marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Październik 4th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 54

            Zapewne rodzi się tu, poniekąd samo, pytanie obejmujące nieco większy obszar: po co w ogóle piszę. Cóż. Choćby po to, by wykazać, że opowiada banialuki ten, kto twierdzi, że naprawdę ciekawą literaturą obdarzyłby świat dopiero, mocno bijący i działający w czasach najgorętszego dziejowego tumultu, zomowiec. Wszyscy żyjemy dla satysfakcyj, komuż bowiem uśmiechałoby się wykonywać tę ciężką pracę bez wynagrodzenia. Otóż satysfakcję rozmiarów chyba najpokaźniejszych stanowiłoby udowodnienie tezy, przy jakiej chcę obstawać a która jest karkołomna jak nic innego: że byt, w którym trwamy, ma sens, cel i jest konieczny, a nie zbyteczny. Czy przy takim postawieniu sprawy ostoi się etos zomowca, pałującego niechby nawet i na 1000 sposobów? Albo pionierska praca z zakresu dietetyki „1000 potraw z jednego kartofla”? Nie mam za złe nikomu, że podważa rację mojego istnienia; to bowiem skłania mnie do obrony, a więc do przyjęcia postawy czynnej, dalekiej od znieruchomienia nad kartką, kiedy to z długopisem w dłoni łamałbym sobie łeb zagadnieniami wyłącznie formalnymi, a to jak elegancko zrymować defetystyczny fakt, że „nic nie wiem”, z drugim mu podobnym, że „nic nie chcę”. Skoro bowiem coś naprawdę istotowo mnie zaboli, to najoczywiściej okaże się, że jednak wiem, iż nie chcę, żeby mnie obrażano, zabijano! Okaże się, że przecież chcę wykazać napastnikowi, że myli się, iż jestem nic niewart, wobec czego ze spokojnym sumieniem można przeznaczyć mnie na odstrzał, ponieważ beze mnie rzekomo świat i ludzkość doskonale sobie poradzi, a nawet wyjdzie to lepiej dla nich, bo pozbędą się wreszcie uciążliwego darmozjada. Wola zamanifestowania innym dumy z własnego istnienia (jakiekolwiek by ono nie było) bywa dla nich niebezpieczna, zwłaszcza gdy pozyska się ideologiczny oręż, który uzmysłowi tobie, że bynajmniej nie musisz siedzieć cicho, gdy inni wieszają na tobie psy. Z tym, kto ma w ręku broń i wolę jej użycia, ludzie się liczą; będą natomiast dążyć do tego, ażeby twoją broń z rąk ci wytrącić i móc się z tobą nie liczyć, do tego albowiem sprowadza się sytuacja zaistniewająca po osiągnięciu, czczonego nieprzerwanie przez wszystkie rozsądne narody, zwycięstwa. Tu szanowny czytelnik widzi, jakże poważne, a więc godne chyba zastanowienia, powody składają się na taki jeden czy drugi „nieodpowiedzialny” wyskok człowieka „postrzelonego”, który „bez zdania racji” dopuszcza się aktu agresji na Bogu ducha winnej  osobie. Ów wyskok bierze się stąd, że „wariat” chce, by się z nim (przesadnie?) liczono. Tyle tylko, że kroki drodze ku temu celowi przedsiębierze na ogół w sposób nieumiejętny. O swoim istnieniu dowiadujemy się – podobnie jak o istnieniu ciemnej energii i ciemnej materii  dowiedzieli się nasi astrofizycy – z zachowań innych ciał i sił. Nie widzimy swoich głów, twarzy, pleców, tyłków. Jeśli inni ludzie nie liczą się z naszym istnieniem, to znaczy, że nie istniejemy, a z czymś tak przerażającym jakże miałby się pogodzić człowiek, który wszak ma prawo być dumnym z tego, że jeszcze przed niewielu godzinami wstecz tej godzinie lub temu czasowi, jak gdyby nigdy nic, to jest tak, jakby istniał, kupował w pobliskim (swemu miejscu zamieszkiwania) sklepiku nienawistne, kaszlotwórcze papierosy; jechał autobusem, metrem; jadł obiad z rodzicami; odwiedził mieszkającą osobno żonę; oglądał na jednym z telewizyjnych kanałów, dozwolone już w jego półstarczym wieku, nieprzyzwoite filmiki! Obojętność ludzka mówi mu tymczasem, że on nie istnieje!! Jak tych skurczybyków przekonać, że nie mają racji??? Jak nie uda mu się napisać tej przysłowiowej opery, to chyba normalne, że pierwszemu napotkanemu przechodniowi przywali w buziuchnę?! „Jak nie zrobisz czegoś, co zasługuje na uwagę, pozostaniesz bez imienia” – znamy od dziecka (edukowani wszak nie wyłącznie na mających swą specyfikę, aczkolwiek nie dających pełnego wachlarza postaw, opowieściach o dobrotliwych krasnoludkach) to indiańskie przysłowie. Lepsze jest nawet złe imię (a to zwłaszcza w świetle serwowanej czytelnikowi teorii o dobru i   z ł u  jako o jedynych w pewnym sensie i koniecznych budulcach bytu) niż zupełna bezimienność. W morzu zła jak wszelako ostoi się malutki stateczek dobra? Cóż, nie raz w tym, przecież pieprzonym, a tak niestety mało pieprznym, tekście odwoływałem się do przysłów, tej mądrości narodów. Odwołam się jeszcze raz (choć nie obiecuję, że będzie to raz zarazem ostatni). Wyjątek potwierdza regułę? Ośmielę się tutaj zmodyfikować to powiedzenie, i to właściwie odwracając do góry przysłowiowymi nogami jego sens. Wyjątek albowiem  r z ą d z i  regułą! Jeśli wszystko, poza wyjątkiem, będzie w tym świecie (czyżbym albowiem był tu zmuszony przyznać staroświatopoglądowo, że zło i dobro funkcjonują jedynie w przysłowiowo dziwnym świecie wyłącznie  l u d z k i c h spraw?) przesiąknięte złem, to ten wyjątek, jako synonim dobra, sprawi, rządząc swoją ogromną tylko rozmiarami antytezą, że i sens całości świata jak najbardziej stanie się pozytywny! Tylko jak to połączyć z widoczną niby już na pierwszy rzut przysłowiowego oka kreatywnością zła i poczciwą dobra myślową opieszałością? Czyż to nie aktywne (bo oparte na twórczej intelektualnie negacji) zło ma być reduktorem i regulatorem pasywnego dobra, które rozlewa się bezmyślnie w samozadowoleniu, nieświadome, że chwilowy stan wzniesienia, w jaki weszło, zawdzięcza złu właśnie? Czyż to więc nie zło winno być rządzącym regułą wyjątkiem? Innymi słowy, czy to nie Bóg wobec swego stworzenia winien być zły, to jest niewyrozumiały i nie dający nikomu innemu choć łudzić się, że posiada jakikolwiek udział w Jego rzeczywistym samowładztwie? Dla jakiego celu nadrzędnego? – zapyta ktoś. Cóż. Jeśli niniejsze posłanie może do kogokolwiek dotrzeć, to w każdym przypadku tylko do ludzi, którzy współcześnie żyją, plus jeszcze może do tych, którzy żyć będą w przyszłości, o ile do tych czasów idący tutaj tekst się zachowa. Nie może chyba być mowy, że wczyta się weń czytelnik nie mający pojęcia, czym istnienie poprzez życie w człowieczym kształcie i funkcjach jest. Każdy z was wie więc, że życie własne stanowi wartość, której na ogół z byle powodu się nie wyrzekamy. Otóż życie może być gorsze lub lepsze, lecz w każdym razie jest lepsze niż stan, w jakim zmuszeni jesteśmy trwać, gdy je utraciliśmy, a to gdy materia naszych ciał zostaje zmiażdżona czyimiś zębami i strawiona w czyimś żołądku lub – utrwalona w formalinie, względnie nawet w balsamach – na jedno wychodzi. Wybieramy tedy życie, ponieważ mamy w głowie pamięć dziecinnych sporów, w których tryumfował ten, kto wykazał, że to jego argument lepiej trafia w sedno poruszanego problemu. Pamiętamy, jaką radością dla nas jest nasz własny tryumf czy w ostateczności tryumf tych, z którymi się utożsamiamy, natomiast jak brzydnie nam wszystko, gdy  tryumfuje nasz lub naszych faworytów przeciwnik. Lepiej jest więc wygrywać niż przegrywać. A że bywa nam to obojętne i, grając pro forma, wręcz z góry nastawiamy się na klęskę, bo, dajmy na to, nie dowierzamy swoim umiejętnościom lub wiemy ze smutnego przyzwyczajenia, że jakieś przypadkowo trafione, mimowolne zwycięstwo byłoby dla nas kłopotliwym tylko zabłąkaniem się na ziemię obcą naszej pechowej z gruntu naturze, gdzie nie potrafilibyśmy być sobą, czuć się swobodnie?… Cóż. Sto tysięcy ludzi na stadionie (i miliony przed telewizorami) to pechowcy rozlokowani wygodnie na trybunach – obserwujący garstkę szczęściarzy… tyrających na boisku w pocie czoła i do utraty przysłowiowego tchu! Co prawda, i pośród wygodnisiów na trybunach rozbudza się niekiedy kreatywny aktyw. Żal nam ofiar kibicowskich zamieszek; zupełnie pomijamy ontologiczny aspekt sprawy, że ogólnoziemski biosystem (działający – być może – w analogii do systemu wszechświatowego, i to kto wie, czy nie jako układ  n a ś l a d o w a n y ) wymaga, ażeby w nim coś naprawdę się działo, nie zadowalają go działania pozorne. Sytuacja, że gwiazda mija drugą gwiazdę, zmienia wzajemny układ tych gwiazd, niemniej nie doprowadza do radosnego orgazmu: satysfakcji, że wskutek pochłonięcia jednej – przez drugą gwiazdę, byt (tej gwiazdy, która swą rywalkę pochłonęła) został zachowany! Świadomie w poprzednim zdaniu zastosowałem nawias! Bo tu poprzez zwycięstwo silniejszej bytującej gwiazdy został uratowany, na pewien tylko czas wprawdzie, historyczny, a więc podany ku przyszłości, wszechświat! Byt ogólny! Doszło do pozytywnego (mam nadzieję, że czytelnik tak samo to oceni) rozstrzygnięcia. Skazani na bluesa, czyli na smutek, doczekali niemożliwego: otworzenia się nowej, radosnej już, perspektywy. Gdyby nie chwile gorsze, nie postałoby nam w głowie docenić tych lepszych. Tak samo i tutaj: zagładzie części pewnej całości pozostała część tej całości, która odtąd będzie funkcjonować już jako całkowity sukcesor imienia i praw tej całości, zawdzięcza własne ocalenie! A w rezultacie ocalenie jedynego bytu, jaki ma szansę prolongować swój bieg ku nieskończoności!!… Co tedy dla zachowania przy istnieniu tego, o czym powiemy, że posiada jedyną prawowitą bytu rację, ma robić ta inna, pechowa dla odmiany, bytowość, której takiej bezwzględnie prawomocnej racji brak? Ma bez sprzeciwu dać się pożreć? Żyć, póki się da, lecz ze świadomością (lub tę świadomość w sobie zabijając bądź od siebie odganiając), że„dobro to wola silniejszego”, w związku z czym tylko patrzeć, a jej życie się skończy? Gdzie więc swoje miejsce na scenie świata ma mieć słabszy? Otóż to, co istnieje, ma sens, natomiast – postępując logicznie – to, co przestaje istnieć, traci też sens. Gdyby jednak było to aż tak proste, doświadczenie życiowe nie dostarczałoby nam przykładów nawracania dawnych obsesyj, gdzie rolę nie do zlekceważenia odgrywają ludzie zmarli. Ha, w pamięci pozostających przy życiu pozostają ci, którzy odeszli; inaczej nie pozostaliby nigdzie. A wracając do pytania, jaki miałby być cel nadrzędny zgody ludzkiej na to, że Bóg powinien być zły, to odpowiedź powyżej już chyba dałem, teraz ją tylko podsumuję. Dobrem i złem obdarzeni jesteśmy po połowie; problem w tym, gdzie je umieścimy. Teraz: dla każdego bytu (w tym dla Boga) połowę ‘wszystkiego’ stanowi on sam, a drugą połowę – reszta świata, z którą w gruncie rzeczy stanowi jedność, a nie to, że świat ten jakoby go „otacza”, chociaż da się z tego świata wyodrębnić. Co do Boga, to jednak zachodzi tutaj szczególny przypadek: On jest światem; jeśli więc będzie dobry dla Siebie, będzie dobry i dla świata. Zło wymierzone Przezeń posłużyłoby Jemu i światu chyba w tym przypadku, gdyby kierował je przeciw Swej wyodrębnionej z Niego Samego antytezie, Szatanowi.

            Babrania się w brudach – w poszukiwaniu nieskalanej czystości. Wsłuchiwania się w rozmowy, których znaczenie dawno przebrzmiało. Wkomponowany w nostalgiczną całość wesoły element mozaiki usiłuje optymistycznie wykazać, że jego obecność w układzie znajduje swe głębokie uzasadnienie ontologiczne – w regularnej zasadzie kontrapunktu.

            Patrzę w zegar nad drzwiami. Ósma. Lada moment będzie „przywracające nam sztuczną normalność” wieczorne branie leków. Modlę się o to, żeby nie musiało się okazać, iż zbawczy dla pracy mego mózgu haloperidol dostanę znowu domięśniowo, a nie doustnie. Jako biologiczny organizm jestem wyjątkowo kruchą konstrukcją i to, co dla innego byłoby mocniejszym tylko dotknięciem, dla mnie będzie bolesnym prawdziwie uderzeniem. Pękam przed bólem. Daleko posunięta wrażliwość na to doznanie uzmysławia mi, że, skoro chcę istnieć, to muszę dysponować swoją cielesną powłoką z dużą ostrożnością i tego, co ból powoduje, wystrzegać się najusilniej. Tak więc i teraz, gdy ostrym jazgotem zabrzmiał dzwonek wzywający pacjentów do stawienia się przed gabinetem zabiegowym na branie leków, w formującej się kolejce o miejsce poczesne nie zabiegam. Chcę uniknąć szarpaniny, w której wyniku i tak znalazłbym się na szarym końcu. Nie powiem, że w życiu nie ryzykowałem cielesnych uszczerbków, nie tylko utraty dobrego imienia, jakie rzekomo posiada każdy człowiek, który niczym szczególnym się nie wyróżnia, i jakie dla mnie stanowiło rzecz, którą raczej bardziej byłem skłonny trwonić. Ryzykowałem jednak raczej tylko wówczas, gdy niosło mnie szaleństwo lub gdy byłem nieświadomy niebezpieczeństwa. Ale „byłem”? Wszak me życie, jakkolwiek nadwątlone szeregiem szturchańców i – bardziej jeszcze – brakiem utrzymywania się w reżimie surowego zdrowego treningu, nadal trwa! Jest anemiczne, zasadzające się w większym stopniu na zasłuchaniu w głosy ćwierkających za oknem ptaszków tudzież radiowych przysłowiowych felietonistów aniżeli na mojej własnej ofensywnej aktywności, niemniej przecież i ten ledwie ćmiący się żar można będzie kiedyś rozdmuchać! To moje dzisiejsze odrętwienie jest jednak wynikiem – myślę – nie tego, że złe są reguły gry, do uczestnictwa w której zobowiązano żywych – te reguły najprawdopodobniej są dobre. W ramach tych reguł ja po prostu słabo i rzadko się odnajduję dlatego, że źle pogrywam. Właściwe imię człowieka to bowiem ‘Czoło Wieczności’ lub ‘(Przez) Czoło Wiedziony’ (jak ‘Miodem Wiedziony’ jest niedźwiedź) bądź ewentualnie ‘(Ten, co) Czął Wiek’ (rozpoczął wiek, czyli czas; ewentualnie: rozpoczął wieczność, wiekuistość), a moje zamykanie się w kręgu myśli, dla której podnietą jest przebywanie w otoczeniu kilku tylko, i to mało twórczych, osób – daje nader oczywiście słabe otwieranie dla wszechświata nowych czasoprzestrzeni. ‘Wiedziony przez czoło ku wieczności’ jest to imię, które oznacza, by powiedzieć dosłownie, byt wiedziony myślą ku wielkiemu celowi, a tłumaczenie nikłości mych życiowych i zawodowych osiągnięć osadzeniem w mało sprzyjającym ewentualnym sukcesom środowisku pachnie niestety wykrętem. Zepchnięciem odpowiedzialności za klęskę na przysłowiowego „redaktora odpowiedzialnego”. To nie tylko to, że chcąc, żeby moja twórczość olśniewała, winienem wpisywać się w ciekawsze życiowe konteksty. Tu zresztą pytanie, czy umiałbym w takich się znaleźć. Choć niekiedy nawiedza mnie i to ponure domniemanie, że takie w ogóle nie istnieją. Pewnie jednak obejmuje mnie zbyt nieusuwalne, bo idące już od paru tysięcy roków i dla bystrego oka widoczne już od pierwszego wejrzenia, obciążenie dziedziczne wchodzenia w, konieczne efektywnemu życiu, drążenie spraw życiowych jednak nie do końca, by w kręgach ludzi o mniej zwyrodniałym instynkcie mnie zechciano. Ja utracony instynkt usiłuję zastąpić myśleniem. Podczas, gdy to i tamto trzeba z wyczuciem godzić. Poza tym w życiu bywam mało racjonalny. Zaślepiają mnie fantazje.

            Doczekuję swojej kolejki. Pielęgniarka rzuca na mnie przelotne spojrzenie:

            – Dla ciebie będzie zastrzyk. I proszę mi nie marudzić. I tak masz szczęście, że nie spoczywasz na razie w więzach. Przyjdziesz, jak pozmywam kieliszki.

            Zżymam się z przysłowiowej bezsilnej wściekłości. Jak jednak słusznym okazuje się moje solenne postanowienie, że jutro noga ma już tu nie postoi. Robią sobie z mojej, za przeproszeniem, dupy – poduszeczkę do wbijania igieł. Unikam wulgaryzmów, nie jestem z nimi oswojony, wszelako tu przekracza się miary zdatne do zniesienia. Być może chuligański heroizm, jako styl życia tylu chłopców i dziewcząt, wymusza używanie takich ‘mocnych’ słów. Może w moich wypowiedziach daje się słyszeć słownik i ton typowych maminsynków. Cóż, niech i chuligani mają swoją reprezentację w literaturze. Demokratyzuje się władza, stosunki społeczne, to chamieje też literatura. To, że ostałem się na polu bojowników o nadawanie wyrazu – z własnego wzoru – życiu prostującego się w niewymierność nieskończoności pokolenia jako jednostkowa przeciwwaga dla istniejącego monopolu milionów, podnosi przecież moje znaczenie. Wprawdzie usłyszawszy w radiu piosenkę, jak to „pewna osoba, poszukując lądów nieznanych, / wylądowała koniec końców w objęciach siebie samej”, poczułem dotykalnie, że to i mnie dotyczy niestety. Ale kto powiedział, a jak powiedział, to czy udowodnił, że siebie można zasiewać jedynie na sposób biologiczny, bo niby tylko to daje spełnienie – jedyne, o jakim może w ogóle być mowa, jako że to wyłącznie jest krew z krwi i kość z kości; to jestem jedyny ja, jedyny ty? Czy myśli są to zaledwie rekwizyty, po które w każdej chwili można sięgnąć, posłużyć się nimi, odłożyć je? Nie ma tak, że myśl trzeba dopiero w trudach rodzić, z nią się oswajać, ją dopieszczać? Nie jest tak, że oryginalnie powzięta myśl toruje – wśród ostrolistnych wśród bagien trzcin nieokreśloności – drogę bytowi? Ażeby mogła na czymkolwiek zaważyć, musi mieć swój ściśle materialny przedmiot? A to materialny nie na sposób dowolnie wybrany, tylko będący z tobą w pewnej, biologicznej właśnie, równoważności? To, co naprawdę dzieje się w świecie, odbywa się pomiędzy mężczyzną a kobietą? Na nic się zdadzą, nawet najbardziej wymowne, odwoływania do wpływowych przyjaciół-mężczyzn, gotowych poręczyć, że na promocję do wyższej klasy zaszeregowania, na przykład obmyśleniem jakiejś wyrafinowanej łamigłówki, niby sobie zasłużyłeś? Dosyć tych pytajników. Okazje do awansów są zawsze niespodziankami; bardzo umacniająca jest to przewaga ludzi niepozornych, którzy nigdy dotąd nie wsławili się – ani uderzającą elegantyzmem powierzchownością, ani ujawnianym pracowicie bogactwem wewnętrzności, a dysponują jedynie wolą wykorzystywania jednoznacznych (w ich mniemaniu) szans. „Smutna twej piosenki nuta, / prawą ręką gdyś mańkuta” – podśpiewuję zgryźliwie pod adresem samego siebie, ponieważ to, że plasuję się na tak odległych pozycjach w tabeli rekordzistów, jak widzę to jasno przez cały czas, bierze się przecież wyłącznie z mego lenistwa, opieszałości w wychodzeniu naprzeciw wyzwaniom. Nie zadaję sobie trudu, by przeciwdziałać szkalowaniu mnie przez, wyrastających po moim literackim płaczu jak grzyby po deszczu, wrogów; silę się tylko na – co mający tu zmienić? – humor wisielca, że jeszcze ze mną – widać – nie jest aż tak niedobrze, skoro nawet samego siebie trudno mi  porządnie obśmiać. Zasiadając do katorżniczej pracy, wydaję westchnienie ulgi, ponieważ mój odpoczynek od takiej, polegający przeważnie na wsłuchiwaniu się w radiowe komunikaty o aktualnym stanie państwa, jeszcze bardziej dołuje mą psychikę, mentalność, intelekt. Tym niemniej z krótkimi tylko przerwami, kiedy wydaje mi się, że chciałbym, ażeby to wszystko znikło, dostrzegam walory świata i ludzi, uznaję za konieczne ich uzupełnienie o widoczne również negatywy i pasywa. A teraz pozwólcie, że przejdziemy do konkretów.

            Oglądania się za siebie, gdy tego dnia choćby kroku się jeszcze nie poczyniło. Dopominania się w kraju, który, poza incydentalnymi sukcesami sportowców, nigdy w niczym nie przodował, o równe warunki pracy, płacy i przywilejów socjalnych – jak w krajach przodujących od czasów niepamiętnych. Piszący głównie o swoich knajpianych libacjach literat, w chwili refleksji wyraża żal, że tylu zdolnych ludzi, zamiast jak on zajmować się sprawami naprawdę ważnymi, decyduje się studiować… inżynierię, matematykę czy jakieś inne gówienko. Z kolei młodociany gwiazdor muzyki popularnej, którego zwłaszcza sposób uczesania naśladuje z czcią co drugi europejski szarpidrut, w wypowiedzi dla poważnych znawców tematyki kulturalnej gani stawiających na przemysł ciężki polityków, ponieważ o ileż szybciej (po roku!) zwracają się pieniądze włożone w produkcję gramofonowych płyt z  j e g o  nagraniami. Artyści – powie ktoś – nie są zobowiązani orientować się w sprawach, na których łamią sobie zęby najwybitniejsi specjaliści takich dziedzin jak historia stosunków społecznych w rozmaitych państwach naszego regionu, analiza porównawcza poszczególnych dziedzin ludzkiej aktywności czy komplementarność cywilizacji technicznej i, bazującej na uczuciach, kultury.