marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Październik 6th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 56

            Wlokę się ze spuszczonym na przysłowiową kwintę nosem do swojej sali, gdzie padnę na łóżko i snem sprawiedliwego, który wyznawanym przez siebie zasadom się nie sprzeniewierza (ponieważ tych zasad nad-zasadą jest ustawiczna zmienność), zasnę. Jeszcze kątem oka sprawdzam, czy korek kupionej butelki jest z korka (czy też – nie daj, Bóg! – stanowi go gumowa tylko zatyczka albo wręcz papierowy zwitek), i stanie się to, co zapowiedziałem. Korek na szczęście jest taki, jak trzeba. Nurkuję więc pod kołdrę, by, poczuwszy ogromną ulgę, zasnąć natychmiast, jak to człowiek, który, starając się tak bardzo, że robić cokolwiek ponadto byłoby już przesadą, dopełnił wszystkich powinności.

            Śnienia obrazów o coraz to większym stopniu wypalenia czarnym ogniem gangreny. Odnajdywania w wysypywanym na biały papier czarnym proszku liter – dni dzieciństwa, kiedy to, odkrywszy, że poza nieczytelną dla nas rzeczywistością istnieje też czarodziejski świat książek, czytaliśmy i czytali. Piosenkarz, każący się nieskromnie nazywać bluesmenem (bo piosenka a blues to tak jak słodka niewinna laleczka a mądra doświadczona prostytutka), wpada na wity z udziałem diabła pomysł, żeby publicznie zaapelować o bezwzględne przeszczepienie na owładnięty kołtuńskim przywiązaniem do dekalogu grunt kraju -obyczajów zepsutego moralnie Zachodu. Pociąga nas piękno, wczuwamy się empatycznie w losy jakże elegancko odgrywających banał bohaterów i bohaterki telewizyjnych seriali; ludzie, nie mający kontaktu z którąkolwiek z bardziej wyrafinowanych książek, biorą w ciemno towar w niedziele i święta sprzedawany im z kazalnic.

            Sny wyświetlają się w oczach, tyle że zatrzaśniętych wiekami powiek. Wiele zawdzięczam snom – wrażeń estetycznych, kryjących wszakże zawsze jakąś treść: czy to  wniosek sugerowany mi śniącemu przez przetasowane w tym ruchomym obrazie urywki doświadczonej jawy, czy myśl zdającą się nie mieć z doświadczeniami jawy wiele wspólnego. Przeświadczenie o nieredukowalnej wspaniałości świata i życia, o jej świetlistej wielobarwności i wielokształtności, rozwijającej się harmonijnie procesowości – to wyniosłem właśnie ze snów. Od najwcześniejszego pamiętanego dzieciństwa nie miałem zwyczaju angażować się w sytuacje dnia – na pełny zakres moich możliwości. Może dlatego  wiele energii zaoszczędzałem i siłą rzeczy – wkładałem w sny. Co nie oznacza, że na mojej dziecinnej jawie nie trafiały się przykłady zdarzeń (lub quasi-zdarzeń), które w przysłowiowy proch i pył (po zapoznaniu się z nimi odpowiednich czynników) nie obrócą wielu zadawnionych poglądów. A przynajmniej jednego: że rodzimy się jako czyste tablice. Otóż mam w albumie z rodzinnymi fotografiami zdjęcie nagutkiego bobasa, który, siedząc na kocu w ogrodzie, wzuwa na stópkę bucik. Ten krętowłosy blondynek (czupryna stopniowo ciemniała mi, aż w wieku ośmiu roków stałem się zupełnym szatynem) to półtoraroczny Marek Słyk. Doskonale pamiętam, o czym wtedy myślałem. Tkwi to we mnie jak gwóźdź w desce, choć od tamtej chwili dzieli mnie już przeszło 55 roków. Myślałem o tym, że dalszym życiu czeka mnie ciężka próba sprostania określonemu zadaniu, bez pomyślnego przejścia której nie może być mowy o uznaniu mojej obecności wśród żywych za spełnioną wobec historii. Co więcej: to, co ma się odbyć (czy podołam temu, jest kwestią otwartą i zależy od mojej odwagi i zdecydowania), będzie związane z butem. Byłem tego świadomy już wtedy, kiedy to – powtarzam! – od wyjścia z łona matki przeżyłem zaledwie półtora roku! Uzmysławiałem sobie dalej, że mam do spłacenia rachunek zaciągnięty u kogoś przed bardzo wielu laty jako osoba, którą właściwie do tej pory jestem i którą nigdy w przyszłości być nie przestanę. Rachunek ten wypada mi spłacić; ani w głowie mi było wtedy od tego obowiązku się wymigiwać. Jak takie dziecko mogło rozmyślać o sprawach tak poważnych? Skąd miałyby doń dotrzeć tak zasadnicze wtajemniczenia? Właśnie. Stąd, że rodzimy się (bo dlaczego ta prawda miałaby dotyczyć tylko mnie?) nie jako czyste tablice, które jakoby nabierają treści dopiero w toku zbierania życiowych doświadczeń! Mijały roki. Jako czternastoroczny chłopak byłem nagabywany przez innych chłopaków molestacjami, aby z nimi bić się. Oczywiście, jak chyba dla każdego chłopaka na świecie nagabywanego w ten sposób, nie była to dla mnie nowość. Niemniej od takich wyzwań (pominąwszy żartobliwe „wymiany ciosów” z dobrymi kolegami) przeważnie się wykręcałem. Wówczas też użyłem wykrętu, choć, wbrew moim intencjom, zabrzmiał prowokacyjnie. „Dlaczego nie chcesz się z nami bić?” – pytali. „Bo nie chcę was zabić” – odpowiedziałem. Prychnęli na to i poszli. Parę dni później w ramach wuefu męska część klasy grała mecz na szkolnym boisku. Wuefista trafem gdzieś zniknął. I nagle wtargnął na klepisko (murawa dla tego placu bez, o ile dobrze pamiętam, źdźbła trawy to byłoby określenie zbyt szumne) najgorszy osiedlowy łobuz. Podszedłszy do mnie, rzucił bez wstępów: „bijesz się?”. Zauważyłem, że typowi drżą dłonie. Gra ustała; wszyscy, włącznie z wyrostkami, którzy nadeszli z, sąsiedniego naszemu, mniejszego boiska do gry w koszykówkę, patrzyli na nas. „Dobrze, tylko przedtem niech lepiej zawiążę trampek” – wypowiedziałem. „Zawiąż” – zgodził się wspaniałomyślnie. Usiadłem na klepisku i jakiś czas wiązałem. Nim skończyłem, szybkim krokiem od strony budynku szkoły nadeszła ta sama chemiczka, którą w pewnym (a może w zupełnym?) sensie mogłem obciążać o moje wcześniejsze zatrucie chlorem. Teraz było widać, jak bardzo jest zdenerwowana. Nie wiem, czy zawdzięczam jej życie, czy tylko – uchronienie od ciężkiego pobicia. Jej i – jej synowi, mojemu koledze z klasy, który, widząc, na co się zanosi, pobiegł po nią do budynku i na moje szczęście zdążył. Daleko posuniętą refleksję, że danej osobie tyleż w życiu zawdzięczamy, co mamy jej do wybaczenia, mógłbym może sobie darować, bo w ostateczności nikły materiał faktograficzny jak miałby podpadać pod, prawomocne dopiero po przekroczeniu pewnego progu ilościowego, prawa statystyki, ale omawiany przypadek zbyt dokładnie ilustruje wyznawaną przeze mnie zasadę bilansu zerowego, by tu się od uogólnienia powstrzymywać. Potem usłyszałem wyszłe z ust jednego z uczestników podwórkowej sceny pouczenie w postaci znanego przysłowia: „nie pchaj się na afisz, / jeśli nie potrafisz”. Koniec końców z tak sfinalizowanej historyjki byłem jednak poniekąd zadowolony. Nie tylko historia, lecz także jej małe, dające się jakoś wyodrębnić, fragmenciki są czymś, co nie znosi próżni. Co kategorycznie żąda zapełnienia. Spełniłem ten wymóg, niechcący narażając się na rozbudzające emocje obserwatorów niebezpieczeństwo, więc chłopaki dali mi spokój. I właśnie to ostatnie było dla mnie najważniejsze. Chociaż dla całokształtu niepowtórzonej i niepowtarzalnej swoistości mego bytu jedynie ważne musiało być coś innego: że mianowicie zdobyłem się na jakieś, w minimalnym stopniu, ale jednak konkretne, wejście na arenę wydarzeń międzypodwórkowej społeczności chłopaków, tak różnych od chłopiąt – nie wyściubiających nosa poza pilnie strzeżony przez opiekunki ogródek jordanowski. Tu też niby uratowała mnie kobieta, ale to jednak było co innego. Tak, czy inaczej – odbył się spektakl, o nieuchronności nadejścia którego wiedziałem już jako półtoraroczny brzdąc. Skąd? Otóż z mojego poprzedniego życia, kiedy to genotypowo byłem  tym samym, czym jestem dzisiaj, i kiedy z ust tego, który, przy okazji dawania Tej Osobie chlustu, chrzęstu czy już bez ogródek nazwijmy to chrzestem (chrztem), wypowiedział znamienne, ale w sensie właściwym zrozumiałe jedynie dla mnie, słowa: „… dlaczego przychodzisz do mnie Ty, któremu nie jestem godzien wiązać rzemyka u sandałów?…”. To była silna a złośliwa aluzja do mnie, ponieważ wiązanie owego trampka miało symbolizować niestety nie moją wielkość, tylko małość: brak mego zdobycia się na prawdziwą – wedle wszelkich klasycznych miar – męską rozprawę. Cóż, chcę pokazać, niestety głównie tylko idącym tu tekstem, że nie jest tak, iż uciekam od mojej (powiecie może: wątpliwej) męskości w moje (tak gorliwie eksponowane przez – budzących przeważnie też i moją odrazę -homoseksualistów) człowieczeństwo, ponieważ moim sposobem serwowania męskości jest nieustępliwość nie w zmaganiu się z przeciwnikiem uosobionym, tylko w zmaganiu się problemami. Powie ktoś, że powyżej zarysowaną, i niby tak diabelnie ważną, sprawę mogłem wygrać, gdybym po prostu potraktował ją jako problem, w zmaganiu z którym podobno nie ma nade mnie mocarzy. Włączając myślenie. Otóż komentator chcący mnie (jako zespół czynników decyzyjnych, odpowiedzialnych za postępki, jakich się dopuszczam) pognębić, będzie usiłował wykazać, że mogłem w owym momencie (inne w tej chwili nas nie obchodzą) postąpić mądrze, a postąpiłem głupio, co świadczy o tym, że bimbam sobie już nie tylko z losu głodujących i z rozpaczy zabijających się wzajemnie w Somali (nazwa tego ludu stąd, że jego przedstawiciele ‘są mali’) biedaków, ale nawet z losu własnego. Moją obroną na taki zarzut będzie przypomnienie faktu, że, uciekając się do przemocy fizycznej (choćby takiej pomocnikiem miałoby być daleko idące przemyślenie sposobu jej użycia), byłbym zaprzeczył własnym zasadom. Nie powiem, że takich byłem świadom, ilekroć zawisało nade mną fatum fizycznej rozprawy, gdzie wie się tylko jedno: jako zwycięzca przejdzie dalej tylko jeden z nas: ja, albo on. Albo – albo. Niemniej   p o   fakcie po prostu trzeba tak układać własne wspomnienia, by dopatrzyć się w linii własnych postępowań jakiejś spójności, więcej: bezbłędności. Nie potrafimy bowiem żyć ze znamieniem popełnionego przez nas uczynku, który w swym sumieniu uznajemy za błąd. Obciążeni poczuciem winy, zbyt prędko, że posłużę się tu określeniem używanym przez marynarzy, poszlibyśmy na dno. Tymczasem dziwimy się, że  inni nie palą się do uznawania własnych win, dla nas oczywistych. I sami nie pałamy przesadnym entuzjazmem do uznawania za coś karygodnego naszych „kontrowersyjnych” postępków, choć inni chętnie przyjęliby nasze pokajanie. Dlaczego? Dlatego, że bywa często, iż jesteśmy pesymistami, to jest nie wierzymy we własną dobrą przyszłość, więc jedyną racją (ratio, ratuj, ratunek) naszego istnienia pozostaje (zawsze) dobra przeszłość. I bynajmniej nie twierdzę, że taka praktyka idealizacji samych siebie z czasów naszej młodości czy młodości naszych rodów to zabieg naganny. Bo w świetle sukcesu, jaki (dzięki naprowadzającemu na cel dawnemu błądzeniu) ewentualnie wypracujemy w przyszłości, dawne błędy niejako uwznioślimy, nadając im rangę trampoliny ku zwycięstwu, którego beneficjentem będzie cały historyczny wszechświat. Teraz śpię. To nie będzie przesada, gdy powiem, że w snach śpiennych (w odróżnieniu od snów na jawie) często czytam jakieś przedziwne książki. Możecie przyjąć, jeśli to nie daje wam spokoju, że teraz opowiadam wam o tym, co wyczytuję w jednej z nich. Albo w kilku, zważywszy rozstrzelenie tematów.

            Dawno zaniechane – z uwagi na postępującą entropię czynników decyzyjnych -  pastowania wizytowych butów. Zgorzkniały od ustawicznych słodzeń własnej codzienności fałszywym miodem kmiotek ze skruchą (aczkolwiek nie bez pewnej też buńczuczności) wyznaje przed tłumami, że jego przekonanie o zachodzeniu postępu w sztukach pięknych, który miałby polegać na coraz to niby wyraźniejszym w ostatnich rokach wzbogacaniu artystycznego przedstawienia o element dynamiki, dowcipu i anegdoty – to, płynąca z „wyobrażania sobie” zamiast po prostu „z zobaczenia”, mrzonka. Wystarczyło to tylko, że parę dni po napisaniu tej niefortunnej konstatacji pojechałem z Kubą (pół godziny jazdy autobusem) na spacer po Łazienkach, dawnym prywatnym parku ostatniego króla Pyrii, dzisiaj udostępnionym szerokiej publiczności. I co się okazało? Otóż to, że tamtejsze parkowe rzeźby sprzed dwustu roków to w porównaniu z dzisiejszymi (te co dnia mam przeważnie wątpliwą przyjemność oglądać na cokołach miejskich pomników czy, rzadziej, w galeriach) to istny szczyt wyrafinowania i smaku przy jarmarcznym prymitywizmie. To możliwe, że postać ludzka, jako główny i niezmienny temat kreacji rzeźbiarza, miał prawo, po pięciu co najmniej tysiącroczach, przejeść się – i to tak samym twórcom jak wyrobionej publiczności, w tym zawodowym krytykom i mecenasom. Tym niemniej regres sztuk pięknych dzisiaj spowodowało raczej nie to, tylko zachodzące od jakiegoś półwiecza uludowienie kultury, polityka kulturalna nastawiona na promowanie produkcji masowej, schlebiającej pospolitym gustom (lepszych lud nie jest w stanie objąć, ani pojąć) – oraz odpływ młodych zdolnych twórców do nowopowstałych dziedzin sztuki, takich jak fotografia, film, grafika komputerowa, a zwłaszcza przemysłowe wzornictwo. Czy mam za złe historii sztuki, że przebiega w ten sposób? Nie. Jedno, co chciałbym tu zmienić, to zbyt małe wymagania, jakie artysta każdej proweniencji stawia sam sobie, bo, ponieważ on i jego praca są bytami, które wreszcie się wyzwoliły spod jarzma prostej użyteczności i ideologii, nikt inny wymagań stawiać mu – się nie ośmieli. Chcę po prostu, by sztuki piękne (piękno, jako kategoria ontologiczna, sięga przecież wyżej niż sama, twardo dziś uznawana za awangardę zatrudnień ludzkich, nauka!) stały się realną i nie poniechiwaną  a l t e r n a t y w ą  wojen. Wojny jako niby jedyne mobilizują nas do bohaterstwa, ujawniają jakoby prawdziwą wartość ludzi. Prawdziwa jest radość, gdy bohater naszego narodu zabija tego mordercę, któremu, „wbrew bezwzględnym regułom obiektywnej klasyfikacji”, miano bohatera przypisują jego krajanie. Bez zła wszystko by runęło, sam przecież dokopałem się tej prawdy. No dobrze, a, oglądając sensacyjny film, gdzie fikcyjnie ginie fikcyjny bohater z rąk fikcyjnego mordercy, czyż nie doznajemy podobnej satysfakcji, chociaż sam jego autor zaznaczył w czołówce, że wszelkie podobieństwa nazw, nazwisk i sytuacyj są dziełem przypadku, czyli że przedstawiany obraz został wyssany z przysłowiowego palca, zamiast, jak trzeba, z cycka? Kabareciarz Jan Pietrzak z rozrzewnieniem śpiewa własny tekst, jak to „rusza w pole wiara”, co należy rozumieć, że ludzie ci zrobiliby mniej pięknie, gdyby pozostali w domu i oglądali tam jakieś tele-wizje. Moja na to odpowiedź brzmi: „historię wojen, czy dzieje sztuki, / wezmą za kanon nasze prawnuki? / Wojnę wybiorą, jak chciałby Pietrzak, / gdy sztuka będzie od wojen bledsza”. Czy, zalecając tworzenie i przeżywanie sztuki jako najwłaściwszą treść życia, nie zachowuję się jak Szatan, namawiający dzieci boże do odstąpienia przez nie od rygorystycznego respektowania praw – też, widać, bożej – biologii? „Tylko świnie / siedzą w kinie”? Podając za przykład identyczności prawdziwego bohaterstwa i bohaterstwa odbytego tylko na niby, podobieństwo wrażenia ulgi, jakie zachodzi w rzeczywistości i na planie fikcyjnym, czyż nie robię błędu mylenia aktu, gdzie ktoś kogoś rzeczywiście zabija albo zapładnia (bo to głównie liczy się w biologii, jako że powoduje to rzeczywiste zmiany w układach światowych, bez jakich nie ma mowy o żywej historii), z pseudo-aktem (po odbyciu którego wszystko pozostaje po staremu i w rezultacie jałowieje, wyrodnieje i deklasuje się)? Czyżby więc słuszność miał Goebels, na dźwięk słowa „kultura” odbezpieczający pistolet? A historyczny Jezus, optujący za biedakami, których jedyną bronią jest telepatyczne (modlitewne) odwoływanie się do miłosierdzia Tego, Który Jest Nie Do Zastąpienia (jak są do zastąpienia pewnie wszyscy pozostali), i chcący dokonać niemożliwego (idealne zadanie dla rasowego sofisty!) poprzez występienie przeciwko temu, co wydaje się być słuszne, i w miejsce krwawej ofiary z barana wprowadzający ofiarę z Siebie uosobionego w chlebie, którego to symbolu dosłowność potwierdził niedawno w małym wiejskim kościółku siermiężnej Polski fakt pojawienia się tam (znikąd!) krwawiących włókien ludzkiego serca – w sprofanowanej niechcący hostii? Gdyby życie było (mam tu na myśli trwanie permanentnie zużywających się i odnawiających struktur zdolnych do tworzenia jednoznacznej historii) tak obskurancko proste jak chów (czy hodowla) zwierząt, gdzie przeznacza się do „przetrwania” osobniki o takich cechach tych krów, świń i owiec jak maksymalna mleczność, mięsność i wełenność, to jest tak, jak chcieliby tego faszyści, za urojenia przyjmujący wszelką inną tego życia funkcję – hitlerowskim czy nietzsche’ańskim konceptom musiałbym chyba powiedzieć: tak. Na szczęście (moje, ale w gruncie rzeczy także tychże moich zuchwałych przeciwników) byt tak prosty jest niemożliwy. Byt potrzebuje racji, bez której nie miałby się na czym wesprzeć czy osadzić – mocnej nie dzięki niszczeniu bez skrupułów wszystkiego, co napotka. Taka racja fruwa w powietrzu i chwytają ją, podobni mi, jajogłowi, którym często tylko krótkotrwały poryw pozwala na korzystanie z tej zdolności, natomiast w żadnym wypadku – zdolni bezkompromisowo przywalić w ryj lub ostatecznie rozwiązać „kwestię żydowską” – ludzie czynu. Na zdechlakach wprawdzie nie ostoi się naród (który potrzebuje muskularnych i wytrwałych oraczy, odpornych na wysokie temperatury hutników czy górników – a nawet łobuzów, najprostszymi środkami ściągających na ziemię takiego to czy innego poetę z głową w neurastenicznych chmurach), niemniej, o dziwo, od samego początku po dziś dzień (a i na tym dniu dzisiejszym pewno się nie skończy) na jednym z takich właśnie zdechlaków ostaje się ludzkość i wszechświat.

            Macania się z niesmakiem po kościach – zbyt kruchych, by bazować na nich jako na czynniku wystarczającym do poczynienia z nadziejami pierwszego kroku we współzawodnictwie o pozostanie w lidze człowieczej męskości. Uświadamiania sobie prawd niewygodnych, stojących w przysłowiowej rażącej sprzeczności do naszych samouwielbień czy samozachwyceń. Jeszcze napadany przez bolesne wspomnienia z roków swoich niby najlepszych poliglota snuje dalekosiężne plany wędrówek poza obręb występowania dwóch znanych mu języków (drugim jest pyryjski), a już przecież nie bardzo chce mu się wierzyć, że dotrwa do końca w, tak przecież dotąd czarownej, wędrówce przez bezdroża czwartego tomu przygód Pluxa.

            Budzę się ze zjeżonym ze strachu włosem, że przespałem śniadanie. (Mogę tak powiedzieć, ponieważ jestem łysy tylko w jednej trzeciej, a zresztą mówiłem o włosie (choćby jednym), a nie o (wielu) włosach, choć przecież i tych (nawet procentowo) sterczy mi z czaszki więcej niż na przykład zębów z dziąseł, co przypominam gwoli tej prawdzie, że diabeł tkwi w szczegółach, a wszak podświadomie czujemy, że, gdzie diabeł, tam chybocze się najistotniejsze, przy jakim zawsze chce być świadomy decydującości swej roli obywatel). Wszyscy na sali (oprócz mnie) na razie jednak śpią w najlepsze. Spojrzałbym na zegarek, ale ten mi odebrano jeszcze na Izbie Przyjęć. Wobec tego zwlekam się z łóżka i w kilku susach jestem na korytarzyku. Tamtejszy zegar obwieszcza z dumą (ze swej niezbitej punktualności), że jest godzina szósta minut 20. Śniadanie będzie o ósmej, można cokolwiek pokimać. Wracam do siódemki i pakuję się na wyro, choć sekundę wcześniej oświeca mnie myśl, że można by pójść się wysiusiać. Z pewnych rzeczy łatwo nie rezygnuję, lecz dla innych nie żywię aż takiego pietyzmu. Mówię sobie, że wysiusiam się wtedy, kiedy już naprawdę nie będę mógł wytrzymać z wstrzymywaniem urynowego upustu. Nawet nie czuję się źle. Gdzieś tam w mózgu miałem zakodowane, że dzisiaj trzeba wstać wcześnie, bo o tej właśnie porze mam do zrobienia coś bardzo ważnego, i organizm się dostosował. A co do rezygnowania, to, prawdę mówiąc, ono z początkowo mocno ugruntowanego przyzwyczajenia stało się teraz po prostu moją naturą. Chciałbym dawać dobry przykład, i to nie tylko młodzieży jako dającej się wyodrębnić części społeczeństwa – z natury rzeczy chłonnej na wzory. Dopóki człowiek jest zdolny do wsunięcia stóp w kapcie, dopóty może go porwać przystępnie zaserwowany ideał. Tak więc chciałbym dawać dobry przykład, gdyż za nim – przy dobrych układach – poszłyby miliony, co z kolei mogłoby lepszą sytuację interpersonalną, a, jako że persony zmieniają w ogóle świat, i bytową – wygenerować mi. Chciałbym dawać dobry przykład, lecz w tej chwili stać mnie tylko na przykładną prawdomówność, że byłoby to zbyt oderwane od tego, co wybrałem realnie; czym faktycznie siebie ustanowiłem. Rozziew pomiędzy tym, jakim widzieć siebie chciałbym, a tym, jakim widzieć siebie jestem zmuszony, rośnie w przysłowiowym postępie geometrycznym. A przecież zaraz wstanę. Mimo mojej, tak często biorącej mnie we władanie, bezwolności – coś tam jednak gada we mnie językiem siły. Zsuwam się z łóżka, wzuwam rozczłapane szpitalne chodaki. Mógłbym rzucić to wszystko; zapomnieć, że dzisiaj buduje się swoje jutro, które bynajmniej nie musi być równie łatwe do zniesienia jak to wysrane przez diabła gówno, com do tej pory znosił. Już nie mam sił wstrzymywać się od złorzeczeń najwulgarniejszych; wreszcie zrozumiałem, że bohater dokonujący cudów odwagi ma prawo zakląć w krytycznym momencie. Tak więc mógłbym się wykpić od powinności, którymi sam przecież się obłożyłem. Ale byt własny jest rzeczą, której w rachunku ostatecznym nie sposób się wyzbyć; może pamiętacie, jak to było z owym spopielonym tytoniem, co, spadłszy na podłogę, stał się matecznikiem, skąd wyszło – jak gdyby nigdy nic – siedem żywych mrówek, dźwigających na grzbiecie po jednym mrówczym jaju każda. Jesteśmy skazani na byt bez końca; nasza wolność w tym więzieniu sprowadza się do tego, że możemy tu, za cenę wysiłku, cieszyć się jego efektami – albo nie płacić tej ceny i cierpieć. Tak, tak! Cierpienie nie bierze się z trudu, tylko – z wałkoństwa i lenistwa! Tak filozofując, podchodzę do łóżka, na którym śpi Młody, by, wysunąwszy szufladę jego szafki na prywatne drobiazgi, wydobyć stamtąd zapalniczkę o pstrokatym wzorze. Teraz ostrożnie ją zasuwam… Udało się! Tylko tak dalej, ale nie zapeszajmy.