak nie być nudnym, nie posunę się do podawania i w tej partii tekstu jej Imienia. Są zresztą tego  i inne powody.

            Szurania końcówkami nóg krzesłowych w momentach dla będącej w toku debaty nad wyraz newralgicznych. Zamiatania podłóg w pracowniach złotniczych przez zamiataczy gotowych zamieciony pod dywan jeden złoty opiłek osobiście później wynieść w kuble do odpowiedniego śmietnika. Z trudem utrzymujący równowagę na rozchybotanym zydlu  prekursor sprawy mającej może nigdy się nie urzeczywistnić – za żadne skarby nie chciałby wykrakać najgorszego. Ale przecież nie umie się zdobyć na jeszcze bardziej straszny dlań akt powstrzymania własnego gadulstwa i nieroztropnie rozgłasza, że tylekroć zapowiadany przez rozmaitych proroków koniec świata nie nadchodzi oto bynajmniej wielkimi krokami bosostopego pielgrzyma, lecz – nadjeżdża luksusowym rolls-royce’m. W obliczu okoliczności tak diametralnie zmienionych, pęka w szwach i samo meritum. Uosabiający je poniekąd autor przebrzydle rozwlekłej quasi-powieści wskazuje na jej tak pretensjonalny tytuł, by ze smutkiem wyznać, iż źle musi być już chyba bez żadnego naciągania, ponieważ prawdę zwykł mówić tylko w ostateczności.

            Czy chodzi o to, żeby w dziejach nic się nie działo (co mógłby wymóc na tego teatru aktorach siłą swego autorytetu – zbudowanego na czymże innym, jak nie na Jego własnych  działaniach przecież? – Reżyser, który zapomniał lub nie chce pamiętać, że samo istnienie jest działaniem, a tym samym, że ono bez niego się zdeklasuje do poziomu, gdzie budujące dramatyzm, to jest sens teatru, okrucieństwo zostanie na Nim wymuszone, bez dania Mu szansy na obranie jakiejkolwiek innej opcji jako realnej, a nie jedynie deklarowanej, zasady postępowania i wartościowania)?  Ma się nie dziać nic, ponieważ to, co w przeciwnym razie byłoby się działo, musiałoby być zbyt straszne? Być, czy nie być – to pytanie, zakwitłe po raz pierwszy w historii (znanej nam z rękopisów dotychczas odnalezionych) na ziemistych ustach fikcyjnej postaci kostiumowego dramatu, którego odegranie odbyło się wobec wyborowej wprawdzie publiczności, ale tylko na scenie miejskiego teatru, a nie teatru świata (stojącego, jak wiadomo, wędrówką obserwowalnych zewsząd gwiazd) – czyż więc pytanie to nie musiało naprawdę po raz pierwszy zaświtać w głowie (wahającego się na uparcie nawracającym Mu pod kroki rozdrożu, jak tu ten zarysowujący się  i jakże kłopotliwy dylemat rozstrzygnąć) Stwórcy?  By go rozstrzygać, On tylko ma godne zazdrości prawo a zarazem obowiązek nie do pozazdroszczenia! Dziejący się świat jest jak zależna od wahań koniunktury (bez takiej kołyski, nie wykolebało by się nic w ogóle) firma, która w każdej chwili może splajtować. Ażeby tak się nie stało, poddajemy ją ustawicznym renowacjom, co w praktyce oznacza po prostu permanentne stwarzanie jej na nowo. Wybierać teraz pomiędzy bytem a niebytem wydaje się być tylko przysłowiowym  problemem akademickim, który można roztrząsać do woli, demonstrując przy tym erudycję, elokwencję i pomysłowość, ale praktycznie nie posuwając swego, ani niczyjego, rozeznania w poruszanej kwestii ani o krok. W istocie – wynajdywanie coraz to innego argumentu, któryby każdego kolejnego dnia nieodwołalnie  przemawiał za kontynuowaniem wysiłku istnienia, to chyba jedyna robota rasowego filozofa-propagandzisty mająca – widoczną gołym okiem – doniosłość. Ważne, choć nie tak już oczywiste, jest też to, że, za przykładem odgórnym Boga, godzimy się  przyjąć świat – świadomie rozeznany. Zwykliśmy powiadać, że „urodził się na nowo ten, kto cudem wybrnął ze śmiertelnie niebezpiecznej opresji”. Czyż tak samo nie bywa i w przypadku… dziejącego się  świata – dlatego objętego niesłabnącym stanem zagrożenia, że dopiero suma napięć go w ogóle stwarza?  Na jednym z moich licznych młodzieńczych nocnych spacerów (było to akurat na schizogrodzkim Rynku Starego Miasta, gdzie, tym razem starczo, człapałem i wczoraj) natknąłem się na samotnego mężczyznę, w lichych szatach sześćdziesięcioletniego może hodowcy kanarków, o powierzchowności zdradzającej upodobania myślicielskie. Zwyczajem bohemy zaczepiłem go pytaniem, czyby nie kupił mego teatralnego skeczu, który, przy swym ówczesnym braku orientacji w tych sprawach, nazwałem „scenicznym dramatem”. Gadaliśmy i choć czterostronicowego tekstu nie kupił (dałby sto, ja chciałem czterystu złotych), to zwrot „zrobić coś raz a dobrze” wiążę odtąd ze wspomnieniem właśnie jego osoby. Dla niego albowiem prawdziwą sztuką miało być nie wytrwałe mierzenie się z problemem metodą cieku, który kropla po kropli drąży przysłowiową skałę, tylko „załatwienie go odmownie” ciosem jednym a dobrym. Czy także powstanie świata – zapytuję ja teraz – zawdzięczamy (lub mamy okazję przeklinać) jednemu a dobremu uderzeniu Boga, temu Pierwszemu Impulsowi? Jestem odmiennego zdania. Nasz ludzki świat powstaje w każdej kolejnej chwili. A ponieważ właśnie od niego, jako od jego niezastąpionej a z pewnego względu mu niezbędnej siły kierowniczej, zależy istnienie wszechświata, także ów wielki (ale bezbronny i bezwolny, bo z racji swej bezmyślności nieumiejący docenić wagi swego istnienia) wszechświat ma wiele (kolejnych) początków. Jest dzień, pora dziań. Czy mamy nadal – na modłę „wytrawnego kibica”, któremu jest wszystko jedno, kto wygra (byt, czy niebyt), ponieważ ponad wszystko wyniósł „własny obiektywizm” -  pozwalać, ażeby to wszystko „działo się samo”? Samo z siebie? Oddając ster dziejów przysłowiowej wolnej grze sił, czyż nie zachowujemy się niby niefrasobliwy pastuch, który, podległe dotychczas jego (mającym wprawdzie przesłanki nieskomplikowane, ale twardo trzymającym pion rozsądku) decyzjom co do miejsca i czasu wypasu, świnie puszcza w samopas? Świnie, nawykłe tylko żreć i uprawiać swoją świńską miłość, będą – jest to oczywiste! – robić to, do czego nawykły, a jako nieświadome tego, jaki rodzaj zaspokajania tych dwojakich apetytów może być dla nich dobrem, a jaki – musi być złem, zdechną wkrótce – jeśli „los” skieruje je na pustynię – z głodu lub pragnienia; wykitują – jeśli tenże wprowadzi je na uprawy rolnicze – z przejedzenia; padną, zabite toksynami – kiedy nieopatrznie trafią na zagon trującego ziela. Uprawianie miłości w przypadku tych udomowionych zwierząt o smacznym, jak powiadamy cynicznie, mięsie – zdaje się, wyjątkowo, nie nieść im poważniejszych niebezpieczeństw, ale są przecież i zdziczałe psy, skłonne takiego tucznika w  polu rozszarpać, i zimowe mrozy, o ileż łatwiejsze do przetrwania w smrodliwym ciepełku chlewika. Niestety wypada mi zasugerować tu szanownemu czytelnikowi niewesołą analogię. Do ludzi. Pozbawieni wyodrębnionej spośród siebie jednostki nadającej ich poczynaniom  rygor rozsądku, zginą jak owe świnie. Choć obserwatorom – przykładającym do ocenianych przedstawień miarę niedowierzania zasadzie jedności przeciwieństw – wyda się jeszcze nieraz, że „coś tu chyba pomylono, skoro wychodzi jakoś na to, iż rozsądkowi jak gdyby dyktuje przysłowiowe warunki czyste szaleństwo(!)”. Sam często się dziwię, jak to jest, że ocenę mojego wkroczenia w dany układ odmienia radykalnie jedynie to, czy rzeczywiście je poczynię, czy – wszak też w rzeczywistości -  będę wówczas tylko sam dla siebie wiedział, jak się wtedy zachować, i ,nie wykonawszy ruchu, przejdę dalej – tak, jakby zabrakło mi w owej chwili przecież najważniejszego, czyli pomysłu. „Wiedza uczyni cię dobrym” – obiecywał Sokrates, a po sturoczach Jezus do tego dodawał: „prawda cię wyzwoli”. Ja zaś uzupełniam po tysiącroczach: „o ile sam się staniesz (i odtąd takim bezustannie będziesz) kreatywnym tych wartości egzekutorem”. Zamknięcie spraw świata w jednej krótkiej formule byłoby jednak szalbierstwem, co twierdzę w pełni świadomy, że marzenia o czerpaniu radości z tego właśnie  rodzaju występku pozostają od dziesiątków wieków przysłowiową domeną, tak przecież mi miłych, a to ze względu na dostarczaną mi przez nich rozrywkę, filozofów.