marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Październik 1st, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 51

            Ogólne stłamszenie i wymiętoszenie. Nadawanie sensu terminom poprzez studiowanie słowników. Łzy, cieknące z niedowidzących oczu podstarzałego blagiera, uświadamiają mu poniewczasie, że zbyt wiele razy w codziennych i odświętnych rozgrywkach przeciw przyjacielskim wrogom i wrogim przyjaciołom mówił „pas!” lub „przybastuj!”, ażeby zwykły wszelkim bytom ożywionym mechanizm reagowania na porażkę płaczem mógł tu nie zadziałać. Co robić! – pyta wieszczkę Pytię ten, doprowadzony rozpamiętywaniem klęsk do stanu skrajnego nerwowego rozstroju, buńczucznie niegdyś pokrzykujący wśród gęstwiny sensów „ja was poustawiam!”, mizerak, a zaśnieżone wierzby dookół szumią grobowo, bo i Pytia nie przewiduje dlań żadnej nadziei.

            Na metalowym wózku o dwóch blatach (dolnym i górnym), popychana przez grubaśną kucharkę w fartuchu, wjeżdża kolacja. Refleksjami jak zwykle przepełniony, tym razem postanawiam nie dawać im upustu. Będę jadł i – koniec. Cóż stąd, że słabo zgryzione bezzębnymi dziąsłami kawałki chleba ze smalcem ledwie przejdą mi przez gardło! Tak, że nimi nieomal się udławię! Zgłodniałem. Jest to normalna konsekwencja faktu, że nie jadłem nic od pięciu godzin, a ludzki organizm, by żyć, potrzebuje stałych dostaw pokarmu, który, trawiony, podtrzymuje zachodzące w układzie stale procesy życiowe oraz regeneracyjne (o ile to nie jest to samo), ponieważ życie jest ciągłym umieraniem i jego ogień trzeba wciąż czymś  podsycać. Ustawiam się w kolejce, zgodnie z moim postanowieniem nieszukania sobie wrogów, jako jej przysłowiowa czerwona latarnia, czyli na samym końcu. Czy i tego kiedyś nie będę sobie wyrzucał? Słabsi odpadają w rywalizacji o byt; pocieszam się, że do mnie to się nie stosuje, ponieważ jestem – wolno mi tak utrzymywać, skoro nie godzi to w niczyj interes – samym bytem. Kolejka przesuwa się do przodu szybciej niż przy obiedzie; jest to kolacja, gdzie mniejsza jadła obfitość przypada do wyłożenia tej tęgiej a niewysokiej Murzynce w białym fartuchu. Staje się, że wszyscy kolejkowicze przede mną swoje żarcie już wzięli, biorę więc swoje i ja. To jednak ciekawe, że ona tak dokładnie ma te porcje wyliczone. To może niespecjalnie trudny rachunek: pacjentów na oddziale jest około czterdziestu, tyleż więc trzeba i pajd chleba (powleczonych słonym smalcem ze skwarkami), tyleż trzeba kubków, do których na miejscu rozdawnictwa wlewa lurę (tym razem bowiem to kawa), zaczerpnąwszy chochlą z emaliowanego wiadra. Rachunek to nietrudny – dla trzeźwej kobiety; ja, przy moim roztrzepaniu, miałbym z tym kłopot.

            – Z daleka jesteś? – zapytuje kucharka, wręczając mi talerzyk, na którym spory płat chleba prawie się nie mieści. Ta przysadzista niewiasta o grubych wargach i niewspółmiernie cienkim nosie coś jakby usiłowała okazać mi sympatię. Zapewne odkąd wyrżnięto w Tutabonie kolonizatorów, Europejczyk w tym kraju to egzotyka, nastrajająca nostalgicznie.

            – Z różnych stron – odpowiadam przekornie. – Może nie na twarzy, ale na ramionach i na nogach mam sporo ciemnobrązowych piegów; to widomy znak, że co najmniej jeden z moich przodków pochodził z waszego właśnie kontynentu. Przodek albo przodkini.

            – Oho! To pewnie jesteśmy kuzynami! – uciesza się ta moja pewnie równolatka, której głowa jest w podobnym stopniu siwa, co moja – łysa. W jakiejś jednej trzeciej, jak szacuję. Podaje mi kubek, napełniony smolistą cieczą o gorzkiej woni. Biorę.

            – Prawdopodobnie ten sam Bóg stworzył tak Białych, Czarnych, jak i Żółtych – mówię, mimowolnie przywołując na pamięć sympatycznego doktora nauk okulistycznych, Lin Piao. – Co więcej, te trzy rasy dopiero w toku długotrwałego procesu historycznego wyodrębniły się z jednego prawzoru. Tak że dokumentnie wszyscy możemy szczycić się jednym, boskim pochodzeniem. Chociaż w równym stopniu dotyczy to też szympansów, krewetek i sekwoi.

            – Białym niby można wierzyć – kucharka nagle staje się nieufna – , bo wymyślili i samochód, i samolot, i telewizor. Ale pewnie też wśród nich są i mądrzejsi, i głupsi. A i nawet mądrzejszy to często po prostu ten, co umie lepiej oszukiwać.

            – Nie oszukuję cię – z przekonaniem kręcę głową to w lewo, to w prawo, a potem jeszcze raz w lewo. – Wybacz, że nie wyłuszczę ci powodów, dla których tak uparcie trwam przy prawdzie. Jestem teraz zbyt skołowany, by to zrobić w sposób elegancki. A bełkotem nie załatwiłbym sprawy. No nic, idę jeść – kończę mą wykrętną perorę, przesławszy grubej skinienie. Patrzę teraz, gdzie by usiąść, i widzę, że po prostu nie mam wyboru. Jest tylko jedno wolne miejsce. To samo, które zajmowałem podczas obiadu. Chociaż widzę, że jakieś inne krzesło za chwilę się zwolni… Nie. Niedobrze byłoby zrażać sobie teraz Basnadara – „usiądnięciem” przy innym stoliku. Bądź co bądź, łączy nas tajemnica wspólnego a poważnego, planowanego na jutro już, przedsięwzięcia. Jakoś ścierpię grubiaństwo Dużego, którego niestety także będę mieć za towarzysza tej mojej pierwszej (i oby zarazem ostatniej!) wieczerzy w tutabońskim psychiatrionie. Właściwie przy obu tych mężczyznach wolne jest nie jedno krzesło, tylko 2. Duży i Amin siedzą jednak naprzeciw siebie. Tak czy inaczej, jednym z boków będę musiał prawie się stykać z barczystym tułowiem psychopaty.

            – Przyjemnych wrażeń smakowych życzę! – wypowiadam, nie chcąc wyjść na chama, po czym siadam tak, by Dużego mieć po swej lewej stronie. Ta bowiem jest chyba bardziej odporna na urazy, jakich nie śmiem się nie spodziewać.

            – Nawzajem – odpowiada uprzejmie Amin Basnadar i nawet Duży coś mruknął. Chleb jest czerstwy, nieprzyjemnie szorstki. Jak zjawa przybłąkiwuje się myśl, dla jakich wartości, przy których chciałbym obstawać, ja w ogóle mam zamiar dalej żyć. Jedzenie – nie, seks – nie, pograć w piłkę czy potańczyć – na to też brak mi zdrowia już od dawna. Satysfakcje, jakie spora grupka ludzi w moim wieku czerpie z uprawiania polityki – a boż to moja specjalność wyszukiwać metafory, które siłą swej arogancji miałyby zamykać usta przeciwnikom w sejmie, w telewizyjnym studiu, na międzynarodowych kongresach, spotkaniach bilateralnych! Też i życie nieśmiertelne, w sytuacji, kiedy nie ma czym wypełnić takiego niezmierzonej czasoprzestrzeni, staje się regularnym piekłem. A jednak jest w tym moim ludzkim, choć znienawidzonym, życiu coś, co przemawia na jego rzecz. Otóż jest to możliwość, gdzie indziej chyba niedostępna, wydobywania z zatopionego we wszechświecie siebie prawdziwych skarbów, czy raczej skarbów prawdy; dokonywania przekładu rzeczy na słowa. Ten rodzaj męki ja zaś lubię. Niby już samo poczucie własnego istnienia daje radość, dla wielu niezorientowanych o tym – biorącą się nie wiadomo z czego. Uczestnictwo we wspaniałej imprezie implikuje przyjazne nastawienie i do siebie, do obecności w sobie. Kiedy jednak imprezę, w której uczestniczymy, szczerze oceniamy jako podłą, to i sami pragniemy ją opuścić. Chociaż wyemigrowałoby z tej imprezy istnienia o wiele więcej biobytów aniżeli emigruje, gdyby nie sam strach przed bólem mającym zapewne towarzyszyć tej przeprowadzce, prawda o satysfakcji z samego istnienia – w świecie, który szczerze uznajemy za wspaniały i w którego dziejach bez wątpliwości stwierdzamy swój udział, obejmuje wszystko, co żywe. Niegdyś w szpitalu ze swego łóżka rozpaczliwie usiłowałem zwrócić na siebie uwagę współpacjentów rozmawiających w nieodległym kącie sali. Z jakichś powodów (może po to, by tym silniej utkwiło mi to w pamięci?) zignorowali moje nawoływania, zachowali się tak, jakbym nie istniał lub był martwy. Było to jedno z najgorszych (z wielu przecież złych) przeżyć w skali całego mego dotychczasowego, ciągnącego się już roków 57, biologicznego trwania. Choć trzeba by tu jeszcze dodać te 8 i pół (o mnie w dodatku byłbyż jeszcze i ten znany film Felliniego?) miesięcy w łonie matki, jako że urodziłem się niestety (bo stąd pewnie i moja przysłowiowa słabość) jako wcześniak. Co chcę powiedzieć? Do jakiej zmierzam konkluzji? Do takiej, że instytucjonalne próby zminimalizowania liczby samobójstw w większym stopniu winny biec (o ile mają być skuteczne) drogami nadawania światu większej sensowności, a nie poprzez inwigilowanie społeczeństwa w poszukiwaniu osobników rzekomo najbardziej skłonnych zakończyć życie o sobie tylko wiadomej godzinie i puszkowanie ich w psychiatrionach. Z kolei światu między innymi dzięki temu nadamy większą sensowność, gdy jego mieszkańcy uzyskają lepszą orientację co do tego, jak wygląda myślenie indywiduów o najwybujalszej wyobraźni, oczywiście odpowiednio skanalizowanej filozoficznie czy (by użyć starego neologizmu Witkacego) ‘zlogizowanej’. Świat usensowni więc przekazanie go w łapy niedoszłych samobójców – moje rozumowanie do konkluzji ostatecznej doprowadzi zaraz ktoś złośliwy i, o dziwo, postąpi tak dokładnie według moich intencyj. Zupełna śmierć bowiem jest zawsze w najbliższym sąsiedztwie absolutnego życia, natomiast niedoszli samobójcy to ludzie najbardziej kompetentni co do znawstwa takiego życia prawdziwych ciężarów i co do uroków śmierci, fałszywej kochanki. Podobnie zresztą najbliżej życiodajnych tropsów i fumb w organizmach biobytów ruchomych znajdziesz przeciwstawne im odbytnice. W literaturze aż kłębi się od czarnowidzów i przeczulonych na własnym punkcie pomyleńców. Pamiętnik artysty wedle ich słów, których studium niech robi pojedynczy specjalista, ale nie całe rzesze studentów!, tym jest rzeczywistszy, im obłędniejszy. Co prawda, choć piękno (a w tym literatura piękna) ma działanie integracyjne i terapeutyczne, należy się cokolwiek i masochistom. Brak wyczucia formy w sztukach czyż jednak masochistów w osobach bywalców geleryj, teatrów i bibliotek – nie produkuje? Wspomniany już w idącym tu tekście Napoleon Damunia twierdził, że jego starokawalerstwo zawiniła miłość do książek dziewiętnastowiecznych, podczas gdy dzisiaj, by zdobyć kobietę, trzeba się imać nowoczesnych forteli, jakie serwuje literatura oczywiście późniejsza. Chciałby „w sposób przemyślany / wypić łyk śmietany”…W czym upatrywać tedy przyszłość sztuki? W taktownym zapraszaniu do rekreacyjnego myślenia tak zwanych sztuki odbiorców przez prawdziwych artystów. Czynność była i pozostaje wpisana w naturę wszelkich biobytów; zbadano przy użyciu precyzyjnych mierników elektronicznych, że mózg ludzki mniej męczy się, koncepcyjnie pracując niż bezmyślnie odpoczywając. Wypada domniemywać, że to właśnie my, ludzie, a nie zwierzęta, rośliny czy grzyby, zainicjowaliśmy wśród stworzenia mimo to (zawiniony przez skupienie życia intelektualnego w obrębie niewielkich liczebnie elit) zwyczaj ucieczki od myślenia, powszechny wśród szerokich rzesz ludzkich pozostających poza elitami. Samowładne myślenie przebiega jednak pięknie tylko wówczas, kiedy próbujący myśleć wkłada w swe przedsiębranie całą pulę sił, jakie poprzednio zgromadził, i kiedy zarazem ryzykuje. Od takiej ofiarności oczywiście wielu woli się dystansować, stawiając na luz jako na swoją technikę ustawiania się wobec problemów życia. Psychita na odwrót: żyje w nieustannym napięciu, wprawia go w popłoch każdy szelest. Wódka, dziwki i kpiny z frajerów, co są na tyle matołowaci, że traktują poważnie wskazania o jakiejś potrzebie „cierpienia za miliony” czy przejmowania się nieuchronnością egzystencjalnych konieczności i poczucia sprawiedliwości, iż wolno ci wyrzucać innemu, że niska jest wartość jego pracy dopiero, gdyś swojej dopełnił – to postawa znacznej części zbiorowiska ludzi zdrowych. Powie ktoś, że ci rozgarnięci lekkoduchowie tylko ironizują sobie z nierozgarniętych poczciwoszy, podczas gdy dawniej ich postawowy odpowiednik takich nieszczęśliwców po prostu zabijał. A zresztą – dla kogo życie nie jest męką! Cierpi przecież także lekkoduch! Tak, ale tenże lekkoduch niechże sobie też uzmysłowi, że jego pozycja w generalnym rozrachunku jest stanowiskiem człowieka przegranego, natomiast wariat, usiłujący na świat i na siebie sprowadzić nieśmiertelność,  pozostaje człowiekiem – póki co, nie zwyciężonej – nadziei! Znów ktoś tu się odezwie, że sama długowieczność („po co zaraz mówić o nieśmiertelności!”) cechuje na przykład, będące wszak tylko drzewami, sekwoje, które dożywają nieraz (kiedy ich pnia nie przepiłuje tuż przy ziemi, mający żyć o tyle krócej, złośliwy ssak dwunożny) tysiąca roków. No tak… Tu już chyba trzeba mi będzie rozsupłać worek z tajemnicami, z którymim krył się, by moją quasipowieść budować według zasady zrównoważonego rozwoju, a nie tak, że w jednym jej miejscu wystąpi przysłowiowy przesyt wszelkich bogactw, a w innych – pustkowie. Otóż dotąd szanowny czytelnik miał na ogół możność (mam nieskromną nadzieję, że bez niesmaku) konstatować fakt, że, wprowadzając go w rewiry moich myśliwstw, absolutyzuję sam siebie, własną osobę niejakiego Flakonona Pluxa vel Marka Słyka. Teraz dojdzie (że jest to niesprzeczne, dowodzi chociażby precedens chrześcijańskiego Absolutu w trzech Osobach, Trójca, formalnie przecież trudna do utożsamienia z Jednią, jakiej chciał Plotyn) druga absolutyzacja: absolutyzacja  j ę z y k a  – pyryjskiego vel polskiego. Otóż wszystkim zapewne wiadomo, że istnieje, uzasadniany zadziałaniem natchnienia bożego, pogląd, iż „na początku było słowo”. To enigmatyczne z pozoru twierdzenie („z pozoru”, albowiem Bóg, dając początek Bytowi, musiał chyba powiedzieć mu „bądź!”, a więc użyć słowa) doskonale wkomponowuje się w moją teorię wirów (co dopowiem po raz pierwszy dopiero teraz, a to dlatego, że wyczułem, iż właśnie teraz na to pora), tożsamych ze słowami, a w każdym razie stanowiących sobą kod, którego jest przeznaczeniem w słowa się przepoczwarzyć. Idee, których „odbitki” ściąga z ponadistnienia w swój nibybyt aktywne Nic, stają się wirami, z kolei wiry stają się słowami, mającymi swe ideotypiczne znaczenia – jeszcze zanim dojdzie do obrócenia ich w rzecz. Do perypetyj, jakie przy tej okazji się wywiązują, mam zamiar w wrócić w dalszych partiach tekstu. Tutaj przedstawię jedną tylko okoliczność omawianej sprawy; tę mianowicie, że zakładam, iż słowa mają działanie sprawcze. Pozostające w dyspozycji Boga, który w swych pierwocinach był owym fizycznym Niczym czy Nikim, zostały Przezeń użyte do napisania literami (w postaci kombinacji kropek) na zwiniętej wtedy w kłębek nitce czasu owej Księgi Przeznaczenia. Powstaje tu pytanie, jakim to meta-językiem, robiąc to, się posłużył. Że nie mógł to być język ludziom nieznany, za tym przemawia jeden pewny argument: wspólna Bogu i człowiekowi dola dźwigania na własnym karku odpowiedzialności za wszechświat. A to z tej racji, że zadysponowaną przez Boga światu całość zagadnienia jedynie człowiek może objąć – świadomością i analizą. Bóg ponadto w sobie umieścił wszechświat, a siebie – w człowieku. I nie utknę tu, jak ktoś ograniczony, pokrywając zmieszanie pokasływaniem i rzuceniem słuchaczowi wykrętnego zwrotu: „za długo by tłumaczyć”. Skazana na automatyczne powielanie schematu – w rodzaju nawet, wysoce przecież upodobnionych pod  względem samej zasady działania do najprostszego biobytu, elektronicznych żółwi, które, dla zaspokojenia swego apetytu na światło, nie spoczną, aż je odnajdą – maszyna nie jest zdolna do samorozwoju. Podobnie zwierzęta, rośliny i grzyby. Te, w odróżnieniu od maszyn, są pewnie zdolne do ewolucji przystosowawczej; na związany z tym temat sporo jeszcze dalej powiemy. Człowiek natomiast jest nieobliczalny, wolny, w czym – podobny do Boga. Także dlatego Bóg widzi w nim partnera, a w innych biobytach – nie. Chociaż trzeba tu dla sprawiedliwości dopowiedzieć, że tak zwierzę, jak roślina i grzyb, kryją w sobie, zresztą odtajniane powoli przez nas, tajemnice. (Na przykład fakt posiadania w swoich tkankach zupełnie gdzie indziej niespotykanego rodzaju substancji biochemicznej, co poniekąd stanowi wyzwanie, a więc i szansę, dla współczesnej farmakologii i nawet – dietetyki). Ale powróćmy do rzeczy. Bóg, stwarzając świat, posłużył się z konieczności językiem mającym działanie sprawcze i po drugie koniecznie takim, którym ze swobodą mogliby posługiwać się, tak na co dzień, jak od święta, ludzie, ponieważ w szczep ludzki Bóg ostatecznie się wszczepił i z jego pozycji tylko mógł stopniowo odgadywać swój przedwieczny, pierwotny zamysł. W długotrwałym procesie przemian, jakim jest historia, jedynie najbardziej niepodatne na wynaturzenie i modyfikację grupy narodowościowe, jak przewidywał (lub postanowił) Bóg, miały wytrwać przy języku pierwotnym. Jako analogię należy tu chyba przywołać przykład świata czystych chemicznych pierwiastków, spośród których ponad stu – tylko kilka nie wchodzi, w niepożądane tu, koincydencje. Jakkolwiek wszystkie języki ludzkie od jednego tylko wywodzą się pierwowzoru (bez nawiązywania doń, ze zwykłych względów technicznych, nie mogą obyć się nawet, tworzone niby od zrębów w abstrahowaniu od wszelkich wzorów naturalnych, języki sztuczne), przy języku pierwotnym do dnia dzisiejszego pozostał w sensie ścisłym jedynie naród polski, zwany tu przeze mnie – z lekka ironicznie – pyryjskim. Podobne mu inne języki słowiańskie, z winy tego, że żaden z ich nosicieli nie zdołał tak poczciwie jak Polak (czy Pyryjczyk) trwać przy plemiennej schedzie, zaprzepaściły tę szansę. Co jednak ma wskazywać na to, że sposób dźwiękowego porozumiewania się współczesnych nam obywateli Polski vel Pyrii jest identyczny z językiem, w którym dokonano stworzenia? Dużo na ten temat myślałem i sądzę, że w zupełności wystarczyć tu winno już jedno: to, że, wbrew pozorom, język polski jest ze wszystkich języków narodowych zbiorowości ludzkiej najbardziej skrótowy, najlapidarniejszy. A już na pewno w swojej warstwie, jak ja to nazywam,  r o z k a ź n i k o w e j ,  jedynej istotnej dla samego aktu stworzenia. Rozkaźnik jest to inaczej czasownik – liczby pojedynczej, czasu teraźniejszego, drugiej osoby, w trybie rozkazującym. (W tym przypadku rodzaj – męski, żeński, nijaki – nie ma znaczenia). W którymż innym języku, da się jednosylabowym słowem wyartykułować konkretne żądanie zrobienia czegoś! Tchórz!, łap!, lej!, top!, ródź!, płódź!, bądź! – moim zdaniem to właśnie polskie rozkaźniki są pierwiastkami obiektywnego języka ludzkości, z których należy ułożyć tabelę, podobnie jak Mendelejew swoją słynną tabelę ułożył z pierwiastków chemicznych! Teraz: dlaczego rozkaz ma być jedynie istotny dla aktu stworzenia? A jaki jest inny sposób na egzekwowanie swej woli słowem? Wolą Boga było istnieć w postępie czasowym i nadać istnienie wszystkiemu, co miało Go wypełniać, ponieważ przyjmowane przez scjentystów samostworzenie się świata – bez użycia jakiejkolwiek siły – było naprawdę samostworzeniem się Boga, tożsamego ze światem – wskutek użycia Przezeń kreatywnej woli istnienia. Kartezjusz wymyślił niegdyś odpowiedź na nie dające mu spokoju pytanie, co może być dowodem na to, że istnieje. „Zastanawiam się, czy istnieję; jestem w stanie w to wątpić. A to znaczy, że myślę. Skoro zaś myślę, to istnieję, jestem”. Według mnie natomiast myślenie, jako przynależne Bogu, który wynalazł sposób na stworzenie Samego Siebie, jest zaledwie drogą ku istnieniu, której celu można i nie osiągnąć. Raczej powiedziałbym tutaj: „myślę, więc mnie nie ma”, ponieważ, dopóki myślę, a nie mam danych po temu, by powiedzieć „wymyśliłem!”, dopóty byt mój dopiero się zarysowuje, jest niesfinalizowany, i ta niedokończona budowla niestety zaraz się rozpadnie, a nawet wręcz, jako że myśl jest kamieniem węgielnym bytu, a nie bytem samym, żaden hipotetyczny obserwator nie wejdzie w prawo powiedzenia, że cokolwiek tu się w ogóle zaczęło. Zostawmy to; mam nie tyle może ważniejsze, co pilniejsze sprawy na głowie, by badać każdy zakamarek trąconego tu wszak  zaledwie problemu. W każdym razie myślenie, jeśli nie przynosi skutku, to tak, jakby go nie było, a więc jakby nie było i tego, kto to myślenie prowadzi. Być może uznałbym za prawomocne logicznie, gdyby Kartezjusz nie rzekł tego, co rzekł, tylko powiedział: „wymyśliłem, więc jestem”. Tutaj jednak ujawnia się nader podstawowe pytanie ontologiczne: co to znaczy, że coś, ktoś – jest, lub przynajmniej, jak inaczej powiedzieć, że jest to coś bądź ten ktoś. Jest to, co posiada ciało? Czy jest to, co pozostaje w ruchu? I, czy to, co pozostaje w ruchu, może ciała nie posiadać? Oraz, czy w jakichś szczególnych razach myślenie może obywać się bez tego, kto go dokonuje? Och, nie. Zostawmy to jednak; jestem teraz zbyt niewyspany, zbyt skołowany. Jedno przecież dopowiem: moja teoria wirów dopuszcza, a nawet postuluje istnienie samoistnego ruchu. Ruch wymaga jednak przestrzeni lub choćby płaszczyzny, albo przynajmniej linii, na której mógłby się odbywać. A nawet wtedy, gdy, zamknięty w nieskończenie małym wymiarze punktu, odbywa się na zasadzie wirowania lub pulsowania, wymaga istnienia czasu. Z kolei czas nie będzie biegł (dowiedziono tego ponoć matematycznie), jeżeli środowisko, w którym się wywiązuje i trwa, nie zmienia stale swojej gęstości. Dobrze. Koń ma dużą głowę, niech myśli. Wrócimy teraz do tematu, który mam wystarczająco, jak na potrzeby sześćdziesięciorocznego dziecka, przemyślany.

            Uśmiechania się ustami bezzębnymi, uśmiechem sztucznych szczęk. Polewania deszczówką z, napełnionego nią pod wylotem rynny, cebra – porosłych ledwie widocznym puszkiem łysin niemowlaków, gadatliwych nadal oratorów na emeryturze. Wrak byłego młodzieńca o wybujałych ponad granice przysłowiowego rozsądku potrzebach uczuciowych – powłóczy słabo nogami na swoich spacerach pod dom swej, poślubionej cywilnie już ile to roków temu (30?), żoneczki. „Nasienie pozostawione samemu sobie – rozumuje on – pozostanie bajorkiem nieużytecznej plwociny; kiedy jednak wprowadzę je do mózgowych macic milionów podobnych mi, tyle że, jak ja to umiem, nie będących w stanie syntezy dokonać, zapaleńców – plon strzeli z pustyń jak z czarnoziemu!”. Czy wiara czyni cuda, czy na odwrót, zamiast się zamartwiać niedobrym, jak głoszą media, stanem świata i państwa, woli on poddać historycznej próbie weryfikacji ukutą przezeń przecież nie aż tak bardzo dawno sentencję, że sprawa zbawienia świata od przekleństw to tylko kwestia (jego) słów.