marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Październik 12th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 62

            Wylegiwania się na łóżku ze sterczącymi zeń w paru miejscach sprężynami, ślepnące oczy mając boleśnie wczytane w tekst serwujący czytelnikowi przykłady, budującej morale tego schorowanego poczciwca, sportowej aktywności i sprawności. Jakże przyda mu się wzór owych zapaleńców biegania po boisku po najbardziej niewiarygodnych jego przekątnych! Porwany wiarą nogopiłkarzy w sensowność udowadniania własnej wyższości drogą kiwek, podań i kopnięć finalnych, będzie na prostokącie papierowego arkusza, który w ostateczności też placem boju jakimś wszak jest, już z przekonaniem silniejszym niż królujący przeważnie w mózgach mędrców sceptycyzm, przeprowadzał zawrotne deklinacje, sięgał do wypróbowanych lub inaugurowanych figur retorycznych i stylistycznych! „Jeszcze pokażemy, co mamy pod spódniczką!”, jak powiadają Szkoci. Natomiast tych, którzy z uporem przysłowiowego maniaka powtarzają raz po raz, że nadal pozostają w niewiedzy, „kogóż to, do cholery, na papierze można pokonać”, z tej niewiedzy, jak z niewoli egipskiej, poczciwiec wyprowadzi. Walka o rząd dusz odbywa się na wielu szachownicach. Grający sami z sobą zawodnicy zwyciężają wtedy, gdy to blat ich stolików, a nie jakieś inne, przykuje na dłużej uwagę siły zobowiązane opiniować. W pole pokonanych zmuszeni są wówczas zejść nie jedynie wszyscy inni budziciele wzruszeń i uruchamiacze sumień, lecz także i ci, którzy z ogranej i szarej codzienności społeczeństwa usuwają nudę drogą morderstw na nudziarzach.

            A co do owego zabijania, „które nie jest grzechem”. Czyżbym nic a nic się nie bał, że któryś mniej zorientowany o moich prawdziwych intencjach fanatyk weźmie te moje słowa poważnie i, chociażby po to, żeby wykazać zasadność intuicyjnie znanej wszystkim  prawdy, iż „głupiec niech siedzi cicho, bo w przeciwnym razie jego własna głupota go zabije”, poważy się na moje życie? Cóż, ryzykuję. Ale bynajmniej nie dla żartu zacytowałem w idącym tu tekście moje dziecinne credo. Osiąganie docelowej przystani poprzez zabójstwo wydaje mi się teraz drogą na skróty, jaka powinna być poniżej ambicyj wytrawnego piechura. Lecz, chociaż wiem, że wielu będzie wolało osiągnąć ową przystań jakkolwiek niźli z miana  „wytrawnego piechura” czerpać satysfakcje, to pozostaję przy mojej dawnej egzemplifikacji grzechu. Chociażby taka Biblia aż roi się przecież od przykładów, jakim sposobem przez tysiącrocza zdobywano władzę, utożsamialną jak nic innego z jedynym celem wartym zabiegów człowieka, którego nie zdołano jeszcze upodlić lub który nie zdołał jeszcze upodlić się sam. Sięgnąłem teraz po tę czarnooprawną księgę o stronicach z cienkiej bibułki i… zwątpiłem. Niemniej przecież dobrze pamiętam z wcześniejszych zaglądań do owego skarbca mądrości całe długaśne akapity, gdzie powiadano, jak to Iks zabił króla Ygreka i królował roków tyle a tyle, póki nie zabił go Zet, panujący czas jakiś – do momentu, kiedy, zabiwszy go, królewski  tron wypełnił, powiedzmy, Wielki Zadek czyli, eufemizując, Melchizedek. I tak dalej, i tak dalej. Zostawmy biblię. Na fundamencie bratobójstwa powstał starożytny Rzym, do inspiracji którą to państwowością przyznaje się od wieków po tak zwany dzień dzisiejszy – bez mała każdy dystansujący się od „krwawych reżimów” i „dzikiego pogaństwa” polityk europejski. Zabicie Kirowa – rękoma przekonanego do tej „szczytnej misji” nieszczęśnika – utorowało Stalinowi drogę do przejęcia po zmarłym (co prawda, z ran po zamachu wyszłym skądinąd) Leninie władzy nad państwem, które jako pierwsze w historii powstawało od zrębów według filozofii istniejącej wcześniej aniżeli jej urzeczywistnienie. Niewątpliwy sukces, jakim było trwanie Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich przez 70 chyba roków w roli jednego ze światowych mocarstw (takie zawsze da się policzyć na palcach jednej ręki), budzi we mnie skojarzenie z dziełem Stwórcy, które prawdopodobnie także było premedytowane zawczasu od A do Zet. Proszę się tu nie śmiać, drodzy czytelnicy. Mamy w kraju niby wolność słowa, ale wolność słowa to nie jest wolność śmiechu.

            Co do tej wolności słowa, obok tego kłopotu, że gdzie by przy jej zachłannym współzawodnictwie podziała się cenzura, to też zresztą należałoby wnieść inne zastrzeżenia. Pouczające w tej mierze było już fiasko liberalnego hasła „róbta, co chceta”. „Mówta, co chceta” byłoby hasłem krzycząco wprost podobnym i tak samo prowadziłoby do anarchii. O to chodzi, że mówienie jest szczególnym rodzajem też roboty, a więc czegoś, co jedno buduje, drugie niszcząc – tym niemniej jego skuteczność zależy już nie jedynie, jak w przypadku czynu bezpośredniego, od tego, czy samo wystarczająco jest doskonałe. Działa bowiem rękoma nie tych nielicznych, którzy je czynią, lecz wyłącznie tych innych, liczonych w miliony, którzy są zdolni i skłonni w nie się wsłuchać, je zrozumieć i pójść za jego podszeptem. A jak =mówiący= dotrze do takich, skoro wszyscy będą mówić – jeden przez drugiego? Zaś będą mówić, ponieważ powiedziano „mówta, co chceta”, a trzeba przecież zamanifestować swą aprobatę dla hasła, które jest w modzie, i mieć swój prywatny udział w pokoleniowym porywie. Inaczej to byśmy odstawali od głównego nurtu, wiadomo zaś, że kto nie trzyma z silnymi, ginie. A już w każdym razie jest marginalizowany – jako ten przysłowiowy odmieniec. Wsłuchuję się w mówienie mych telefonicznych kolegów, i potrzebę zneutralizowania tej niebezpiecznej dla mego psychicznego zdrowia mieszaniny chamstwa i niekompetencji (z nielicznymi rodzynkami komunikatów odkrywczych)  odczuwam coraz namacalniej. Jeśli mówią to, co mówić chcą sami, a nie jest tak, że mówi przez nich jakiś, zachowujący tylko pozory człowieczeństwa, demon, to doprawdy kiepsko wybrałem, obsadzając ich w rolach mych stałych przysłowiowych wieczornych dyskutantów. Chociaż i to być może, że dokonałem wyboru najlepszego z możliwych, lecz po prostu nie ma nigdzie na świecie nikogo, kto by moje wymagania w pewnych kwestiach, nawet tak mizernie jak oni,  spełniał. Wyobrażam sobie, co by to było, gdyby nie istniały naturalne utrudnienia, które tak zwanym normalnym ludziom praktycznie zamykają dostęp do dłuższej wypowiedzi w publikatorach, dziś jeszcze uwiarygodniających nawet absurd.

            Wracając do kwestii poruszonej a nierozstrzygniętej: podobną wymowę jak moje dziecinne „nie zabijać, lecz dać się zabić – jest grzechem” ma często w kraju cytowany przykład złego interpretowania nauki kościelnej „grzechem jest ukraść krowę mi; natomiast, gdy krowę ukradnę ja, jest to dobrym uczynkiem”. „Zacznij od wczoraj!” stało w wierszu wzmiankowanego już w idącym tu tekście Waldemara Strzelczyka. To właśnie na tej zasadzie bojownicy wymyślonej przez siebie sprawy poszukują w zamierzchłej dawności – swej sprawy prekursorów. Karol Marks bredził (czy nie bredził) coś o Demokrycie; ja – w Jezusie z Nazaretu dopatruję się swego prawzoru. Jezus zaś podpisywał się pod Mojżeszowym dekalogiem, od siebie do niego dodając: „przykazanie nowe daję wam: dobrze uczynicie, gdy będziecie wzajemnie się miłowali”. I jeszcze: „nie ma większej miłości niż wtedy, gdy oddajecie życie dla swoich przyjaciół”. Źle bym się czuł, gdybym pominął milczeniem nasuwającą się tu złośliwość, mimo że ta bije pośrednio we mnie przecież: „dałby sobie uciąć fiuta, by zechciała go Danuta”. Poza tym jakże wiele muzułmańskich terrorystów-                   -samobójców wędruje do nieba w myśl tej zasady miłości, a jakoś nie bardzo to idzie w smak ginącym przy okazji w zamachu chrześcijanom, a nawet tym chrześcijanom, którzy o zajściu dowiadują się tylko – czy to z przysłowiowej ambony, czy z gazety, czy z włączonego telewizora lub internetu. ”Chrześcijanie nie są przyjaciółmi terrorystów” – powie ktoś. Jasne. Ale Jezus wszak dobitnie stwierdził, że Jego matką, bratem i siostrą (a więc, wypadałoby, kimś więcej nawet niż przyjacielem) są ci, którzy pełnią wolę Ojca, natomiast dla  rzeczywistej bliskości Bogu znaczenia wręcz żadnego nie ma biologiczne z Nim pokrewieństwo. (Decyduje tu przeto pokrewieństwo duchowe, to jest wspólnota wyznawanego i praktykowanego ideału). Skoro zaś jest tak (a jest tak!), że Ojciec i Syn Boży, czyli sam Jezus, (plus jeszcze Duch Święty) – mają stanowić jedno, to tak samo miły Bogu jak poświęcenie się na ołtarzu miłości do ludzi Jego Syna musi być i wyczyn islamskiego terrorysty-samobójcy, który umiera też dla przyjaciół, choć w przeciwieństwie do Jezusa znajduje wśród ludzi także wrogów. Ciężko się z tym wszystkim pozbierać. W dodatku jak pogodzić prekursorstwo, gdzie powiadało się „nie zabijaj!, nie kradnij”, z tym, co, w fazie tego kursu bodaj czy nie finalnej, zdaję się powiadać ja, który namawiam pytającą w rozpaczliwym zagubieniu ludzkość, „co robić?!”, do czegoś dokładnie odwrotnego? Pewnie, wszystko na swoim miejscu ma ułożone jedynie nie znający sprzeczności, ale też – dynamiki historycznego czasu ani perspektywy geograficznej przestrzeni, absolut. Prawa ludzkie, nakazane bożym wybrańcom przez Stwórcę dla generalnego trwania (w zmienności przecież!, i to obfitującej także w zaskoczenia, nie jedynie do regularnego narastania lub zanikania danych zjawisk się sprowadzającej!) tego wszystkiego, ażeby to wszystko uniknęło losu gorszego jeszcze aniżeli takie generalne trwanie, być może raz na parę miliardów roków wymagają odnowienia, modyfikacji, reorientacji. Był matematyk (niestety nazwisko jego uleciało mi z pamięci), który odkrył, że zwykłą tasiemkę wystarczy połączyć obu końcami w jeden zamknięty okrąg, w jednym miejscu tylko przedtem ją przegiąwszy poprzecznie o 180 geometrycznych stopni, by móc wodzić palcem po obu jej stronach, ani na moment nie  odrywając go od niej. Graficzną stylizację tak przegiętej taśmy, dla orientacji, w czym rzecz,  oraz dla uhonorowania odkrywcy nazwanej jego nazwiskiem, przyjęto później za matematyczny znak czy symbol nieskończoności. Podejrzewam (co jest pomysłem już moim), że przechodzenie kosmosu (który, jak to wywiedziono z obliczeń, by istnieć, musi wykazywać dynamikę ciągłej zmiany swych gabarytów, ponieważ każdy inny rodzaj ruchu – w tym wirowanie – stanowi dynamikę tylko jego wewnętrzną lub, z uwagi na brak zewnętrznego układu odniesienia, po prostu jest niemożliwy) z tendencji postępującej w wycofującą – odbywa się podobnie jak opisany wyżej ruch wodzenia palcem po jednej stronie owej taśmy, by, dzięki zmyślnemu przegięciu tej taśmy i zamknięciu cyklu, odbywać się dalej po drugiej stronie owej taśmy – zgoła bez zgrzytu czy jakichś katastrof. Zauważone ostatnio przez astrofizyków istnienie (w czasoprzestrzeni wszechświata) ciemnej materii i ciemnej energii, których nijak nam dotknąć czy zobaczyć, każe mi sądzić, że proces przechodzenia wszechświata z biegu ekspansji na bieg impansji (słowo dobre jak każde inne) – nie to, że kiedyś-kiedyś dopiero będzie miał początek (długo po, z taką tęsknotą i zaintrygowaniem często oczekiwanym przez ludzi, tak zwanym „końcu świata”), tylko odbywa się stale, od dawna (może wręcz odwiecznie), a ciemna materia i ciemna energia są tym samym, co materia i energia nam znane (chociażby z samooglądu naszych własnych cielesnych powłok oraz ich  e n e r g i c z n y c h  poruszeń), tyle że – w fazie sunięcia „po drugiej stronie tasiemki”, gdzie wszystko się kondensuje – zamiast, jak „dotąd”, ekspandować. Stąd właśnie wprost cudownym zabiegiem było nadanie owej tasiemce po jednej stronie białego, a po drugiej czarnego koloru. Ze zdumieniem natomiast przyjąłem informację, że kosmologom brakuje do dzisiaj jasnej wykładni tak zwanej „strzałki czasu”, to jest jak wyłożyć, że bieg czasu, na fali którego trwamy, jest postępujący, względnie (nie daj, Bóg!) – wycofujący. Przecież na terenie zagadnień, jakie stwarza w umyśle usiłującego zrozumieć tu jak najwięcej badacza-konkludysty zagadka czasu, jest spostrzeżeniem chyba najłatwiejszym do zrobienia, że skoro mamy w pamięci coraz więcej materiału, i to, na domiar dobrego, o przejrzystej logice następowań, to idziemy do przodu! Szlibyśmy do tyłu, gdyby nasza pamięć posiadała materiału coraz mniej. To ostatnie podówczas zresztą byłoby też nie do stwierdzenia, jako że dochodzenie do jakiegokolwiek wniosku nie może być, prawda?, odchodzeniem, zubażaniem, zanikaniem. Cofanie się uniemożliwia więc myślenie, dzięki czemu – cokolwiek wymyślimy w obronie stanowiska, że „teraz oto płyniemy na fali czasu cofającego się”, będzie działało na zgubę tego stanowiska. Coraz mniej może mają w pamięci tylko starcy objęci demencją. Jednak może i my dzisiaj żyjemy w przededniu przełomu, to jest diametralnego odwrócenia się „strzałki czasu”, w związku z czym należy na gwałt reorientować i prawo boże? Na gwałt, bo jak zaczniemy po kolei wszystko zapominać (co stanie się wkrótce), to żadnej inicjatywy ustawodawczej nie zdołamy już przedsięwziąć! A jak żyć, nie mając wbite w mózg, co robić, a od czego w tym życiu się powstrzymywać! Inne przecież prawa nadadzą ramy temu, co przyjdzie nam za niedługo przeżywać, a inne – wyznaczały nam tor dotychczasowych życiowych tortur! Możliwe, że coś takiego jak prawo wywiązuje się samoistnie, a jego istotę człowiek może w najlepszym przypadku odczytać jako tekst już przez Boga napisany. Niemniej i Bóg swoje teksty pisze ludzkimi rękoma, a Prawo Nieoznaczoności Heisenberga gwarantuje, że podstawy bytu, kryjące się w tego dziejącego się wielkiego rozmiarami  kosmosu cząstkach nieskończenie najmniejszych, są przez myśl tylko ledwo-ledwo zamieszkane, toteż te pustostany swobodnie będzie można zasiedlić pionierami zupełnie nowej filozofii, co cały budynek bytu, wsparty odtąd na potężnie wzbogaconym fundamencie, odmieni nie do poznania! Wprawdzie nie poprawia się doskonałego, bo, robiąc w takim zmiany choćby najdrobniejsze, zawsze ideał tylko się popsuje. Ale skąd pewność, że sama doskonałość musi pozostawać niewzruszona?! Czy nie jest możliwe, że i ona naprawdę spełni się dopiero poprzez własny rozwój??!! Mówiłem o grzechu jako o akcie zanegowania doskonałości bożego planu, przy czym uparłem się, że grzechem jest nie – zabijać, lecz dać się zabić. Niewątpliwie planem Boga jest historyczna (a więc taka, gdzie coś ciekawego się dzieje – bez, jak w grach pozorowanych, jedną z jakich jest niestety chyba i sam pozahistoryczny absolut, żadnej lipy) nieśmiertelność kompromisu zawartego Przezeń z Niewiadomą – w imię wyjścia i stałego Bożego pozostawania poza uwierającą Go ciasnotą Jego odwiecznego mieszkania: punktu, gdzie nijak nie była w stanie uzewnętrznić się przyrodzona Mu wszechmoc. Byt nie jest samym dobrem, ale w swej postaci niedopostaciowanej musi być samym złem, więc temu, kto ma trwałą pamięć rzeczy ostatecznych, wystarcza dobro i połowiczne. Przebywanie Dynamicznej Nieskończoności w tej ciasnej jak nic innego komórce było złem samym. Dopiero pójście na kompromis z diabłem, to jest prawdopodobnie zanegowanie własnej absolutności („postęp stąd, że coś się nadwątli”), dało absolutowi, właściwą bytowi już historycznemu, cechę symetryzmu, gdzie dobro, zmagając się ze złem, może wreszcie nad czymś innym niż nad samym sobą, choć zawsze na krótko, ustanawiać własną hegemonię. Przebywając na tak zwanym leczeniu (lepiej to nazwać stymulowaniem mnie do aktywności, co chyba nie mogło po prostu być zachętą do czynień tylko nieagresywnych – już wtedy zasadność takiej stymulacji raczej rozumiałem) w schizogrodzkim psychiatrionie przy Alei Jana III Sobiesiaka, zapytałem – jako, że i tam ciągle a rozpaczliwie poszukiwałem prawdy (a może samooszustwa?) o ostoi ludzkiej egzystencji – jedną z, odbywających tam podówczas praktyki, uczennic szkoły pielęgniarskiej: „czy najważniejsze, co się dzieje w życiu ludzi, rozgrywa się pomiędzy mężczyzną a kobietą?”. Z miną osoby, która zdradza oto najpilniej dotąd strzeżoną tajemnicę swej płci (choć z drugiej strony owo jej zafrasowanie mogło też być spowodowane zażenowaniem, iż dopuszcza się teraz najgorszego kłamstwa), wypaliła: „Tak!”. Być może zresztą, że na pytanie równie doniosłe i niespotykane nie miała dotąd dane odpowiadać nigdy, i palnęła byle co, byle tylko nie wyszło na to, że ktoś normalny (ba, mający normalność wariatom przywracać – o ile w ogóle kiedykolwiek taką posiadali!) nie pomyślał o rzeczy „niestety” ważnej też dla zdrowych na umyśle – wcześniej niż pomyleniec. Otóż i Chińczycy mają w swojej tradycji mocno przez nich brany pod uwagę pogląd o „niechybnie zachodzącym w przyrodzie” zmaganiu się czynnika męskiego z żeńskim – na zasadzie równości obojga. Ale założę się, że i Chińczyk wie, kiedy mu źle, a kiedy – dobrze, i widzi wyższość  dobra nad złem, a nie tych jakości równość, choć wypada mi, że są równoważne, i chociaż można by wszak rzecz poprowadzić dalej i utożsamić dobro z czynnikiem, jasne, żeńskim, natomiast zło – z męskim. Nauczyciel chemii w wieczorowym ogólniaku nam, uczniom, zdradził, co prawda, tajemnicę, że chemicznie kobiety to „same kwasy, żadnych zasad”, ale to chyba był jednak dowcip.

            Czy jednak opłaca mi się wkładać środki (takie jak czas, wysiłek i nadzieje, które koniec końców tu muszą być chyba rozwiane) w obronę jednej dziecinnej sentencji – nawet mocno chcąc, ażeby okazało się, iż moja filozoficzna twórczość miała swój udokumentowany konkretnym tworem początek już wtedy, gdy byłem dziesięciorocznym ledwie chłopczykiem? Otóż opłaca się. Nie chcę nikomu niczego zawdzięczać, bo to byłby rodzaj długu, lennego (wypłacanego lnem o ogromnej wartości!) uzależnienia, który musiałbym spłacać do tak zwanego końca życia, ciągle mając na sercu kamień, że fundamentem mojej dumy pozostaje czyjaś łaskawość. Byt chcący bić w nieskończoność nieskończenie wiele może, ale – z jednym wyjątkiem: nie może wspierać się na tym, co ma jakikolwiek związek z bytem tym, którym sam nie jest; musi w swej zasadniczej idei i w każdym szczególe owej idei pozostawać samoswój, odcinać się od prób objęcia go jakimkolwiek zewnętrznym protektoratem. A w szczególności opiekuństwem takim, które powiada, że perspektywa nieśmiertelności, dzięki ujrzeniu której w ogóle zgodziłem się dalej żyć, „jest rzeczywistością osoby chorej umysłowo, ponieważ właściwa prawda o życiu, dostrzeżona w toku dziejów, wśród niezliczonych a intelektualnie gówno wartych mamideł, przez kilku bystrych obserwatorów, sprowadza się do faktu, iż w obliczeniach Boga, który liczył na to, że obdarowany światem człowiek za ten dar będzie Mu dziękczynił, był tragiczny błąd”. Oczywiście mogę tylko być dumny z tego, że pozostaję, wśród mających tutaj znajomość rzeczy, jedynym głosicielem przeciwstawnej opcji. Wręcz nie życzyłbym sobie (gdyby była taka możliwość) dzielić  m o j e j   prawdy – z konkurentami, też mającymi pretensje do jej autorstwa. Tak więc na czysto wypada, że „szafa gra!”, jak mawiano w starodawnych podmiejskich mordowniach, gdzie wrzucenie drobnej monety do specjalnego otworu skutkowało pewnością, że już za chwilę usłyszysz swój ulubiony szlagier. A co do tego, że może ktoś powie, iż przecież siebie samego zawdzięczam moim rodzicom, którzy siebie samych też zawdzięczają nie sobie, tylko moim dziadkom, to już odpowiadam.

            Wgryzania się – w problemy o wielkim stopniu złożoności, w kotlety o bajecznej chropowatości panieru. Nie ma żadnej gwarancji, że przechodzący – od mocno rozbudowanej narracji do wstawek dialogowych, od nich – do wyważonych dywagowań, natomiast od tych ostatnich – do, mogącej dla wielu być zgoła kontrowersyjną nowością, sfery warracyjnej – ponadczasowy nowator się w końcu wewnętrznie nie zapętli. Dziś jeszcze kroczy, wielokrotnie lustrując teren, by w swym pochodzie nie dopuścić się błędu ani jednego, przez wertepy – zamarzniętego w szczytowym momencie sztormu – morza, lecz czy jutro swej katorżniczej pracy reportera-penetratora głębin samego siebie nie odstąpi (z powodu, na przykład, owładnięcia go przez fizyczną słabość), tego już teraz, wręcz panicznie, się boi, ponieważ nieledwie wie, że jest to groźba realna, podczas gdy na tę pracę, jej – w przypadku udanej finalizacji tego przedsięwzięcia – porównywalne tylko z aktem stworzenia świata oddziałanie, postawił wszystko. Rozpoznawalność Boga wiązano od tysiącroczy z cudami, które czynił; reporter-penetrator aż tak bardzo roztkliwia się własną (domniemaną jedynie?) bezbłędnością, ponieważ to ona właśnie na cud dziś zakrawa. Dziś – jak i kiedykolwiek.

            Co do kwestii, jaką wyjaśnić przed chwilą obiecałem. Otóż o istocie danej koncepcji nie w pierwszej kolejności decydują odziedziczone geny jej twórcy; decyduje tu raczej indywidualny sposób takich złożenia, nie same one. Dziedzictwo ducha przechodzi jednak w głównej mierze nie z ojca na syna, ani nie z dziadów na wnuka (choć po tej akurat linii, przynajmniej w moim przypadku, trochę można by pójść), tylko z napotkanego w życiu danej sztuki mistrza – na tejże sztuki gorliwego adepta. O ile jednak w pierwszych etapach taka zażyłość wydaje się być czymś błogosławionym, o tyle w następnych nabiera stopniowo cech trudnego, a w końcu niemożliwego – do zniesienia przekleństwa. Jasne przy tym, że zdarza się, iż mistrzem jest sam ojciec interesującej nas osoby. I wtedy jednak istotne jest nie jego ojcostwo, tylko – mistrzostwo. Nie chcąc rozwlekać i nie mając czasu na rzeczy dla mnie jednak nie najważniejsze, pominę milczeniem to, co samo mi tutaj się nasuwa. To natomiast, co decyduję się powiedzieć, brzmi następująco. Uczeń, gdy do końca pozostaje w cieniu mistrza, czy raczej, gdy wzbogacony jego opowieściami, nie zdobywa się na przemówienie własnym głosem, przekreśla całe znaczenie układu, w który wszedł. Powiadają: okazuje się mistrza niegodny. Nie wiem (a może nie chcę wiedzieć, ponieważ taki mechanizm – jak chyba każdemu miłośnikowi nieśmiertelności rozumianej jako nie kończący się bieg jednostek, natomiast nie jako sztafeta pokoleń, które, zrobiwszy swoje, odchodzą – mi się nie podoba), ale kołacze mi w głowie na zasadzie uporczywie nawracającego refrenu, że z dziedzictwem ducha jest podobnie jak z dziedzictwem ciała, gdzie, wskutek pokpienia sprawy w jednej z klatek, do jakiego w wolnej, a więc takiej, gdzie ryzykuje się własne istnienie, grze dojść przecież może, dochodzi do urwania całego filmu. Kiedy z misternie poustawianych – pod mający nie mieć kresu Bieg  Przeznaczenia – kostek (czego zasadę w pewnej części oddaje znany „efekt domina”) jeden klocek zapragnie być „czymś więcej” i będzie całemu układowi próbował nadać „nowy sens”, wtedy cały ten proces bodaj zatrzyma. Czyż nie tego niebezpieczeństwu usiłowali dać tamę wielcy mędrcy Starożytności, namawiając, kogo się dało, do pokory? Ależ tak! Zawdzięczam wiele rodzicom i dziadom! Obdarzyli mnie wszystkim, o czym mogę mówić, kim mogę się czuć! Czego muszę się wstydzić i czym – by choć raz pokazać światu czoło, a nie mamić go ciągle widokiem skopanych pośladków – muszę się szczycić! Czyż zresztą dobrze byłoby dla mnie, gdybym nad wszystko się wyniósł, wszystkich wyparł, zrywając wszelkie więzy? Jedne z nich to więzienie, lecz drugie – więź!                                                                                                                                                                          Niemniej geny, jakie odziedziczyłem, nie decydują za mnie; są tylko materiałem, na którym się wspieram wyłącznie w tych awaryjnych momentach, kiedy nie unosi i nie wznosi mnie duch, czynnik eliminujący niezbędność wsparcia. Mnie. Czymże więc ja jestem? Decyzją!