marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Październik 7th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 57

            Utarło się w świadomości społecznej, że zwyczaj wystrzegania się posunięć zapeszających to sfera bezrozumnego zabobonu. A przecież nie zaobserwowano, by gdziekolwiek i kiedykolwiek występowały choćby tylko 2 zupełnie jednakowe obiekty lub by cokolwiek wydarzyło się choćby 2 tylko razy tak samo. Jeśli więc powiem w marzeniach „mam cię!”, to swoją nagrodę już wziąłem, już doznałem dobra, na którego pozyskanie się zasadzałem! A że zupełnie tej samej rzeczy nie można mieć 2 razy, w rzeczywistości już go nie pozyskam! Taka jest, ciągle ewoluująca, a więc siłą logiki nie znosząca powtarzalności, natura rzeczy czy raczej jeden z jej aspektów. Gdyby nie ten jej aspekt, bylibyśmy ciągle poetami piszącymi po wielekroć bez żadnej zmiany jeden i ten sam krótki wiersz. Na coś podobnego, wprowadzając swoje „prawa”, chciałby skazać nas Hitler. Co najmniej jedna wojna w każdym pokoleniu? Gdyż tylko ona powoduje restaurację wyrodniejącego w czasach pokoju instynktu? A co to jest instynkt. Otóż jest to podążanie za pierwszą myślą, jaka przychodzi danemu bytowi do przysłowiowej głowy. I ta właśnie pierwsza myśl, według tego, co można sobie wyobrażać, w danej sobie sytuacji jest bezbłędna; kolejne jej modyfikacje będą coraz bardziej odległe od uzyskiwanej natychmiast doskonałości tej formy pierwotnej. Jednakowoż to bezbłędne myślenie, mogąca (w razie pójścia za nią) nas uratować od zaistniałego w danej chwili zagrożenia rada, obejmuje jedynie zagrożenia bezpośrednie. Ludzie uznawani (tak przez psychiatrów, jak też przez tak zwany, nawykły  wyznaczać  n o r m ę  na postawie nader nieskomplikowanych przesłanek, osąd ludowy) za chorych psychicznie – myślą nie mniej intensywnie i, choć myśl niekiedy rwie się im, nie mniej logicznie niż normici. Tyle, że ich intelekt często pracuje mało współbieżnie z biegiem wydarzeń rzeczywistości uzewnętrznionej. Są niepewni siebie. Mnie samemu wypada, mimo woli, przyłapać się czasem na niepewności, czy daną kwestię powiedziałem, czy tylko pomyślałem. Psychici zaniedbują też chronologię i mówią (lub w ogóle czynią) to, co trzeba, tylko nie wtedy, kiedy trzeba. Boją się nie wówczas, gdy stąpają po napiętej pomiędzy dachami drapaczy chmur linie, tylko wówczas, gdy w banalnym sklepie kupują kajzerki. Znajoma psycholog na moje oświadczenie, że gotów jestem wytłumaczyć jej każde wariackie zagranie, wysunęła taką wątpliwość. Otóż jej pacjentka, zagadnięta o samopoczucie, bluznęła: „ty, stara kurwo, dlaczego pakujesz mi do odbytnicy tę zasyfiałą puderniczkę!”.  Mimo najszczerszych chęci, nie umiałem wtedy objaśnić psycholożce, na  czym zasadza się pośrednia sensowność wypowiedzi mojej siostry w szaleństwie (całkowicie bezsensownych zagrywek według mnie nie uświadczysz bowiem w bycie w ogóle, a co dopiero – w takim jego nienajpodlejszym jednak szczególe jak wypowiedź psychitki!). Teraz wszelako widzę, że zagrał tu czynnik, decydujący często o braniu danej osoby za ‘wariata’ lub ‘wariatkę’, braku synchronizacji na linii myśl – rzeczywistość. Pacjentka mojej znajomej prawdopodobnie miała wcześniej sen, gdzie ktoś wpychał jej w odbyt takie ubrudzone pudełeczko i nie zdołała wtedy zaprotestować. Co uczyniła z opóźnieniem przy mojej znajomej psycholog. Może przez lata szukała słów na dostatecznie wyrazisty protest? Akcja wymaga reakcji, to pewnik po prostu fizykalny, znamionujący naturę bytu. Treść, forma i kontekst. Treść i forma rozpatrywanej wypowiedzi były, pominąwszy pewne wulgaryzmy, w porządku. Nie został dochowany jedynie kontekst czasowy. Czas działa rytmicznie, według regularnego cyklu. Jednak i zawodowy mówca zwalnia niekiedy tempo swojego wywodu, by bardziej skomplikowany tegoż wywodu fragment (lub wymagający użycia oryginalnej metafory) wypowiedzieć w sposób bezbłędny i trafiający do przekonania. Dla jednych bardziej liczy się sens, dla drugich – płynność. Autor rytmicznej łomotaniny dzisiejszej muzyki popularnej stawia oczywiście na płynność, lecz choć nie zaniedbywa i sensu (chodzi tu o sens muzyczny), to trudno byłoby za dochowanie go chwalić, gdyż ten jest zazwyczaj niewyszukany, a w czymś osłuchanym a zarazem prymitywnym jak się pogubić. Natomiast gubiącego rytm w morzu skłębionych sygnałów myślowych psychitę wręcz należy podziwiać. Chociaż wykracza często poza ramy rytmu i maluje po prostu na gołych ścianach, idzie za sensem jak oracz za pługiem, świadomy (albo przynajmniej przeczuwający), że to sens właśnie, a nie to, przy kim i kiedy go pochwycisz, jest przysłowiową racją bytu, a więc jego podwaliną i ostoją. Sens absolutny, pozbawiony jakichkolwiek niedoróbek. Powie może ktoś, że na przykład taka rzodkiewka rośnie sobie na jakimś poletku i ani jej w głowie (ściślej: w główce) przejmować się jakimiś racjami, podwalinami czy ostojami. A przecież – rosnąc – jest, posiada byt… Trudno, będę tutaj musiał użyć już naprawdę ciężkiej artylerii.

            Pedałowania na bicyklach o scentrowanych kołach obudwu, poganiania stonóg – drogą najprostszego skojarzenia – w stu butach, z których każdy ma złamany obcas.

            O tym, co jest żywe, a co pozostaje nieożywione – decyduje zdolność i praktykowanie zdobywania się, lub nie, na nienawistny wysiłek przynoszący tej rzeczy konkretną progresywną zmianę, lub pozostanie w stadium błędnego koła, gdzie o żadnej zmianie mowy być nie może. Jednak także nieożywione, skoro istnieje, a więc wykracza poza próg pozostawania w letargu nicości, musiało niegdyś choć raz zdobyć się na ów znajomy  żywemu heroizm  p r a c y .  Nie znający tej definicji uczeni zastanawiają się tymczasem, co w powstałym bez zamysłu, woli i heroizmu bycie doprowadziło dużo później do powstania życia – poprzez, wystarczające wreszcie dla osiągnięcia tego stanu, skomplikowanie się struktur wyłącznie chemicznych(!). Czy to jest choć w jednym punkcie niezrozumiałe? Świat powstał (i ciągle nadal powstaje) dzięki temu, że od samego początku (a nawet przed swym początkiem!) był i jest żywy sam, ponieważ wola istnienia, bez jakiej nijak sobie wyobrazić motywu kreacji czy samokreacji, przekłada się dosłownie i wyłącznie na wolę – nie czego innego, tylko życia!! Pozwólcie, że odsapnę, bo sformułowanie tej prawdy dużo jednak mnie kosztowało. Nie więcej niż pójście do sklepu po kajzerki, niemniej – niemało. — Ale przecież nie odpowiedziałem jeszcze, jak z tymi rzodkiewkami – zauważam po pauzie. Są, a zdają się nie myśleć o swojego istnienia racji. Odpowiadam. Suną one otóż inercyjnie w, zdawałoby się, niewzruszonej niezmienności z pokolenia w pokolenie i ową niezmienność zawdzięczają temu, że, wskutek pragnienia uniknięcia czegoś, co byłoby dla nich jeszcze straszniejsze, ograniczają swój myślowy wysiłek do pilnowania, ażeby wiernie odtworzyć same siebie w  pokoleniu następnym. Czym miałaby być owa straszność, o tym – później. Teraz zaryzykuję sąd, że – widać – musi być w nich coś niepowtarzalnego, skoro widzą sens czekać na powrót dni swej chwały jako dostarczyciel substancji odżywczej dla biobytów zdolnych ją schrupać i jako utylizator gówien, przykrych pewnie i dla przerabiacza tej cuchnącej materii. O jakich natomiast „dniach chwały” prozaicznych rzodkiewek powyżej napomknięto? Też i o tym za wcześnie teraz mówić.

             Raz wprawione w ruch, jeśli nie napotyka na drodze żadnych oporów, odtąd już bezproblemowo, a więc bezmyślnie, winno zmierzać w stronę nieskończoności. Szkopuł w tym, że myśl funkcjonuje jedynie wtedy, kiedy dane są jej problemy, natomiast ruch ku nieskończoności jest właśnie przeznaczeniem  w y ł ą c z n i e  myśli. Za którą dopiero postępuje byt. Byt, w jakimś intuicyjnym uproszczeniu nazywany też światem, tedy stale na nowo musi powstawać, choć niby raz tylko (a dobrze) został na wieki stworzony. Może zresztą rzecz tu subiektywizuję. „Myśleć obiektywnie? / Mrzonki. Nie wierz ty w nie!” – że skwituję fraszką. W coś jednak wierzyć trzeba. Na przekór choćby ateistom.

            No i co? No i nic. Odsiusiwuję się zwyczajnie w ubikacji, może zresztą pozostawiam w wiadomej muszli też jakieś ciało stałe, by, umywszy w pobliskiej umywalni zbrukane pewnie paru kroplami uryny dłonie, przejść oddziałowym korytarzykiem do pomieszczenia, gdzie za dnia (choć bywa, że i nocami) swój obrządek nasycania się nikotyną praktykują palacze. Nie mam papierosów, nie wziąłem. Ściśle powiedziawszy: nie ukradłem, bo nie mam tu swoich. Ale też tym razem nie to, nie palenie tytoniowych posiekanych i owiniętych w bibułkę liści, było i jest moim zamiarem. A co, jak nie palenie? Też palenie, a właściwie nadpalanie, niemniej nie papierosa, tylko… no, czego?, czy szanowny czytelnik zgadnie? Niegdyś, jak moja matka była młodą nauczycielką języka polskiego ostatnich klas podstawówki, a ja liczyłem sobie ledwie 4 i pół roczku, wpadł jej do głowy pomysł, by urządzić w szkole (zresztą na podstawie ściągawki zamieszczonej w czasopiśmie dla starszych dzieci) inscenizację fragmentów powieści Henryka Sienkiewicza „W pustyni i w puszczy”. Jako że na przedstawienie obiecała przyjechać ekipa Polskiego Radia, przygotowywano rzecz z dbałością zaiste o każdy szczegół. I czym pomazali swe białe ciała chłopcy mający odgrywać w spektaklu role czarnych wojowników? Otóż… nadpalonym korkiem! Efekt był łudzący. Pamiętam doskonale, choć od tamtej godziny minęło z górą pół wieku. Są zresztą zdjęcia. Oczywiście teraz nie będę się mazał, zrobię to w stosownej chwili. Ale korek, który z takim trudem udało mi się pozyskać z rąk niewzruszonej, zdawałoby się, bazaltowej góry o zaróżowionym wierzchołku, wypada nadpalić właśnie teraz. Później musiałbym to robić przy świadkach, więc całą tajemnicę, od której dochowania zależy wszak sukces planowanej operacji, wzięliby przysłowiowi diabli. Korek, kora, skóra, korzuch. Rewolucji w naukach ortograficznych robić nie będę, przynajmniej na razie. Ale już w tej chwili widzę pilną potrzebę poczynienia w nich pewnych korekt. Właśnie: korekt! Na moim weselu z Kubą, obecnie Plux, zapytany o znaczeniowe punkty wspólne wyrazów ‘korek’ i ‘korekta’ Henryk Bereza odpowiedział, że nie widzi żadnych. Tymczasem na czym polega korekta? Na poprawianiu. I jest chyba zrozumiałe, że w poprawianym tekście poprawki winny być nakreślone kreską grubszą, o czerni intensywniejszej, niż ta, jaką został nakreślony  pierwopis. A taką kreskę daje czyż nie nadpalony korek właśnie?. Z kolei przyjęte w literackiej polszczyźnie pisanie wyrazu kożuch przez zet z kropką sugeruje, że kożuchy wyrabia się z kóz, a nie w ogóle z wszelkiego rodzaju (tyle, że szczeciniastych) skór. Uważam, że jest to nieuprawnione. Mniejsza z tym. Rzecz jasna, ortografia pozostaje nadal sztuką niezmierne ważną, decydującą nie tylko o orientowaniu zainteresowanych, w czym tkwi prawdziwe pokrewieństwo branych pod uwagę słów, a więc, w rozrachunku ostatecznym, od jakiego słowa budowanie języka przez ludzi się zaczęło (by ledwie tylko wspomnieć kwestię, który ze współczesnych języków narodowych odbiegł najmniej od języka pierwotnego myślących mieszkańców planety Ziemia), bo i o doskonałości samego myślenia. Wyczytałem w broszurce Świadków Jehowy, że za formułowanie słów w mózgu człowieka jest odpowiedzialna zaskakująco duża część jego najbardziej wysublimowanych struktur. Już to dobitnie uzmysławia, jak ważnym dla  b y t u  ludzi czynnikiem są słowa, ta czysta (wobec miecza i wideł ponoć bezradna) abstrakcja. Bo choćby ludzie władzy – czy oni swej pozycji nie zawdzięczają, no, przede wszystkim temu, że wiedzą, o co im chodzi, i mają odwagę, zdrowie i siły, ażeby to realizować, co przy istnieniu mas ludzkich i sprawnego aparatu administracyjnego daje sensowny efekt. Ale sposobem polityka w dzisiejszych demokracjach na wygranie wyborów i na to, żeby określona zbiorowość wykazywała się wobec niego posłuchem do końca kadencji, jest czarowanie tej zbiorowości przezeń nie czym innym, tylko słowami. Słowa dla polityka jednak to nie są byle jakie dźwięki, którym za najważniejszy walor możemy przypisać (jak w poezji) niemal jedynie piękno brzmień i współbrzmień. I poeci zresztą walczą o pozycję przodownika w swojej sztuce. W ogóle wszystko – nie tylko tak zwane byty poszczególne ożywione – z całą powagą, a niekiedy i z zaciekłością, dąży do usadowienia się na pozycji nadrzędnej, naglone kategorycznym imperatywem, że byt ogólny bez przodownika przestanie przeć do przodu, w rezultacie czego uwsteczni swój bieg i stoczy się do samych stóp Syzyfowej Góry, a kto wie, czy przodownikiem nie może być każdy, więc czemuż by  s w o j ą   szansę oddawać walkowerem! Politykę można kreować wprawdzie nie jedynie słowem, bo także mieczem, pieniędzmi czy popisem w dowolnej w zasadzie dziedzinie, wzbudzającym ekscytację tłumów. Lecz pamiętamy, jak to było z dinozaurami, które mieczami swoich zębów cięły, co popadnie. Wyginęły. Powiedzmy, że trzeba korzystać z wszystkiego – dla dobrej sprawy, a i tak mity starożytnych Greków nie przestaną uporczywie terkotać, że ostatnie słowo przynależy Wenerze. Życie bowiem myśli za nas o własnej (a tym samym chyba i naszej) nieśmiertelności w toku ciągle nowych, restaurujących młodość pokoleń i ani mu w głowie kierować nami w stronę wartości wobec tej podrzędnych. Ale wróćmy do zasadniczego wątku. Otóż słowa w dzisiejszych politycznych zmaganiach są orężem, którym z równą bezczelnością posługuje się, wyłoniony spośród członków partii w wyborach zwycięskiej, rząd, co i opozycja. Jednak głównie słowne układanki szefa rządu posiadają wagę decyzyj mających wpływ na poziom i kształt życia społecznego. „Chcąc pogodzić wodę z ogniem, / niewesoły los wyciągniem”. Taki los spada na barki premiera, który z jednej strony musi dbać o to, by stan państwa był jak najlepszy, a z drugiej – użerać się z opozycją w sejmie, gdzie ta ostatnia ma konstytucyjny obowiązek wytykać biedakowi każde potknięcie. Czyż nie należy się dziwić, że co najmniej kilku ludzi w Polsce o objęciu tego niewdzięcznego stanowiska wręcz marzy? Cóż! I tu obowiązuje prawo zerowego bilansu, a więc równe co do wartości bezwzględnej są negatywy i pozytywy. Można żyć życiem lekkim, łatwym i godnym pogardy. Inni wybierają (czy raczej są do takiego wyboru zmuszeni, a to przez rozbuchaną, w wyniku z kolei gry wrodzonych predyspozycyj – z okolicznościami własnego życia takich jednostek, ambicję) życie twórcze, trudne i piękne.

            Miotania się po twardych podłogach w grożącym odgryzieniem własnego języka padaczkowym ataku. Czarowne sny, których dominantą jest twarz kobiety, w naszych dawnych matrymonialnych planach pod uwagę raczej nie branej. Rozpędzony wewnętrznie wśród ochoczych napalonych dziewic impotent demaskuje prawdziwe motywacje niedorozwiniętych umysłowo, ale chytrych i naddorozwiniętych rozpłodowo, byków. Czy to rozsądna zazdrość, że, nie będąc w stanie pewnych rzeczy dokonywać samotrzeć, uświadamia tym niewinnym dziewczynom, iż przygoda z osiłkiem będzie w zasadzie sodomią, ponieważ  w gruncie rzeczy osiłek to tyle, co osiołek? W rezultacie takiej akcji uświadamiającej, dziewice, zamiast stać się matkami dorodnych synów i córek, pozostaną nietknięte. Impotent, ażeby pozostawić po sobie pamiątkę, zniweczy nadzieje na parę chwil prokreacyjnej rozkoszy sporej grupie osób, których niezażegnana  o s o b n o ś ć  długo jeszcze przeklinać go będzie. Niemniej czy takim dydaktycznym postępkiem ów pasjonat aktywności bezinwazyjnej komuś naprawdę groźnemu się nie narazi? „Wte, albo wewte!”, jak stoi jednoznacznie w ludowym porzekadle. „Do żywych bab po męskich trupach”, albo siebie samego uznasz za największą przeszkodę w drodze do szczęścia i wykraczesz sobie śmierć własną – z ręki tychże samych, którychś, przecież świadomy tego mechanizmu, ponaobrażał. Ale ileż można wstrzymywać się od powzięcia decyzji jakiejkolwiek! Należymy wszyscy do zbioru istot żyjących i poszukujemy w nim miejsca dla siebie, które najlepiej będzie nam odpowiadało. Kto jednak sumą swoich wyborów lub poniechiwań zajęcia wobec zarysowujących się szans stanowiska jakiegokolwiek skazał sam siebie na rolę bezwolnego świadka historii tworzonej przez innych, ten spada w hierarchii bytów poszczególnych o klasę, lub o wiele klas, niżej. Karol Darwin sformułował rzekome prawo powstawania gatunków na drodze, postępującej ku coraz to udańszemu biologicznemu konstruktowi, ewolucji. Wiadomo, że co jakiś czas rodzą się cielaki o dwóch głowach, ludzie o sześciu palcach (jak moja, nieżyjąca już, ciocia) u jednej dłoni i podobne tym przypadki. Przypadki takie zwiemy mutantami. Przeważnie ten dodany lub ujęty wskutek mutacji rodzicielskich genów element dyskwalifikuje biologicznie mutanta. Nie da się tego uniknąć, ponieważ ewolucją kieruje nieobliczalny przypadek. A jednak niekiedy dochodzi do mutacyj udanych, poprawiających sprawność życiową odmienionego przedstawiciela danego gatunku w porównaniu z pierwowzorem. Takie mutanty przeżywają i tworzą nowy gatunek. Z grubsza tyle powiedział Darwin. No, trzeba tu jeszcze zapewne dodać, że implikacje poznawcze ewolucjonizmu sięgają daleko, ponieważ dają, wreszcie naukowe, a więc nie odwołujące się do „nieobejmowalnych ludzkim rozumem” intencyj Boga, ogólne wyjaśnienie, jak „z zaistniałej wpierw materii nieożywionej” utworzyło się życie. Otóż i tu wszystkiemu winna jest ewolucja, ten motor przemian. Kiedy chemicznym, mniej złożonym, substancjom na powierzchni planety Ziemia w toku zachodzących pomiędzy nimi skojarzeń wypadło osiągnąć poważny już stan skomplikowania, nastąpił samoistnie moment krytyczny i pewne, mechanicznie dotąd kojarzące się z innymi, struktury chemiczne jęły kojarzyć się między sobą już na własny rachunek i zarazem materialnym kosztem swoich innych, też jak one dopiero co powstałych, braci. Być to może, że interpretuję tu Darwina czy, rozwijających jego myśl, ewolucjonistów „nieco po swojemu”. Jednak nie umiem się oprzeć wrażeniu, że zasadniczym postępem, jaki wedle domysłu Darwina zaszedł dzięki powstaniu pierwszych struktur biologicznych z „ostatniego krzyku” struktur chemicznych, było uzyskanie przez te protobakterie niespotykanego dotąd w historii a okupionego kosztem  skazania się na konieczność permanentnego aktywizmu – samostanowienia o sobie materii. Mniejsza zresztą z tym, jak to precyzować czy w ogóle formułować. Mógłbym przepisać z jakiejś specjalistycznej książki, co na ten temat „uważa się” w kręgu uznanych autorytetów, i mielibyście, moi drodzy, wszystko w tej mierze wyłożone jak ta lala. Ale przepisywanie to nie jest moja metoda. Chłonę zewsząd, ale zanim cokolwiek zdecyduję się podpisać własnym nazwiskiem, muszę wykładany pogląd   u s w o i ć ,   a więc przetrawić i nadać mu charakterystyczny rys własnej intelektualnej tkanki. Czemu tak czynię? Otóż dla stylu, który powinien być integralny, a nie eklektyczny, o ile ma ustabilizować a zarazem zdynamizować sprawę sensu (będącego ostateczną ostoją bytu) i wyznaczyć prawdę (mającą zalety absolutu ożenionego z przygodą), co w sumie powinno czytelnikowi uzmysłowić, że nie ma tu do czynienia z jakąś zwyczajną czytanką, pisaną dla jego taniej zabawy – po oderwaniu się tego wytrawnego erudyty od spraw jakoby poważniejszych. Niż ta, sprawy poważniejszej nie ma nigdzie. Nie zapisałem tego ostatniego zdania drukiem rozstrzelonym, ponieważ nie jest to tekst dla idiotów, a jeśli jest, to tylko dla idiotów rokujących nadzieje zmądrzenia.

            Nieodmienne kołowania refrenów, choć dzisiaj już mocno wzbogaconych – w porównaniu z tymi sprzed ćwierćwiecza. Notowania myśli już nie jednej za drugą a druga za trzecią, tylko przebieranie w nich jak w ulęgałkach. Pasjonat istnienia w nieskończoność, dla powodów, których bliżej nie określa, modli się – nie wiadomo, do kogo – o uwolnienie go na zawsze z nieznośnych tak dlań czasami okowów bytu. „Przy okazji niech świat ze mną przepadnie” – uściśla, nie chcąc, by jego uwolniona wtedy dusza (w postaci wirującej informacji o decyzyjności i psychofizyczności tego poczciwca) znalazła gdziekolwiek nowe miejsce zakotwiczenia. Że takie marzenie jest nieziszczalne, sam nieraz wykazywał. Teraz jednak jego znużenie bytem przytłacza go tak dokumentnie, że już nie zważa na żadne racje logiczne i merytoryczne w swoim pragnieniu totalnej zatraty i w podążaniu ku niej.

            Ewolucjonizm niby tłumaczy wiele (bo na przykład tę nurtującą niedowierzających autorytetowi Biblii racjonalistów kwestię, skąd się wzięliśmy) i jest optymistyczny (jako że wprowadza do nauk przyrodniczych zasadę ewolucyjnego postępu, co jest równoznaczne z tym, że zmierzamy ku własnej, a w konsekwencji i ogólnobytowej, doskonałości), tym niemniej pomija jeden ważny czynnik, co całą tę teorię po prostu dyskwalifikuje! Otóż w propozycji Darwina nie ma miejsca dla… Boga. Podczas, gdy nieledwie każdy z nas, jak mam prawo szacować w oparciu o moje prywatne sondaże, zetknął się choć raz w życiu ze znakiem, który wskazywał jeśli nie istnienie, to w każdym razie działanie tej tajemniczej Siły. Kiedy, pod wpływem kryjącej się w moim spojrzeniu myśli (bo czegóżby  innego!), z paru drobniutkich źdźbeł wysuszonej trawy i jakichś cienkich jak włos drewienek złożył się na moich oczach w ciągu kilku lub kilkunastu sekund normalnych rozmiarów robak, nie przewidywałem dla tej obserwacji wiekopomnych następstw. Cóż, miałem wtedy 12, może 13, przeżytych roków i blade tylko pojęcie o wadze „przygodnych”, jakem to wówczas mógł określić, doznań. Prawdziwe naukowe odkrycia dokonywane są przecież w gabinetach i laboratoriach przez poważnych i stosownie do tej powagi ubranych starców, nie zaś – w kempingowej ubikacji parku kultury i rekreacji „Powsin” przez usiłującego tam wydusić z siebie kał chłystka, odzianego tylko w, teraz zresztą zsunięte, slipki i w klapkach na bosych stopach… Czy podobnie nie mogło (lub po prostu nie musiało!) być z pojawieniem się na Ziemi ludzi? Wtedy, w owej ubikacji, byłem ja i były owe źdźbła, z których pod wpływem tego, że skierowałem na nie swą uwagę, złożył się ruchomy robak. Przecież byłoby absurdem utrzymywać, że na jego zaistnienie złożyły się setki milionów (czy nawet kilka miliardów!)  roków ewoluowania tych dosyć już zaawansowanych strukturalnie biobytów ze struktur prymitywniejszych! Powstał na moich oczach w kilka (góra – kilkanaście!) sekund! Zbyteczność Stwórcy przy autokreacji wszechświata? A Zasada Nieoznaczoności Heisenberga, mówiąca, iż prawda o rzeczywistości świata mechaniki kwantowej, będąca wszak w pewnym sensie podwaliną świata całego (i prawda, i rzeczywistość), zależy od tego, że nada jej swój znak obserwator, bo, gdy tego nie zrobi, to pozostanie ona ‘nieoznaczona’, a więc – nieomal dosłownie – ‘niestworzona’?  Czyż ja podówczas nie sformułowałem (przyznaję: bezwiednie) jakiejś metafizycznej (czy prefizycznej) prawdy o tym tak niby śmiesznym owadzie, że naraz (żywy!) zaistniał?! Kto doznał podobnie daleko idącego przedstawienia, nie będzie już wątpił o możliwości podniesienia siebie z najbardziej nieuleczalnych chorób, kalectw, upadków czy obciążeń własnowolnie niby powziętymi decyzjami o katastrofalnych skutkach. Tak i ja przecież w przeciwnym razie nie miałbym prawie powodu szarpać się z opornością tego kryształu próżni, jaki wyrasta przede mną właściwie przy każdym podejściu do obmyślania, następnie zapisywanych tu zdań. Jakiejż za trudy miałbym bowiem spodziewać się nagrody, nie mając pewności, że jest możliwe moje  c a ł k o w i t e  odrodzenie? Jak bezzębny staruch, słabo widzący i ledwie słyszący, o kościach, które trzeszczą przy byle poruszeniu, o zaburzonym zmyśle równowagi i orientacji w terenie – miałby cieszyć się na przykład wejściem w posiadanie wielkich pieniędzy lub tego wszystkiego, co dzisiaj za pieniądze można kupić! Jak albowiem kupić za pieniądze przy organizmie, którego komórki na skutek zestarzenia się słabo się już replikują, na przykład męską zdobywczość, niezbędną przecież nawet do żęcia, przynależnej nam z samej niby definicji, żony? Nawykłem od wczesnego dzieciństwa żyć doznaniami wyobraźniowymi, nie tymi, o których powiada się, że są ‘prawdziwe’. Z kolei wiadomo, że seksualność jest równie jak jedzenie ludziom niezbędna. Stąd też – co wzmiankuję, bo jak pretendować do miana głosiciela prawdy kompletnej, pomijając ten dla człowieka tak ważny element – moja, ostatnio codzienna, parominutowa pseudofizjologiczna przyjemność – oko w oko z pornografią. Jest to oszukiwanie samego siebie, przywdziewanie uniformu oszusta. Boleję nad tym, niemniej przy mojej słabości nie mam wyboru. Nawet ubrać się w znoszone, a więc wielokrotnie wypróbowywane, tym samym zaś budzące najmniej (płynących z obawy przed niewiadomym) wewnętrznych oporów, łachy średnio raz w miesiącu nie znajduję motywacji, paradując po mieszkaniu w równie nieśmiertelnej pidżamie. Jakże więc miałbym przy takim układzie marzyć o przywdziewaniu szat innych, porządniejszych? W warunkach wykwintu – i tu chodzi nie tylko o ubrania – po prostu nie umiałbym się odnaleźć. Liczyć tedy mogę jedynie na odrodzenie cudowne, możliwe do zakładania na skutek spekulacji w oparciu o słynną przepowiednię Wielkiego Cudotwórcy, że „prawda was wyzwoli”. Realność wielkiego cudu wystarczająco mocno uwiarygodnia pamięć tego, że jakieś małe cudka wygenerowałem niegdyś sam, natomiast prawda, która na sposób cudowny ma nas wyzwolić, może być przecież sformułowana choćby przeze mnie. Prawda jest to panujący powszechnie byt intelektualny mający tę cechę, że nic dotąd dowodnie mu nie zaprzeczyło. „Przyjęcie Twojej nauki doprowadzi do tego, że wszyscy zginiemy!” – wygarnął Jezusowi ewangeliczny jej krytyk, przez Mistrza natychmiast nazwany opętanym i zamilkły, gdy Ten zaraz wygnał zeń Złego Ducha. Czy perspektywa, jaką Syn Boży przed ludzkością otwierał, nie będzie dla nas w istocie wyzwoleniem z… okowów bytu? Co będzie, to będzie; ja muszę wytrwać w postanowieniu wykonywania idącej tu pracy – bez kapitulanckiej obawy, że utknę, ponieważ jest to jedyny teren warty w moich oczach zamieszkiwania. Dzięki pobytowi tutaj mogę nie zadręczać się wszechobecnym gdzie indziej męczącym bezsensem, wtórnością, połowicznością.