marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Październik 11th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 61

            Niektórzy wyszli, by odbębnić toaletę, już dobre parę chwil temu momentowi, tak że zdążyli zwyczajnie już wrócić; inni, wyszedłszy później, jeszcze nie powrócili. Ja, jako zaokrętowany na tym pijanym statku bez przygotowania, przyborów do golenia zarostu i mycia zębów tu nie mam, a ponieważ inne czynności toaletacyjne odbyłem wcześniej, mogę na teraz mym łóżku zażywać przysłowiowej swobody, ile dusza zapragnie. Co sprowadza się  w praktyce niestety tylko do tego, że leżę na nim jak kłoda i otępiałym spojrzeniem zza przydymionych szkieł okularowych rejestruję, co który z obywateli tego Olimpu dla ubogich mruknie (bo słowa, z ruchu warg i grymasów twarzy, też w pewnym sensie można odczytać), gdzie spojrzy, ku czemu postąpi. Wreszcie znów jest tak, że, jak w nocy, mamy na sali komplet. Za oknami deszcz leje się z cebrów chmur natomiast w ten zadziwiający sposób, jakby wody w tych drewnianych naczyniach o ograniczonej chyba – do kroćset diabłów! – pojemności, w miarę lania, nie musiało niby ubywać. „Po tej bzdurce – / poznać Stwórcę”. Ba!

            – To dobrze, że pada – odzywa się aktywniejszy tu niż inni Płaskonosy. – Powietrze będzie się wreszcie nadawało do oddychania. Panowie, słyszę, że „Batory” nadpływa!

            „Batory” jest to w szpitalnej gwarze wózek z dwoma pokładami z aluminiowej blachy, na których przygotowane w kuchni posiłki dla pacjentów są ustawione, a kiedy kuchenkowa ten rozklekotany pojazd wtoczy już na miejsce tuż obok oddziałowej stołówki, to bierze z niego i nakłada na talerze – owe ziemniaczki, klopsik oraz surowe lub ugotowane warzywko, a przedtem grochówkę nalewa w talerze przystępującym do niej kolejno pacjentom. Tak jest w przypadku głównego posiłku dnia, od strony formy przecież śniadania i wieczerze malują się identycznie jak on, posiłek główny. Posmakujemy dopiero, co będzie nam dane tego poranka od strony treści. A co do zwyczajowego przezwiska „Batory”, to wózek, o którym mowa, w oczach szpitalnej braci stanowi rzeczywiście flagowy statek krajowej marynarki handlowej, jako że na oddziałach nie uświadczysz większej odeń stałej atrakcji. Natomiast może nieco dziwić, że do polskiego statku przyznawają się hospitanci placówki afrykańskiej. „Kiedyś się przyznają, teraz się przyznawają”; przyznacie sami po namyśle, że precyzja naszego języka zyska na wprowadzeniu tego rozróżnienia.

            Trąbienia syren fabrycznych, fanfar dynastycznych, samochodowych autoalarmów. Pogrążający się w bagnach depresyjnego brudu pasjonat czystości językowej, wyrażając swe autentyczne przekonanie, rzuca niby żartem: „jak ród Euklidesa naprawdę wywodzi się z Ełku, a nie skądinąd, tak i słowo ‘dokument’ ma czysto polskie pochodzenie. ‘Dokument’ jest to po prostu świadectwo, że gdzieś, niegdyś, w jakimś celu, na złość komuś lub z miłości do kogoś – ktoś z kimś się  ‘ d o k u m a ł ‘ ! ”. Zwiędną jutro, dziś rozkwitłe, a wczoraj zasadzone, kwiaty. Że to nie jest proroctwo, które musi się spełnić, wzmiankowany powyżej pasjonat zaręcza. Cóż, gdy historia uczy, że tyle już razy zaręczyny – i bardziej niż te solenne – zrywano! Tak, ale tym razem sprawa wsparła się już na samym fundamencie bytu, na instancji ostatecznej!! Zaręczenia nie są wprawdzie zupełnie tym samym, co zaręczyny – od strony litery. Niemniej duch wielkiej sprawy zasadza się w sytuacji skrajnej na drobiazgu. Kwiat – zakwita raz, jest to nader proste obliczenie. Ja – z powagą, cechującą każdego rzetelnego humorystę – apeluję do czytelnika jednakowoż: „licz na to, co się nie da zliczyć!”. Jeśli się przeliczymy, trudno. Będzie natomiast jakże fajnie, gdy jakimś, właściwym przecież nieskończoności, cudem okaże się może, że się jednak nie przeliczyliśmy! „Zgryźliwie gdera / i nasza era”. Że optymizm jest zapeszający, o tym podświadomie wie i na tym właśnie bazuje każdy zakichany pesymista. Lecz czy nie istnieje też przysłowie, że „przegraną można wykrakać”? Może więc najlepiej byłoby milczeć i tylko  r o b i ć  swoje? Spytam: milczeć? W sytuacji, gdy mam doprawdy niebagatelne dane utrzymywać, iż właśnie słowo jest siłą sprawczą bytu?!

            Że coś wydaje się być dziwne, nad tym rasowy racjonalista nie przechodzi „ot tak” do przysłowiowego porządku. To, co dziwne, jednoznacznie wskazuje bowiem na istnienie tutaj jakiejś tajemnicy. Tajemnicą dziwnego zwyczaju hospitantów psychiatrionu w Adreys, co mogę zdradzić jako autor tej całej, choć zapewne nie bożonarodzeniowej, szopki, jest fakt, że szczegół, o którym mowa, powstał jedynie w mojej wyobraźni i w chwili, kiedy to piszę, nie bytuje nigdzie poza nią, komputerem, do którego pamięci został wpisany, i wydrukiem w jednym egzemplarzu. Inaczej może być, gdy ten tekst – niechby nawet po wielu rokach – będzie (bo chyba będzie?) odczytywany. Literackie fikcje są nie po to, ażeby namącić czytelnikom w głowach. Pewnie się nie mylę, że ogromna większość pisarzy-fikcjotrystów nie wie, co (poza pieniędzmi, sławą, przyjemnością pognębienia rywali i radością z samego pisania odkrywczej prozy) jest celem ich pracy. Ale ja wiem. Chcemy, by ludzkość poprzez fascynację naszymi tekstami szła prostą drogą do fascynacji światem, życiem i człowiekiem – w tej wersji, gdzie nie ma już, znamiennej dla prac tradycjonalistów, wtórności wobec wzoru rzeczywistości, która raz już się wcześniej wydarzyła, a więc w pewien sposób nieaktualnej, przebrzmiałej. Po wtóre, opowiadając o tym, co się raz już wydarzyło, czyż nie dopuszczamy się plagiatu? Czyż możemy w takim przypadku z przysłowiową ręką na sercu powiedzieć, że, proponując znękanemu pospolitym kurestwem czytelnikowi lekturę swojego tekstu, wkraczamy wraz z nim na obszar dziewiczy? Wyznawcy wszystkich bez mała religij zgadzają się co do tego, że życie jest darem od Boga. Jako mające świeżo w pamięci scenkę przejścia z niebytu w byt dzieci, które jeszcze nie mogły zapomnieć, jak strasznym cierpieniem jest nie być (tylko w nieskończoność do bytu pretendować, ponieważ to właśnie stanowi generalne przesłanie tego, co nie bytuje, a mimo to jakoś „jest”), – ten dar boży przyjmujemy chętnie. Kiedy jednak później okazuje się, że i życie bywa stanem nie do zniesienia, popełniamy samobójstwa lub nie popełniamy ich jedynie z powodu, że owładnął nami decyzyjny marazm. Otóż twierdzę, iż podstawowym zadaniem gawędziarza (nikim innym w gruncie rzeczy albowiem nie jest żaden twórca posługujący się wielorakim słowem) musi być przywracanie szukającym w książkach ucieczki od nazbyt już przytłaczającej ich rzeczywistości ludziom – świadomości niepowtarzalnych szans, jakie oferuje tylko życie i jakie sami widzieli na przedprożu wchodzenia w ten dom. „Inteligencję mocno rozrzedza / rozbudowana nadmiernie wiedza”. Zacytowałem tu tę niewiadomego pochodzenia (może skleciłem ją sam?) fraszkę, gdyż napisano niestety wiele książek, które rozbudowują naszą wiedzę poprzez wzbogacenie jej o argumenty przeciwko życiu, co o tyle może jest dobre, że niektórzy z nas, a to ci będący zdolnymi je obalić, mają wreszcie czarno na białym wyłuszczony program wroga. Niemniej zastępy wroga rosną, kiedy ten fałszywy program znajduje zwolenników. „Ha! – powie ktoś. – Tym będzie spektakularniejszy pogrom fałszu w jego zderzeniu z prawdą! Jeszcze zyska na tym widowiskowość tej, nieuchronnie muszącej nadejść, bitwy!”. O to chodzi, że ta bitwa trwa już, i to od niepamiętnych czasów. I, że ostateczny tryumf którejkolwiek ze stron byłby równoznaczny ze zniszczeniem osi konfliktu, a co za tym idzie – ludzkiego bytu, który dzięki konfliktowi posiada jedyną motywację zdolną człowieka stale wydobywać z niemocy zobojętnienia na ofertę nieskończoności! Jakże często w przemówieniach polityków spotykamy nawoływania do jedności i „szukania nie tego, co dzieli, tylko tego, co łączy”. Tymczasem (pominąwszy już fakt, że pojednanie jest dobre najbardziej dla tych, którzy właśnie usadowili się wygodnie na wierzchołkach władzy, „bo daje im spokojnie rządzić”, czyli, wygłosiwszy wobec audytorium pochlebców z okazji przypadającej w danym dniu rocznicy okolicznościową mowę zbudowaną z samych frazesów, korzystać z przywilejów tejże władzy) jedność narodu automatycznie stwarza potrzebę szukania przeciwnika w narodzie innym! Życie jest bowiem żywiołem niepokoju, który dąży do rozładowania, i człowiek, tego rozładowania nie znalazłszy  t u t a j , będzie z całą pewnością usiłował znaleźć je  t a m !  I jeszcze jedno: żyjąc w nieważkości dnia powszedniego, potrzebujemy wyczuwalnego punktu oparcia i, znajdujemy ten punkt wyłącznie w miejscu, gdzie nasza zaciśnięta na rękojeści sztyletu pięść natrafia na twarde ciało przeciwnika, który w ten oto prosty sposób bierze wraz z nami udział w niezbędnym procesowi życia historycznego akcie  redukcji! „Zgoda buduje / ringi bez bójek”. Jak na razie, inny rodzaj aktywności niż zabijanie i płodzenie (tego drugiego mechanicznym tylko następstwem jest rodzenie) pozostaje nieznany. Budowanie tego natomiast, co zwykliśmy określać jako „nasz materialny dobrobyt”, tak naprawdę stanowi tylko prowokację wobec tych, których innym sposobem nie jesteśmy w stanie zachęcić, „by się na nas szarpnęli”. „Szukaj, zabijaj, płódź” – oto dopiero jest doprowadzenie do stanu absolutnego wskazania – eufemicznej jego namiastki, znanej w kraju osobnikom mojego pokolenia jako slogan-logo grupy rockowej „Szukaj, burz, buduj”. Lecz z pomawianiem mnie o wichrzycielstwo i podżeganie do anarchii – nie tak prędko, szanowni obrońcy ustalonego porządku! Ze sformułowania i wpojenia niezaniedbywalnej statystycznie liczbie ludzi prawdy o bycie, człowieku i Bogu wyniknie – korzystne dla wszystkich – świata przeinaczenie!… Słucham? Dlaczego w takim razie nie odmieniło to mnie, który prawdę tę już znam? Odpowiem, proszę bardzo! To pytanie jak najbardziej jest na miejscu! Otóż zbawcza myśl, wyprodukowana w mózgu, trudno by ożywiła ten mózg, nie znalazłszy się wpierw w żołądku, gdzie przetrawiona – dopiero oddziała na cały organizm, z mózgiem włącznie! A jak kto nie rozumie tej prostej metafory, to z prośbą o uprzystępnienie  komunikatu, o którym mowa, niech się zwróci do pierwszego napotkanego filozofa – taki jest specem od jasno stawiających zagadnienie wykładów, gdy sens ich poeta przedstawił już w jednym zdaniu.

            Posapywania stetryczałych, a więc mocno upodobnionych do pieluch z tetry, zwolenników zdrowego stylu życia, którzy, odbywszy wspinaczkę po wyjściowych schodach ze stacji miejskiego metra, uświadamiają sobie, że mogliby przecież sprawę przemieszczania się na poziomy wyżej położone załatwiać przy pomocy samych wind. Biologizm oraz intelektualizm jako składowe humanizmu – wystrzegały się dotąd jak zarazy generujących kalectwo związków z mechanicyzmem. Jednak, odkąd co cięższe prace fizyczne człowiek współczesny przeznaczył maszynom, odtąd właściwie zaczął już stawać się cyborgiem.

            Wychodzę na korytarz wraz z innymi. Rankami zazwyczaj miewam się podobnie źle jak opisany przez klasyka ułatwionej prozy historycznej, Henryka Sienkiewicza, w powieści „Quo vadis” Petroniusz. Wrogi mi komentator użyłby tu oczywiście mniej zaszczytnego dla mnie porównania, niemniej ja, wbrew wszystkiemu, co bez ogródek mówi mi, że moje miejsce w hierarchicznym łańcuchu pokarmowym stworzeń (chwilowo) żywych znajduje się na przysłowiowym szarym jego końcu, pozostaję przecież przyjacielem samego siebie. Tak więc jak Petroniusz czuję się źle rankami zazwyczaj i tę smutną per saldo regułę ranek dzisiejszy potwierdza nie jako wyjątek, tylko jako pospolity tej reguły element.

            – No i co, Plux? – zagaduje do mnie Płaskonosy. – Nadal upierasz się bezczelnie, że nas, Tutabończyków, masz czego uczyć? Że istnieje choć jedno pole, gdzie nas przewyższasz?

            Patrzę w rozigrane pogardliwym rozbawieniem oczy tego rosłego chuligana i siekę:

            – Gdyby tak nie było, to nie miałbym powodu się urodzić.

            Czarny człowiek w pstrokatej pidżamie potrzebuje chwili, by mnie zrozumieć. Gdy staje się to, zmienia ton na ironicznie uniżony, co jest mi na rękę tylko o tyle, że od razu nie przeszedł do rękoczynów, czyli do dziedziny, w której jestem już zupełnie bezradny:

            – Czy ma to oznaczać, że urodziłeś się ze względu na nas? Czyżbyśmy rzeczywiście  byli aż tak ważni? Naprawdę nie przesadzasz? Nie przeceniasz naszego znaczenia?

            – Nie ma sprawy tak małej, dla której człowiek myślący nie znalazłby spektakularnej perspektywy. Szkopuł w tym, że będzie inaczej, gdy do tej sprawy go się zniechęci kpinami.

            Usłyszawszy powyższe, Płaskonosy drętwieje niby pacnięty w piętę Achilles:

            – Ty więc dla nas chcesz wymyśleć… przyszłość? Kim ty jesteś, u diabła! Mojżeszem?

          Obrońca zanikającej dziś kasty agresorów przestaje mną się interesować i tylko rzecze na obchodne, ale już jak gdyby nie do mnie, tylko do stojącej obok w kolejce „do koryta” innej, w pewien sposób przygodnej, osoby, którą jest, mogę wam powiedzieć, ten typ od majsterkowania przy petach w palarni, póki calakiem ze swej paczki nie poratował go Młody:

            – Do tej pory myślałem, że ‘wariat’ jest to słowo obraźliwe, ale pozbawione konkretnego znaczenia. Wariactwo przecież albo się symuluje, żeby uniknąć więzienia, albo awansuje do tej fikcyjnej, jak myślałem, kategorii co cwańszy urodzony kretyn, któremu jak ślepej kurze ziarno trafia się raz w życiu zdać egzamin końcowy z filozofii na znanym z przysłowia Oxfordzie. Teraz widzę, że jest na świecie co najmniej jeden fizyczny egzemplarz takiej osobliwości. Psychiatrzy wszystkich krajów łączcie się! Chociaż nawet zjednoczeni w zgrany kolektyw pod demokratycznie wyznaczonym przywództwem nie macie szans na doprowadzenie do stanu normalności jedynego wariata, jakiego kiedykolwiek widziałem. On bowiem wraz ze swym wariactwem przestałby istnieć! Gdyż wariactwo i on to jedno!

            – Żegnam cię, wszo! – po pauzie rzuca jeszcze do mnie. – Nie zasługujesz nawet na to, żeby cię zabić. Powiedz jednak choćby jedno słowo więcej, a zasłużysz.

            Nie jest mi obce doznanie gniewu także w tej jego wersji, gdzie może być mowa o niepowstrzymanej chęci unicestwienia tego, kto mi dokuczył. Walka w duchu prawdy, gdzie stawia się na szalę wszystkie wartości, jakimi ród nasz nigdy nie przestawał się szczycić, przeciwko temu, czym chełpi się wyznaczony nam przez los przeciwnik –  jest czymś, co decyduje o przetrwaniu jednych a zagładzie drugich nie na zasadzie czyjejś (niechby nawet  bożej!) arbitralnej decyzji! Tutaj same zainteresowane strony (dwie; więcej takich w żadnym zmaganiu nie uświadczysz!) dokumentują dowodnie jak nigdzie indziej, że problem, wobec którego stanęły, traktują poważnie i rozstrzygnięcie swojej sprawy czynią swoimi wyłącznie rękoma, gotowe nawet zginąć, byle tylko na nich, jako na prawdziwych siłaczach, pozostał ciężar gry, do której żaden, uzurpujący sobie prawo występowania w imieniu nadrzędnej jakoby potęgi, pomocnik niech się nie miesza. „Kto chce zachować życie, straci je; kto życie swe postawi na kartę, ten je zachowa” – tak powiedział Jezus. Wiem w dodatku z własnego osobistego doświadczenia, że ilekroć nie podejmowałem wyzwań, tylekroć byłem natychmiast zabijany mentalnie, a to przez własne sumienie, które oblepione moralnym brudem sztyletowało mnie oskarżeniami, że skazuję je na parszywienie zupełnie tak, jakby idealiście całość tej materialnej wieprzowiny wypadało przedkładać nad niematerialny (ale decydujący o człowieczeństwie!) honor. Brud moralny zmywa się krwią; kto tę prawdę puszcza mimo uszu, ten będzie pominięty jako gracz w kolejnym rozdaniu i stanie się niemym świadkiem rozgrywki, stojącym w doniczce na przyokiennym parapecie szulerni kwiatkiem. Wprawdzie już Platon głosił, że w państwie obok wojowników potrzebni są także rolnicy, rzemieślnicy i filozofowie, lecz ten najważniejszy, jak się miało okazać, bezpośredni uczeń Sokratesa żył jednak do końca w nieświadomości rzeczy wiadomej dopiero mi, iż nie jest możliwe być nawet filozofem, nie zaznawszy ostatecznej weryfikacji swojej osoby jako formulatora prawd. Jak bowiem spełnić niepomijalny zwłaszcza w odniesieniu do filozofów wymóg czystości percepcji, mając sumienie, będące przecież jedynym rzetelnym prawd weryfikatorem, zbrukane potwarzą, jakiej nikt spośród żywych przecież nie uniknie a jaką ten hipotetyczny człowiek może wymazać jedynie stanięciem do śmiertelnego boju – oko w oko z potwarzodawcą! Inaczej mówiąc, nic nie uczyni nawet najwytrawniejszy sofista – w obronie nauki moralnej, skleconej przez szubrawca. Wyjątkowo dziś pewni zasadności swej misji -  obrońcy praw człowieka niechże sobie zgłaszają u czynników najbardziej nawet wpływowych, że niniejszym dyskryminuję publicznie przestępców, „podczas gdy nie ma zwycięzcy bez tych, którzy mają być pokonani, więc, zamiast takich pakować do kryminału, pozwólmy bandziorom chodzić swobodnie ulicami, to wreszcie w warunkach wolnego świata sprawa oczekiwanego od tysiącroczy zwycięstwa prawdy nad fałszem się rozegra”! Niech sobie protestują ci narwańcy; nie boję się ich wcale! Chociaż to właśnie prostaczków za świadków obrał sobie Jezus – jako niezdolnych do rozumienia, a tym samym czerpania satysfakcyj z, wywodów może prawdziwych, ale pokrętnych. Jest komunikatem podejrzanym moralnie to wszystko, co popadło w wielosłowie. Niemniej tu szubrawcem będę ja, jeśli nie podejmę rzuconego mi wyzwania. Podjęcie go i walka do skutku moralnie mnie oczyści, a to naprawdę ważne, ponieważ tylko uczciwe postawienie sprawy przez Stwórcę spowodowało, że świat ten, i ile się nie mylę, niegdyś w ogóle powstał i najprawdopodobniej istnieje do dzisiaj, a i na tym zapewne się nie skończy. Gdyby Niezgłębiony dopuścił się tutaj fuszerki, to nie miałbyś szansy na nic, drogi czytelniku. A tak, masz. Miło – chociażby ponarzekać.

            – Pokaż rękę – mówię gniewnie. Używszy polskich poczciwych słów, ale tonem sprzeciwu nie znoszącym. Płaskonosy oniemiewa i, na poły tylko przytomnie, wyciąga dłoń. Biorę tę silną grabę postrzelonego mordercy-filozofa w żelazny teraz jak nigdy przedtem uścisk własnej i byłbym ją zmiażdżył, lecz, widząc, że połyskliwe białka w oczach mego  potwarcy jęły już nabiegać krwią, poluzowuję natężenie i nawet całkiem ją puszczam, jakby była ochłapem mięsa na blacie jatki, po który sięgnąłem – niby ciekawy osobliwości ubogiego kraju zagraniczny bogaty turysta, by, chwilę potrzymawszy ścierwo w dłoni dla upewnienia się w zasadności panującego stereotypu, pokiwać głową i pogardliwie je odrzucić.

            – Brać śniadanie! – wrzeszczy od swego wózka kuchenkowa. – Nikt tutaj nie będzie dla czyichś głupich fanaberyj pracował w nadgodzinach!

            Widzę, że kolejka po inaugurujący dzienną wyżerkę posiłek już właściwie zniknęła, bo pozostaliśmy z niej jedynie my, to jest ja i Płaskonosy, przy czym ten ostatni wygląda obecnie na tak przegranego, że współgra to zgoła bez zgrzytu z faktem, iż nie śmie ruszyć po tę swoją porcję chleba ze smalcem jako pierwszy. Czeka w pokorze pokonanego daltonisty, któremu udowodniono czarno na białym (a więc z pomocą metody, gdzie rolę grają nie kolory, co do których można jeszcze się mylić, tylko oczywista przeciwstawność, ujętych w materialny konkret, światła i mroku), że tym razem pierwszeństwo trzeba pozostawić drugiej stronie. Jestem tak nieprzyzwyczajony do zwycięstw, że w tej sytuacji czuję się nieswojo, lecz korzystam z nadarzającej się sposobności. W paru krokach znajduję się przy wejściu do stołówki, gdzie przysadzista Murzynka o małym nosie bierze z „Batorego” talerzyk z solidną kromą razowca oraz nieomal mikroskopijną porcyjką margaryny do samodzielnego posmarowania (co uczynimy dzięki łyżce, przydzielanej tu w miejsce kompletu sztućców, bo tylko widelcami, a zwłaszcza nożami, przecież byśmy się, jako niebezpieczni, nawzajem tu – że jedyny raz w tej powieści użyję tu powtórzenia – pozbijali) i podaje mi. Sekundę potem wciska mi w drugą łapę kubek wypełniony w trzech czwartych jakąś pitną cieczą; w żadnym razie nie jest to smoła, bo by mnie odrzuciło od razu. Jest to kawa. Czuję mocno, że za plecami mam Płaskonosego, ale doświadczam też równie mocnej nadziei, że ten nie przywali mi od tyłu. Podejrzewam albowiem, że Czarni są równie zabobonni jak Pyryjczycy, którzy, gdy ktoś ich już raz rozłoży na łopatki, nieledwie wiedzą, że nie im szukać przysłowiowej zwady z czarodziejem. Kogo próbuję tu ośmieszyć, jakie zwalczyć – społeczne lub indywidualne – zboczenie tymi, ściśle przecież satyrycznymi, wstawkami? Otóż idący tu tekst jeśli jest satyrą, to wbrew mej woli. Jeśliby natomiast miał być tym, co by wolę mą obrazowało, to by był po prostu krzykiem rozpaczy dogorywającego (przedwcześnie?),  wskutek – tyleż samozawinionych, co wrodzonych – wypaczeń, optymisty, który zachowuje jeszcze resztki wiary, że, tak oto przemeblowując ciasny pokoik czaszki swego odbiorcy, wpływa zbawiennie na kształt pobliskiego półświatka, szerokiego świata i bezkresnego wszechświata. Resztki zazwyczaj przeznacza się dla psów, tym niemniej ostatnie okruszyny żaru w szerokim palenisku można rozdmuchać. A to – w pożar przemiany, co wszechogarnia! Najbardziej obeznany z literaturą piękną (a to ważne, jako że piękne złożenia oszałamiającej nie jedynie znawcę rozmaitości słów stanowią, jak twierdzę, początek i ostoję bytu w ogóle!) człowiek, jakiego znam osobiście, zawodowy krytyk literacki Henryk Bereza, zapytany przeze mnie w rozmowie telefonicznej, w jakim szczególe zmieniłby plan stworzenia, gdyby był Bogiem, nie umiał takiego szczegółu wskazać. To jednak bardziej świadczy o, dostrzegalnej dopiero powyżej pewnego progu erudycyjnych wtajemniczeń, złożoności problemu, która dla intelektu bywa paraliżująca, niż o tym, że przemiana świata na korzystniejszy (z punktu widzenia osoby gotowej poddać się rygorom logiki, natomiast kosztem tych, co uparcie pogłębiają swój idiotyzm) jest niemożliwa, a to ze względu na konieczne niby wymogi jedynej niedysfunkcyjnej ontologii, jaką jest ta, według której funkcjonuje świat już nam dany. Otóż nie twierdzę, że samo poznanie przez ludzkość prawdy o podstawowych mechanizmach bytu da tej ludzkości dużo więcej niż daje jej – jej, ciągnące się od tysięcy roków po dzień dzisiejszy, tkwienie w ciemnocie. Już mityczny Parys musiał przeczuwać, że sława wojenna oraz mądrość, oferowana mu przez Atenę podczas słynnego sądu, jest prawdopodobnie smutnym okropieństwem, skoro, mając w dodatku ofertę Hery, w postaci królewskiej władzy nad państwem, wybrał propozycję Afrodyty: najpiękniejszą kobietę świata. Owa Helena cóż bowiem mogła? Tylko mu w głowie namieszać. Podczas gdy sława wojenna, osiągana przez mądre kierowanie heroizmem, tak samo jak pozycja władcy w państwie, wymagałaby ciągłego przebywania w samym oku cyklonu, gdzie prawda o wymogach własnego przetrwania musi ci boleśnie tętnić w uszach też przez cały czas, w razie przeciwnym albowiem natychmiast utracisz jedynego, w pełni ci oddanego – sługę, dzięki któremu uczestniczyłeś dotąd w historii jako byt, a nie jedynie pozostawałeś poza nią jako wszechwiedny, ale nie zakotwiczony w materialnym narzędziu – fantom, przesiadujący bezsilnie na widowni, wśród ściśle wewnętrznych zżymań, pretendent do sceny. Tak więc idącym tu tekstem walczę o siebie, silnie przeświadczony, że zaprogramowana moją optyką widzenia problemów ludzkość będzie funkcjonować – nie tyle lepiej (niż pod dyktatem Biblii, Koranu, Iliady, „Kapitału”, „Zaratustry” czy nauk Konfucjusza bądź Buddy), co właściwiej. Nie lepiej, gdyż postęp w jednym, dla zachowania ontologicznego wymogu zerowego bilansu, zawsze musi być zarazem uwstecznieniem w drugim. Ileż bowiem stracą na ukazaniu się oryginalnego a już niemożliwego do podrobienia towaru, który posłuży najwyżej dziesiątkom milionów, producenci – służących dotychczas kilku miliardom – podróbek? Mniejsza już o producentów! Ale ileż użytkowników podrobionych (a więc idących nie od najświetniejszego wytwórcy, tylko od takich, co to wzór jego zmałpowali) towarów straci teraz złudzenia, że nadal będzie chodzić w obuwiu „firmowym”! Otóż pewnie 99 % ludzkości! „Wiedz: zabawa każda (owszem!) / się odbywa czyimś kosztem!” – uniwersalne prawdy stosują się do wielu sytuacyj i – nie ma rady – trzeba je powtarzać. Empirysta powie: „przekonamy się, czy ten, który podaje się za Boga, jest, jak twierdzi, by swoją domniemaną boskość umiejscowić w nie  dającym się zbić konkrecie, jednocześnie światem! Zabijemy go i będziemy mieli czarno na białym, czy mówi prawdę, cenniejszą przecież niż byt! Jeśli w tejże chwili zniknie i świat, zdążymy oddać Mu honory. A jeżeli świat wówczas nie zniknie, jak nie znikł przecież i z momentem krzyżowej śmierci Jezusa, pozbędziemy się tylko, ku przestrodze dla kolejnych ewentualnych uzurpatorów, najgorszego śmierdziela!”. Cóż, już jako bodaj dwunastolatek wykazywałem dowodnie niepowstrzymaną skłonność do formułowania fundamentalnych  twierdzeń, na których poniekąd do dzisiaj (a i na tym zapewne się nie skończy) bazuję, stawiając mój mądrościowy gmach. „Grzechem jest nie zabijać, tylko dać się zabić” – to było jedno z nich. I, chociaż przedtem i potem wielekroć byłem zabijany (co prawda, głównie mentalnie), a sam raczej nie zabijałem (choć niestety i w tym zestawieniu rysuje się, gdy wspominam, pewna symetria), to  w myśl tego generalnego wskazania, tyle że posługując się orężem rękodzieła, a nie rękoczynu, postępuję nadal – przynajmniej w moich pismach. Wiem, że, aby przeforsować swoje, nie wystarczy mieć słuszność; trzeba jeszcze taką wykazać. I to w dodatku pod warunkiem, że słuchacze okażą się sędziami zdolnymi cię pojąć i gotowymi  przyznać  prymat prawdzie, co także i dziś jest nie regułą, tylko wyjątkiem. Ale nie! Co to, to nie! Niniejsze nie jest i nie ma być żadną satyrą na przysłowiową jakoby ludzką nieuczciwość, gdyż dopiero to, co osiągane (dzięki oporowi sędziów stawiających swoje zakłamane ego ponad dowiedzioną słuszność arbitralnie ocenianego przez nich programu) z  trudem, okazuje się dopieszczone i trwałe. Przywódca i teoretyk bolszewizmu, Włodzimierz Lenin, marzył o tym, by przekonany niewzruszonością jego, ściśle naukowego, a więc redukującego Boga do fikcji, wywodu polityczny przeciwnik popełnił samobójstwo, gdyż w ten sposób wódz proletariatu osiągnie cel samodzielnego panowania nad światem a nie skala się zbrodnią. Czyżbym i ja swój ślad na drogach chciał odcisnąć podług tej faryzejskiej metody? Poczekajcie chwilę. Świat jest organizmem, czyli zintegrowanym (to jest podporządkowanym faktycznie tylko jednej nieskrępowanej sile decyzyjnej) zespołem organów. (Tutaj wyskakuje niestety jak przysłowiowy Filip z konopi kłopotliwy dylemat, czy mamy tu do czynienia z organizmem samicy, czy – samca, sugerowana analogia jest więc albo niezupełna, albo otwiera przed nami nowe, zupełnie dotąd przez człowieka nie penetrowane, obszary poznawcze i, co większa, perspektywy dziejowe – samemu światu, który, dzięki swej ewentualnej płciowości, miałby szanse się uwielokrotnić!). Ale zejdźmy z obłoków na ziemię, jak mawia się wśród przysłowiowych pobywających nad obłokami himalaistów, których szczytne zapędy rozumiem, bo sam właściwie nie robię nic innego, pnąc się nieomal codziennie na szczytowe partie problematyki najważniejszej w świecie.