marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Październik 10th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 60

            Wchodzę do siódemki, gdzie natychmiast, sprawdziwszy tylko, czy któryś z towarzyszy mojej niedoli nie odemknął oka (szczęściem – nie odemknął), zbliżam się do szafki nogopiłkarza, by w jej szufladzie bezszmerowo ulokować pożyczoną (pewnie zbyt wytworne to słowo) zapalniczkę o pstrokatym wzorku na korpusie tego przedmiociku. Kolejnym krokiem mego pobywania na nowo w sporej salce numer 7 staje się zajęcie tego  strategicznego  punktu, jakim dla mnie jest tu oczywiście łóżko. Teraz mogę nawet zasnąć. Główny akt dramatu odbędzie się albowiem dopiero po śniadaniu, a tutaj śniada się z hukiem, co zbudzi mnie niezawodnie. „Na cholerę ja się urodziłem? – robactwo złych myśli obłazi mnie zaraz jak na zawołanie. – Nie lepiej byłoby mi siedzieć w mateczniku, skąd przecież nikt mnie nie wyganiał? Głupiś ty jest, niedźwiedziu!”. Już mniejsza o to, że wiem, dlaczegom z tej bezpiecznej rzekomo przystani się  m u s i a ł   ewakuować; tu nie chodzi o zażegnanie jakiegoś poważnego autobuntu. Myśl musi pracować stale, ale nie musi (a raczej nawet nie może!) pozostawać stale w niewzruszonym ładzie logicznym, który nie znosi towarzystwa pewnych wyskoków. Ważne, żeby w momencie krytycznym móc powrócić do tego, co jest moją uprawą, a nie, by tak powiedzieć, moją u-lewą; z porastających skraje pola a cieszących oczy rolnika, „że przecież nic nie musi”, marginesów błędu, to jest chwastów – wydobyć się ku orce, siejbie i zbiorom, skoro w toku nawiązywania znajomości z tymiż chwastami nie doszło jednak do zadzierzgnięcia trwalszych więzi. Wraca Duży. Nie ma mowy, żebym teraz choćby na to mruknął, uszczypliwie czy nawet z kpiną zupełnie nie do wyczucia skomentował powrót herosa z uroczystości, gdzie został przezeń złożony hołd matce naturze. Ciekawe, że ludzie najbardziej nawet przez nas znienawidzeni podlegają zupełnie tym samym, jeśli nie takim samym, jak my koniecznościom. Dlaczego się nienawidzimy? Dlaczego się zabijamy – słowem, uczynkiem, zaniedbaniem? Dawniej – dlatego, żeby odtwarzać swój zużywający się byt i żeby dawać mu paliwo do wytwarzania niezbędnej życiu energii. To wszystko bowiem uzyskiwaliśmy – jedząc, zabitych już ale świeżych jeszcze, przeciwników. Dziś jemy, też wyłącznie, ich zdewoluowanych potomków, lecz czy ta potrzeba była i jest jedynym powodem takiej inwazyjności? Otóż nie jedynym. Po pierwsze, na czym miałaby zasadzać się aktywność ludzi, gdyby nie płynące z obawy przed ich na nas agresją prace nad własnym bezpieczeństwem, obronnością? Gdyby nie ustawiczne odgrzewanie tego starego kotletu, jakim, wobec braku – wynalazczy intelektualiści, gdzie wy jesteście! – innej zajmującej strawy duchowej, pozostają w czasach pokojowych od prawieków po dziś dzień wojenne wspominki! Niezrozumiałe dla ludzi krwawe wyczyny światowego terroryzmu są znakiem dla Boga, by wkroczył, skoro serio chce bronić tezy, że tylko miłość i delikatność warto przyjmować za prawdziwie godne człowieka życiowe wskazanie. Bo czymże na straszny atak Bin Ladena odpowiada człowiek? Otóż ten prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej najpierw wobec kamer i mikrofonów światowego dziennikarstwa mówi, że „Ameryka się nie da upokarzać”, a zaraz potem napada swoimi armiami jedno z suwerennych państw arabskich, w jakimś tam (minimalnym!) stopniu mające związki z terrorystami! Albo – albo! Albo my jesteśmy upokarzani, albo my upokarzamy! „Na polu chwały swe życie kończyć / to bohaterstwo ludzi myślących?”. Mówiłem powyżej o tejże zasadzie jako o obowiązującej nas od pierwszych chwil stworzenia historycznych ludzi. Nie tylko do dzisiaj; pewnie stan jej obowiązywania potrwa jeszcze czas jakiś. Do dzisiaj odpowiadać na to, że ktoś nas upokorzył, zalecanym przez Jezusa przebaczeniem oznacza w praktyce naszą stopniową marginalizację, nasz smutek, nasze uwstecznienie. Być może nawet to, że dewoluujemy w byt zwierzęcy, roślinny i tak dalej, a w każdym razie to, że słabniemy,  chorujemy, stajemy się ludźmi kalekimi, co przenosi się też (nie daj, Boże!) na nasze ewentualne dzieci. Jak bronić nauki Jezusa? Jak naukę Jezusa o-bronić?? Powie ktoś, że są zasady względne, które można ominąć, zastosowawszy w obrębie ich panowania jakiś trik czy przemyślną procedurę (jak halsunek w przypadku płynięcia pod wiatr żaglówką) – i zasady bezwzględne, których ominąć nie sposób (ominąwszy je, podważylibyśmy albowiem na przykład cały sens, mającego chyba jakąś wartość?, historycznego świata). Cóż. Mam nadzieję, że ogłoszony przez Fukuyamę jako prawdę dnia dzisiejszego koniec historii – jest końcem mocno metaforycznym, a to, że, jak utrzymuje każdy poważny Świadek Jehowy,  żyjemy w czasach ostatecznych, stanowi okoliczność wręcz sprzyjającą odrodzeniu. A skoro tak, to będzie sporo czasu na wynalezienie rozwiązania, które naukę mistrza apostołów nie tylko uratuje, ale też wzbogaci o nieznane dotąd sensy jej całościowe znaczenie i działanie. A wracając do tematu, od któregom odbiegł, to dzisiaj historia nadal karmi się śmiercią i, jak nie powszechne wojny, to rozpowszechnienie zwykłego bandytyzmu uderza pokój miłujących śmiertelników. Alternatywnym do wojen i traktowania naszych dni jako okazji do rozgrywek  kryminalno-policyjnych rodzajem spędzania czasu (bo przecież nie aktywności!) wydaje się być niektórym tak zwane spokojne życie. Codzienne niezmienne chodzenie do sklepu po zakupy, przygotowywanie posiłków, jedzenie, sprzątanie mieszkania, wydalanie odchodów,  wyrzucanie śmieci, rozmowy zredukowane do narzekań – oraz oglądanie telewizji (sprowadzające się do empatycznego przeżywania przygód innych, a to mianowicie tych, którzy, jak my ze strachu wyhamowujemy, nie wyhamowując swych popędów, prawdziwie kochają i walczą)? Czy takim „spokojnym życiem” może być usatysfakcjonowany ktokolwiek?! Czyż więc wie, co mówi, ten, kto uznaje za rzecz nieusprawiedliwioną element szaleństwa, jakiego dopuszcza się osoba – określana później jako pijak, narkoman, chuligan? A także hazardzista, prostytutka i mafiozo? I jeszcze drogowy pirat, terrorysta czy nawet, mający niby wszystko, czego dusza zapragnie, tyran? Chcemy zrekompensować sobie tę „nędzę filozofii”, proponowaną zwykłym ludziom przez polityków, rzadko kiedy będących autorami rozwiązań zarysowujących się stale na nowo problemów społecznych czy państwowych, natomiast często ku chwale ojczyzny bankietujących z głowami innych, liczących się, państw, co dopóty tylko będzie wzmacniało międzynarodowy prestiż naszego państwa, dopóki ludzkość nie wymyśli sobie lepszego punktu oparcia dla utrzymywania swej świetności. Jest walka o dominację; gdy tę się przegrywa, walczymy o godny los podkomendnego; kiedy przegrywamy i to, walczymy o życie jakiekolwiek. Natomiast kiedy i jakiekolwiek życie jest przegrane, walczymy o to, by nie utonęła w otchłaniach zapomnienia pamięć o nas. Tak czy inaczej zależy nam na własnym (lub na tym, któreśmy nad własne ukochali) istnieniu. Ponieważ siebie (lub własne zachwycenia) znamy jak nikt inny i wiemy na pewno, że tej właśnie rzeczy, jako bezstronnie cennej, należna jest straż wieczności. „Objęte wartą, / co chronić warto”. Jest pewnie wielu i takich, którym nie zależy już na niczym. Ale i ci chcieliby swoim silnym przeświadczeniem, że nie ma takiej racji, przy której warto by było obstawać, wywołać w tak oto „poinformowanym” – przysłowiową lawinę argumentów odmiennych. Z jednej strony mierząc we własny tryumf, że argumenty te co do kruszyny łatwo obalą („albowiem problem mają do cna, bez żadnych niedopowiedzeń, przewałkowany”), z drugiej – licząc jednak na to, że rozmówca jakimś cudem poda im rację, o której nie pomyśleli. W głębi  duszy wierzą albowiem, iż, będąc w tym Ku-Klux-Klanie zastępcami Szefa, wreszcie się na Niego natkną i dopiero On wyłoży im, może jednak sensowną?, konieczność uwikłania w byt.  Kto mierzy we własny tryumf, nie jest do końca człowiekiem przegranym, choćby miało to oznaczać zwycięstwo jego beznadziei. A bo to wiadomo, czy będzie to zwycięstwo przed  śmiercią – ich jedyne? Od pierwszego kroku zaczyna się przecież każda wędrówka! Ale skoro wiedzą, że nie ma w tym świecie racji, której warto by było bronić, to wiedzą już więcej niż Sokrates. Przede wszystkim zaś, głosząc bezwartościowość wszelkich racyj, zajmują sami  określone stanowisko. Którego będą bronić, o ile okażą się konsekwentni. To zaś oznacza, że  zaprzeczą swojej tezie, ponieważ w tym przypadku stanowisko równa się racji. Człowiek, który liczy się z faktami (tak samo historycznymi jak i logicznymi), jednak cierpi, kiedy te fakty przemawiają przeciw niemu. Nie mogąc tego znieść, przestaje się z faktami liczyć. Albo we własnych oczach zmienia ich wymowę – na sobie przychylniejszą. Tak to i czarne zmienia się w białe. Nieświadomi tego mechanizmu obserwatorzy powiedzą, że ten człowiek nie myśli. Gdy tymczasem robi on wszystko, żeby stan rzeczy na linii „ja – świat” doprowadzić do kompromisu, co wydaje się być właśnie solą myślenia, przynajmniej w znaczeniu egzystencjalnym. Chyba częściej wszelako bywa, że usiłująca zrazu w swoim postępowaniu dopatrzyć się „linii melodycznej” jednostka, nie znajdując jej tam, zdaje się na postanowienia jednostki innej, godnej w mniemaniu tej pierwszej – jeśli nie zaufania, to uwielbienia. Może to być Bóg, fascynujący wyczuciem piękna artysta, zaskakujący zupełnym przemeblowaniem mózgów filozof. Miałem i takiego kolegę, dla którego wzorem życiowej postawy był po prostu bandyta. „W mokrej robocie – / krew. Lecz przy złocie”. Metaliczna żółć i jaskrawa czerwień przemawiają do wyobraźni fanów Al Capone’a. W życiu społeczno-politycznym inicjacja całej lawiny postępowań należy jednak do wierzchołków władzy legalnej. „Od garstki, której przypadł władzy traf, / miliony domagają się praw”. Otóż od silnych trzeba wymagać! A jeśli są silni nie aż tak, by poczuć się zmuszonym do dzielenia ich przekonań, to czemuż zajmują trony? Pewnie, mogliby zaprowadzić bezwzględny reżim, i nawet bez „dzielenia ich przekonań” musielibyśmy iść ścieżkami, które nam wtedy wyznaczyliby. Spacerniak; może to i lepsze niż bezwładne leżenie na łóżku całymi dniami – przy teoretycznej tylko, jak pokazuje praktyka moich ostatnich dziesięciu roków, możliwości odbywania przechadzek alejkami rozległych parków! Cóż, nie zawsze to, co w danej chwili najmądrzejsze, musi być nawet rozsądne. Władza jest to przeforsowywanie własnej woli, a więc jest sprawą raczej mentalności niż intelektu czy wiedzy. Rasowy polityk przemawia do swoich podkomendnych tonem nie znoszącym sprzeciwu. Gdyby albowiem sprzeciw ktoś wniósł, polityk czułby się źle. A czy to do pomyślenia, by szachowej figurze śmiał dobry humor zepsuć… pionek? Nie tak dawno ułożyłem fraszkę skierowaną do polityków, gdzie zapewne nie ma pełnej informacji o nękającym ich może problemie, jak to jest, że nie do wszystkich trafia ich zbożna chęć właściwego (ideałowi) rozłożenia akcentów w tak wypieszczonych przecież przez nich decyzjach oraz przemówieniach, ale gdzie z grubsza jednak jest to wyłożone. „Szczęście jednych wsparte jest na drugich krzywdzie, /  ty więc demagoga szatę raczej przywdziej”. Niektórzy politycy zresztą wiedzą o tym od lat, innym za to nie chce się w to wierzyć. Jeszcze inni chcieliby skomasować w jednym haremie wszelkie dobra, i serwować je „ukochanemu ludowi” wedle jego „słusznych potrzeb”. Tymczasem jak pogodzić postulat jednych „chcemy prostytutek zarazem pięknych, młodych, fachowych i darmowych” z wymogiem „godziwego wynagrodzenia za niewdzięczną pracę” – samych prostytutek?

            Gwizdania na przysłowiowe wszystko przy użyciu cennych złotych gwizdków. Przeciwstawne pogwizdywania niewyżytych woluntariuszy – szykujących się ochotnie do jakże szlachetnego trudu wynoszenia nocników w uroczym hospicjum. Zapytany „co to jest?” onanista odpowiada ciekawskiemu a niedosłyszącemu twórcy nomenklatury cyrkowej po prostu: „trę siura”. I mamy już nowe słowo ‘tresura’, mające po latach oznaczać przyuczanie zwierząt do wykonywania ludzkich poleceń, choć wzięło się, jak widzimy, z praktyki człowieka, który w końcu musiał zjechać w zezwierzęcenie, skoro nad zdrowy, a więc wymagający odrobiny trudu, nawyk dzielenia miłości z kobietą, przedłożył przyjemność samą.

            Dlaczego ludzie z sobą walczą, się – nienawidzą? Otóż byt musi na czymś się opierać, czegoś dotykać; nie może być tak, że z sobą będziemy się tylko „grzecznie” mijali. Historyczny byt jest, w przeciwieństwie do bytu absolutnego,‘dzianiem się’, tak jak porą ‘dziań’ jest ‘dzień’ – stąd zresztą to słowo. Dzień, a nie – noc. I poniekąd zapewne trafnym będzie przyrównanie  absolutu do księgi przeznaczenia, po którą nikt nie sięgnął, natomiast bytu historycznego – do  aktu przebiegania uważnym spojrzeniem po kolejnych wyrazach tej księgi – wers po wersie, karta po karcie. O spełnieniu się przeznaczenia powinno tedy decydować czujne wysłuchiwanie jego podszeptów, niepomijanie żadnego z jego akapitów i oczywiście rozumienie tego tekstu. Przy okazji: jestem tu skłonny potwierdzić prawomocność chrześcijańskiej trójjedyności Boga. Pierwszy w tej trójcy, Bóg-Ojciec, byłby według moich miar stanem bytu absolutnym, czyli przeznaczeniem; drugi, Syn Boży, przeznaczenia nieodstępnym czytelnikiem, czyli historycznym realizatorem, natomiast Duch Święty – aktywnym niczym, ożywiającym, jakby energetyzującym popadający niekiedy w stagnację Układ. Gdzieś poprzednio napisałem, że świat powstał dzięki ewolucji niczego, a raczej w wyniku jego aktywności i zdolności czerpania z ponadistnienia. Nie cofam tego. Punktualne nic, myśl. Polskie słowo ‘wiersz’, oznaczające wydobywanie treści na ‘wierzch’ (czyli ‘wierch’, na co przykładem będącym w językowym użytku jest chociażby geograficzna nazwa ‘Kasprowy Wierch’, co się zgadza, albowiem tak zwłaszcza wysoka góra po prostu musi być „na wierzchu”), było brzmieniowo-znaczeniową podstawą takich obcojęzycznych słów jak ‘universum’, ‘Wersal’, ‘wers’ czy ‘wersyfikacja’. ‘Wydobywaj na wierch’ to tyle, co ‘wiersz’ w jednosylabowym rozkaźniku, tak jak od rozkaźnika ‘pesz’ (twierdzę, że powołujące do istnienia rozkaźniki musiały być słowami pierwotnymi, od których „wszystko się zaczęło”, a dopiero później wypłynął z nich rzeczownik, przymiotnik czy inne formy czasownikowe) wzięło się słowo ‘pech’. Otóż wydobywszy na wierzch treść z mniej niż maleńkiego punktu, uzyskujemy trudno wyobrażalny ogrom. Coś tak, jak porażająco wiele energii z rozbicia znikomego jądra materialnego atomu. Ale rzecz niezupełnie w tym. Nie posiadając ostatnio takiego mobilizującego towarzysza, jakim dla wielu uczestników życiowych zawodów bywa wymagający przeciwnik, popadam często w stan beznadziejnej słabości. Leżę na łóżku przy włączonym radioodbiorniku firmy Samsung i pasywnie wmyślam się w cudze rozsnuwania wątków. Ta, co zmuszony jestem ze smutkiem przyznać, nieodpowiedzialna praktyka sprawia, że jak gaz z przedziurawionego w wielu miejscach balonu uchodzi ze mnie duch. Słabość jest to brak władności, zanik czucia, wyeliminowanie napięć. Jest to równoznaczne z utratą „bezprzewodowej” grawitacji z tym przysłowiowym koniem pociągowym bytu, jakim jest myśl, owo punktualne nic. Myślą zaś pobieraną spoza siebie się nie najesz i nie wzmocnisz, podobnie jak przyglądaniem się temu, jak kto inny je obiad. Z kolei brak czucia oznacza podobno brak bólu, którego tak niby nie chcemy doświadczać, i jesteśmy szczęśliwi, gdy bywa poza nami, skoro już gdzieś bywać musi – dla dochowania ciągłości w czasie tej jedynej rzeczy przesądzającej, że zawsze w którymś z zakamarków wszechświata znajduje się ktoś, kto poręczy, iż istnieje na pewno przynajmniej to doznanie, a więc ma się na czym wesprzeć i pewność istnienia tegoż wszechświata. A ciągłość to jest ważna właściwość. Tak jak nie sposób skoku nad przepaścią wykonać stopniowo, zerwanie ciągłości tej nici istnienia oznaczałoby po prostu sprucie całego swetra.  Zaś co do problematu bólu, to będziemy dotąd musieli motywować się do aktywności przysłowiowym stawianiem sprawy na ostrzu noża, aż któryś z nas nie sprawi, że, zamiast kochać życie (równoznaczne dla nas – którzy przestaniemy być sobą, to jest ludźmi, gdy zdamy się do końca na samą wegetację – z aktywnością) tylko ze strachu przed śmiercią, wypracujemy sobie inny nawyk logiczny. Znowu, kiedy z ciebie uchodzi duch, owa myśl, owo punktualne nic, to dzieje się tak, jakby ów czynnik wystąpił z brzegów i rozszerzał się powodziowo, wypłukując z ciebie wszystkie pierwiastki, w harmonii dotąd składające się dzięki temu na twoją ledwie wyczuwalną treść, i jesteś jak mająca strukturę pajęczyny przestrzeń, w której nic nie przebywa, nawet motyl. Duch twój jednak, może nie znajdując w pobliżu innych wystarczająco pojemnych nosicieli, wraca w ciebie. I oto stoisz już jak ten nie znający strachu komornik i jesteś gotów eksmitować problemy z przysłowiowej czaszki, którą do dziś dnia na scenach wszystkich liczących się (z faktami) teatrów trzyma w dłoni Hamlet. „Być, czy nie być?” – to pytanie prawomocnie mógł postawić jednakowoż czyż nie jedynie Ten, który byt ustanowić był w stanie, a nie tylko, urodziwszy się (i to nie ze swojego przecież chyba postanowienia), unicestwić jedną z tak wielu jego odrośli?

            Tak to rozmyślając, doczekałem pory porannego posiłku. Opisywać proste czynności dnia powszedniego nie jest to zajęcie moje ulubione. Ktoś powie, że rutynowe roboty stanowią większą część życia nawet tak zwanych ludzi wielkich, a więc wiele nowego  wnoszących w rzeczywistość kibicującej harcownikom-nowatorom rzeszy handlarzy starzyzną. Odpowiem na to, iż reprezentatywne dla człowieka bynajmniej nie jest to, co pospolite, nie wybijające się ponad poziom zjadania kartofli przy włączonym telewizorze, gdzie wyobrażenie o wielkim świecie serwuje biedakowi biust seksbomby przy, równie wypukłym jak ten, portfelu milionera. Na co mnie nie stać, rozsądnie próbuję sobie zohydzić, lecz trud opisania sfery, do której nie mam przekonania, przecież podejmuję.

            Rozczesywania bujnych włosów o barwie mosiądzu przez dziewczęta, z widocznym dla obserwujących scenkę młodzieńców zadowoleniem znajdujące w zwierciadlanym odbiciu  oczywisty dowód potęgi swej urody. Zaczesywania włosów mocno przerzedzonych na deprymujący dumnego mężczyznę debiut łysiny. Trefienie – z pieczołowitością godną sprawy przecież nie do zlekceważenia – włoska, na którym oto zawisło twoje życie.

            Nie wiem zresztą, czy w czyichkolwiek losowych perypetiach da się wypatrzyć sferę aż tak błahą, by poświęcenie jej kilku zdań wnikliwego opisu nie było wymogiem choćby przyzwoitości. A przecież i przy przysłowiowym zamiataniu ulic zdarza się, że wpadniesz na  epokowy pomysł. Nawet w takim jak ten romansie dla starych kawalerów nie ma co udawać, iż zasięg tych rzeczywistości, o których dudni przysłowiowa brukowa prasa i jedyne w kraju radio nie wystrzegające się tematów tabu – nie obejmuje jakoby twojej wychuchanej krainy. Tyle, że i ja, ukazując okropieństwo świata z wykluczeniem pewnej części jego okropieństw, próbuję – także poprzez tę programową amputację – być głosicielem paradygmatów gdzie indziej nie słyszanych. Prekursorem nowego świata, nie zaś tylko komentatorem starego. Tak więc i z nadziejami, że wstępuję tutaj w okres oryginalny, a zarazem odmienny od tego wszystkiego, com zdołał do tej pory przeżyć, nie na zasadzie „zamienił stryjek siekierkę na kijek”, tylko na takiej, co była dotąd po prostu nie do pomyślenia – stwierdzam, iż rzeczywistość we mnie i wokół mnie nabiera chyba jakiegoś przedziwnego przyspieszenia. Te straszne monstra, dołujące mnie do niedawna na podobieństwo przysłowiowych sępów pastwiących się nad nie śmiącą okazać resztek czucia padliną – pod byle pretekstem lub bezeń, teraz są poczciwinami. Niby mrówki, zabiegane (całkiem bez filozoficznego zdystansowania do nich) wokół swych małych spraw, ani pomyślą, że mogłyby przecież dać do zrozumienia mającemu po latach pisać te słowa, że on to jest tutaj funkcyjnym (cóż, że pięćdziesięciorocznym!) chłopcem do bicia. Zebrawszy się z łóżek, w milczeniu wzuwają szpitalne kapcie, wyjmują z przyłóżkowych szafek szczoteczki i tubki z pastą do czyszczenia swych, i tak solidnych, murzyńskich zębów, jak po sznurku postępują ku jedynym drzwiom siódemki. Jeden (jest to Płaskonosy) zauważa, że „sądząc po wyglądzie nieba, wkrótce będzie lało jak jasny skurwysyn”. Żeby miała to być złośliwa  aluzja do mnie, który w porównaniu z czarnym Tutabończykiem jestem chyba jasny a poprzedniej nocy istotnie zsikałem się w łóżko obficie, i to parę razy, jednak wątpię. Biali zresztą też odwołują się do „jasnej cholery” jako do nienawistnej potęgi, choć to zanikające dziś porzekadło powstało zapewne, zanim jeszcze natknęli się na Murzynów. Przechodzący Amin Basnadar nieznacznie obraca twarz w moim kierunku i puszcza do mnie przysłowiowe oko. O planowanej akcji przypomina mi w sam czas, bo, brnąc w rozlewające się jak wezbrana wskutek nieodpowiedzialnie długotrwałych opadów rzeka ciągi dywagacyjne, już-już, a bym o tej kluczowej dla moich losów kwestii zapomniał. Pensjonariusze psychiatrionu w Adreys mają na podorędziu, jak widać, prywatne przybory toaletowe, przy czym obsadki z żyletkami, którymi usuwają uporczywie odrastający zarost, biorą z pielęgniarskiego depozytu, a po goleniu są zobowiązani złożyć je tam na powrót. Ten rytuał jest dochowywany w szpitalach psychiatrycznych przez wzgląd na bezpieczeństwo chorych, którzy, w gonitwach myśli częściej niż inni prześcigając absurd, takim ostrym narzędziem dostępnym stale mogliby sobie lub koledze (rzadziej personelicie) wyrządzić krzywdę. Wspominam nie bez przysłowiowej kozery o owych przyborach, albowiem i w idącym tu tekście zachodzi niekiedy potrzeba użycia takiego elementu techniki narracyjnej jak stopniowanie grozy. Co by to bowiem było, gdyby sprowadzony na moją scenę zza granicy za ciężkie pieniądze kapiszonowiec firmy de Colt w ostatnim akcie miał nie wypalić! A zwłaszcza wypalić bez doprowadzenia słuchaczowidza do stanu tak podwyższonej afektacji, żeby ta ostateczna konkluzja zabrzmiała i zalśniła w jego zmysłach jak efekt sprowadzający katharsis, nie zaś – otępienie i zniechęcenie, że też ledwie tu tylko napomknę o niesmaku! W tej informacji o przyborach jest po wtóre i pewien haczyk dla czytelników lubiących kombinować…