marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Lipiec 25th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 6

            Powroty z wypraw w nieznane do miejsc znanych aż przesadnie. Czujący się w obowiązku wykazania logiczności pewnego zwrotu telewizyjnych komentatorów piłkarz „stwarza niebezpieczeństwo dla bramki przeciwnika” przy pomocy siekiery, którą ją zaraz porąbie. Czy to już koniec mojej fantazji, mego nieokiełznania? Zawiadująca moim losem ironia sięga do pomysłów coraz pospolitszych, wciąż mniej zdolnych zadziwiać, natomiast coraz bardziej obfitujących w czarny, kogóż to mający rozweselać?, humor.

            Zdejmuję moje słynne, traperskie buty z wysokimi cholewami, wzuwam kapcie. Walizkę postawiłem na podłodze, zaraz ją rozpakujemy. Co dziwne, zaspokojony przecież jeszcze w Pigułkowie, a to solidną w końcu porcją kiełbasy z chlebem, głód – daje znać o sobie zupełnie tak, jakbym nie miał teraz na głowie żadnej ważniejszej sprawy! Idę do kuchni, leję do czajnika wodę prosto z kranu, napełnione naczynie stawiam na gaz. Samą herbatą się nie najem, więc sięgam do lodówki po ser i margarynę, z pojemnika wyjmuję miękki chleb dla bezzębnych, pokrojony fabrycznie na równe kromeczki. Zapalam światło, bo na dworze mocno już poszarzało. List z Tutabonu nie przestaje mnie intrygować, jednak jak pierwej nie wzmocnię się tą wczesną kolacją, to nic z niego nie zrozumiem. Myśl będzie bowiem ustawicznie skręcać ku jedzeniu! W parę chwil wyjęte z celofanu kromki smaruję margaryną, powlekam serem. Płomyczki pod czajnikiem podkręcam tak silnie, jak to tylko jest możliwe. No i nareszcie! Herbatę, żeby szybciej przestygła, przelewam z kubka do kubka kilka razy. I od razu mogę pić! Tej ostatniej sztuczki, jeszcze w dzieciństwie, nauczyła mnie moja matka. Nie mówię dużo o mych rodzicach. Cóż. Moje przygody są rodzajem ucieczki. Także od nich.

            No więc trzeba powiedzieć, że kolację już zjadłem. Teraz tylko wypalę i już zaraz bierzemy się do listu. Od lat próbuję odzwyczaić się od palenia, a jako że jedną zasad odwyku – w sytuacji, gdy jakimś ośrodkom w organizmie nikotyny brakuje już katastrofalnie – jest palić i nie robić przy tym już nic innego, palę i listu od Lin Piao nie czytam. Papieros nie smakuje mi. Nie gaszę go w połowie, bo szanuję wszak pracę robotników firmy SPIKE. Koniec. Myję ręce w łazience i rozrywam kopertę. Są w niej dwie złożone na czworo kartki. Biorę jedną, lecz z zapisanego na niej tekstu nic nie rozumiem. Aha, to po tutabońsku! Biorę kartkę drugą i na szczęście nie jest tak, jak się obawiałem, że będzie to tłumaczenie z tutabońskiego na, zrozumiały niby dla wszystkich ludzi wykształconych, angielski. Tutabon to kraj afrykański, gdzie wiele firm pyryjskich prowadzi interesy. Zrozumiałe, że znalazł się tam i tłumacz przysięgły operujący naszym językiem. Czytam:

            „Drogi panie Plux. Piszę do pana w sprawie ważnej dla każdego świadomego mieszkańca Ziemi, planety, na której już za 50 lat może nie być nie tylko nas, ludzi, lecz w ogóle – istot żywych. W temperaturze stu stopni Celsjusza giną bowiem najbardziej odporne na wysokie stany temperaturowe wirusy, wszystkie inne znane formy życia giną w temperaturach jeszcze niższych, a 100 stopni Celsjusza to temperatura, jaka, według naszych obliczeń, zapanuje w biosferze za 50 lat, jeśli człowiek nie poczyni stosownych kroków, by zahamować, a następnie uwstecznić, zachodzące w naszym życiowym środowisku tendencje. W ciągu ostatnich stu lat, spalając węgiel i inne zawierające węgiel substancje, człowiek wprowadził do atmosfery nienotowane wcześniej w dziejach ilości dwutlenku węgla. Wywołało to tak zwany efekt cieplarniany, który z dnia na dzień pogłębia się, grożąc zaistnieniem sytuacji, o jakiej napisałem wyżej. Uzupełnię. Otóż nadmierna ilość dwutlenku węgla w atmosferze stanowi barierę dla nadmiaru ciepła, wprowadzanego w płaszcz Ziemi z dynamicznymi  promieniami słonecznymi, który nie idzie z powrotem w niebo, ponieważ samo ciepło, pozbawione już dynamiki, pozostaje w obrębie Ziemi, natrafiając na wspomnianą barierę.  Ratunkiem przed tragedią, jaka nam już za tak niedługo grozi, byłoby wstrzymanie spalania węgla i destylatów ropy naftowej w skali globu. Byłoby to jednak niewyobrażalnie trudne, ponieważ na spalaniu węgla i jego pochodnych oparta jest, jak wiadomo, cała niemal cywilizacja inteligentnych mieszkańców planety. Przeciw przestawieniu gospodarek świata z technologii węglowych na czyste ekologicznie paliwo jądrowe protestują, przyzwyczajeni do „poczciwego” dymu i ciągle nieufni wobec, notujących i wpadki, producentów energii jądrowej, konserwatywni członkowie społeczności ludzkiej. Konserwatystów jest więcej niż postępowców, a że siłą decyzyjną we współczesnym świecie są demokracje, czyli wola większości, trudno przeforsować rozsądny program. Z prawdziwą więc ulgą powitałem doniesienie o jednym ze skutków, tragicznego skądinąd, ataku terrorystycznego na tutabońskie miasto Muri. W Muri zginęło ileś tam tysięcy ludzi, wypadałoby ten wypadek może tylko opłakać, ale szczęściem okazało się, że tknięci jakąś opatrznościową wręcz intuicją pracownicy ocalałego z pożogi tamtejszego Instytutu Klimatologii dokonali odkrycia, które tragedię tysięcy uczyni, że tak powiem, komedią miliardów!!! Lecz tu, mój drogi, potrzebny będzie już pan. Nic więcej nie powiem! Proszę wsiadać w samolot i niezwłocznie stawić się w stolicy Tutabonu, Adreys!

                                                                       Dr Lin Piao, Adreys, Al. Kotoptu 175 – 34 A

P.S. Pieniądze na bilet uzyska pan w ambasadzie Tutabonu   (Schizogród, ul. Mieszana 2) za okazaniem niniejszego listu. Nie muszę dodawać, że sprawa wymaga dyskrecji.”

            Kładę list na biurko, pełen sprzecznych uczuć. Z jednej strony cieszę się, że wielka sprawa, o jakiej zawsze marzyłem, wreszcie się trafia. Z drugiej – jak mogę wiedzieć, czy jej podołam. A z trzeciej strony to jestem już przecież nazbyt zniechęcony do wdawania się w jakieś awantury, by nawet możnością przysłużenia się ukochanej ludzkości cieszyć się bez zastrzeżeń. Sięgam do telefonu i wykręcam numer żony.

- Halo, kto chce ze mną rozmawiać? – słyszę jej cieniutki sopranik.

         - Twój mąż, Flakonon. Kubo, nie będzie mnie jutro u ciebie. Może cię to zmartwi, bo wiem, że o moich zdolnościach detektywistycznych nie masz najlepszego zdania, ale po latach nieróbstwa mam wreszcie pracę.

- Znowu się skompromitujesz.

- Nie jest to takie pewne, Kubeczku. Nie będzie mnie jutro u ciebie, ale przyjadę dzisiaj. Po mój paszport, który jest w naszych dokumentach.

- Wyjeżdżasz gdzieś poza Unię Europejską? – zdumiewa się moja rozmówczyni. – Przy twoim domatorstwie i zasiedziałości?

- Są sprawy na tym najdziwniejszym ze światów, które nawet trupa postawią na nogi.

        – No dobrze, przyjedź. Ale zanim zrobisz to głupstwo, pomyśl, czy szukać szczęścia gdzieś na końcu świata, gdy mógłbyś w kraju spróbować swych sił choćby w reklamie, nie będzie zbytkiem ekstrawagancji.

            – Jadę   t a m   właśnie po to, żeby do końca naszego świata nie dopuścić – mówię oględnie. – Niestety nic więcej nie mogę ci powiedzieć, zostałem do tego zobowiązany przez mego klienta.

            – No to czekam – deklaruje Kuba, nie przedłużając rozmowy, choć aż się prosiło, by spytać, jak ja, człowiek, śmiem mieszać się do spraw będących chyba tylko w gestii Boga. Co do istnienia Boga lub jakiegoś Jego quasi-istnienia (jak bowiem On, nadrzędny, miałby do czegokolwiek, a więc na przykład do bytu, należeć; wchodzić w porządek, którego z konieczności logicznej musiałby być najzwyczajniej podporządkowanym elementem?), mam wątpliwości zgoła poważne, ale operujemy w ramach kategoryj przyjętych; odwoływać to, co niesłuszne, próbujmy stopniowo.

            Nie chce mi się nigdzie wychodzić, tym niemniej przełamuję swoje lenistwo. Robi się zimno, na swój znoszony surdut narzucam stosowną do panującej jesieni jesionkę; buty już wzułem, jeszcze tylko pogasić wszystkie światła i – w drogę!

            Dziobania ziaren pszenicznych w filantroperskich karmnikach, wyjadania okruszyn bułek i chlebów przez, chcące żyć tak jak i my, robaki. Otępiały mózg nicponia – pasożytującego na szlachetnych wyznawcach ostrej, księżej reprymendy – dla swoich cięć wynajduje cele zadowalające mało. Jak jednak działać mu inaczej, skoro stajał już niby zlodowaciała meduza i swą twardość, posiadaną wyłącznie dzięki swemu obumarciu, musi liczyć do spraw przedawnionych?

            Nie wiem, która jest godzina, i, prawdę mówiąc, nie obchodzi mnie to. Widzę mknące samochody i będących w ruchu przechodniów. Jakby było zbyt późno na jazdę do Kuby, ulice i trotuary świeciłyby pustkami. Zresztą sama Kuba pięć minut temu zapraszała mnie. Zgoda, mam zegarek, wystarczy spojrzeć. Siódma pięć. Coś kręci mnie w nosie, zmuszony jestem kichnąć. Przeziębienie? Po co się martwić, w Afryce będzie cieplej. Wsiadam w autobus, metrem w Schizogrodzie na razie nie wszędzie się zajedzie.

            Moja skłonność (i zdolność) do rozmyślań – w sytuacjach przywołujących zwyczajnie nudę – jest fikcyjna. Nudzę się jak każdy patałach. Myśl nie zaistniewa tam, gdzie jej sprawca widzi, że w tym przypadku całe postępowanie wyobraźniowe poszłoby w nicość, nie zostałoby zrealizowane. Jednak przecież tutaj wszystko odbywa się na dwóch planach, a jako że jeden jest realizacją drugiego, mechanizm ten nie ma tu zastosowania. Mózg winien zaznawać także fazy odpoczynku, możliwe. Wszelako ten dyspozytor naszych uświadamiań i naszych przedsiębrań, jak reaktor w elektrowni atomowej, raz wprawiony w ruch – musi chyba niestety zachowywać ciągłość pracy, pozostawać w ruchu niechby tylko jałowym. I to ostatnie będzie jego odpoczynkiem, choć kto wie, czy taki odpoczynek go nie zabija. Pracy mózgu wymaga i prosta percypacja zmieniających się w podróży widoków. Nie odnotowuję ich szczegółowo ze względu na przyświecającą mi ideę skupiania się na istocie sprawy – kosztem jej okoliczności, które mogłyby ją zdominować.

            Wielkie bloki mieszkalne, mniejsze od nich hale targowe, całkiem małe sklepy i kioski. Ludzie żyją nie samym, będącym zresztą metaforą wszelkiego jedzenia, chlebem. Umilają sobie egzystencję rozbudzaniem i zaspokajaniem i  innych głodów. Gdy zniszczymy zdrowie, poruszamy niebo i ziemię, by zdobyć specyfik, który zdrowie przywraca. Jedni są głodni sukcesu własnego, drudzy zgadzają się na to, by w ich imieniu sukcesy osiągał ktoś inny, z nimi tylko spokrewniony, spowinowacony, mówiący tym samym, co oni, językiem. Lecz oto i przystanek, na którym mam wysiadać. Powstaję ze swego siedziska, między równymi rzędami foteli przechodzę ku wyjściu. Teraz sus z wysokiego stopnia i spacerek wśród osiedlowych parkingów w stronę bloku, gdzie w jednym z jednopokojowych, skromnych mieszkań Kuba, wraz z naszym synem Socjuszem, ma swój mieszkaniowy meldunek. Nawiedza mnie przykra myśl, że, wybrawszy konwencję daleką od pornograficznej, skrajnej szczerości, nie stwarzam materiału, który mógłby być mocną podstawą dla badań o prawdziwych, przedstawiających rzecz bez pominięć, realiach życia jednostki jakoś tam szczególnej. Żeby bowiem człowiekowi dogodzić, trzeba znać jego potrzeby. Ludzie mało spostrzegawczy, potrafiący rozmawiać jedynie dzięki spostrzeżeniom poczynionym przez innych, poruszają się po terytorium żałośnie nierozległym i nie są w stanie wyartykułować swoistości choćby tylko własnych wędrówek i zasiedzeń; o swoich potrzebach mogą dowiedzieć się jedynie z opowieści osoby spoza swego środowiska – jak zwierzę, którego samoświadomość musi zastąpić wiedza hodowcy. Niech więc mi nikt nie mówi, że poznawanie samego siebie jest zajęciem pozornym, o efektach, które bez żalu można pominąć! Eksperymentując, na ile standardy człowieczeństwa, odziedziczone przez nas po przodkach stawiających sobie być może to samo pytanie, wolno nam zaniedbać, z ludzi – przemieniamy się w psy, świnie, dżdżownice. Czy nauka piewcy miłości, wedle której mamy żyć w cichości i w rozmodleniu – porzuciwszy zgiełk i ambicje, nie prowadzi do takiej właśnie przemiany? Zawierzyć którejkolwiek z potęg, stając się w jej rękach ślepo posłusznym narzędziem, czyż to jest rozsądne? Owce muszą iść za swym pasterzem; inaczej nie zabije ich człowiek, tylko zginą w paszczy, niegodnego ich ofiary, wilka. A jeśli Jezus jest wszechświatem, na którego mistyczne Ciało wszyscy się składamy – czy i wtedy powiem, że Jego dziwną naukę należy rozpatrywać w kategoriach zwykłej, przydatnej w porządkowaniach spraw przyziemnych, logiki? Biorąc najostrożniej, wypada powiedzieć, że logika jest chyba… jedna. Jezus mógł być mentalnym mocarzem, dającym dowody swojej władzy nad żywiołami, czyniącym cuda. Ale czy cudotwórca i mędrzec to musi być jedna osoba? Proroctwa mówiły, że musi.

            Tak rozmyślając, kończę mój spacer przed blokiem Kuby. Na automacie odmykowym wystukuję dwie cyferki. Kuba wie, że to ja, więc w domofonie nie słyszę jej głosu, tylko od razu sygnał uruchomionego elektromagnesu, znak że można otwierać. Wchodzę.

            A tak w ogóle, to czy wierzyć w proroctwa i patrzeć na nie z nabożeństwem jest rzeczą godną człowieka rozumnego? Przecież gdyby te gwarantowane autorytetem natchnionej biblii przepowiednie miały się potwierdzać, oznaczałoby to, że w dziejach nie ma wolności, że życie ludzi przebiega podług, z góry wiadomego dla wtajemniczonych, fatum. Ktoś nazwie je „planem Bożym”; Przeznaczeniem, od którego próżno szukać ucieczki.