marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Październik 2nd, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 52

            No więc, skoro świat powstał ze słowa, to słowo owo powiedziane przez Boga było nie językiem matematyki (choćby miało obejmować także matematyczne prawdy), nie po chińsku, portugalsku, niemiecku czy flamandzku, tylko po polsku! Już, znany głównie jako poeta, historyk tradycyj językowych narodów i ziem Europy Adam Mickiewicz w swojej pracy prozą „Historia literatur słowiańskich” (intensywna lektura tej księgi tak radykalnie oderwała mnie od wymogów życia, że kolejny raz znalazłem się w psychiatrionie) głosił, iż pierwotnie wyłącznymi mieszkańcami Starego Kontynentu byli właśnie Słowianie. Ja idę dalej. Twierdzę, że przeobrażonymi, tyle że w różnym stopniu (w tym oni sami jakby w zerowym), Słowianami są osobnicy i osobniczynie wszystkich ras i narodów, na co mam dowody w postaci chociażby swojsko dla nas brzmiących nazw geograficznych w każdym zakątku planety. Kiedy umierała moja matka, budziłem ją a pieściłem. Wkrótce też poderwała się z łóżka – z gniewem w oczach i słowach. „Nie ożywiaj mnie!” – wykrzyczała. Moja rodzicielka żyje do dzisiaj, a ja mam czarno na białym, że i w nazwach geograficznych (jakie też oczywiście są słowami) kryją się niekiedy (a może zawsze?!) rady bez żadnej przesady zbawienne. Budź a pieść. Po różnych transformacjach brzmi to dzisiaj po prostu: Budapeszt. Że polski jest językiem ukrytych sensów, a raczej że, posługując się polską wersją znaczeniową  poszczególnych językowych brzmień w innych językach, wydobędziemy z ukrycia właściwy (zgodny z zamysłem Stwórcy) sens danego brzmienia, o tym przekonuje słowo, które tytułuje również pewien staroindoaryjski język, mianowicie: sanskryt. Dokonajmy analizy semantycznej tego szczególnego słowa. Sans kryt; prawidłowo dokonałem podziału tego tortu? Po minimalnym przekształceniu (bez jakiego potrzeby wszakże nie mogłoby być mowy o tym, na co próbuję tu zwrócić uwagę szanownego czytelnika) otrzymamy 2 słówka, które jednoznacznie skojarzy każdy choć trochę rozgarnięty Polak: sens kryt, a więc: sens ukryty. Spyta ktoś: a dla jakiego powodu twórcy języka mieliby w nim cokolwiek ukrywać?  Cóż. Wiadomo, że ukrywa się rzeczy, które są albo zbyt wstydliwe, albo zbyt cenne, żeby nimi się afiszować. Często też ukrywamy własną słabość, ponieważ obnoszenie się z nią stanowiłoby zbyt wielkie niebezpieczeństwo dla naszego bytu. Generalnie obejmujemy tajemnicą rzeczy, których jawność, tak czy inaczej, uderzałaby w nas. Twórca języka, Bóg, mógłby niby niczego się nie bać. Ale czy, nie znając strachu, byłby kompletny psychologicznie? I czy nie jest zrozumiałe, że po prostu musi się bać choćby unicestwienia świata, z którym jest tożsamy? Nie boją się niczego tylko psychopaci. Maszyny. Astrofizycy obliczają, że wszechświat potrwa jeszcze, powiedzmy, bilion roków ziemskich. Co to jest! To jest rachuba zgoła wyobrażalna! Dla spełnienia swego zamysłu trwania w nieskończoność – z dochowaniem prawa do rozwoju i szczęścia – Bóg pewne rzeczy musi ukrywać przed niepowołanymi. Przychodzi jednak czas, kiedy uznaje, że pewną część swej wiedzy może przekazać bliźnim. „Wiedz, że przyjdzie Święty. / Ramieniem ogarnie. / Wszystkie wytłumaczy / przebyte męczarnie” – przepowiadał proroczo poeta Jarosław Iwaszkiewicz. Mam pewne dane, by twierdzić, że tym Świętym ja jestem, mimo że wiele znających mnie tylko z oglądu zewnętrznego osobników tudzież osobniczyń i na tej podstawie szacujących mą wewnętrzność – w zetknięciu z takim stawianiem sprawy zgrzytliwie tylko by zarechotało. Skąd głośne tragedie gwiazd i gwiazdorów!? Skąd codzienna cicha mordęga maluczkich!? Skąd Oświęcim i 700 000 trupów młodych mężczyzn pod Verdun!? Czyżby Bóg nie istniał? Skoro przecież wszystko widzi i o wszystkim wie, gdyby istniał, musiałby chyba zaingerować w tak okropne zabawy swoich dzieci?! Dzieci jakoby ukochanych! Otóż mówiłem już, że „samo dobro”, pozostające bez podpórki zła, jest możliwe tylko w takim teoretycznym bycie, który nie ma szansy na urzeczywistnienie praktyczne. Gdzież w takim razie… boża wszechmoc!? Otóż dopiero w bezpośredniej władzy bożej. Kroczenie na oślep – wcześniej czy później kończy się uderzeniem w przeszkodę; dopiero uzyskanie pełnej wiedzy o kroczeniu (postępowaniu) i o bytowym podłożu, na którym kroki stawiamy, pozwoli ludziom zło omijać. Omijać, ale nie zniszczyć, ponieważ Bóg stworzył świat; choć nie tyle że poprzez kompromis ze złem, to posługując się złem jako jedynym niezbędnym, obok dobra, tworzywem świata. Bóg otóż nas pouczy, że, zamiast reagować na zło, mamy być odeń szybsi, zmusić je do defensywy; sprawić, by to ono znalazło się na pozycji gracza skazanego na odruchową (a więc łatwą dla nas do przewidzenia) obronę. Czy na podanie tak prostego pouczenia potrzebny jest aż Bóg? I co o złu możemy wiedzieć, dopóki ono się nie wydarzy? Przypomnijmy sobie biblijną opowieść o rajskim drzewie poznania dobra i zła, którego owoce jako pokarm miały być zakazane dla pierwszych ludzi przez samego Boga. Dzisiejszy inteligent, zderzywszy się w szkołach z wcale pokaźną sumą wypracowanej przez odkrywców oraz systematyków wiedzy wszelkich zakresów na temat rzeczywistości, biblię pewno rzuci w kąt. I ja nie przesadzam z wgłębianiem się – akapit po akapicie – w pomieszczone w tym zespole ksiąg nieomal ciągłe lamentacje i błagania ludów Izraela o interwencję Boga, jako że (wszak wybrany Przezeń) naród jest gnębiony. Niemniej wiedza egzoteryczna (zwykła), w odróżnieniu od ezoterycznej (tajemnej), znajduje się dziś w stadium nadal jednak bardzo początkowym, niewyśrubowanym. Taka zaś sytuacja jest wprost wymarzona dla odkrywców i systematyków myślących o poczynieniu postępu w skali tej wiedzy. Niemniej nasi bracia spod znaku teleskopu i mikroskopu, liczydła i lancetu – na tyle zdążyli do dziś dnia rozbudować wiedzę egzoteryczną, że z pewnością jej dalszego rozwoju już nie uniemożliwi ujawnienie co poniektórych tajemnic ezoterii. A nad naukami przyrodniczymi niebezpieczeństwo to wisiało jeszcze dosyć przecież niedawno. Nauki te, jako wymagające od swoich pracowników trudu tyleż żmudniejszego i niewdzięczniejszego, dla sprawy, jaką jest boże pragnienie, ażeby ten byt, w sercu i w oczach ludzkich, miał swoją jasną rację, były niezbędne. Natomiast nauki tajemne w swoim czasie mogły im całkiem odebrać dopływ młodych zdolnych ludzi, skłonnych i będących w stanie je rozwijać, którego to rozwoju skutkiem było i jest oczywiście powiększenie się i uspójnienie tego, co o rzeczywistości, jej początkach, stanie obecnym i perspektywach, wiemy. To zrozumiałe przecież, że, żyjąc, wolimy mieć świadomość, że uczestniczymy w grze sensownej, nie że wdajemy się stale od nowa w robotę głupiego. Nauki tajemne zaś dotyczą tego wszystkiego, co niby nie da się policzyć, przewidzieć, „przyłapać na gorącym uczynku”. Tego, co najwyraźniej jest w osobistej gestii Boga i dociera do śmiertelnych jedynie dzięki Jego – jakbyśmy powiedzieli, wnosząc o naturze tej Postaci z niepisanego acz dla nas oczywistego dogmatu, że Ona, jako wszechmocna, nie obarczyła przecież Siebie żadną słabością, a więc i żadnymi kłopotami – z rzadka tylko czynionemu kaprysowi. Drzewo poznania dobrego i złego: straszliwa dla ludzi w rajskim ogrodzie prawda o dobru i złu. To bodaj fundamentalna treść wiedzy tajemnej. A dlaczego straszliwa? Albowiem okrutne jest mieć świadomość, że dla nieśmiertelności tego, co wszyscy tak bardzo ukochaliśmy, a więc myślącego (w porywach) życia, uparcie i zawsze będzie wyłaniać się konieczność przywoływania przerażającej (choć i niekiedy fascynującej) zasady „albo – albo”: że przetrwają z nas tylko najokrutniejsi. Teraz, gdy, co prawda, do ogólnej puli niebezpieczeństw, przez nieustanną pracę cywilizacji i militaryzacji świata, dokooptowaliśmy zagrożenia nowe, jesteśmy jednak silniejsi – przynajmniej intelektualnie, i powrót okrutnej wiedzy tajemnej zniesiemy. Mówiłem o mojej absolutyzacji języka polskiego jako języka sprawczych słów, jakimi posłużył się Stwórca, doprowadzając do powstania i trwania swojej przedziwnej konstrukcji. W czym jednak sekwoja, o której napomknienie stało się pretekstem do powyższej quasidywagacji, miałaby się łączyć z absolutyzowanym przeze mnie językiem? Mówiłem już, że prawdziwego znaczenia słów wszelakich dopatruję się poprzez przystawianie do niej miary polszczyzny. Według zaś tej miary, amerykańskie drzewo sekwoja miałoby być po prostu ‘sękiem woja’, czyli tym, co woja (rycerza) wprawia w zakłopotanie. Powiadano bowiem w dawnej Polsce, napotykając na przeszkodę trudną do ominięcia: „w tym sęk!”, czyli „w tym kłopot!”. Dla woja, którego nauczono, że, wykonując ryzykowny zawód, jest paradoksalnie najbliżej wieczności , napotkanie drzewa, które, spokojnie sobie rosnąc, dożywało nieraz wieków dziesięciu – musiało być kłopotem nie lada. Ten sęk woja i moim jest sękiem.

            Prania bielizn – metodą zlizywania brudu przez specjalnie wytresowane do tego celu mrówkojady długojęzyczne. Dogadywania się generałów wrogich armii co do kwestii miejsca i czasu bitwy, która musi stoczona być koniecznie, ponieważ żarłocznej historii nie wystarcza już małokaloryczne zabijanie starców, a chcemy przecież, by Norwidowe hasło „historia żyje!” miało pokrycie w faktach. Cóż stąd, gdy markiza de Cizia nie podjęła jeszcze decyzji!

            Jem tę kolację i, choć wspominać o swych, tak doszczętnych!, zębowych ubytkach jest w złym guście, wszakoż, dufny w swą umiejętność wygrywania partyj szachowych samymi jeno pionkami, szeroko rozpowiadam o międleniu namokłego herbatą kruszcu razowca w opustoszałych dziąsłach. Nie przestrasza mnie już okropieństwo, że przy jednym stoliku siedzę z człowiekiem, który rano chciał mnie zabić; z perspektywy skazańca, powiadomionego o mającej się odbyć egzekucji przez zaświatowy impuls, groźbę śmierci innej, może nawet wymyślniejszej i prędszej, widzę jak gdyby ukośnie, ponieważ wewnętrzny śmiech wykrzywia mi powieki, co przesądza wprost nieodwołalnie o przyjęciu postawy pewnej wyższości wobec „realu”, jak o rzeczywistości skrótowo mówi dziś młodzież.

            – Czy pan dobrze się czuje? – przemawia do mnie z troską Amin Basnadar.

            – Nie wiem. To, jak się czuję, jest zbyt niejednoznaczne – staram się sprecyzować. Mimo lekceważenia sobie spraw innych niż intelektualne, naprawdę się przejąłem, że w moich oczach widać teraz, być może, śmierć. – Panie Aminie. Byłem dotąd innego zdania, ale wobec zaistniałych nagle faktów, jestem teraz skłonny utrzymywać, że rozum na to tylko przydaje się człowiekowi, by właściwie oddawać złożoność naszych uczuć. Zaś moim uczuciem na teraz byłoby po prostu wielkie umiłowanie świata i ludzi, gdyby nie to, że zdaję sobie sprawę z mojej tragicznej małości, jaka z czymś wielkim koresponduje na sposób raczej mało zobowiązujący. Nic, jedzmy. Bo może robię tu przysłowiowe widły z igły.

            Duży swoją porcję chleba z raz mielonej mąki wtraja z wyrazem doskonałej obojętności, choć mógłby wziąć do siebie powiedziene przeze mnie słowa, „czymś wielkim”, a to wielką kupą mięsa, jest przecież albowiem w pewnym sensie także on sam. Basnadar, który od pewnej chwili traktuje mnie wszak po ludzku, swoje zatroskanie obrazuje już mniej egzaltowanie. Bo i pyta nawet wręcz obcesowo:

            – A gdzie miałyby zajść te „zaistniałe nagle fakty”?

            – Panie Aminie – skamlę. – Czasami jest lepiej użyć niedomówienia.

            – Rozpala pan ciekawość, a potem jej nie zaspokaja. To jest zabawianie się kosztem drugiej strony. Wiem, wiem! Zaraz pan powie, że nie sposób obywać się  b e z  kosztów!

            – No więc dobrze – mówię ciężko. – Żyję w pewnym rozdwojeniu, jakby na dwóch planach. Na tym – uderzam w stolik palcem, jakby to był wybrany spośród wielu klawisz fortepianu – niby nic się nie dzieje. Ale na tamtym (może pan przyjąć dla wygody, że jest to plan po prostu urojony) szaleją sztormy. „Być albo nie być”, zna pan to powiedzonko. Otóż sztormy są straszne dlatego, że zaraz może kogoś nie być. Kogoś, z kogo widokiem, słowami, zachowaniami – jesteśmy silnie związani uczuciowo. Może też zajść sytuacja, że to my umieramy. A to umieramy w czyichś tak zwanych oczach…

            Widzę, że Duży wstaje; zjadł już i wypił, co było do skonsumowania, więc bierze w dłonie opróżnione naczynia i odchodzi, by odstawić je na wózek przytoczony tu przez kuchenkową. W wyniosłym milczeniu. Nie czuje się zobowiązany podziękować za towarzyszenie przy konsumpcji nawet Basnadarowi. Przestał być dlań „szlachetnym metalem”, odkąd okazało się, że wchodzi w związki ze zgniłkiem, jakim według niego jestem z pewnością ja. Z kolei ja, choć potrzebę ustosunkowania się do każdej, nawet najbardziej nienawistnej mi, poznanej osoby nie tylko widzę, ale wręcz wyznaję, postać Dużego odstawiam teraz na bok. Myśl o odegraniu się na kimś, kto do żywego nam dopiekł, jest pewnie koniecznością psychologiczną, której żadną miarą nie zepchną w stan likwidacji jakieś pacyfistyczne bajeczki o przebaczeniu, pocieszam się jednak, że skoro jestem w stanie odwetowe nuty zemsty odstawić na boczny tor, to może jakiś szczątek prawdy tkwi i w tym, przy czym do końca mam zamiar się upierać: że jako ludzie nie podlegamy tym samym prawom, jakim podlega maszyna czy inny zwykły fizyczny obiekt.

            – Pan, Flakononie, widzę, za najczarniejszy scenariusz ma śmierć mentalną – komunikuje mi Basnadar, nie doczekawszy się, że dokończę rozpoczęte wszak ledwie zdanie. – Tymczasem bywa, że ludzie zabijają się i w przysłowiowych stu procentach.

            – Czułem, że umieram „w stu procentach” już nie raz – paruję. – I raz to „czucie umierania” przyniósł mi pewien sen: w nim było ono dla mnie jak najbardziej przyjemne. W odróżnieniu chyba od śmierci mentalnej, kiedy to dusimy się aż z bezsilnej wściekłości, nie jesteśmy z takim rozstrzygnięciem losowego igrzyska pogodzeni.

            Kolację (pożal się, Boże – kubek lury i pajda chleba powleczona jakimś smarowidłem!) już dawno zjedliśmy. Kątem oka widzę, że koledzy przy pozostałych w stołówce stanowiskach, co było do przełknięcia, przełknęli i zwinęli się, a ja i Basnadar jesteśmy maruderami. Lubię się narazić, ale tylko, gdy mam przygotowany kontratak. Teraz nie mam.

            – Chodźmy już – mówię więc. -  Bo kuchenkowa zaraz zacznie wrzeszczeć.

            – Panowie! Ile jeszcze zechcecie nadwerężać cierpliwość ciężko pracującej kobiety!!! – stało się. Chodzi jej oczywiście o naczynia, za które ponosi odpowiedzialność.

            Wpatrywania się zbolałymi – od nieustannej styczności z tekstem drukowanym i rękopisowym – oczami w migotający ekran telewizora. Ten niezastąpiony w warunkach, zawinionej postępującą słabością ogólną, niezdolności do odbywania podróży dyliżansami – surogat rzeczywistości serwuje niedowidzącemu obserwatorowi spektakularne klęski, kameralne ciekawostki i nic już chyba więcej. Ale czegóż więcej oczekiwać, skoro na tym torze jest się lokomotywą i każdy ciągniony przez nią wagon w wymyślany krajobraz wjeżdża z konieczności zawsze z pewnym, w miarę oddalania się od siły motorycznej coraz większym, opóźnieniem? A ja czyż wymyślam sobie życie rozkoszne? Obfitujące w zwycięstwa nad gorszą połową własnej natury? Kiedyż wreszcie to się odmieni! I czyż sprosta temu zadaniu mój romantyczny poryw, o którym wiem już, że jest wysiłkiem straszliwie wyczerpującym!?            Odstawiamy naczynia na wózek, który kuchenkowa następnie od razu zaczyna toczyć w stronę „wolnościowych” drzwi oddziałowych, na moment objąwszy nas spojrzeniem mogącym oznaczać wszystko albo i nic. Mówiłem tu nieraz o nieustannym wywiązywaniu się grubych warkoczysk myślenia; o swoim mózgu, którego myślenie jest życiem. I u mnie jednak często myślenie przebiega podskórnie, podziemnie, omijając świadomość. Wówczas samoczynnie włącza się jakże przykre poczucie beznadziejności, że to, czego doświadczam, jest całkowicie bezmyślne, bezduszne; że zassał mnie dla swego pasywnego panowania wszechogarniający bezwład. Pamiętam, że było (bywało) inaczej i że trzeba starać się „dojść do siebie”, ponieważ to pozostawanie „obok siebie” jest samobójcze. Myślenie nie ustało, ale „ja”, jako ten jeden atom – władny cokolwiek postanawiać, o czymkolwiek decydować, znalazłem się naraz poza łożyskiem, w którym moje życiowe funkcje mają moc. Taki to oto stan przeżywam teraz; próbując go zarysować, winienem pewnie sięgnąć do bardziej radykalnych metafor.

            – Panie Aminie – mówię ostatkiem sił. – Z uwagi na to, co zaplanowaliśmy na jutro, rozłączmy się teraz. Niedobrze byłoby, by ludzie widzieli nas jako osoby zaprzyjaźnione.

            Basnadar wykonuje skinienie i rusza bez słowa w stronę siódemki. Ja, póki co, odwiedzę jeszcze palarnię. Cholernie zachciało mi się nagle spać, a jak teraz zasnę, to obudzę się jutro o piątej rano, a to za wcześnie. Jest nieco po piątej wieczór. Kolacje takie tu wczesne, bo i wypada, żeby też kuchenkowe miały trochę własnego życia, a nie tylko przesiadywały od świtu do nocy w realiach szpitalnej kuchni czy też z nami – podczas wydawania posiłków.

            W palarni szczęściem jest Młody, ta jedyna tu chyba osoba – skłonna poczęstować papierosem. Piłkarze zarabiają za dużo i nie wiedzą, co robić z forsą. Dzięki jednak temu jest kogo z forsy oskubywać – w przypadku takich jak ja, mam nadzieję, że chwilowych, żebraków. Podchodzę do chłopaka. Nie jest on nawet tak bardzo wyższy ode mnie.

            – Młody, poczęstuj – zagaduję z głupia frant. – Podoba mi się, że, choć jesteś osobą publiczną, nie strugasz ważniaka i nawet wykazujesz pewną życzliwość wobec zwykłych ludzi. Myślę, że podzielasz mój pogląd, iż także jednostki mające czym się w historii odznaczyć, dzięki czemu ogół ludzkości na scenie świata prezentuje się okazalej niż, dajmy na to, ogół mrówek czy jakichś pierwotniaków, biorą się spośród ludzi zwykłych, a to wtedy, gdy, czy to w młodym wieku, czy to na starość, w szaraku budzi się fenomen.

            Młody częstuje mnie, robiąc miny mogące wskazywać, że w to „przebudzenie fenomena w szaraku” wierzy jak w prawdę mocno naciąganą. Sam właśnie zgasił niedopałek i palić dalej nie będzie, nie sięgnie po następnego „calaka”, jak to się mówi w szpitalnej gwarze, gdzie pacjenci niejednakroć są zmuszeni przez nałóg do dopalania, wyszperanych wśród petów obgryzionych do cna, połówek lub, częściej, ćwiartek. Sam teraz nie pali, lecz za to kurtuazyjnie przypala mi. Osobiście tak przesiąkłem oficjalną propagandą antynikotynową, że, wdychając tę nikotynę w dymie, moje sumienie aż rzyga moralnymi wyrzutami, iż nie stać mnie na wyrzeczenie się tego, czemu przecież mocno jestem przeciwny. Typowa ambiwalencja: chemia ciała chce, wymiar duchowy osoby nie chce palić. Tak to dochodzi do dezintegracji. Otóż duch winien rządzić, ale też musi on się liczyć z potrzebami ciała; w przeciwnym razie jego władztwo utraci swój przedmiot. Po matce ustrój mego organizmu wykazuje pewną niedokwasotę. Jako że palenie tytoniu wprowadza w ten ustrój, jak wyczytałem w fachowej broszurce, przyjazny mu w ogóle kwas nikotynowy, odrzucenie palenia – na skutek przeforsowania w sobie naukowej (daleko nam jeszcze do nauki absolutnej, więc może lepiej tu powiedzieć: pseudonaukowej?) argumentacji – wcale nie wiadomo, czy powinno tu wchodzić w grę. Badacz mojej osobowości (jeśli się taki kiedy narodzi) niech wie, że tego typu dywagacjami nasycona jest właściwie każda moja codzienność. Ta z czwartku, i ta z piątku. Ale na razie to trzeba wracać do przerwanej akcji.

            Wpatrywania się w fotografie osób widzianych ostatnio zaledwie wczoraj. Dotykania palcami nawykłymi dotykać klawiszy pianin i strun gitar – ledwie co zaklęśniętych wrzodów.

            – Ja to od dziecka – mówi Młody – czułem się dotknięty bożym palcem. Dobrzy piłkarze nie budzą się w patałachu po czterdziestce.

            – Ale na przykład Kant najwięcej zdziałał, będąc człowiekiem już wiekowym – paruję.

            – Kant? Nie słyszałem o takim piłkarzu – w dobrej chyba wierze przycina chłopak.

            – Bo też nie tylko piłkarze bywają tak zwanymi wielkimi ludźmi.

            – No nie wiem – Młody jakby się zakłopotał. – A prawda: można być jeszcze królem popu. Ale co to za wielkość! Wyć i jęczeć do taktu? O ileż więcej trzeba rozumu na to, by konstruować widowiskowe a skuteczne akcje zaczepne na boisku, kiedy to spełniasz tęsknoty milionów! Na ich oczach! Ludzie utożsamiają się z tobą; dzieciaki na podwórkach kopią szmaciankę, nawołując się twoim imieniem na równi z imionami innych światowych gwiazdorów nogopiłki; kobiety mdleją, gdy robisz kiwkę ośmieszającą obrońcę reprezentanta kraju, z którym Tutabon miał zawsze na pieńku! Rozumiem, że to – to jest wielkość! A król popu? Sam lubię potańczyć przy ostrych rytmach, w które jest wpleciony głos ludzki o ładnym brzmieniu. Ale nikt mi nie powie, że ładnie zaśpiewać to wyczyn równy strzeleniu bramki w meczu, gdzie pięciu rosłych zabijaków usiłuje ci to uniemożliwić!

            – Zgoda, że wielki człowiek – mówię – to taki, co dokonuje sztuki dla innych trudnej albo niemożliwej do zrobienia. Ty, jak rzadko kto, „konstruujesz akcje zaczepne”. Nie pomyślałeś, że wielkim człowiekiem musiał jednak być i ten, kto na przykład skonstruował pierwszy samochodowy silnik? Kto uzyskał szczepionkę przeciwko grypie, dziesiątkującej w dawnych czasach całe narody? Kto napisał książkę dającą czytelnikowi pojęcie o problemach, dotychczas przezeń zaledwie przeczuwanych? Zagadnieniach, których znajomość otwiera przed ludzkością całe przestrzenie nieznanych dotąd szans?

            – Jakich szans? Że z mistrzem świata Tutabon wygra na wyjeździe 10 do zera?

            – Słuchaj, Młody. Gdyby ktoś pomysłowy nie wymyślił niegdyś, że na leśnej polanie można wyznaczyć autowe linie, po obu stronach takiego placu – ustawić po 2 drewniane słupki, na ich wierzchołkach zamocować drewnianą poprzeczkę – jedną i drugą, rzucić na trawę piłkę (wynalazek dużo wcześniejszy, służący do zabawy i ćwiczenia zręczności), wprowadzić tam dwie drużyny po jedenastu graczy i powiedzieć im, że ta bramka jest wasza, tamta zaś – ichnia, a wy macie za zadanie do bramki przeciwnika jak najwięcej razy wbić piłkę, starając się, by do waszej bramki jak najmniej razy piłkę wbił przeciwnik, a to wszystko, w zasadzie bez użycia rąk, ma trwać dwie godziny, tobyś wielkim człowiekiem stać się raczej nie mógł. Twoje zdolności znajdują bowiem znajdują zastosowanie tylko w tej, wymyślonej przecież nie przez ciebie, grze. Twórcy przepisów futbolu, z wdzięczności, że tyle ci umożliwił, ty więc właściwie winieneś wystawić pomnik.

            – Nie pomyślałem o tym – drapie się po głowie słynny piłkarz. – Ale gdzie go znajdę.

            – Nie znajdziesz go. Ludzie zmagali się o prymat, a tym samym o najbardziej urodzajne ziemie, najbardziej urodziwe kobiety i o uzależnienie od siebie innych ludzi – od swoich, skrytych w pomroce dziejów, najdawniejszych początków. Równie dawno zaistniał wśród dzieci zwyczaj naśladowania rodziców. Dorośli toczyli wojny, dzieci w wojny się bawiły. W miarę, jak – w toku dziejowych przemian – łagodniał, dawniej okrutny i krwawy, charakter ludzki, dorośli stopniowo przejmowali od swych dzieci ich sposoby aktywności. Jednak zabawy dorosłych, w odróżnieniu od zabaw dzieci, miały być przedsiębraniem finalnym, nadano więc im znamiona „poważnego wydarzenia”; wyraźnie powiedziano, o co w takiej zabawie chodzi; na czym ma polegać zwycięstwo, a na czym przegrana. Jedną z takich poważnych zabaw dorosłych stał się spektakularny futbol, którego główny wynalazca zapewne ani podejrzewał, że jego próba zaradzenia łobuzowaniu się dzieci przekształci się z czasem w elektryzujący masy element życia społecznego, w tym i międzynarodowego.

            – Po co mi o tym powiedziałeś? Żeby mnie rozzłościć? – Młody mierzy mnie chłodnym spojrzeniem. – Wiesz, za co tu jestem? Nie? Zabiłem dziennikarza, który lekceważąco wyraził się o moich umiejętnościach. Ty natomiast w mojej osobie obrażasz cały światowy futbol, od którego dla większości mężczyzn na planecie Ziemia nie ma rzeczy ważniejszej, a w każdym razie – zdolnej bardziej zająć.