marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Październik 9th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 59

            Niezłomne trwanie przy standardach ściśle ludzkich, wymagające tyleż hojnego szafowania własnymi siłami i ryzykownej gry, gdzie prawdopodobieństwo przetrwania jest bliskie zeru, co bezwzględnego nieliczenia się z interesem cudzym – miało mieszkańcom  Ziemi zapewniać trwanie w zrazu jedynej, a następnie już tylko najwyższej, klasie rozgrywkowej. Ludzie podówczas wiedzieli wszystko o regułach tej gry, przede wszystkim zaś to, że dla dalszej własnej egzystencji muszą część swojego liczebnego stanu poświęcić na zdegradowanie jej do roli producentów niezbędnego ludziom do oddychania tlenu, którego jedynie w pierwszym sturoczu wyrokiem Stwórcy nie będzie w atmosferze brakowało. Wojny były tedy prowadzone nie wyłącznie dla zdobywania pokarmu, bo także dla pozyskania niewolników, których przemiany w rośliny, poprzez zmuszenie ich do jedzenia kału, zwycięzcy nie zawahali się poczynić. Proces fotosyntezy zachodzący w roślinach dawał tlen, redukował zawartość w powietrzu nadmiaru wydychanego przez ludzi dwutlenku węgla (bez czego musiałoby w końcu dojść do groźnego dla życia – cieplarnianego efektu), ale i wykorzystywał (służącą dotąd jedynie do nadania atmosferze odpowiedniej życiu temperatury oraz do tego, że ludzie w świetle słonecznym po prostu widzieli) energię słoneczną dla przerobu odchodów – na twory nadające się do spożytkowania. Już Arystoteles w swojej pracy „O częściach zwierząt” zauważył, że zwierzęta i człowiek przyjmują pokarm tym elementem swych ciał, który mają u góry, natomiast tak odchody jak potomstwo wydalają tym swoim cielesnym elementem, który mają u dołu. U roślin odwrotnie: przyjmują pokarm będącymi u dołu korzeniami, owoce zaś dają na będących wysoko gałęziach. Osiągać świadomość zachodzących w świecie prawidłowości jest to rzecz godna pochwały, niemniej nie wyczerpuje tematu. Pozostaje bowiem pytanie, co świadomie robić, mając świadomość tych prawidłowości. W przeciwieństwie do jednostki kierującej się instynktem, której wystarcza kategoryczny imperatyw (nakaz), biorący się z mocno przeczuwanego pewnika, że „myśli za mnie natura”. „Robię to wszystko, co sprawia, że czuję się fajnie”. Na jednym z moich pobytów w psychiatrionie grający z nami-pacjentami w siatkówkę sanitariusz opowiadał w przerwie pomiędzy kolejnymi setami o jakimś „wspaniałym” filmie akcji, gdzie fabuła rozwijała się tak prężnie, że „nie było czasu myśleć”. Można stąd wysnuć wniosek, że dany ludziom przywilej myślenia dla poniektórych wydaje się przekleństwem. Myślenie bierne, pod dyktando dobiegające z zewnątrz, jest łatwiejsze, lecz nie przysparza też płynących z pokonywania trudnej drogi satysfakcyj. Interesowanie się sprawami świata z pomijaniem spraw własnych („co moje życie warte, żeby był sens zaprzątać nim sobie głowę; już lepiej być mi kibicem tych, których zmagania mają odczuwalne znaczenie dla przebiegu historii, w ten bowiem sposób będę miał chociaż śladowy udział w interesie ważnym stuprocentowo; inaczej cały oddałbym się sprawie nie mającej znaczenia żadnego”) prowadzi do utracenia własnej tożsamości; jeśli to się komuś podoba, to proszę bardzo. „Zrobisz małym wysiłkiem / wielką – tylko pomyłkę”. Przerażenie ogromem trudu i ryzyka możliwych jeszcze przedsiębrań, „okrzepnięcie” we własnej słabości – te to czynniki wyhamowują nasze ambicje pozostania lub stania się graczem na boisku historii i popychają ku trybunom, skąd cichemu (lub nawet hałaśliwie demonstrującemu swą wolę) kibicowi łatwiej się w „mającym przecież swą samoistną potęgę” tłumie samooszukać, że uczestniczy w czymś wielkim. „Wielkie” zaś stanowi potrzebę każdego tego biobytu, który gotowy jest prolongować swe funkcjonowanie w układzie jedynie podług zasady „wszystko – albo nic!”, znamiennej dla ludzi – tych przynajmniej, którzy nie ulegli deklasacji. Człowiek, który przegrał wszystko, strzela sobie w łeb. Inaczej traci honor osoby sprawiedliwej, dotrzymującej słowa. Wiernej swoim zasadom. Jednakowoż są i tacy, co znajdują powód własne życie przedkładać nad jego jakość – przesądzającą o pozostaniu człowiekiem poprzez to tylko, że nad wszelką majętność wywyższamy posiadanie honoru. Poeta Konstanty Ildefons Gałczyński napisał o tym, nie wiem na ile świadomie: „Mam problem. Może i niewielki. / Tak wielki jak na niebie gwiazdy. / Co przenikł duszy mej uszczelki. / Że życie ukochałem nazbyt”. Zacytowałem wprawdzie z pamięci, tym niemniej gwarantuję, że wymowa tej faktycznej autodemaskacji pozostała dochowana. Co w związku z tym. Chwilę. Jeszcze tylko 2 równie wymowne przykłady.

            Polewania domagających się od rządu podwyżek płacy za wydobywanie z pokładów coraz to niżej zalegających mającego ogniście ogrzać naród węgla – zimną wodą z armatek. Oblewania zwycięstw w sportowych zawodach gwałtownie wytryskającym z ciężkich butelek szampanem, który, zamiast do gardeł, trafi na, i tak mokre już od potu, uniformy świętujących.

            Przykład pierwszy to ten, że mówi się o wysoko pokonanym zespole piłkarskim, że strzelił jednak tę jedną-jedyną honorową bramkę lub że takiej honorowej bramki nie strzelił. I przykład drugi. Mały Indianin w wojowniczym szczepie Apaczów rodził się bez imienia. Imię uzyskiwał dopiero, gdy, nieco podrósłszy, zdobył się na czyn godny uwagi. A imię to – nie jedynie wśród Apaczów i nie tylko wśród Indian – jakby honor. Godność. Coś, co wydobywa nas z anonimowego grona jakichś dzieciaczków czy jakichś tłumów, zwanych też z pogardą zupełnie już jednoznaczną – motłochem. Apacz uzyskuje imię, gdy w walce zabije przedstawiciela innego szczepu. Materiału dość. Przechodzimy (ja, a wraz ze mną szanowny czytelnik) do prób wyprowadzenia zeń klarownego wniosku. Co tu zresztą wyprowadzać. Widać od razu, że jesteś człowiekiem honoru, gdy poważnie traktujesz sprawę świętego „albo – albo”, wobec którego stawia cię los. Udowadniasz, że tego, który ośmielił się wejść ci w drogę, potrafisz oswobodzić z balastu 25-ciu gramów czy miligramów impregnującej go dotąd duszy, i w ten sposób pokazujesz, że daru Stwórcy, swego bytu, nie zawahałeś się bronić, a nawet że, w imię bożego upodobania do stawiania każdej sprawy na ostrzu noża,   ryzykując, że sam zginiesz, zabiłeś. W każdym zaś razie zachowujesz honor, gdy udowadniasz, że jesteś groźny. Dla innych, w ostateczności – dla siebie. Jest to sensowne z tego chociażby powodu, że świat pozbawiony elementu realnych zagrożeń parszywieje. I tu już macie wy, nie umiejący wyjść ze zdumienia poczciwcy, na cholerę Wielki Konstruktor maszynerii dziejów wprowadził w to wszystko tyle zła, wyjaśnienie bulwersującej was kwestii. Świat musi być świetny, o ile w ogóle być ma. A będzie świetny jedynie pod warunkiem spełnienia wymogu umiaru w pretensjach jego składników do czerpania przez nie dobra. Samo dobro nie istnieje. Tak jak nie istnieje samo „lewo” lub samo „prawo”. Gdy chcesz zachować całego siebie, to musisz też całym sobą zaryzykować. I wszyscy pierwsi ludzie to wiedzieli. Dlatego też tak łapczywie walczyli. Nie mogli więc przesadzać z tak rozpowszechnioną wśród historycznych (a nie „prehistorycznych”) Polaków czcią dla zmarłych. Pili wodę z rzek, jezior, strumyków; a czym ją czerpali? Otóż czerepami (czerp, czerep), czyli zabitych bliźnich czaszkami, z których wyjedli już miazgę, bardziej dziś znaną pod szlachetniejsze budzącą już skojarzenia nazwą mózgów (miazga, mózg). Pierwsze, wyrosłe na ludzkich odchodach, drzewo wydało owoce; nie dziw, że miano, jakie przydano im, było pogardliwe. Pamiętamy z biblii rajską jabłoń, których owoce Wielki Ogrodnik pozwalał oglądać do woli, ale zakazał ich jedzenia. ‘Jadło’ jest to rzecz i słowo godne, nieomal dostojne. Lecz gdy je zdrobnić, stanie się tylko niepełnowartościowym ‘jadłkiem’. ‘Jadłko’; czyż nie tak musiała brzmieć pierwotna nazwa tej rzeczy, którą dziś po polsku nazywamy ‘jabłkiem’? Co leniwsi, jabłka jednak jedli. Leniwsi,  bo i więcej trudu wymagało przecież zdobycie pokarmu, który poruszał się na dwóch prężnych nogach i który, równie dobrze jak my jego, nas mógł swoim pokarmem uczynić. Mówię „leniwsi”; czyż jednak na to, by pójść w śmiertelny bój nie potrzebna była przede wszystkim odwaga? Nie była potrzebna. Ówczesnym ludziom nie przyszłoby nawet do głowy, że są, lub nie są, odważni. Strach przychodzi, kiedy zaczynamy oceniać swoje szanse i kiedy uzmysławiamy sobie, że są one nikłe. Zaś wobec zachodzenia takiej okoliczności, że w każdej chwili możesz musieć zabijać, bo w razie przeciwnym sam możesz zostać zabity, działałeś jak automat. Rajska jabłoń był to nie tylko zakaz jedzenia zieleniny, ale także zakaz zdobywania wiedzy o dobru i złu. Powiedziałem wprawdzie, że cała mnogość pierwszych ludzi posiadała wszechwiedzę. Ale co innego wiedza, a co innego myślenie. Ludzie wiedzieli: gdy zaczniemy myśleć, stracimy szybkość działania uzewnętrznionego, niezbędną nam w walce o przetrwanie. Stosowanie wiedzy w działaniu wymaga może myślenia, ale wówczas było to myślenie błyskawiczne. I nie tego typu, że arbitralnie oceniamy, czy dany plan jest lepszy, czy lepszy dla osiągnięcia założonego celu byłby plan inny. Jak w maszynie cyfrowej: przy bezbłędnym rachowaniu wychodzi tylko jeden wynik. Błędem byłoby właśnie podważać jego wiarygodność. Mniejsza z tym; teraz znowu za bardzo jestem skołowany, żeby dawać przysłowiową głowę, że tu w czymś sprawy może nie pokpiłem. Pokpieniem jej bo chyba nie było jej opowiedzenie?

            Unifikowania kluczy do zamków w mieszkaniach prywatnych, haseł otwieralniczych w sejfach bankowych. Już opętany pomysłem rodem z baśni racjonalista nie wie, co mówi, wstępując po krętych schodach zamkowej wieży na górny jej podest. Już wie, że raczej z tego podestu wyleje na szturmujących warownię wrogów nie wrzątek z gara (zwany warem), tylko otumani ich po prostu narkotycznym wywarem ze swej makówki: wywołującą mdłości filozofią zaprzedańca wymęczonemu ideałowi. „Tak będzie dobrze!” – pulsuje mu w uszach silne przeświadczenie. „Wystawię na pośmiewisko siebie, świat i Boga, ale wygeneruję doznanie, żem czegoś mocnego dokonał. Lepiej być oszustem niż kimś, kto wobec problemów jest całkiem bezradny. Kogo mija z obojętnością każdy, wiedząc, że z tej strony byłoby najzwyklejszą niedorzecznością spodziewać się jakiejkolwiek niespodzianki”.

            Śladem, który pozostał w języku jako sugestia dla potomnych, że jedzenie zieleni przez ludzi stanowi praktykę godną tylko pogardy i grozi im dewolucyjną „przesiadką” do niższego stanu, a to stanu zwierząt, jest słowo ‘jeleń’. Co je leń? Leń je oczywiście zieleń. I na skutek tego, że, jedząc tę trawę (powstałą z dalszego karłowacenia skarłowaciałych drzewek), wyłącza ważne dla zachowania standardów ludzkich obszary mózgu, które dawały mu dotąd ducha i przemyślność do walki z równymi – stacza się do roli wiecznego skubacza zielonych ździebełek, zdolnych do obrony przed nim jedynie ewentualną mocą spowodowania, że może ich nie strawić. Jeleń – zieleń. Jak pięknie to się rymuje.

            Widziałem niegdyś w telewizji przyrodniczy film o dziwnych morskich stworach, które tym były dziwne, że uderzająco z kształtów i rozmiarów podobne do ludzi. Nie zapamiętałem nazwy, jaką tym „morskim ssakom” prawem odkrywcy nadał ktoś, kto jako pierwszy przyrodnik, a więc osoba, której zdania się nie lekceważy, miał szczęście natknąć się na ten niezwykły dowód słuszności mojej teorii dewolucji. Ssaki te od nas są oczywiście prymitywniejsze; gdyby miały być ludziom równe, pozostały by wszak ludźmi. Jednak prócz zewnętrznego podobieństwa zachowały z czasów, gdy jak my stąpały twardo po ziemi, czysto chyba ludzki zwyczaj rywalizacji o partnerkę do godów. W stosowną na to porę odbywają bowiem na oczach zainteresowanych samic podwodny balet. Improwizują figury taneczne – różnorodne, płynnie przechodząc od jednej do drugiej, tworząc z nich – jak zawodnicy gimnastyki artystycznej – przemyślaną kompozycję o pewnej dramaturgii. Filmujący wodoszczelnymi kamerami rzecz płetwonurkowie, chcąc nie chcąc, musieli jakoś przy tym się poruszać. Widzące to samice dziwnych tańczących ssaków uznały ich za dodatkowych zalotników i w końcu podpływały do nich, dając tym najwyraźniej do zrozumienia, że uważają ich za zwycięzców. Powie ktoś, że to żaden dowód na poparcie mojej teoryjki.           „Podobieństwo wszelkich form życia jest wzajemne niekoniecznie dlatego, że tylko do pewnego stopnia psuł się znaczny odłam tych form, które jakby z początku stanowiły jeden doskonały model – z tego powodu w ogromnej mnogości egzemplarzy, żeby egzemplarze stanowiące o sile owego modelu miały kogo jeść, póki odłam form zepsiałych (zepsutych) – w naszych oczach nie przestał odznaczać się człowieczeństwem, (bo odtąd mogliśmy już jeść „zwierzęta”). Wzajemne podobieństwo gatunków przemawia oczywiście za ich pokrewieństwem, ale nie za ich wyjściem od złożoności ku uproszczeniu. Za czymś odwrotnym przemawia bowiem już chociażby postęp jakościowy oraz ilościowy produktów cywilizacji człowieka, z których ten ostatni korzysta powszechnie”.

            Cóż. O tym, że prawzorem wszechrzeczy było myślące Nic, które odwzorowało się w człowieku jako w jedynym biobycie zdolnym do wynalazczości, a więc nie tylko do jedzenia, płodzenia i zabijania, przemawia z kolei to, że jesteśmy jak nikt inny, przynajmniej w naszych najznakomitszych przedstawicielach, niepogodzeni z, przyrodzoną niby wszelkim bytom ożywionym, śmiertelnością, choćby to miało oznaczać tylko nasz powrót do nieśmiertelnego, ale już nie tak cudownie dziejącego się jak historyczny wszechświat, absolutu.

            Prania mózgów w pralniach chemicznych, baliach klasycznych, pralkach automatycznych. Gnomiejący w toku swych prac mądrościowych półstarzec pozycję przodownika w pochodzie całej ludzkości ku niejasno przez nią dotąd formułowanemu celowi próbuje przejąć dla tej racji, że brak wśród ludzi jednostki równie mocno jak on utożsamiającej się z Tym, który w sensowność imprezy istnienia widocznie uwierzył, skoro nadał jej tok. Wszelkim poważnym krytykom i żartobliwym satyrykom nadstawi drugi policzek, by go chłostali, ale dopiero po przeczytaniu tej księgi. Kiedy poczują się zmuszeni do zmiany optyki swych powątpiewań, odżyje przynajmniej sama satyra i krytykologia.

            Jeszcze tylko do owych „żyjących w morzu ludzi” dołożę przykład korzenia rośliny, którego to korzenia kształt, po wykopaniu go z gruntu, łudząco przypomina sylwetkę ludzką, przy czym ten przykład na światopoglądowym rynku jest o wiele lepiej znany i słowo ‘mandragora’ prawidłowo kojarzy, jak szacuję, dobre 20% ludności Ziemi, czyli około miliarda osób, co zapewne świadczy też o tym, że lud pozostaje łasy na ciekawostki, które budzą metafizyczny dreszcz, ale przede wszystkim o tym, iż to właśnie metafizyka jest istotną tęsknotą mas do całościowej   w i e d z y   o sprawach świata, z której nadający światowej  nauce ton scjentyści nader niesłusznie wycinają rzekomy wrzód tak zwanego zabobonu. Co by nie mówić, stan ten dobrze rokuje ruchom demokratycznym. I mi – jako temu, który raczej niczego usiłuje nie zaniedbywać. Człowiek jako pierwotny moduł historycznego (a więc rozciągniętego w czasie i przestrzeni) istnienia! – tym to mającym swoje pokrycie w faktach (a odtąd i w słowach) hasłem nawołuję moich braci i siostry do wyzwolenia skumulowanej w nas, i na skutek nieznajomości tej prawdy, rozsadzającej nas od wewnątrz energii! Pytanie, na co ją obrócić, zostawmy na zakończenie; teraz rozłóżmy na czynniki pierwsze, a więc zanalizujmy – tajemnicze słowo przypisane tej zagadkowej roślinie jako jej nazwa. Mandragora, łatwo tutaj zmyjemy zmyłkowy kamuflaż. Mandragora to w istocie ‘mandra gora’, czyli ‘mądra góra’, a w ostateczności ‘mądrzy ci, co w górze’. Kiedy taką sentencją przemawia do nas (powiedziałbym: „do mnie”, ale przecież i was, drodzy czytelnicy, wciągnąłem już – czy mi się tylko tak zdaje? – do naszej zabawy) korzeń (to korzeń bowiem jest w tym przypadku reprezentatywny dla całej mandragory), będący oczywiście ‘w dole’, to mamy już wskazówkę od nazewnika tej zagadkowej rzeczy, że jeśli chcemy być mądrzy, to musimy górować, panować, dążyć ku szczytom, a więc ku temu, co wysokie i ryzykowne. Ale też, że jeśli chcemy górować, to musimy być mądrzy. A mądrość to nie jest pełna wiedza o dobru i złu, tylko wybór dobra – z pełną wiedzą o dobru i jego przeciwstawności albo nawet bez żadnej wiedzy o nich. Rozważając te kwestie, stąpamy po niepewnym podłożu, usuwającym się spod nóg gruncie. Ale i tak, żyjąc i umierając na tym pełnym zasadzek globie jako ludzie, uczestniczymy w czymś nieporównanie mniej absurdalnym niż to, co odbywa się wokół. „To nie bezmyślne gwiazdy / szepcą wymownie ‘źle mi!’.  /  Właściwy dramat dziejów /  rozgrywa się na Ziemi”.  Czyżbym usiłował tutaj promować malkontenctwo, które – było nie było – jest wyrazem  krytycyzmu, ale takiego, który nie przekonywa? Przykro słuchać, jak ktoś gdera. Jednak nie ma rzeczy niepotrzebnych. Historia musi być czymś wypełniana – dla dochowania swojej ciągłości. I przybór geniuszu trzeba zawsze czymś okupić – jak nie przymusową katorgą wysłuchiwania lub prawienia gderliwych przymówek, to bodaj czymś jeszcze gorszym: skazaniem na urągliwy rechot ciszy. Ale żebyśmy nie przegięli przysłowiowej pały. Po przedłużającej się prezentacji alternatywnego światopoglądu, pora na kino akcji!

            Korek nadpaliłem już ze wszystkich stron, co spowodowało, że trochę umazałem sobie niechcący palce dłoni, bo jakoś ten korek musiałem przecież trzymać. Oczywiście to drobiazg, kłopot mało istotny; nawet sam się dziwię, że o tym napomykam. Umywalnie są zaraz za palarnią, jasne. Niezniechęcony, wsuwam czarny obecnie przedmiocik do kieszeni pidżamowej bluzy, przechodzę te dwa kroki do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie nad jedną z umywalek zmyję z palców – wiadomego pochodzenia czerń. Jej obecność na mych palcach mogłaby wzbudzić albowiem niepożądane (z mojego punktu widzenia) podejrzenia. Na oddziale wszyscy śpią, nie wyłączając pielęgniarek, choć może błędnie użyłem tu liczby mnogiej, bo dyżur nocny pełni dziś prawdopodobnie jedna. Bez żadnych przeszkód robię to, co postanowiłem. Myję dłonie, odsiusiwuję się, jeszcze raz myję dłonie. W korytarzu mam mijankę z Dużym, co dla osobnika mojej postury chyba zawsze stanowi próbę odwagi. Wiem, pewnie! Bywają ludzie drobnej budowy ciała, ale o kościach twardych a mięśniach prężnych. Przepojeni bojowym duchem, przesuną jakoś i taką szafę jak ten ogromny Murzyn. Ja sam, jak byłem w uderzeniu, startowałem do wielkoludów. Ale teraz nie jestem w uderzeniu. Duży idzie wzdłużną osią korytarza; jakby wyciągnął dobrze swe potężne łapska, to mógłby jednocześnie koniuszkami palców dotknąć obu jego ścian, a to spora odległość. Właściwie to nie jestem z zasady przeciwko ludziom o skrajnych gabarytach; tacy wśród zalewu krzykliwego przeciętniactwa, zdawania się na pustą kontemplację „twardych faktów” z zakresu „wiedzy sportowej”, stanowią jakąś odmianę, jakieś urozmaicenie. Unaoczniają taksującemu ze smutkiem niewesołą regułę dzisiejszej rzeczywistości obserwatorowi – możność zaistnienia wytęsknionego fenomenu. Wiem, co mówię. Chociaż wiem także i to, że może wystarczyć jedno odkrycie z pogranicza biologii, fizyki i ontologii, a będę musiał dla zachowania twarzy wśród ludzi ceniących uczciwość intelektualną – wyznać z miną skwaszoną i skruszoną: „cofam wszystko, co powiedziałem”. Ale nie tak szybko, mili ewentualni degustatorzy spektakularnych porażek zarozumialców! Co było najważniejszą ontologicznie sentencją marksizmu? Czyż nie owo krótkie zdanko, że „byt kształtuje świadomość”? A jako, że – wskutek, nieuznawanego jedynie przez wyjątkowych obskurantów, prawa przestawności szyku w języku polskim – możnaby rozumieć to dwojako, sprecyzuję. „Świadomość jest kształtowana przez byt”- tak to powinno brzmieć, skoro chcemy jednoznaczności. A jeśli nie jest? – w tym miejscu złośliwie zachichotałem. Jeśli to „byt jest kształtowany przez świadomość”? W idącym tu tekście sugerowałem to już nie raz, tyle że innymi słowami. Zresztą takie też stawianie sprawy przebija z myślowej postawy każdego filozofa-idealisty, by ledwie tylko napomknąć o teologach. Ale takie stawianie sprawy co też załatwia? Jakie ma znaczenie praktyczne? I czy w ogóle ma takie? Otóż ma! Co zostanie przeforsowane przez postępowania wyobraźniowe (zaraz, zaraz: wolnej od bytu? Owszem, wolnej w tym sensie, że nie liczącej się z jego dotychczasowymi wymogami!) świadomości, to też będzie obowiązywało jako prawo bytu!!! A więc nie będę musiał niczego cofać! To nie świadomość – do bytu! To byt będzie musiał do wolnej dostosować się świadomości! Wystarczy tu to tylko bowiem, że niewzruszenie w swoje intelektualne „bagno” będę brnął dalej – poprzez swe wyobraźniowe postępowania (które są nie niczym innym jak jedynie funkcją [a przy okazji pokarmem czy materiałem do przerobu dla niej] świadomości), stożsamione tutaj z myślą kosmiczną – ku mającemu nie mieć kresu bytowi, wspartemu na fundamencie praw moich!!! A w moich prawach prawomocne będzie każde moje postąpienie, także to, które w świetle dzisiaj obowiązujących praw (najogólniej chodzi tu o prawa losu) rzucają nawet i wyraźny cień błędu. Przy okazji powiem, co myślę o genezie słowa ‘los’. Otóż ‘los’ to tyle, co ‘las’ – w niektórych polskich ludowych dialektach. O  to chodzi, że dawno temu pójść do lasu oznaczało zdać się na los, ponieważ było równie prawdopodobne, zważywszy obecność w tym dzikim miejscu drapieżników takich chociażby jak niedźwiedź czy wilk, że się zeń „do dom” wróci, lub nie wróci. Tak więc Duży idzie środkiem, ja przemykam tuż przy ścianie. Nie jest to miłe – tak nieprzerwanie się płaszczyć. Tym niemniej przy moim cherlactwie postawić się komukolwiek z tutejszych pensjonariuszy równałoby się samobójstwu. A ja żyć chcę; zbolały, tym silniej czuję, że istnieję. Od bytu nie ma ucieczki, ale wiem, jak straszliwie może on być znieprawiony. Jak ogołocony być on może z  treści czucia, gdy z ciała wyparuje kamforyczny duch, dziś jeszcze jako tako nadający temu ciału władność, dzięki której jestem jakimś autorem, nie zaś jedynie bezwolnym świadkiem – mających swą określoność wydarzeń. Trudno wprawdzie uznać, że wydarzeniem jest przemykanie pod ścianami. Wszelako opowieść i o porażkach może być zwycięstwem! Uzyskaniem władztwa nad pokutującymi niedolę bezwiedności duszami wielu, które, wprowadzone wreszcie w krąg prawidłowo odczytanych znaczeń, odpowiednio też zmodyfikują działania swoich ciał! Przewiduję, że kiedy dopiszę do końca tę quasi-powieść i udostępnię ją niezaniedbywalnej statystycznie liczbie chętnych poznawać prawdę czytelników, dojdzie do mocnej przemiany świata. Tak mocnej, iż wielu (oficjalnie lub w skrytości ducha) uzna, że został on po prostu zbawiony. Wiary w czarodziejską moc słowa prawie nie mam dzisiaj z kim dzielić. Chociaż były bokser Jerzy Kulej (w swoim czasie 2 razy wywalczył mistrzostwo olimpijskie w kategorii bodaj półśredniej), komentując walki dla telewizji, też próbował sterować ich przebiegiem przy pomocy słów. Wyprzedzał decyzje bokserów co do zadania określonego typu ciosu lub zrobienia uniku – słowami kreatywnego komentarza, niejako myśląc za tych ambitnych chłopców, którym pewnie ani się śniło, że teraz oto wiedzie ich ku zwycięstwu sprawcza pomoc czyjejś wyobraźni. I naprawdę często było tak, że pięściarz wspomagany w ten sposób przez Kuleja wygrywał. Inny przypadek kreowania wypadków przez myśl ujętą w słowa wiązał się w mych doświadczeniach z próbą nadania tym słowom formy i tonu pańskości, też mającej przesądzać o zwycięstwie w grze sportowej. Graliśmy w psychiatrionie w pewien rodzaj bilardu, gdzie, manipulując we dwóch swoimi dźwigniami, tak trącało się będącą jądrem gry piłeczkę, by wbić ją do bramki dwójki przeciwników i nie dać jej ugrzęznąć w siatce naszej bramki po ich uderzeniach. Był to więc futbol stołowy, krócej powiedziawszy. Ja i pielęgniarz stanowiliśmy jedną, jacyś nieznajomi drugą stronę. Grając, komentowaliśmy mecz na gorąco. I też, kiedy padała bramka, to na rzecz tej strony, która przed momentem użyła wobec przeciwnika słów bardziej aroganckich. Nie było to zwykłe deprymowanie, niszczenie w rywalach morale czyli ducha walki; to myśl, tyle że w przyodziewku słów, myśl pańska, że to my jako podmioty zmagamy się z opornością, zdolnego nas zwyciężyć jedynie na skutek naszej nieudolności  posłużenia się rekwizytem, przedmiotu – kreowała przebieg wypadków! Myśl musi bowiem zwyciężyć materię, musi nad nią panować. Dlaczego więc ja tutaj płaszczę się przed wielkim tylko materialnie Murzynem, skoro mam się, przecież nie dla kabotyńskiego jedynie wygłupu, za myśl żywą a wcieloną? „Intelekt po to zachodzi w głowę, / aby kierować tym, co zmysłowe”. Tak, tak! To wręcz oczywiste! Myśl nie jest dla siebie samej, ma kształtować byt, samej będąc zrazu tylko nie mającym bytu przeczuciem; to dopiero daje jej spełnienie, na gruncie którego może dalej składać swoje klocki, funkcjonować! Moje rozdwojenie (na bimbanie sobie z wymogów realnego życia i powagę formułowania tychże wymogów) jest czymś, co, jeśli nie dla bytu, to dla możności dalszego snucia przeczuć, powinienem najrychlej zabliźnić.