marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Październik 8th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 58

            Tak więc: ewolucja. Są tacy, którzy nie widzą dla niej alternatywy. A przecież łatwo pomyśleć, że i tu, jak wszędzie, może być dokładnie odwrotnie. W mojej oryginalnej koncepcji  d e w o l u c j i  (lub deewolucji) – ziemskiego bytowania człowieka nie wywodzę  z form biologicznie niższych. To stworzony przez Boga z Jego własnego wzoru człowiek był wyjściową formą wszelkich rozmaitych postaci życia, jakie kiedykolwiek zdołały zaistnieć. Było to zresztą najprostsze, co Jedyny mógł zrobić wobec nieistnienia wzorów jakichkolwiek innych: skopiować Siebie. Lub raczej dać cielesny wyraz Swojej duchowej konstrukcji. Mówiłem wcześniej o ponadistnieniu – z jego prawzorami wielu wszelkich rzeczy. Otóż te wszelkie prawzory rzeczy Bóg pochwycił w Siebie, nadając im status Jedynej Wszechrzeczy, Wielorzeczy Zjednoczonej. Czym jednak stwórstwo świata historycznego, a więc takiego, gdzie rzecz nie po prostu, jak Absolut,  j e s t , ale, według arytmetycznego porządku, nieodwracalnie  s i ę   o d b y w a , ten Pierwszorzędny Czynnik okupił? Otóż wiedzieć wszystko może każdy spośród aniołów, ale zechcieć poważyć się, przy pełnej wiedzy o tego błogosławieństwach ale też okropieństwach, na ryzyko stania się historycznym światem mógł jedynie anioł lubiący to, co powszechnie jest znienawidzone. „Kto chce tego, czego chcieć niepodobna?” – powstało pytanie. „Ja chcę!” – zadeklarował wtedy On. Pozostałość brzmienia tej deklaracji zachowała się w judaistycznym imieniu Boga: ‘Jahwe’. Sen, w którym autystycznie trwał Absolut, został rozbudzony, ujawiony, stał się jawą. Stąd też imię starorzymskiego boga nad bogami: ‘Jowisz”. ‘Jowisz’, czyli ‘jawisz’, ‘objawiasz’,  realizujesz. Starogrecki Dzeus podobnie: dotąd wszystkim, co jakkolwiek było, pozostawała informacja o tym, co może zaistnieć; odtąd możliwość zaistnienia stała się faktem istnienia, co sprawił ten, który zdobył się na  d z i a ł a n i e , dzieło. Był Dziełusem. Wiara – wiarus, dzieło – dziełus. Działanie zaś wymaga decyzji. Nie potrzeba tu jakichś przysłowiowych tytanicznych wysiłków. Natura jest sprawiedliwa: gdy trochę się zmęczysz właściwą twej naturze pracą, uwolni się z twoich wewnętrznych gruczołów substancja regenerująca; kiedy będziesz unikał czynności powodujących takie lekkie zmęczenie, taka sytuacja, spotykana dziś często, jako nienaturalna – sprawi, że wszystko w tobie będzie się psuło, a więc też odczujesz to negatywnie, i ratunkiem wtedy okaże się dla ciebie zapewne wywołanie zmęczenia na sposób sztuczny, poprzez przyjęcie używki. Wypalenie paczki papierosów w ciągu dnia jest dla organizmu równym z grubsza wysiłkiem jak ośmiogodzinne pedałowanie pod wiatr na bicyklu. Obojętnie więc, czy robisz coś, czy nie, będziesz czuł się w zasadzie jednakowo. Tyle że, zmarnotrawiwszy czas i szanse, popadniesz w zgorzknienie i rozgoryczenie, natomiast, dokonawszy czegoś, będziesz miał podstawy, ażeby być z siebie dumnym. „Wymaganie sobie postaw, / że rozpoczniesz żart od podstaw” – można by tu przytoczyć fraszkę. Ale to oczywiście nie jest żart. Czym okupił będący światem Bóg swoje samostworzenie? Otóż jeszcze nie okupił, o ile przyjąć, że spłynęła po nim jak woda po przysłowiowej gęsi krzyżowa męka Tego, z którym pewnie się utożsamia. Obawa, że twór Jego (czyli On sam) wyrodnieje, jeszcze nie przeszła w totalną pewność klęski. Za życie płacimy śmiercią. W Jego sytuacji, nawet wziąwszy pod uwagę wszechmoc, jaką Jemu przypisujemy, stworzenie Siebie (czyli wszechświata) wypada Mu okupić zniszczeniem Siebie (czyli unicestwieniem wszechświata). Dlatego robić to, co wypada, musi wzbudzać w Nim torsje, być Dlań błędem, grzechem, przeciwwskazaniem, którego nie wolno Mu się dopuścić. Dlaczego stworzył świat? Dlatego, by wykorzystać właśnie ową przypisywaną Mu Wszechmoc; żeby ona się nie zmarnowała. Trwać w żywej historii (a więc czy nie w takiej, gdzie nie jest przesądzone, że kropkę nad „i” musi postawić Stwórca? W końcu historia nie żywi się padliną śmierci starców, tylko śmierćmi młodych mężczyzn!) jest piękniej niż ciągle tkwić w kropce absolutu. Wykazanie zaś wyższości jednego nad drugim, drugie logicznie eliminuje. Stąd i te spory o, zdawałoby się, byle co, w które ustawicznie się wdajemy. Ale dalej. Dlaczego zrobił to (stworzył) nie kto inny, tylko On właśnie? Otóż dlatego, że wszystko inne zna tryliony wersyj, przypadków, okazów i rodzajów, a Nic, odnosząc się do wszystkiego w ogóle i każdej jego w dowolnie obrany sposób wyszczególnionej części jest jedno. ‘Żaden kartofel’ i ‘żaden człowiek’ (lub cokolwiek innego) jest to zawsze jedno i to samo nic, zero, brak. Nic, czyli operatywny nad wszelkie wyobrażenia Duch; Miejsce, przez które jak przez ucho igielne klepsydry realności historycznej przesypuje się z ponadistnienia w istnienie jedna idea za drugą;  Bóg czyli Ten, który jako jedyny jest w stanie zrealizować niemożliwe. Tu może powie ktoś, że czym innym jest dla samochodu brak benzyny (bez której ów, jak ja wolę powiedzieć, samojazd nie ruszy) niż dla przysłowiowego wytwornisia brak muszki przy kołnierzu na dobroczynnym raucie (bez której, mimo pewnych problemów ze sprzeciwami innych gości imprezy co do niedochowania tego w gruncie rzeczy drugorzędnego wymogu etykietalnego, raut wszak się odbędzie). Bo przecież są braki istotne, ale i nie grające roli. Poza tym, a raczej przede wszystkim, jak wiemy, że brakuje nam jednego, to ani napomkniemy o drugim. Jeśli wiemy, że brakuje nam chleba, to brak ten odznacza się swoistością i jest inny niż brak grzebienia, lornetki czy sensu w danym kontekście. A tak w ogóle to ‘nic’ nie istnieje i za jedyną rzecz, o której jedyności możemy mówić, musimy przyjąć całość, kompletność, wszystkość. Zrewiduję ten pogląd. Otóż wszystkość to nie zawsze musiało być dużo. Zanim albowiem doszło do pierwszych przejawów kreacji, wszystko równało się niczemu, było z nim jak gdyby jednym i tym samym. Świat, z którym mamy do czynienia na co dzień, powstał dzięki ewolucji niczego. I jeśli brakuje w nim dzisiaj czegokolwiek, to tylko pozornie. Jest niemożliwe, by człowiekowi (ograniczam się tu do człowieka, ponieważ on to jako ‘czoło wieczności’ stanowi o wszechbycie) brakowało czegokolwiek, co nie istnieje – gdzie indziej lub kiedy indziej. Nie istnieje – na „swoim” miejscu i w „swoim” czasie. W podstawówce zadałem koledze z klasy proste pytanie: co to jest brud. Odpowiedział bez wahania: jest to mieszanina kurzu, potu i jakiejś innej, równie konkretnej, substancji. No dobrze. A jeśli na koszulę wylejemy niechcący odrobinę keczupu, to czy nie ów keczup sprawi, że koszula będzie brudna? Że keczup będzie więc brudem? Keczup jest brudem? Kurz jest brudem? Coś tu chyba nie tak! Każda substancja zaburzająca nieskalaną formę innej, uznawanej przez nas za wartościowszą, rzeczy – będzie brudem dlatego, że znalazła się naraz na niewłaściwym sobie miejscu i, to też chyba trzeba dodać, o niewłaściwym czasie. Kropla keczupu na kanapce z szynką nie będzie brudem. Tak samo i kurz – w jakichś szczególnych warunkach bynajmniej za brud nie musi być wiarygodnie uznawany. Bo na przykład może być surowcem do produkcji jakiejś użytecznej a pięknej rzeczy, o ile na razie jeszcze to się nie stało. Podobnie jak z owym, ze swej istoty abstrakcyjnym, brudem musi być chyba i z ‘niczym’. ‘Nic’ jako jedyna wartość stojąca w opozycji do wszystkich innych wartości – nie będzie miało w naszych przysłowiowych oczach („przysłowiowych” dlatego, że wartościujemy raczej jednak intelektem) wydźwięku pejoratywnego, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że to, czego nam brakuje, zawsze gdzieś jest, będzie lub było. Że niekiedy nie znajdujemy go przy sobie, oznacza przecież, że znajduje się po prostu na miejscu „nieswoim”. Czasem niby wiemy, że brakuje nam czegoś, ale nie wiemy, czego konkretnie, i machinalnie sięgamy po swoje panaceum: papierosy, wódkę, posuwamy się do zboczeń seksualnych, w tym onanizmu. Stawiamy na konflikt, tę „sól” biologizmu, w jego postaci najskrajniejszej, i, z rozsądku lub z ochoty, mordujemy. Uprawiamy lekomanię lub pracoholizm. „Tęsknota za czymś nieokreślonym” – jest jednym z ważnych zadań specjalisty-metafizyka określenie tej rzeczy. Ale bywa i tak, że, myśląc o przysłowiowych niebieskich migdałach, zwyczajnie zapomnieliśmy o czymś, co od dawna jest znane i określone. Bywa jednak i tak, że tęsknimy o spełnieniu obietnic Jezusowych. Do potężnej tęsknoty za nieśmiertelnością przyznawał się wszak i, tak bardzo anty-Jezusowy, Fryderyk Nietzsche. Lecz czyżbym nieświadomie miał powyżej zaprzeczyć sobie samemu? To w końcu jak jest z owym ‘niczym’ w moim systemie? Jest ono wyspecjalizowane (pasujące do jednej tylko, „konkretnej” rzeczy), czy – uniwersalne (pasujące do każdej rzeczy z osobna)? Dobrze, że to mi się przypomniało, bobym na jednej z moich domen wyszedł jak przysłowiowy Zabłocki na mydle, gdy przemycał je rzeką w barce, a ono się wymydliło! Już wam wszystko mówię, tylko wprzód łyknę trochę kawy… W porządku. A więc tak.

            Grzebania w jednakowych grobach ofiar katastrof komunikacyjnych, stagnacyjnych, nadmiernie kombinacyjnych. Daltonistyczne obserwowania mórz czerwonych, czarnych, białych. Niezrównoważony pasjonat głoszenia sensowności świata w samym gnieździe absurdu – redakcji satyrycznego tygodnika „Kwadratura obłędu” – na wyrzut redaktora, iż długo mu kazał czekać na zamówiony materiał, odpowiada prędko, potoczyście i płynnie, że źle byłoby zrobione to, co na chybcika byłoby robione. Głupota uzdrawia. Jakże zdrowo się przecież śmiejemy, gdy młody milioner zakochuje się w starej wiedźmie, mając do wyboru tyle urodziwych Kopciuszków.

            Wyjdźmy od logicznej definicji bytu. Powiada się wśród filozofów: „byt jest to wszystko, co istnieje”. Marksista doda: „materialnie”. Czy jednak to, co istnieje chwilowo, zasługuje na tak szumne miano? Czy byt chwilowy, przemijający – nie jest zaledwie… zjawiskiem?! Gdy temu zjawisku będzie brakowało choć jednej nanosekundy do przeskoczenia na kępkę kolejnej chwili, ażeby wśród tych bagien dalej trwać w uporczywym dążeniu do, mającej – widać – jakąś przemożną atrakcyjność, nieskończoności, przynajmniej ja, jak ten kciuk, przeciwstawny czterem pozostałym palcom dłoni, postawię się i powiem: nie! Byt jest to tylko i wyłącznie to, co istnieje wieczyście! Odmawiam więc bytu tym, którzy istnieją, zresztą, czego też nie wolno pominąć, w ciągłej transformacji – skończoną ilość roków? Ba! Przy ciągłych postępach, żerującej na ludzkim hedonizmie, antykoncepcjonistyki, niekiedy – trzeba powiedzieć to jasno i dobitnie – odcinek czasu ledwie przyzerowy lub nawet tylko punktualny? Ten sam wyraz twarzy, minę – widziałem u różnych ludzi, w różnych dziejowych chwilach. Czyż więc niezniszczalne są tylko formy? A jeśli zakrzywi się przestrzeń, czy to będzie tylko sprawa optyki, że zmieni się forma danej idei? A jeśli nie będzie czasu, nie będzie przestrzeni, nie będzie materii? Jeżeli energia, będąca rozbudzeniem ruchu z uśpienia w introwertycznej potencjalności, popadnie w sen już nieprzebudzony? Cóż, wtedy wrócimy do absolutu, który na nowo rozpocznie organizować się w byt historyczny. Tym niemniej deklaruję jednoznacznie, że co do tego, iż Nic jest jedno i zawiera wszystko, nie ustąpię. Jest jedno – tak, jak jeden jest oryginał wszechrzeczy, który wiele – może mieć tylko kopij. Kopij, a nie kopii, ponieważ idzie mi tu o takich mnogość. Zwyczaj, by tak formułować fleksje, nie jest zresztą moim wynalazkiem. Przejąłem go od Władysława Tatarkiewicza, z jego trzytomowej „Historii filozofii”, dzieła kupionego przeze mnie za część mego pierwszego w życiu honorarium. W socjalizmie dobrze opłacano poetów, a książki były tanie. Za druk trzech wierszy w miesięczniku „Poezja” dostałem 500 złotych, a 3 tomy podstawowej w owych czasach pozycji o podstawach ludzkiego rozeznania w sprawach najogólniejszych kosztowały mnie złotych 120. Nie będę tu rozwijał tego tematu, bo toby było za dużo grzybów w barszcz. Mam nadzieję doń jednak wrócić – po ukończeniu tej fazy mego fabularyzowanego wykładu. Oczywiście nic w życiu nie jest pewne, po śmierci wszelako z tą pewnością, o ile już mam umrzeć, też będzie nietęgo. Zobaczymy.

            Tak, a w mojej, do pewnego stopnia oryginalnej, teorii dewolucji chodzi o co? O to, że pierwszym biobytem na Ziemi był od razu „strzał w dziesiątkę”, czyli człowiek, i że powstał on nie na drodze postępowania jakichś „naturalnych” procesów, gdzie „samoistnie a przypadkowo” komplikujące się zespoły różnych chemicznych pierwiastków osiągnęły wreszcie „decydującą o biologizmie” zdolność do reprodukcji uzyskanego stanu złożoności, co wiązało się z cyklicznym dojrzewaniem tego stanu do uzyskania przez taki biobyt, po fazie czerpania z tego, co dał rodzic, nawyku samodzielnego zdobywania pokarmu i, co za tym idzie, powiększania własnej masy;  następnie – nawyku rywalizacji o partnerkę; później – nawyku odbywania godów; z kolei – nawyku wpajania potomstwu gatunkowej tradycji; a w końcu, po wypełnieniu już wszystkiego, co taki osobnik „mógł zrobić”, – nawyku stawiania „dla zasady”, bezskutecznego ostatecznie, oporu przed zjedzeniem go przez inny biobyt, w wyniku czego zwycięzca poznawał najbardziej drastyczne techniki obrony. Życie per saldo byłoby więc wedle nauki ewolucjonistycznej przysłowiowym dojrzewaniem do śmierci, gdyby nie jedno: tradycję swego gatunku poniektóre okazy z poniektórych pokoleń wzbogacają, tworząc nowe gatunki. W mojej teorii dewolucji powiadam to samo, tyle że na odwrót: najwięcej, co możemy mieć, to jest to, co już mamy i co w wyniku ewentualnego trwania przy tradycji (głównie mam tu na myśli wybitnie ludzką skłonność do uporczywego wybiegania poza to, co wydaje się konieczne; ów „brak realizmu”; „porywanie się na niemożliwe”; tęsknotę za „czymś nieokreślonym”- jednym słowem: kreatywność) możemy zachować. Człowiek został stworzony i od tej pory może tylko – albo pozostać sobą, albo dewoluować, czyli przeistaczać się w biobyty niższe. Takie jak zwierzęta, rośliny, grzyby i co tam jeszcze pozostaje, o ile pozostaje, w omawianym zakresie. „Dobrze – powie ktoś. – A co ten pierwszy człowiek jadł?”. Dobre pytanie, dzięki za jego postawienie, bo, zaiste, sam bym na nie nie wpadł. Otóż człowiek nie wywodzi się od jednego Adama i jednej Ewy, choć wywodzi się od Jedynego Boga (kwestię Jedynej Bogini na razie jedynie tu zasygnalizujemy). Wywodzi się z mnogości przysłowiowych Adamów i Ew, która to mnogość została stworzona w jednej chwili i to od razu jako ludzie dorośli! Coś niesłychanego, prawda? Może w tym miejscu (jak pewnie i w wielu innych) wywołam w czytelniku zarzut, że gonię za efektem, usiłuję się popisać projekcjami „nie do pomyślenia”. Co to za zarzut. Każdy filozof, twórca, ba!, każdy człowiek dąży do tego, żeby swą produkcją konkurentów zapędzić w przysłowiowy kozi róg, a pasywnych świadków swej sztuki olśnić, zaszokować, wprawić w osłupienie. I jego wszak tęsknotą, głodem i zemstą musi być satysfakcja jak najokazalsza, najefektowniejsza! Ustanawianie rekordów nie jest wynalazkiem przysłowiowego Guinessa, który swą stale aktualizowaną księgę rekordów drukuje bodaj od minionego tylko sturocza. Każdy chce być największy, najpiękniejszy, najmądrzejszy, najwaleczniejszy, najbogatszy czy najbardziej nieskazitelny – odkąd istnieje rodzaj ludzki. I taką dążność trudno dezawuować. Dzięki jej występowaniu na naszej drodze istnienia mamy choć jeden pewny wyznacznik, którym możemy się kierować, dokonując – dla ludzi niespsiałych lub podniesionych ze spsienia  koniecznych – wyborów. Kogo nie stać, jak w średniowieczu było stać króla Polski, Zygmunta, na odlanie ze spiżu największego w świecie dzwonu, próbuje przodować wśród rekordzistów dziedzin pozaludwisarskich. Rekordzista  rządzi. A czym jest władza dla siebie samej? Ano tym, że sprawujący ją odznacza się władnością, jest władny, silny, wolny, a tym samym po prostu  ż y w y .  Skrajny stan bezwładu za to to początek rozkładu; człowieka bezwładnego zowiemy trupem. Czy to więc dziwne, że każdy z nas, tak gwałtownie i bezwzględnie, w każdej sytuacji, wobec której pozostaje choć odrobinę niebezradny, usiłuje postawić na przysłowiowym swoim? Czy to nie dyskredytuje nas jako ludzi myślących, iż dziwimy się, że starzejący się politycy, zamiast od władzy odejść i wieść wreszcie spokojne życie spełnionych emerytów, kurczliwie i uporczywie jej się trzymają? Kto  sprawuje władzę, wiedzie dzieje, nadaje im ton. Skupia na sobie uwagę, ciekawość i oczekiwania swoich podkomendnych, żyjących nadzieją, że to może ten właśnie człowiek okaże się mężem opatrznościowym i odmieni, tak niewesoły dziś, tok ich nocy i dni. Teraz w Polsce te nadzieje wiąże się właściwie jedynie z politykami nominalnymi. Ale nie tak dawno bywało tutaj, że zbawienia spodziewano się najbardziej ze strony mocno debiutujących poetów lub prozaików… Mniejsza z tym. W tym rozdaniu ja jeszcze nie spasowałem.

            Co zaś do mojej teorii dewolucji: po jednoczesnym i trwającym bezgłośną chwilę stworzeniu ludzkiego rodzaju na Ziemi było okropnie tłoczno. Całego Swego ducha Bóg tchnął albowiem w ludzkość, i  ten duch w małym plemieniu by się nie pomieścił. Bezludnym pozostało tylko morze, jak sama nazwa wskazuje, przynoszące mór. (Co robi mór? Morzy, uśmierca, usypia. Na pytanie: „Co robisz, morze?” ono odpowie: „Morzę”.  Tak więc pochodzenie jeszcze jednego terminu tu nam się wyjaśniło. Mogę chyba z pełną odpowiedzialnością obiecać, że w dalszych partiach tekstu i tego typu wtrętów będzie więcej). A na jedynym, ale równym powierzchniowo dzisiejszym wszystkim, stałym lądzie, który dopiero później się rozczłonkował, tłoczyli się dorośli młodzi ludzie w liczbie, jak szacuję, biliona osobników. 500 miliardów kobiet i tyleż samo mężczyzn. Byli początkowo nadzy, minimalnie tylko – pomijając różnicę płci – zróżnicowani pod względem wyglądu, sprawności czy osobowości. I piękni jak przysłowiowe młode bogi. Przeniesieni wprost od Wzoru bożego, dysponowali wszechwiedzą. Tym niemniej, każdy z tych biologicznych okazów, z uwagi na odmienne usytuowanie miejsca, w którym zaistniał, podlegał innemu nieco (lub bardzo)  oddziaływaniu grawitacyjnemu układu, wcześniej historycznie istniejących, nierównomiernie na niebie rozmieszczonych i różniących się między sobą, gwiazd. By powiedzieć prościej: każdy urodził się (a raczej został stworzony) pod inną gwiazdą. Stąd też, niekiedy spore, różnice mentalnościowe już ówczesnych poszczególnych jednostek. I jeszcze jedno. Suchy ląd, gdzieśmy powstali w jednej chwili, był obszarowo większy niż współczesna Azja, obejmująca wiele stref czasowych. Jednych z nas pierwszym ujrzanym widokiem musiał więc być ciemny granat nocnego nieba, a drugich – tegoż nieba błękit, rozświetlany mocno lśniącą gwiazdą dnia. To, że jednym, zaistniałym w ciepłej strefie klimatycznej, musiało być cieplej niż drugim, zaistniałym w chłodzie, spowodowało kolejną odmienność: różnice temperamentów pomiędzy ludźmi. Nie było tedy kwestią przypadku, że ludzie, z początku nieomal identyczni, obierali sobie różne sposoby wchodzenia w swój historyczny czas. Natomiast było to zdeterminowane cechami miejsca, w którym zaistnieli. Powie ktoś, że w takim razie przypadek był w tym, jakie miejsce zaistnienia komu przypadło. Nie jest to,  wbrew pozorom, pytanie błahe. Pytając o to, w konsekwencji bowiem pytamy o ewentualną celowość lub przypadkowość ludzkiego bytu. Kiedy przyjmujemy, za mający nas obowiązywać, pogląd, że światem rządzi celowość, skazujemy się uznanie, że, skoro każda rzecz służy innej rzeczy, ta zaś inna rzecz – jeszcze innej i tak dalej, to dojdziemy w tym łańcuchu zależności wreszcie do tej Super-rzeczy, która wobec nikogo powinności nie ma żadnej i którą powoduje wyłącznie własny kaprys, rzecz więc nieobliczalna jak przypadek. Gdzie indziej mówiłem wprawdzie, że „owa Super-rzecz jest obciążona, a to obowiązkiem decydowania o sensie całego układu”, ale ten sens wyznacza przecież jej wolność. Tak czy inaczej, to właśnie ta (znamienna mentalnie także dla – czyż bez powodu? – ogółu Polaków i  nacyj w polskość jakkolwiek wmieszanych) lekkomyślność, gdzie obok uprawiania dla kaprysu ciężkiej mordęgi jest miejsce i na marnowanie bez żalu tej mordęgi cennych  wytworów, stanowi o charakterze Super-rzeczy, który pozwala Jej trwać w najmniej zdatnych do przewidzenia porywach – po najbardziej trudnym do pojęcia cichym znoszeniu długotrwałych zadołowań. Celowe jest więc to, co podporządkowane. Przypadkowi.

            W każdym razie, stworzeni od pierwszej chwili – mając wiedzę, że to samo im grozi, czy będą cokolwiek robić, czy powstrzymają się od działania, lecz że tylko działając, zachowują szansę na zwycięstwo – wybrali rozsądnie działanie. Bo, wbrew pozorom, powstrzymać się od działania mogli, a to – stając się gapiami. Lub zasłuchanymi w czarowne dźwięki fletu ukochanego pastuszka baranami. Walka i miłość. Kogo na nie nie stać, niech pracuje. Tak, tak! Kanibalizm to pierwszy sposób odżywiania się ludzi!

            Upadania na duchu z powodu uświadamiań sobie raz po raz prawdy o przerażających koniecznościach. Odbywający przejażdżkę dorożką poeta rymuje zawzięcie. Jak pragnący zestawić kilka prostych klocków w jedną „niepowtarzalną” budowlę kretyn, wierzy, że, naśladując Stwórcę, wynajdzie rym przez Najwyższego nieobjęty przewidywaniami.

            Być może to, że wcześniej perorowałem na ten temat inaczej, ale teraz widzę, że jednak musiało być tak, jak wyłuszczę dopiero w poniższej perorze. Otóż od pierwszej chwili ludzie mieli wszechwiedzę, z której korzystali, przywołując jej odpowiednie dla rozwijającej się sytuacji akapity w słowach lub myślach wziętych z języka stworzenia: boskiego czyli polskiego. Wszyscy byli tacy sami, ale każdy, za sprawą odmiennych warunków miejsca, gdzie tę chwilę przebywał, stawał się inny, i inną obierał taktykę obrony skarbu, który mu powierzono, a to skarbu samego siebie. Przezorni wpierw zapładniali swe samice, popędliwi natychmiast ruszali w bój. Ci, którzy dłużej pomyśleli zanim wykonali pierwszy ruch, nawoływali swoich sąsiadów do utworzenia siły zbiorowej i wspólnego uderzenia na jednostki dalej pobywające, zamiast prowadzić wyniszczającą wojnę „każdy z każdym”. I gdy stało się tak, jak to sobie obmyślili, widzący pogrom pozostających dotąd bez wspólnego przywództwa krajan inni – też stawali się wodzami, tworzyli swoje kilkuosobowe armie. Rozkazywali gestem i słowem; słowem, które doskonale rozumiane było i przez wroga. Ażeby zmylić go, umawiali się ze swoimi, że niektórym słowom mają odtąd przypisywać znaczenia już nie pierwotne. Albo też – dla tego samego celu – mocno zniekształcali tylko brzmienia poszczególnych  słów. Było to genezą zaistnienia wielojęzyczności ludów. Moja wersja biblijnego Raju i Wieży Babel nie nastraja pewnie baśniowym sentymentalizmem. Tym niemniej, powołaniem moim jest nie prawienie morałów, jakie można wysnuć dopiero po szkodzie, tylko – rozbudzanie morale, a więc ducha walki, zanim doszło do czegokolwiek. Próbując rozstrzygnąć kwestię konieczności lub zbyteczności wojen na gruncie ontologii,  nawet nie próbuję opierać się wrażeniu, że, póki sprawą życia i śmierci nie stanie się pokój brany na sposób twórczy, póty jedynym mobilizotorem do trudu istnienia wojny pozostaną. Jedynym? A miłość? I miłość nie obywa się bez wojny, sieci intryg, wyzwań. „Tylko częściej wielb błąd; będzie z ciebie wielbłąd!” – ostrzegam sam siebie przed niebezpieczeństwem popadnięcia w nawyk odrzucania wszystkiego tego, co nie idzie w smak strachliwemu sześćdziesięcioletniemu chłoptasiowi a co przecież stanowi dlań jedyną realną szansę pozostania człowiekiem. Nie mam jednak przekonania do tak zwanych „prawd odwiecznych”. Póki korytami zmarszczek na mej mózgowej korze będą płynąć rzeki elektronów, póty będę stawał przysłowiowym okoniem wobec – racjonalnych, ale tylko w zakresie dodawania 2 + 2 – wędkarzy. Czyż jednak nie istnieje konieczność wsparcia poglądów nawet rekordowo rozbudowanych na oczywistości mającej niezbitą klarowność w każdych warunkach? Do jakiej w przypadku każdego zabrnięcia w przysłowiowy ślepy zaułek (jakie na krętych drogach skomplikowanego postępowania wśród wielu różnych kłopotliwych przeszkód byłyby do uniknięcia tylko w wyniku posłużenia się metodą nieuczciwą intelektualnie) zawsze można się odwołać. Co do wszechwiedzy pierwszych ludzi, to odnosiła się ona do ponadczasowych ponadistniejących praw, a nie do nieistniejącej podówczas w większej rozpiętości czasowej prawdy historycznej: jak my nie znali swojej przyszłości. Dzięki temu też w ogóle chciało im się wysilać. Niewiedza rodzi nadzieję. Wiedza bywa paraliżująca.  Skąd jednak wzięły się zwierzęta, rośliny, grzyby? Całe dzisiejsze zróżnicowanie i bogactwo ziemskiej biosfery? Otóż już nie ze stworzenia, tylko przez dewolucję. Ludzie, żeby żyć, jedli swoich ludzkich zabitych przeciwników, ale też, żeby ujść przemocy, uciekali tam, gdzie do zabicia i zjedzenia nie było nikogo. Z głodu jedli więc własny kał; przez niedocenienie cnoty umiarkowania stawali się nałogowymi kałojadami. Prawdopodobnie w ten sposób powstały drzewa, gdyż gleba, na której dziś wzrastają, czymże jest innym, jeżeli nie kałem i może jeszcze zwałowiskiem przegniłych trupów, zbutwiałych roślin. Wiem ze szkoły, że egzystuje gdzieś biobyt o nazwie euglena zielona, będący na poły zwierzęciem, na poły rośliną. Jest to stwór o rozmiarach jednak mikroskopijnych, co mogłoby świadczyć za tym, że struktury żywe ewoluowały nie tak, jak chce tego moja teoria dewolucji, tylko zgodnie z tym, co się dziś jeszcze za obowiązujące przyjmuje: od prostoty ku złożoności. Ale już jako,  dwudziestoletni bodaj, młodzian widziałem na warszawskiej ulicy Nowy Świat (blisko Ronda de Gaulle’a) siedzącą na trotuarze a wspartą plecami o mur kamienicy młodą ładną dziewczynę, której „nogi”, ukryte w długich nogawkach spodni, miały 2 do trzech metrów długości, były nienaturalnie cienkie, a z wylotów nogawek sterczały „stopy” w postaci koniuszków jakichś drzewek, jakby korzonków, jakby gałązek. Odniosłem nieprzeparte wrażenie, że w ten sposób ona – a już najpewniej ktoś, kto w to miejsce ją dowiózł, bo i jak na takich „nogach” miałaby tutaj dojść! – chce dać mi do zrozumienia, jak bywa z ludźmi. Dlaczego mi? Mówiłem już, że od lat czuję się kimś wyjątkowym; kimś, od woli kogo wiele zależy; kto wiele w tym świecie może jak nikt inny (na lepsze!) zmienić, i, że wtajemniczeni, dla ogólnego dobra czują się zobowiązani o wszelkich niezrozumiałych sprawach mi donosić, albowiem jakbym miał cokolwiek naprawić, kiedy o danej nieprawidłowości pozostałbym niepowiadomiony. Oczywiście ta ludzka „euglena zielona” z Nowego Światu to mogła być czyjaś po prostu mistyfikacja, wiem wszak, że dla pysznego wygłupu ludzie robią wymagające równie wiele trudu rzeczy – jak dla swoich potrzeb tak zwanych żywotnych. Moim dobrym prawem jest wszelako przyjmować za paradygmat, przy którym wolno mi obstawać, taką interpretację faktu, jaka pasuje mi do koncepcji własnej.