marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Październik 3rd, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 53

            Czuję, że wpadłem jak śliwka w kompot. Tu z nikim nie można pogadać, bo jak spróbujesz, to od razu zamykają ci gębę groźbą fizycznego unicestwienia. Tym razem jest nawet gorzej, zupełnie źle, bo, zwiedziony przyjaznością gestów mego interlokutora (owo bezproblemowe częstowanie papierosami), granicę bezpieczeństwa już przekroczyłem! Nic by to nie dało, gdybym  t e r a z  odgryzł sobie język, zwłaszcza przy mojej, co najmniej dziesięciorocznej już, bezzębności! Szczęściem język pozostający w szczękach – może być niewyparzony, ale może być też dyplomatyczny. O ileż bogatsze byłyby kartoteki morderców, gdyby nie umiejętne zabiegi łagodzenia wymowy nieopatrznie wypowiedzianych słów prawdy, co niby z początku przynosi taką ulgę. Chodzące niegdyś po ziemi jak człowiek na dwóch nogach dinozaury, poza wydawaniem dźwięków typowo spontanicznych, jak człowiek chyba nie mówiły. A w każdym razie nie były jak człowiek, czasem tylko z przyzwyczajenia, złośliwe. Kiedy człowiek inteligentny zagalopuje się w swojej wypowiedzi wobec groźnego prostaka, musi się krygować. To jest bowiem jego bronią. Podobnie jak bronią meduzy jest przezroczystość. To aksjomat zgoła problematyczny, że chcę żyć. Ale skoro temu, że, żyjąc, jem, odpowiada symetryczna przeciwstawność, że, nie żyjąc, będę jedzony, to wolę już żyć.

            Wspominania dawnych a zaprzepaszczonych szans dania upustu rozgorzałej krwi, nagromadzonej spermy. „To, co będzie (zgon czy chrzest), / weźmie z tego się, co jest” – przekonuje samego siebie zwolennik (do wczoraj) alternatywnego poglądu. „Rzućmy w diabły całą naszą dotychczasową historię – postulował z innymi takimi jak on, co w historii dotychczasowej spisali się raczej podle – i zacznijmy wszystko od początku: w sposób naukowy, celowy, twórczy i optymistyczny!”. Jeszcze dzisiaj ów amator chodzenia w kółko i tylko tym sposobem naglący krew do żwawszej cyrkulacji – w haśle zapyziałych lekceważycieli tego, co naprawdę w świetle nowych odkryć zmienia tylko odcień, widzi porywający impuls i w ogóle jedyną motywację do jakiejkolwiek działalności, choć już do niego dotarło, że, jakkolwiek dziś wszystko ma się zacząć, to przecież on dziś się nie urodził, więc wejdzie w ten „odtąd wreszcie właściwy” etap dziejów – z określonymi obciążeniami.

            – Młody. Mówiąc to, co powiedziałem, miałem zamiar uzmysłowić ci nie to, że wyczynowa nogopiłka nie pełni wiodącej roli w życiu narodów, bo pewnie pełni. Zależało mi na tym, żebyś, tkwiąc w jądrze zagadnienia, objął całość sprawy, której służysz.

            Gwiazdor wżera mi się w oczy spojrzeniem tak przenikliwie jak niegdyś zmarły 10 roków później poeta Waldemar Strzelczyk, jeszcze bardziej niż ja niedoceniany przez wydawców. Nie chcę pisać pamiętnika, bo to bodaj uchodzi za wstydliwe wśród pisarzy-kreacjonistów, a, by pozostać choć krzynę normalnym, trzeba się liczyć z panującymi trendami, jak wpoiła mi żonka, Kuba Plux. Nie chcę więc kopiować rzeczywistości, a przecież (niestety?) to ona właśnie jest bezpośrednim dziełem Boga, nad którego twory nie sposób wywyższyć żadnej ludzkiej twórczości. Jestem zwolennikiem spraw beznadziejnych, toteż swe zainteresowania estetyczne z podziwiania natury przesunąłem niegdyś na studiowanie piękna brył samochodowych. Lecz czyż nawet najudańszy samochód, jaki kiedykolwiek widziałem (na zdjęciu), czyli Ferrari Berlinetta 24B, pod względem śmiałości wizji, bogactwa formy (przy dochowaniu koncepcyjnej prostoty) i tak dalej – może się równać z oglądaną bez uprzedzeń zwyczajną… muchą?! Także historie pisane bezpośrednio przez boski los – trudno, by miał szanse przewyższyć fikcjotwórczy beletrysta-człowiek. Więc, chociaż pierwiastek boskości jest pewnie w każdym człowieku (jak czuję, że jest we mnie), wspominam tutaj o tym zgoła niefikcyjnym Waldku. Otóż byliśmy obaj na kilkudniowym „obozie warsztatowym” dla młodych ówcześnie literatów, w Jankowie Dolnym, blisko Poznania. Musiałem zdenerwować Strzelczyka jakąś moją wypowiedzią, w której może pobrzmiewało moje, w chwilach szału – bywa – dość wyraźne, poczucie wyższości. „A ja mam straszne oczy!” – wykrzyknął, zdejmując z nich okulary o przydymionych szkłach, i jął intensywnie wpatrywać się swoimi w moje gały. I rzeczywiście! Od razu przestrzeń zaczęła mi się w oczach krzywić, optyka widzenia nagle przybrała inny, niesamowity wystrój, a twarz Waldemara, to zwiększając się, to malejąc, wykrzywiając się nienaturalnie i potworniejąc, była przez tę minutę lub dwie nie twarzą człowieka o normalnych dlań cechach, tylko – obliczem jakiegoś gnoma! Wytrzymałem to spojrzenie, zresztą wspomagając się w czasie tej próby wypowiadaniem improwizowanego monologu. (Możliwe, że to doświadczenie wykrakałem sobie, a to napisaniem 10 roków wcześniej wiersza, gdzie stało: „Śpiewam, gdy wątłe oczy / ciężaru znieść nie mogą / tego, co wokół się toczy…”). Waldek teraz nie żyje, a mi za późno przyszło do głowy, by namówić go na zgłoszenie się do specjalistów, ażeby zbadali i wyjaśnili lub przynajmniej naukowo odnotowali ten fenomen. Zresztą i moje oczy miewały własności chyba niespotykane. Siedząc w kempingowej ubikacji, wpatrywałem się w jej podłogę, gdzie moje spojrzenie spowodowało, że z kilku źdźbeł jakiejś trawki i jakichś patyczków w ciągu kilkunastu może sekund złożył się żywy robak. Tego robaka – nie wiedząc, co z nim zrobić – po prostu rozgniotłem palcem dłoni. A miałem wtedy jakieś 13 roków. No ale nic. Wracajmy do przerwanej akcji. Źle by było żyć samymi fenomenami.

            Szarpania się w trolejbusach, autobusach i tramwajach z wyglądającymi na zupełnie przeciętnych pasażerów kontrolerami. Wylegiwania się przy włączonym radiu i gazecie zepchniętej na podłogę – na coraz to bardziej niewygodnym tapczanie.

            To spojrzenie Młodego przypomniało mi poetyckiego kolegę z dawnych czasów, którego wyziew oczny raz o mało, omal, a byłby niegdyś mnie powalił. Teraz emocja jest mniejsza; już zaczynam się przyzwyczajać do nieunoszenia brwi, gdy ze strony najlepszych przyjaciół pada oklepany stereotyp: „i ty kiedyś umrzesz!”. Skoro mam kiedyś umrzeć, to dlaczego nie teraz? Czy ma jakiekolwiek znaczenie, a więc to, czym jest obowiązek się przejmować, cokolwiek, o czym z całą pewnością zawczasu wiemy, że nie będzie wiekuiste? „Jak dotąd, jestem nieśmiertelny!” – buńczucznie oznajmiałem w jednym z młodzieńczych wierszy. Teraz – już łamię się. Lecz z wiarą we własną i ogólnoludzką nieśmiertelność jeszcze do końca się nie pożegnałem. „O nieśmiertelnym życiu ja marzę, / jak Jezus prawdy tej nie dostrzegłszy, / że trwa – w ogólnym chociaż wymiarze – /przecież lat miliard po dzień dzisiejszy. // Mimo, że odrośl obumrze każda, / żyje, jak dotąd, cała roślina! / W toku pokoleń ład i kształt nasz da / treściom skradzionym naszym kuzynom. // Cóż? Osobiście chcę żyć bez końca. / Nie, że posłużą zwłoki me kwiatom / za pokarm, żeby w promieniach słońca / lśnił w kwiata tarczy jeden mój atom!”. Taki wiersz napisałem całkiem niedawno, może miesiąc temu. (Nie mogę podać dokładnej daty, ponieważ nie datuję w ogóle żadnych swoich prac. Są po prostu zbyt ponadczasowe). Może tej „odrośli” warto i tak żyć, by zaraz umrzeć, dla nieśmiertelnego życia owej całościowej „rośliny”?

            – Masz szczęście, biały bracie, – mówi znakomity piłkarz – że nauczyłem się doceniać i walory skruchy, jaką okazuje grzesznik po dopuszczeniu się obelgi.

            To powiedziawszy, chce opuścić palarnię. Chwytam go jednak za łokieć.

            – Poczekaj! Słowa prawdy zawsze mają to do siebie, że dotykają spraw istotnych, jakich nie sposób zbyć przysłowiowym wzruszeniem ramion. To, co siedzi w nas najgłębiej, jest najgruntowniej ukryte lub zakamuflowane albo tak ewidentnie jawne, że wydaje się być absurdem dopuszczenie tej ewentualności do zbioru rzeczy, które wypada brać pod uwagę. Futbol stanowi opokę, na której stoisz, bo tu czujesz się mocny. Ale, jakkolwiek pozostawałbyś w nim nawet najmocniejszy, miałoby to znaczenie marginalne, gdyby zainteresowanie świata przeniosło się nagle z nogopiłki na przykład na rękopiłkę. Lub chociażby na lektury mądrościowe. Bowiem łaska kibica na pstrym koniu jeździ.

            – Nie jest tak – mówi Młody. – Nie jeździ na żadnym pstrym koniu. Ludzie w to wkładają swoje serca, co ich najmocniej pociąga.

            – No tak – zmieniam niby front. – Grawitacja wielkiego futbolu jest nieodparta. Stanowi bowiem analogię do ruchów kosmosu, podczas gdy inne rozgrywki wchodzą w korelację ze zjawiskami o znaczeniu lokalnym. Nie, masz rację – kolejny raz zmieniam front, chociaż jeszcze przed momentem chciałem przecież powiedzieć swoje „ale”. – Naprawdę jesteś wielkim człowiekiem. Głupio mi, że doszedłem do tego dopiero teraz; nie od razu jak wszyscy. Świadczy to zapewne o tym, że z haniebną małodusznością zamykam oczy na fakty.

            – No widzisz! – gwiazdor te kwitujące słowa wzmacnia stosownym gestem dłoni. Ja jestem skołowany, wyprany z życiodajnych brudów pychy i zadziorności. Mój rozmówca sprzed chwili odchodzi, upewniony co do doniosłości swego fachu i swego w nim miejsca. A przecież przekonanie, że tylko to, co  j a  robię, i ja sam to dwie jedynie ważne rzeczy na świecie, we mnie odrodzi się zgoła niezadługo. Chyba, że pokpię sprawę i kolejny raz dam się skopać; tę myśl odganiam jednak jak natrętną muchę z jakim takim skutkiem.

            Falowania fallusów – bosych, lecz zaopatrzonych w ostrogi. Omiatania spojrzeniami – chorych na poważne splamienia gałek ocznych – krajobrazów opatrzonych do obrzydliwości. Co w końcu miałoby przemawiać za tak wielbionym przez analityków Epoki Wielkiego Przemysłu bóstwem Postępu, skoro moja żona, Kuba Plux, którą zaczynałem żąć mając przeżyte roków 27, śniła mi się już 15 roków wcześniej, gdy nie wiedziałem zgoła nic o jej istnieniu na jawie! Skoro Nawigatorowi moich snów było wiadome, co mnie czeka, już wtedy, to czyż nie wie On zawczasu i o wszelkich innych „nowinach” tego, co wszyscy zwiemy optymistycznie (dającą wszak poczucie wolności od pieprzonego determinizmu) „niewiadomą przyszłości”?! „Róbmy swoje”, jak mówi do swych koleżanek-kucharek kobieta wysmażająca omlet, podczas gdy w odległej zaledwie o niewiele tysięcy mil pracowni dietetyka, Dzierżymorda Dietetyńskiego, ma się zaraz okazać, że tylko jaja jedzone na surowo żołądkowi przeciętnego konsumenta zapewniają właściwe trawienie. Tak, tak! Kuba Plux śniła mi się na długo przedtem, nim ją poznałem w przyjętym znaczeniu tego czasownika! Nie było to może zupełnie bez związku z mymi oczekiwaniami. Jako dwunastoletnie dziecko przecież już nieźle główkowałem i wiedziałem, że, jeśli kiedykolwiek mam się związać z kobietą, to musi to być osoba, dla której mój nieznośny charakter będzie jednak  d o   zniesienia, a nawet wręcz skompensuje jej skrajny flegmatyzm tudzież wyjątkowo silne przywiązanie do wartości stymulujących realną normalność.

            Po rozmowie w palarni (gdzie o papierosie paradoksalnie zapomniałem i wypalił mi się po ustnik sam) spać odniechciało mi się kompletnie. Jestem skołowany, ale i rozdygotany, roztrzęsiony. Co zrobić z taką nadwyżką wolnego czasu, który pozostaje do momentu, kiedy żyć już będziemy wśród nocnej ciszy, obiecującej jednak lepsze warunki do normalnego zaśnięcia niż robi to dzienny oddziałowy harmider? Normalnie, taki pusty okres po prostu bym przespał. Ale teraz…? Łażę korytarzem w tę i z powrotem, nie umiejąc znaleźć sobie miejsca. Czy to, z czym chcę wystartować na internetowym forum, nie okaże się jedynie głupią, przykrą, nie będącą w stanie nikogo poza mną samym poruszyć – pomyłką? Innymi słowy – kolejnym moim fiaskiem, a to tym dla mnie boleśniejszym, że przecież pracowicie konstruowanym, z nadziejami – co tu dużo gadać – monstrualnymi?

            Snują się oddziałowym deptakiem osobnicy przegrani, zagłębieni dalekosiężnie we swe, rwące się tak łatwo jak tani papier toaletowy, wspomnienia i budowane na nich siermiężne refleksje. Ja snuję się wraz z nimi i jest mi nie do śmiechu. Wolność; tęsknimy do niej, gdy jest jej nie za dużo. A kiedy mamy jej nadmiar, oskarżamy Boga, że świat ten wsparł na złych zasadach, ponieważ to, co do nas dociera, zdaje się nieodparcie wskazywać, że tylko okrucieństwo, do jakiego nie jesteśmy zdolni na skutek przesiąknięcia przecież właśnie Jego nauką, daje uśmiech i motywację do dalszego odrąbywania głów lub penetrowania kieszeń  osobnikom, których On przykazał zwać bliźnimi a którzy w języku ludzi sensownych mają, jakże precyzyjnie oddające sedno sprawy!, miano frajerów. „Zemsta należy do mnie” – mówił On. Ledwie wkroczywszy w wiek nastoroczny, przeżyłem historyjkę następującą. Otóż jeździłem sobie po podwórku i w jego okolicach na kupionym mi przez rodziców rowerze. I zatrzymał mnie starszy ode mnie o jakieś dwa roki potężny grubas, po czym rower zwyczajnie mi zabrał. Powiedziałem o tym ojcu i matce, którzy ten porządny bicykl po kilku godzinach poszukiwań jakoś odzyskali. Nazajutrz wyszedłem na podwórko bez roweru i przy zielonej budce telefonicznej zobaczyłem nienawistnego mi grubasa, który tym razem minę miał rzadką. Dworował sobie z niego stojący obok chłopak zwany Miśkiem, operując mu po brzuchu czubkiem sportowej szpady. Czułem, że to zemsta za mnie, bo na podwórku wszyscy o wszystkim raczej wiedzieli. Jakiś czas potem znalazłem się na takim placyku – z na poły dziecinnym łukiem w dłoni. Na tym placyku był i ów Misiek. Jakiś cień myśli chybotał się we mnie, lecz nie zrobiłem tego zupełnie świadomie. A co zrobiłem? Otóż z mego łuku wypuściłem strzałę prosto w serce owego, w niczym przecież mi nie przykrego, a jeśli już, to raczej wprost przeciwnie!, chłopaka. Jednak on zabrał mi zemstę, a zemsta wszak należy do mnie, jak półświadomie myślałem. (Pytanie, czy byłbym w stanie przedsięwziąć racjonalną zemstę, należałoby skwitować przysłowiowym wzruszeniem ramion). Oczywiście łuk był dziecinny, a strzała nie zaopatrzona w żaden grot, więc Misiek nie został nawet draśnięty. Niemniej następnego dnia, kąpiąc się w pobliskiej gliniance, chłopak utonął. Musiano te 2 fakty skojarzyć przyczynowo. Wieczorem chłopaki na podwórku posadzili mnie w piaskownicy, wysmarowali twarz popiołem, a w usta wcisnęli brudny niedopałek papierosa. Co przy tym mówili, dokładnie nie pamiętam, ale nie były to przyjazne słowa. Na tym nie koniec. W szkole, na lekcji chemii, nauczycielka zaraz na początku poleciła mi coś tam załatwić poza klasą, to jest poza tą pracownią chemiczną. Wróciwszy do pracowni, usłyszałem tylko ściszony głos jednego z kolegów „idzie!…” i zaraz lekcja potoczyła się normalnym trybem… Na każdym ze stołów tutejszych, wokół których uczniowie na krzesłach siedzieli, podczas mojej nieobecności ustawiono słoje z ciężkiego szkła (z takimiż przykrywkami), gdzie majaczyło coś żółtawego. Zbliżyłem się oczami, chcąc się przyjrzeć, jako że od dwunastego roku życia mam, stwierdzoną wtedy u mnie przez okulistę, zrazu zresztą dosyć niegroźną, więc chodziłem bez przepisanych mi okularów, krótkowzroczność. I wtedy siedzący obok kolega uniósł na chwilę pokrywkę tego słoja. Zachłysnąłem się straszliwie; czułem, jakby szorowano mi po płucach szczotką, co zamiast włosia ma równo przycięte, ostre druty. Znalazłem się w szpitalu, gdzie dawano mi tlen. Od tego chloru popękały mi (choć pewnie nie wszystkie) pęcherzyki płucne. Moja matka, pracująca w tej samej szkole jako nauczycielka języka polskiego, zawiadomiona o wypadku, zwymyślała chemiczkę. „Zabiła mi dziecko!” – pomstowała, a mi było głupio, bo, jakkolwiek kontuzjowany, ufałem świadectwu zmysłów i wiedziałem, że żyję nadal. Mamusia do dziś dnia twierdzi, że „nie urodziłem się nienormalny, tylko moja psychiczna choroba, z której przez doskonałych psychiatrów zostałem pięknie wyleczony (za uproszonym przez rodzicielkę wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny), wzięła się z szoku po zatruciu tym paskudnym gazem”. Matka, jak ogromna większość ludzi na świecie, nie bierze po prostu pod uwagę tej możliwości, że być nienormalnym to także przypadek, kiedy przewyższa się normę, a nie tylko ten, gdy się jej nie dopełnia. Ale mniejsza o większość, jak się mawia w elitach; sprawę mojego ewentualnego niedopełniania standardów moralnych, mentalnych i intelektualnych – wałkuję na wielu stronicach tej opowieści; kto, wysłuchawszy jej, nie zdoła wyprowadzić z niej wniosków takich, jakie nieodmiennie przecież powyżej sugerowałem, tu sugeruję i poniżej będę sugerował, niech sam pójdzie zbadać swój iloraz inteligencji.

            Tak czy inaczej, wracając do tematu, chłopaki z sąsiedniego podwórka też zostali wprowadzeni w tę tragiczną (zginął Misiek) historię i przez dobrych parę roków, gdy miało dojść do jakiejkolwiek rozmowy, na powitanie mi rzucali: „strzałka!” lub wręcz „strzałeczka!”. Wyobrażali chyba sobie, że, mimo innych moich podwórkowych zachowań, które przeważnie były wpadkami, dysponuję jakąś nadprzyrodzoną mocą, nad której sensem – bo i mi samemu wypada jednak, zważywszy wszystkie odnotowane w idącym tu tekście przypadki, uznać to za domniemanie pasujące do prawdy – głowię się, jak widać, co najmniej do tej chwili. Mógłby ktoś zapytać, po co do tej poetyckiej zupy, gdzie generalną zasadą jest metafora rzeczywistości, wcisnąłem kawał mięcha tak jednoznaczny a powiedziany wprost i bez osłonek. Odpowiem na to, że życia od sztuki nie sposób oddzielić, a nawet dobrze jest, gdy pozostają w pewnym – użyję tu tego słowa z pełnym przekonaniem – sprzysiężeniu. Bynajmniej nie tęsknię do udzielania wywiadów tuzom dziennikarstwa, którzy uważają, że jest czymś całkiem naturalnym brać pieniądze za odnotowanie   c z y j e j ś   opowieści, albowiem rzekomo to ich dopiero pytania inspirują przesłuchiwanego do upustu takiej. Zdradzam więc hipotetycznemu memu czytelnikowi  s a m  także to, co mogłoby uchodzić za typowy przykład iście dziennikarskiej ploteczki. I bądźcie, drodzy czytelnicy, pewni, że mam zgoła istotne powody, ażeby być tutaj zgryźliwym.