marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Październik 5th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 55

            Jestem skołowany na podobieństwo odbywającego trening wytrzymałościowy pilota, który dopiero-co opuścił wirówkę. Widzę, że przytęgawa (ale nie pulchna) pielęgniarka, o malującym się pod bluzką niby 2 krągłe kamienie rzeczne biuście, kończy zmywanie kieliszków. Te, wypełnione odpowiednimi (daj, Boże) zestawami pastylek, naczyńka z grubego szkła zmuszeni byli przytknąć do warg i wychylić moi oddziałowi koledzy. Przy czym zauważyłem, że i tutaj, jak wszędzie, dochodziło do „oszustw”. Brać psychicka to nie są bowiem maszyny przyjmujące wszystko, co im się wetknie, tylko ludzie obdarzeni instynktem samozachowawczym, a więc pewną nieufnością, nakierowaną także na domniemanych przyjaciół, czyli lekarzy. Co weterynarz zadysponuje, to musi brać zwierzę leczone. Ale hospitalizowany psychita jest człowiekiem – na równi z lekarzem. Mających, według zdania lekarza, zbawiennie wpływać na rozstrojony aparat jego myślenia chemicznych specyfików, dopóki nie będzie to dla nikogo, w tym dla niego samego, groźne, ma (przynajmniej teoretycznie) prawo nie przyjąć. Każdy człowiek wie, że zachowa skarb, który mu poruczono, człowieczeństwo, tylko do tej chwili, kiedy respektuje się jeszcze jego  prawo do wyboru. Tymczasem tu, arbitralnie stwierdzając, że chory do poczynienia racjonalnego wyboru nie jest zdolny, praktycznie „zbawienie” mu się wmusza. Pacjenci często więc symulują łykanie, w istocie przemycając wmuszane im specyfiki do kieszeń czy tam, gdzie się da. Sam regularnie przyjmuję od lat pewne minimalne dawki psychotropów – z tej racji, że gwarantują mi na ogół głęboki i wystarczająco długotrwały, bym po nim czuł się gotowy nieść ciężary dnia, sen. Chociaż taki rodzaj regeneracji wypada mi uznać za sen chemiczny, a nie – naturalny, godzę się na to, ponieważ inna droga do utrzymywania się w ramach dobowego rytmu wymagałaby ode mnie zbyt dla mnie uciążliwych wyrzeczeń. Opowiadał mi wspominany już w idącym tu tekście Napoleon Damunia, że znał wieśniaka, który, zapytany, jakie dobro w jego oczach jest najcenniejsze (własny pałac?, służba?, złoto?, srebro?), odpowiedział, że najbardziej sobie ceni do woli się wyspać. Otóż zdanie owego wieśniaka ja, z pewnymi zastrzeżeniami, podzielam. Pewnie, że taki sposób stawiania sprawy to nie jest wzór heroizmu, bo weźmy choćby znane z przysłowia susły, których nikt rozsądny nie posądza o nadmiar charakteru. Mój znajomy sprzed dawnych roków, poeta Zbigniew Zalewski, którego krasomówczej magii uległem silniej jeszcze niż – później – wymowie Damuni, i to do tego stopnia, że bez jego tyrad po prostu nie mogłem żyć, napisał wiersz, gdzie padły następujące słowa: „piekła ja nie przespałem; przespać nie mogę, nie chcę”. Chodziło mu o zaszłe na jawie koszmary wojny, której był świadkiem, uczestnikiem i ofiarą w jednej przysłowiowej osobie. Trwać w przytomności wobec okropieństw, na które skazywał go wróg (i Bóg?), miał za swój honor i dumę; walczył, patrząc w oczy oprawcom; ci zwyciężyliby go naprawdę bowiem dopiero wtedy, dopiero wtenczas uzyskaliby pretekst do wybuchnięcia tryumfującym obraźliwym rechotem, gdyby oczy swe spuścił i poszedł w kimkę; on wolał cierpieć i nie ulec, ocalić godność wrażliwego (wówczas) młodzieńca, którego usiłuje mentalnie zabić, ograniczony do pojmowania jednego tylko aspektu rzeczywistości, prostak w mundurze ze swastyką. Obrona przed deklasacją siebie dowodzi ambicji utrzymania w napięciu diamentu, który bez owego napięcia stałby się gównem; świata, który, nie stawiając oporu zakusom prymitywnej ideologii, cofnąłby się do stanu, kiedy inspirujących do zaszczytnego miana Artysty i Filozofa ludzi powstrzymywał uzbrojony w doskonałe zęby dinozaur. „Zwycięstwa cieszą; porażki uczą” – powtarza się wśród sportowców. Rozmaite rodzaje rozgrywek, w których rezultatach wyłaniają się zwycięzcy i zwyciężeni, zachodzą jednak wszędzie, nie tylko w sporcie, toteż rozumiecie już, skąd jestem taki mądry. Stąd, że ciągle przegrywam, o ile trzeba tłumaczyć.

            Nadstawiam obnażony do połowy tyłek wyposażonej w strzykawkę z ostrym szpikulcem osobie, która nominalnie winna mnie pielęgnować. Cios, ból i watka z kropelką zimnego spirytusu, po wszystkim. Podciągam dół pidżamy.

            ‘Sens nocy za dnia / się uzasadnia’. O co chodzi mi w tym wszystkim? Czy tylko chorobą mojego kompasu, który ustawicznie myli kierunki, można tłumaczyć bezczelność proponowania, mającym aż nadto swoich niezwalczonych kłopotów, ludziom – tekstu, gdzie grają same obsesje, nieprzyjemnie komplikujące rozrosły i tak do rozmiarów prawie niemożliwych do wytrzymania galimatias? Otóż każdy, a w tym i każdy z was, musi coś chłonąć, coś trawić, czymś się wzbogacać. Informacje płynące do was „z normalnego świata”, który żyje katastrofami, kataklizmami, wojnami i tym podobnymi ciekawostkami, teraz – być może – przestaną wam wystarczać. Teraz, gdy natknęliście się na galimatias tak kunsztowny.

            Niezbywalne potrzeby anemicznych meduz, których od już tak dawna nikt nie rozdeptał w naturalnym ich środowisku pokojowego, nudnego akwarium. Urojony przez, cierpiącego brak oznak istnienia Siebie Samego, Boga świat, który po upływie głupich miliardoroczy nazwie Go swoim urojeniem. Zgromadzeni w wielkiej sali telewizyjnej pracownicy kamieniołomu z wypiekami na twarzy oczekują na wcieloną delikatność mającej zaraz ukazać się na ekranie gwiazdy o cienkim głosiku i, jakże odmiennym od ich twardej codzienności, miękkim a zgoła nie topornym, widocznym, co prawda, w pełnej nagości tylko jako czubek góry lodowej, biuście seksbomby. Zabijać, jeść, reprodukować się, umierać – ten nieskomplikowany schemat powiela w całej rozciągłości niestety – tak człowiek, jak bakteria.

            Co mi dzisiaj pozostaje do zrobienia? Prawda, mam odebrać od pijusa z piątki flaszkę z kroplą alkoholu. Dobrze, że tylko to, bo niedobór snu powoduje, że jestem teraz prawie nieprzytomny. Za 5 minut zaryję w łóżko i zasnę snem kamiennym, ledwie przyłożywszy twarz do poduszki. Do czego służy poduszka? Do podłożenia pod uszka. Niewątpliwie. Rozmyślania nie obliczone na wyprowadzenie konkretnego wniosku wyhamowują jednak uzewnętrznioną aktywność; co prawda, tutaj do konkretnego wniosku doprowadziłem, wykazując wszelako samorzutną oczywistość. Rozpoczęte sprawy należy finalizować, inaczej bowiem, idąc w nieskończoność, będą się nam rozmywać, co grozi nie tylko takich niepożądaną dezaktualizacją (tę od biedy można jeszcze zażegnać, wykazawszy ich ewentualną ponadczasowość), ale ich całkowitym rozmydleniem – jak w tej przypowieści o mydle, które, maczane po wielekroć w dociekliwościach niezfinalizowanych, niczego nie wymyło, nie wyprało, nie wyczyściło, a straciło formę klocka, rozpraszając się po kątach kosmosu, całkiem unieszkodliwione. Idę. Tego marszu będzie jednak niewiele. Piątka jest tuż. Zaglądam przez małe okienko w drzwiach, umiejscowione na wysokości oczu stojącego człowieka o przeciętnym wzroście. W salce są wszyscy. Rozwaleni na łóżkach, sprawiają wrażenie więźniów celi śmierci, którym przed chwilą oznajmiono, że egzekucja odbędzie się nazajutrz. Wszedłbym tutaj bez pukania, bo w ostateczności względy okazywane osobom tak prymitywnym mogłyby je najwyżej rozsierdzić (mężczyźni nie wiedzieliby po prostu, o co mi chodzi), a jednak moje niezdecydowanie, podszeptujące mi jakże często decyzje absurdalne, przeważa. Pukam i, nie czekając na jakieś „wejść!” czy inny znak przyzwolenia, wchodzę.

            – Przyszedłem po zapłacony alkohol.

            Lubiący Sobie Popić unosi głowę, potem wspiera się na łokciach. Wsparty na nich, patrzy na mnie oceniająco. Tak, jak gdyby to, czy mu się spodobam, czy nie, miało rozstrzygnąć o „ewentualnym” dochowaniu umowy. Być i to może, że podobnie jak ja nim, on pogardza mną. A pogarda zwalnia od wszelkich zobowiązań. Chce mi się płakać. Napotykając w życiu podobne temu doznania, posuwałem się nieraz do szeroko rozbudowanych planów zbrodni lub samounicestwienia. Po chwili jednak obezwładniała mnie myśl o konsekwencjach takiego czy owakiego kroku. Poznani przestępcy, którzy w psychiatrionach odbywali sprawdzian poczytalności, uświadamiali mnie wprawdzie już dawno, że lepiej jest wykonać morderczy plan, a następnie, choćby drogo, za to zapłacić, niż truć się zabijającą po troszku samego ciebie świadomością zaniechania. Nie jestem może inny. Tym niemniej mam dokąd wracać z wypraw w pół kroku urwanych, przezornie zaniechanych. Posiadam małe pólko wyobraźni, gdzie mą swobodę stawiania tanecznych figur ogranicza tylko echo strachu przed groźbą stanięcia na poważnym polu chwały, nie strach sam. To małe pólko wyobraźni może tylko pozornie obejmuje przestrzenie olbrzymie; daje pojęcie o życiu i świecie, nie wchodząc w życie i świat – innymi drogami niż ta, o której złośliwiec powie, że jest to dreptanie w miejscu przed ekranem telewizora czy głośnikiem radia. Schizofrenia? Nie. Jako dwudziestoparoroczniak (był wtedy piłkarski mundial w Argentynie) pracowałem i fizycznie, a to przy szpadlu, w Bieszczadach przez 2 letnie miesiące. Wczesne tam wstawanie i wysiłek mięśni zadziałały natychmiastowym, wręcz automatycznym – przywróceniem snu w nocy bez żadnych leków. Za dnia też tam leków nie brałem, a funkcjonowanie mózgu było równie dobre, jak wcześniej i później z lekami, na co mam dowód w postaci całego zeszytu niezłych wierszy, pisanych w wolnych od kopania chwilach. Do takiej harówy z wolnej własnej woli sam już bym się nie zmusił, ale gdyby zmusił mnie do takiej ktoś inny? Albo inne życiowe okoliczności? Baba sama też raczej nie pozbawi się dziewictwa! Przykre dla człowieka oraz jego otoczenia efekty, określane przez – pożal się, Boże! – specjalistów (jakiż śmiertelnik czy śmiertelnica w tak skomplikowanej dziedzinie jak praca mózgu śmie mieć się za specjalistę?!) tajemniczo tak zwanym „numerem jednostki chorobowej”, który to kryptonim oznacza „psychozę maniakalno-depresyjną”, „psychozę schizo-afektywną” czy „schizofrenię paranoidalną” (raz bowiem „byłem chory” na to, raz na tamto, raz na owamto), według mnie są wynikiem bynajmniej nie choroby. ‘Rzucę i dyskiem, chociaż / właściwie jestem młociarz’. Jak się nawykłemu do bezwarunkowego posłuszeństwa przez dziesiątki tysiącroczy, żyjącemu reprezentantowi rodu odwiecznych niewolników – ofiaruje raptem wolność, to czy on z samodzielnym, właściwym nowoczesnym demokracjom decydowaniem o sobie nie będzie miał kłopotów? Ale te kłopoty zwać chorobą? Czy tu wystarczy powiedzieć, że widocznie jednak jest chory, ponieważ skumulowany w nim ród nie umiał się przestawić, nie zdołał przystosować się do nowych warunków, to bowiem właśnie zdolność przystosowywania się do zmienionych warunków życia stanowi o psychicznym zdrowiu, czyli o pełnowartościowości biologicznej danej jednostki od strony jej sił świadomościowych i decyzyjnych? No dobrze, a zasadniczo dlaczego ja tak zawzięcie upieram się przy tym, że nie obarcza mnie żaden organiczny defekt mózgu? Otóż dlatego, że nie jest mi wszystko jedno, czy światem będzie rządzić prawda, czy jej zafałszowanie; czy ludzie zdolni do objawiania światu nowych jego przeznaczeń gnić będą w psychiatrionach, czy, przeciwnie, znajdą się tam, skąd ich głos wyraźnie i w całości dotrze do ludzkości, prawdy złaknionej. Schizofrenia jest to po polsku rozszczepienie jaźni i w pewnym sensie takie jest mym udziałem. Notorycznie popełniam ten błąd, że jednego chcę, a drugie robię. W konfliktach, a więc tym, co przesądza, że jesteśmy żywi, nie zaś mechanistyczni (byt jako mechanizm byłby nie mógł w ogóle zaistnieć, nie tylko to zatem, że nie jesteśmy maszynami, ale i to, że nie możemy, nie wolno nam być maszynami, jest ponadczasową prawdą, a więc prawem bytu!), wyobrażam sobie może zbyt często, co by było, gdybym znajdował się na pozycji mego przeciwnika, co wypływa z defensywnego założenia, że i ja pewno znajdę się kiedyś w jego sytuacji i nie chciałbym wówczas być potraktowany równie bezwzględnie wrogo. Rozszczepiam więc moją jaźń na myślenie w swoim – i w jego imieniu. Czego więc się czepiam, gdy określają mnie mianem „schizofrenik”? O to chodzi, że jest to miano obraźliwe. Epitet. Ktoś na przykład może być Żydem, ale w Polsce, gdzie na ogół to zakwalifikowanie ma wydźwięk pejoratywny, gdy ktoś inny krzyknie doń: „ty, Żydzie!”, to on się poczuje conajmniej nieswojo. Dosyć. Co za dużo, to niezdrowo – nawet w przypadku prawdy. Powarrujmy.

            Siania defetystycznych przysłowiowych pogłosek. Wspinania się na palce, obcasy, koturny. Przewrażliwiony na punkcie swojej męskości osesek za nic w świecie, nawet za świat cały, nie daje się przekonać do włożenia na głowę, zgoła według niego niemęskiej, czapeczki z pomponem. Już domokrążne gryzonie, bez dogryzania spokojnym mieszkańcom tych luksusowych nor nie będące w stanie się obyć (to bowiem przekreślałoby ich nazewniczą tożsamość), wychodzą na trotuary bez skrępowania. Niestety człowiek, jako prawowity posiadacz planety Ziemia, pomału przestaje występować tu w roli, mającego to miano głównie dzięki gnębieniu innych gatunków, hegemona. Jeszcze unosi głowę na dźwięk bojowej trąbki. Już jednakowoż jego moralność przypisuje sobie inną genealogię aniżeli ta, z którą szedł przez wieki. Już nie morale (czyli duch bojowy, mający wszelkie cechy instynktu), tylko znany mu z dziecięcych bajeczek morał (wskazujący na pośredniej drodze rozumowania, że ducha walki warto kultywować) podpisuje się pod jego zachowaniami jako naczelny motywator. Co by nie mówić, zawsze trzeba powiedzieć, że jednak nie ma co biadolić nad rozlanym mlekiem, skoro dzięki temu uzyskaliśmy tak cenną wiedzę o naszej niezdarności. Wszystko, każdy wybór, ma swoje strony dobre i złe; dlatego może lepiej, skoro zawsze tyleż samo przemawia za pójściem w lewo, co i w prawo, zdać się na to, co przychodzi do głowy jako pierwsze, i nie rozważać w ogóle ewentualnej większej sensowności drugiego skrzydła wyboru, ponieważ w praktyce byłaby to jedynie strata czasu, wysiłku i energii.

            – Mówiłeś coś? – rzuca bezczelnie Lubiący Sobie Popić. Na chwilę paraliżuje mnie.

            – Słuchaj, kolego – mówię głosem drżącym z emocji, jako że postanowiłem teraz postawić tak zwane wszystko na jedną przysłowiową kartę i nie wiem, czy po czymś takim ze strony Pijusa (a pewnie i jego kompanów) nie spotka mnie odprawa naprawdę godna kryminalnych kronik. – Tu widzisz, że nie przedstawiam sobą siły zdolnej zagrozić czemuś więcej niż insektowi, i to takiemu o słabym refleksie, za to nadzwyczaj refleksyjnemu, jedno bowiem równoważy drugie. Lecz pozory niekiedy mylą. Jeżeli nie czujesz się w obowiązku dochować po dobroci warunków umowy, którą zawarliśmy, to posłuchaj, czym mogę ci zagrozić, jeśli ich nie dochowasz. Otóż wiem, że doświadcza cię co jakiś czas poważna obsesja, której tak niepożądane odwiedziny próbujesz od lat zażegnywać rozmiękczaniem sobie mózgu „doskonałym lekiem na wszelkie przypadłości”, alkoholem. Jeśli nie dasz mi natychmiast tej butelki z kroplą wody ognistej na dnie, za którą zapłaciłem ci już czymś wartym, kto wie, czy nie całej cysterny takiego płynu, to sprawię, że koszmary z gościa twoich snów przeistoczą się w stałego ich lokatora. A mogę to zrobić, ponieważ władam snami wszystkich istot we wszechświecie. Wybieraj.

            – Nkube, opowiadałeś mu o tej hienie chwytającej mnie zębami za gardło?… – zbielałymi wargami rzuca ku facetowi, z którym poprzednio odbyłem pyskówkę. Ten Nkube leży teraz bez ruchu na swoim wyrze, choć równie dobrze mógłby przecież tam się wiercić.

            – Nie opowiadałem – rzecze. – Ale mógł podsłuchiwać, gdy ty mi się zwierzałeś.

            – Nie mógł – stwierdza drewnianym głosem Lubiący. – Mą tajemnicę zwierzyłem ci tydzień temu, a on kibluje tu zaledwie od wczoraj. Chyba, żeby zarzucić przyczynowość, co ponoć teraz modne w kręgu takich jak on oberżystów czy reportażystów.

            – Reportaż  z a w s z e  bazuje na fakcie i chronologii! – mówię z mocą, udając tylko oburzenie, bo i czym jest ewentualna zawodowa duma wobec groźby utknięcia na całe – nie daj, Bóg! – półrocze w placówce leczniczej dla nieuleczalnych mokrorobów. – My, reportażyści, nie stosując się ściśle do reguł gatunku, natychmiast stracilibyśmy pozycję na runku, by ledwie tylko napomknąć o niebezpieczeństwie mylenia nas przez co mniej wyrobionego czytelnika z pospolitymi literatami, którzy nad faktograficzną prawdę ośmielają się wynosić, rzekomo prawdziwe, zmyślenie! Poniekąd, co było, to było, i ważne najbardziej, jakie kwiaty zasadzimy na tym nawozie historii, zamiast perspektywy kształtowalnej jak nic innego przyszłości poświęcać na ołtarzu utrwalonej i, niezdatnej w niczym do poprawienia, przeszłości. Tak więc żal przeznaczać, nieodnawialne przecież!, środki – rozpamiętywaniom, skoro można je też włożyć w marzenia, wcześniej czy później krystalizujące się w plan. Ale historia bez przeszłości byłaby jak dom bez fundamentów i bez wiedzy o takich – fundatorach.

            – Dobrze, że już zapomina, po co tu przyszedł – wymrukuje Nkube, co przeszłoby bez echa, gdyby nie to, że, jak niegdyś na warsztatach Centrum Literackiego „Gremium” stwierdził prowadzący zajęcia poeta Jan Marszałek, „mam ucho”. Wiadomo, że ucho i echo w trzech czwartych jest to to samo. I to tak od strony brzmienia, jak i znaczenia. Wprawdzie  współcześni polscy profesorowie nawykli o przełomowych dla nauki sprawach dowiadywać się „u źródła”, czyli z obcojęzycznych publikacyj profesorów zagranicznych, obezwładnieni samobójczym wmówieniem, że „naszym zadaniem długo jeszcze pozostanie nadganiać dzielący nas od Zachodu dystans, nie zaś przodować”, lecz przecież tym lepsze, bardziej kontrastujące, stanowi to tło dla moich dynamicznych działań niepokornego odkrywcy. Niemniej, dla względów kompozycyjnych, ten ostatni aspekt sprawy na chwilę zawieśmy. Długie roki narodowej niewoli (a w tym kilkakroć dłuższa jeszcze tułaczka ważnych dla nauki polskiej spolonizowanych mniejszości etnicznych) nabawiły nas kompleksów. Przyzwyczajeni do tego, że wszystko, co nowe (także w języku), przychodzi skądinąd (a że też i stare musiało być kiedyś nowe, to skądinąd przyszło do nas, widać, wszystko w ogóle…), rzadko tylko kiedy i z małym natężeniem uwagi przyglądamy się własnemu podwórku. Nasi archeolodzy w poszukiwaniu starożytności odbywają regularne eskapady do dalekich zamorskich krain, podczas gdy ich rodzinna ziemia, kryjąca – być może – relikty kultury wprost niemożliwej do przecenienia, wciąż tylko czeka na systematyczną penetrację. Z kolei i w nauce „światowej” mało kto zdaje sobie sprawę, że najtrwalsze świadectwo dawnych dziejów człowieka codziennie po prostu samo wpycha się nam w ręce; że z zabytkami najdawniejszych er i epok mamy do czynienia nawet wtedy, gdy wygodnie sobie w naszych łóżeczkach śpimy i śnimy. Oczywiście sami jesteśmy, odświeżanymi tylko, a to dzięki copokoleniowym prokreacjom, zabytkami, składowiskami starożytnych genów. Ale tu chodzi o materiał, który daje się badać (i na małą skalę  j e s t  badany przez nieledwie każdego ciekawskiego człowieka) bez laboratoriów. ‘Laba’ to po polsku ‘leniuchowanie, czas wolny od pracy’; przekorny wobec języka pierwotnego twórca łaciny, który siłą rzeczy musiał każde swoje słowo sytuować  w o b e c  polskiego wzoru (tak, twierdzę, że polszczyzna jako język pierwotny jest sposobem dźwiękowego przekazu myśli najstarszym, a więc z konieczności logicznej starszym i od łaciny), utworzył ‘labę’ z jej znaczeniowej odwrotności: ‘pracy’, natomiast łaciński odpowiednik polskiego słowa ‘pracownia’ znalazł w konstrukcji brzmieniowej: ‘laboratorium’. Bo i chodzi tu o zabytek, którym na co dzień (i od święta) się posługujemy, nie wchodząc zgoła w jego moc i tajemnice. O słowa. Tak i słowo ‘echo’, wywodzone przez etymologów od jakichś „starogreckich boginek”, naprawdę ma swój rodowód, jak to wyżej ja wywiodłem, czysto polski. Konserwatyzm jest może dobry w obyczajach, ale nie w nauce, której pracownicy i kibice żyją nadziejami sformułowania takiej prawdy o rzeczywistości, co odetnie się od pępowiny – pozwalającej żyć jedynie pod warunkiem dalszego utrzymywania zależności od macierzy: poglądów wywyższających kulturę  n a m  obcą i niezdolną funkcjonować bez konserwantów, spośród których to właśnie nasza skłonność do podporządkowywania się jest dla nas bodaj najgorszym. „Hasła, które z marazmu poderwie, / się spodziewać trudno po konserwie”. Prawda ma wiele dorzeczy. I każda większa rzeka z tych różnych dorzeczy pretenduje (a twierdzę, że jest to pretendencja zdrowa) do objęcia swoim imieniem – rzeki głównej, tej rzeki rzek, dziś jeszcze wpasowującej się w ocean jako kultura grecko-judejsko-łacińska czy – ostatnio – anglosaska.

            – Nie zapomniałem, po co tu przyszedłem – mówię. – Tym niemniej chcę, żebyście wiedzieli, że moją władzę nad snami dosyć chyba umiejętnie łączę z techniką reportażu!

            – Po co się tak gorączkujesz, Pyryjczyku – Lubiący Sobie Popić reaguje na szczęście tak, jak chciałem, i, przegiąwszy się ku przyłóżkowej szafce, odchyla jej drzwiczki, by małą butelkę, z dosłownie kroplą przezroczystego płynu na dnie, stamtąd wydobyć. Powie ktoś, że, pisząc ten, tak mało mający wspólnego z życiem, tekst, wszędzie robię to, co chcę. Odpowiem na to. A cóż to takiego człowiek, nawet nie koniecznie taki jak ja, może chcieć! Jestem, jak i inni, tylko niewolnikiem nawyków, które mi wpojono. Pewne nawyki, jak mus codziennego pisania i rozmyślania, wypracowałem wprawdzie sam, innym – z konieczności zderzenia chcianego ideału z realnymi możliwościami własnej natury – sam uległem. Ale w pewnym sensie na to, co piszę, sam nie mam decydującego wpływu. Może nie to, że rządzi mną jakieś nienawistne fatum czy przeciwstawny mu dobry duch. Krok przemyślany wykonujemy, sięgając do pamięci po najlepsze z zakodowanych w niej rozwiązań, a więc z tego, co już niegdyś było; nowe (to jest takie, jakiego ja ze względu na coś, o czym nie omieszkam poinformować was dalej, wypatruję z najintensywniejszą pożądliwością) rozwiązanie problemu, w którą stronę należy postąpić (postępujemy bowiem zawsze tam, gdzie należy), podyktuje nam tylko akt irracjonalny. Jestem więc z zasady – antyzasadowcem, co w praktyce sprawia, że rządzi mną przypadek. Przypadek, którego kanty spiłowuję pilnikiem logiki, czym na tyle oswajam to dzikie zwierzę, że zbyt często raczej nie pokąsa.

            Biorę z rąk Lubiącego tę cholerną buteleczkę i wybywam z lokalu, rzucając mu tylko na obchodne, zdobny zresztą w pokrętne ornamentacje, tekścik mający zaświadczać o mojej niezależności od tego, co ten Murzyn próbował na mnie wymusić: wrażenia, że dostąpiłem oto wielkiej i niezasłużonej przeze mnie łaski z jego strony:

            – Powiem ci, kolego, że cieszy mnie (o ile w tym pieprzonym pudle cieszyć może cokolwiek) twoja usłużność przy serwowaniu mi pańskiej (niewątpliwie stać cię na taką!) rozrzutności. „Poszedł w ideału ślady, / naśladując jego wady”, że zacytuję jednego ze Starożytnych. Oczywiście nawet wady ideału, skoro takie jakimś cudem wypatrzymy, są dla przeciętniaka rzeczywistością z półki zbyt wysokiej, a przez to wartej zachodu. I to by było na tylnej części mojej pożegnalnej reakcji na to, jak ty wobec mnie tu się zachowałeś.

            Trochę się bałem, że tym „przeciętniakiem” chłop poczuje się obrażony, ale okazało się, szczęściem, że dla niektórych określenie „przeciętność” jest raczej wręcz powodem do dumy. Według logiki zdroworozsądkowej ‘przeciętny’ to bowiem tyle, co ‘normalny’ lub ‘zwyczajny’ czyli ‘prawdziwy’. Chyba jednak nie każdy (a to może z uwagi na chęć przynależenia do  g r u p y ,  jaka nie znosi ważniaków) chce być wyjątkiem. Tumanieni przez polityków, którzy podobno zawsze mają na uwadze przede wszystkim zwykłego człowieka interes, ludzie – ze swą przeciętnością, pospolitością, wręcz się obnoszą. Ale nie. Nie pójdę po tej linii, a to chociażby dlatego, że nieledwie wiem, iż do ludzi prostych nie trafię. Przynajmniej bezpośrednio. Tak, jak do tych, dla których tekst niniejszy będzie, jak mniemam, potrawą i posilną, i smakowitą. Pryzmatem tak skupiającym i zarazem rozpraszającym światłomrok świata, że jego problemy staną się dla nich czymś, co nie jest ani zbyt oślepiające, ani nazbyt zaciemnione. Wprawdzie tylko przeciwności pobudzają nas do działania, ja natomiast najwyraźniej moim trudem chcę ludziom sprawę ułatwiać. Ale ułatwienie sprawy, jakkolwiek może pomniejsza takiej powagę czy nierozerwalną z powagą groźność, niekiedy umożliwia dopiero jej załatwienie, a czasem w ogóle – dostrzeżenie. To zresztą być może, że ludzkość, w której imieniu czuję się na siłach (i w obowiązku) wypowiadać, żyje jedną tylko sprawą, więc nie wolno mi mówić, że, załatwiwszy jedną, swobodnie przejdzie do drugiej. Tym niemniej ta jedna i jedyna sprawa ma wiele aspektów, które, unieszkodliwione, odrastają po pewnym czasie jak łby ucięte mitycznym hydrom i nie dadzą nam powodu do narzekania, że oto spoczniemy już na zawsze, ponieważ nikt i nic nie stawia nam groźby tak strasznej, iż w imię tego jesteśmy poniekąd zmuszeni aktywnie bronić swego bytu. Kiedy ogarnia nas – prawda, że nieznośna – słabość przedśmiertna dziesięć, dwadzieścia, sto razy, rozmyślamy, co zrobić nie to, żeby uchronić się przed teoretycznie neutralnym doznaniowo niebytem (bo na taki – być może – postanowiliśmy już przystać), lecz przed tym, że okazuje się on w praktyce nie do zniesienia. A od tego jedna jest tylko droga ucieczki: żyć dalej! Może nie tyle straszny jest niebyt – stawiamy pytanie – , ile brama, przez którą trzeba się w, znajdujących się tuż przed progiem granicznym naszej wytrzymałości, bólach przeciskać, by wreszcie w błogosławionym bezstanie niebytu się zatracić? Niestety niebyt jest wartością nie do odnalezienia. Istniejemy bowiem, nie istniejąc, i niżej już nie spadniemy. Prawem symetrii nie powinniśmy też wyżej wznieść się. Tym niemniej są bytów różne rodzaje i nasz interes w tym, ażeby podpaść pod kategorię takiego, którym da się czerpać satysfakcje nie poszatkowane jak kapusta na wigilijnym stole, tylko ciągłe jak jej nieposzatkowany głąb. „Jestem żywy jak ogień w watrze, / gdy śmierci prosto w oczy patrzę” – zwolennikom minimalizacji niebezpieczeństw takie postawienie sprawy nie pójdzie oczywiście w smak, ale tu wychodzi na to, że, podpisując się pod apelem o życie jak najpełniejsze i, zarazem prezentując postawę chętnego widzieć się tam, gdzie, by takiego doznawać, największe są szanse, dopuszczam się sprzeczności. Najżywiej bowiem jest wtedy, gdy szanse na przeżycie są minimalne, a mimo to wychodzimy z opresji cało. Stąd też zresztą entuzjazm wszelkiej maści ryzykantów, w tym zawodowych hazardzistów, chociaż ci ostatni – bywa, że ze skutkiem – pomagają losowi, zamiast do końca go rozsierdzać.