marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 30th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 50

            Ale porzuciłem pewien wątek – domagający się, jeśli nie rozstrzygnięcia, to przynajmniej dopełnienia. Czy Bogu do stworzenia świata potrzebne było czyjekolwiek współpracownictwo? Innymi słowy, czy był Mu potrzebny współpracownik, który nie to, że byłby Bogu w czymkolwiek pomagał, lecz to, że byłby Mu właśnie mieszał szyki, bezczelnie molestował swą indolencją, stawiał opór, robił to wszystko, co przypisujemy zazwyczaj Szatanowi? Rolę zła jako niezbędnego według mnie komponentu wszelakiego istnienia – doceniam pewnie jak nikt inny. Lecz czy było ono obecne i potrzebne również wówczas, gdy byt dopiero wchodził w swoje pierwsze stadium? By oddać rzecz w słowach dosadniejszych: czy Szatan, który uosabia wszelką przeciwstawność bożej mądrości, a więc tak czy inaczej głupotę, ma równie stary rodowód jak Bóg sam? Lub ewentualnie, czy byt został ostatecznie wykreowany w toku walki Boga z jakimś Bogiem-bis, równorzędnym dlań przeciwnikiem? Nie wiem, czy wypada o tym mówić, ale ostatecznie raz kozie śmierć – czy ma przyjść później, czy teraz, to chyba obojętne, zważywszy, że tu przecież walczy się o nieśmiertelność. Otóż przyśniło mi się niegdysiejszej nocy, że jestem… kobietą i że swe kobiece łono ugniatam palcami jak plastelinę, w rezultacie czego powstaje fiut, zresztą od mego, już wówczas nie kobiecego, ciała nieodłączny. Czy trops, jak w trzech poprzednich tomach przygód Pluxa to określałem. Nie zdarza się, by sny nie miały swego przełożenia na tak zwaną ‘twardą’ rzeczywistość, o ile ktoś chciałby tutaj zamknąć mi usta znanym cytatem z księgi przysłów, że „sen – mara, Bóg – wiara”. Mogę być najdalej od prawdy, tym niemniej konstytucyjna wolność wyznania i poglądów zapewnia mi możliwość utrzymywania niechby i wbrew wszystkim, że Stwórca sprawy swej płci nie ustawił od razu jako cechy przypisanej sobie na sposób stały i trwały. Cuda, zdarzające się w historii, stopniowo rozbudziły w ludziach przeczucie istnienia tajemniczej potęgi, tych, sprzecznych z codziennym doświadczeniem, faktów będącej autorem. Ów autor miał być wszechmocny – w realizacjach swojej woli, i wszechwiedzący – w świadomości znaczenia tak całości dziejącego się wszechświata, jak każdego w nim incydentu. Jak w doświadczanej rzeczywistości, wypełnionej czynnikiem męskim i żeńskim, stroną wiedzącą, a więc przynajmniej pretendującą do wszechwiedzenia, mogłaby być ‘niewiasta’, skoro już prosty rozbiór semantyczny pokazuje, że jest to ta, która ‘nie wie’? Z kolei słowo ‘mąż’ oznacza przecież tego, kto jest ‘w możności’, który ‘może’, a więc dysponuje ‘mocą’. Chcąc powiedzieć cokolwiek o nieznanym, odwołujemy się zawsze do tego, co poznaliśmy, a co, w stopniu niechby tylko śladowym, zdaje się być podobne do nieznanego. I tak Bogu przypisaliśmy płeć męską. Czy – niewzruszonym prawem symetrii – Szatanem nie powinna okazać się… kobieta?

            Niewinne podsuwania pod nos naiwnym rybom – dżdżownic na metalowych haczykach, rozrywających tym pierwszym wargi. Czy któremukolwiek z dzielnie trwających przy wędziskach wędkarzy błyśnie myśl, że ich zabawa to w gruncie rzeczy czyste i typowe okrucieństwo? Ba!, nie byłoby zabawy, jaka zawsze odbywa się czyimś kosztem, gdyby nie ono! W ogóle byt jakikolwiek konstytuuje się w każdym przypadku na morderczym antagonizmie, od czego odwołania nie znajdziesz! No dobrze, a jeśli instancją odwoławczą postanowilibyśmy uczynić bożą wszechmoc?…  Jak dotąd, nawet Jezus pomagał rybakom tylko poprzez cudowne zapewnienie im obfitości połowu, nie wchodząc w to, czy dobrze uczynił uwięzłym w sieci i duszącym się brakiem tlenu, który skrzelami, a nie płucami przecież, mogły czerpać jedynie z wody, rybom. A może śmierć własna, nie tylko ta oglądana z zewnątrz, nie jest aż tak straszna, jak to sobie wyobraża osobnik, który nie poznał nawet jej przedsionków? Wykonawszy raz efektowny zeskok ze zrobionej z metalowych żerdzi konstrukcji do składania dywanów przy podwórkowym trzepaku, nadziałem się mięśniem uda na pionowo stojącą żerdź, odgiętą nieco od tej „półki”. Zranienie było głębokie na 10 centymetrów i szerokie na tyle samo, a nie poczułem bólu! Trochę – potem, gdy rozorany mięsień nad kolanem lewej nogi zszywał mi chirurg. A więc może i śmierć okaże się czymś, nad czym nie ma co rozrywać szat? Co – wręcz z przysłowiowym wzruszeniem ramion – można dopuścić? Przykra dla żywych, których bliźni ignorują, świadomość nieistnienia, w sytuacji, gdy stopniowo kiedyś pewno naprawdę uchodzić będzie z nas życie, może nie nieść z sobą żadnych źle się kojarzących wrażeń. Mówię o snach, bo w moim szarym generalnie życiu to właśnie sny wyjątkowo bywają zazwyczaj elementem naprawdę barwnym. Czemu ich nie opisuję? A temu, że mam się za twórcę, nie zaś odtwórcę; takiemu stawianiu sprawy sprzyja przy tym dodatkowo kruchość, mglistość tudzież nietrwałość mej pamięci. Jednakowoż przysłowiowa ironia losu (czy ta, nieco inaczej mówiąc, złośliwość prowadnika bytów inteligentnych – nie dowodzi, że, co byłoby chyba nader pożądane, i on inteligentny jest???) zatrzymuje w pamięci te właśnie prześnione obrazy, które najbardziej chcielibyśmy pchnąć w niepamięć: motywy obsesyjne, nienawistnie pesymistyczne. Przykładowo, śniło mi się w życiu kilka razy, że umieram. I w jednym przypadku wrażenie wynikłe z tego doświadczenia wprost powalało. Otóż poczułem, że umierając – doznaję rzeczy… przyjemnej! Pomagać swemu przeciwnikowi – tego nie ma wpisane w naturę biobyt, który wygrywa. Można zdradzić wszystko: ojczyznę, żonę, przyjaciela. Tym niemniej upodleniem bodaj bezkonkurencyjnym pozostaje ewentualność najgorsza: zdrada samego siebie. Niby za grę zawodnika odpowiada nie tyle on sam, co trener, który tego gracza do meczu przygotowywał, wpoił mu, co na boisku ma robić, jaki schemat taktyczny realizować, desygnował go do gry. I podobnie za sprawowanie się w wyścigu sportowej maszyny, odpowiada nie ona sama, tylko jej konstruktor. Długo się opierałem poglądowi zasłyszanemu od pewnej psychiatrini, że jako ludzie jesteśmy ponoć tylko maszynami, których awarie, zwane przez nas chorobami, może usunąć jedynie, mający pojęcie od prawidłowym funkcjonowaniu takiego mechanizmu i będący wobec niego czymś zewnętrznym, mechanik. Że maszynami jednak nie jesteśmy, próbowałem już wykazać w niniejszego tekstu ustępach dawno napisanych, powołując się na różne okoliczności, co uzupełnię teraz poważnym domniemaniem, że maszyna, w przeciwieństwie do człowieka, się nie samostwarza; jest w ogóle niezdolna, jak wtedy już napisałem, do wolnej twórczości. Wola, jaką w sobie – zależnie od kaprysu – wzbudzamy lub wygaszamy, nadaje bezwładowi naszych ciał cechę ściśle lub luźno ukierunkowanej ruchomości, co upodabnia nas do Stwórcy, który (może też dla kaprysu?) spowodował Pierwszy Impuls. Maszynę włącza lub wyłącza człowiek, którym powoduje kaprys lub… przymus, zwany przez nas poczuciem obowiązku. Lecz, o ile nasza przynależność do zbioru maszyn zachodzi faktycznie, to tak poczucie obowiązku jak kaprys zostały wpisane w nasz program przez Kogoś, komu ani w głowie było liczyć się z   n a s z ą   wolą, bo dopiero ten dany nam w zaprogramowaniu zapis w ogóle ją (i nas samych!) stwarzał. Czyżbyśmy więc byli ambitni nie dzięki sobie, to jest nie dzięki własnej konsekwencji upartego wkładania wysiłków w wyrabianie w sobie cech składających się na ambicję, która bez tego mogłaby wcale nie powstać? Cóż, mamy liczne a wymowne przykłady w historii (także tej naszej prywatnej), że konsekwencja bywa nagradzana i że jej brak powoduje w ludziach nad wyraz przykre spustoszenia i upośledzenia. A bo to raz zaobserwowywaliśmy, jak z niepozornych dzieciaczków wyrastali prawdziwi giganci? I na odwrót: jak z dobrze zapowiadających się debiutantów – w wieku dojrzałym nie zostało nic? A więc człowiek może wiele sobie zawdzięczać! Czyli nie jest bezwolną maszyną, o jakiej losach wszystko wiadomo z góry, ponieważ decyduje o własnym spełnieniu lub zwyrodnieniu poprzez sumę wyborów – podążania drogą trudną a twórczą   a l b o   -   łatwą a, w najlepszym razie, wtórną. Skoro więc decyduje o sobie (a bywa przecież, że i o innych), to nie jest przedmiotem, nie jest maszyną! Bo nie jest maszyną byt wolny od konieczności zdawania się na schemat; zdolny wybierać pomiędzy dobrem a złem, a nie skazany na samo dobro lub zwłaszcza na samo zło! Ale jeśli jesteśmy maszynami, to nasza wierność sobie lub zdrada siebie naprawdę nie wzbogaca naszego konta ani go nie obciąża, ponieważ nieprzekraczalny zakres naszych zachowań przewidział i wyznaczył Ten, który obmyślił mechanizm naszej bytowości i złożył ją według tej koncepcji z pewnej (według miar odpowiednich dla maszyn zwykłych, na pewno ogromnej) liczby (też mających budowę bardzo złożoną) składników, na Niego więc w takim przypadku spływa cała zasługa lub wina. Powie ktoś, że przynudzam, zamiast zaserwować czytelnikowi plastyczny opis, jak to jeden drugiemu przywalił w ryj, a potem odbitą konkurentowi panienkę profesjonalnie wydymał. Wybaczcie, ale będzie chyba prawidłowiej (zasmucę tu zwolenników arcynowoczesnej tendencji w sztuce zwanej „walką z prawidłem”, jako że tego prawidła zostało w niej już naprawdę niepokojąco mało), gdy zaczniemy rzecz nie od epilogu. Poruszanie się tłoka w tulei benzynowego silnika (a nawet niech będzie to ropniak!) jest tym, co się dzieje wewnątrz  m a s z y n y , której ta praca sprawia, być może, podobną rozkosz jak chłopu i babie akt kopulacji. Toteż to, że ktoś doświadcza szczęścia, nie oznacza bynajmniej, iż wychodzi poza funkcje, jakie wypada nam przypisywać przedmiotowi. Świniom z wieprzami hodowca pozwala na uprawianie miłości nie ze względu na to, że jakoby jest miłosierny. Ich miłość traktuje wybitnie przedmiotowo; dla spłodzenia, a następnie zrodzenia, kolejnego miotu rzeźnej nierogacizny.  Ja próbuję tu dojść, czy jako ludzie, goniąc za szczęściem, nie popełniamy tego samego błędu, jaki zapewne jest udziałem tak wieprzów i świń jak maszyn, które swoje sprawne funkcjonowanie intuicyjnie klasyfikują jako szczęście, co pociąga za sobą rzekomo fakt, że są istotami wolnymi – jeśli nie będącymi w stanie pastwić się nad czymś innym, to w każdym razie nie objętymi koniecznością uznania, że coś innego nad nimi się pastwi. Męczące jest to trwanie przy temacie, który niby samemu się wybrało; mówię „niby”, bo tego jeszcze nikt nie wykluczył, czy dany człowiek na określony temat nie jest po prostu skazany. Ale od biadolenia literatura piękna aż puchnie – po dzień dzisiejszy od pierwszych zapisów biblijnych; chcę się odróżniać od tych, z którymi o względy łaknących duchowej strawy koneserów konkuruję, tedy biadolić nie będę. Gapowaty z natury, zawsze przecież odznaczam się pewnym i cwaniactwem. Bystrzak dostrzeże na murze domu najdrobniejsze spękanie; ja, dzięki mojej gapowatości, nie dostrzegę takich drobnych szczegółów, ale widzę za to dom – w całej okazałości jego sensu. Tak i tutaj – całościowo próbuję rozstrzygnąć, czy wszechświat funkcjonuje na zasadzie maszyny, której nie ożywiono twórczym prawem do powiedzenia „nie!” zamysłowi jej Konstruktora, czy też może można o Nim lepiej myśleć i jest tak, że i wolność wkalkulowano – przynajmniej w zakres potencjalnych możności wszechświatowego zjawiska. „Jak żelazko się zepsuje – przekonywała znajoma filozofka – , nie oznacza to jeszcze, że zaczęło myśleć”. Cóż, jest do rozróżnienia gołym okiem, czy dany byt poszczególny zachowuje się tak, jakby kierował się określonym pragnieniem, czy też przeciwnie: jakby nic nim nie powodowało. Jednak woda w strumieniu robi, co powinna, spływając na coraz to bliższe jądru Ziemi poziomy, a czy powiemy, że kieruje się pragnieniem ulżenia sobie lub jakąkolwiek koncepcją? Robi to, co nakazuje jej prawo ciążenia, pochyłość koryta i właściwa jej umiejętność ślizgania się po podłożu. Spływając, realizuje koncepcję Stwórcy. Czy bezmyślnie? Czy odbywa się to bez jej myśli, że koncepcji Stwórcy trzeba ufać? Podobnie żelazko: psuje się, ponieważ myśli, że tego chciał jego konstruktor lub… na znak buntu przeciwko konieczności pełnienia jego woli. Kiedy męka osiąga punkt krytyczny, dochodzi do pewnego zaiskrzenia. To moment iluminacji, a więc myśli. Uważam, a w każdym razie dopuszczam możliwość, że i przedmiotom nieobce bywa myślenie. Choć z drugiej strony – wiem to po sobie – kryzysy bywają i paraliżujące.

            Pokątne popalania tytoniu – w strachu przed rodzicami, którzy radzi by widzieć swego pierworodnego w chwale i sławie tego, co nie pije i nie pali. Padania na twarz przed groźnie wymachującymi piąchą łobuzami, skłonnymi sypnąć wiąchą – jarmarcznymi babami.

            No ale wrócę do tego, co mam za najważniejsze, najbardziej problemowo dziewicze. Jest więc to aktywne fizyczne Nic, ten punkt, który pulsuje już na prostej czasu, posuwając się do przodu i znacząc ową linię śladami swego pulsowania. Z tym, że ta prosta jest prosta o tyle, o ile jest to możliwe bez przestrzeni. Nawija się na punkt swego początku niby wełniana nić na kłębek, jakoś tak spiralnie, chociaż jest to spirala jakby przestrzenna, pozostająca w polu grawitacyjnym, magnetycznym czy jak inaczej to nazwiesz – swego startowego punktu. Nic jest inteligentne: pulsuje, przywołując z ponadistnienia idee. Zapewne jego inteligencja teraz skupia się na jednym: wyznacza sobie cel, ażeby pulsować oryginalnie, nie pozostawiając na linii czasu ani jednego powtórzenia raz wykropkowanego wzoru. Dzięki uruchomieniu (poprzez pierwszy akt dialektyczny) czasu, rodzi się historia. Wzory skomponowane z kropek na linii czasu są czymś takim jak wyrazy złożone ze znaków znanego dziś i „wynalezionego” przez niejakiego Morse’a alfabetu. Wyrazy te sprowadzają z ponadistnienia, jak już to zostało wyżej odnotowane, idee, które stają się teraz nieomal nieważkim wirem samym w sobie: jednym, drugim, trzecim… Ruch i duch; czy podobieństwo brzmień tych dwu słów nie musi wydać się tu uderzające!? Punktualny (czy punktowy) kłębek czasu z początku nie odczuwa nagromadzania się wirów samych w sobie; gdy jednak prowadzona bez przerwy operacja doprowadza do napęcznienia kłębka i uzyskania przezeń masy krytycznej, eksploduje! Jest to tak zwany, opisywany w szczegółach przez dzisiejszych astrofizyków co do najdrobniejszych ułamków sekundy, Wielki Wybuch.         Obsesyjne wypatrywania szans na lepsze jutro w dzisiejszym, jakże niemrawym!, samodoskonaleniu. Wizje, które rozsnuwa na chwytających obraz ekranach oczu narkotyczny wywar, zdają się daleko w tyle pozostawiać tradycyjny świat ludzkiego racjonalizmu.

            Zegarek, wraz z wszystkimi rzeczami, jakie w chwili przed zahospitalizowaniem miałem przy sobie, mi odebrano i złożono w depozyt, tak że, by zorientować się co do aktualnej godziny, muszę spojrzeć na ten kwadratowy zegar – wiszący nad drzwiami odgradzającymi od strony wolnościowej nasz oddziałowy korytarzyk. Za pięć piąta, ludzie z sal już w większości powychodzili. Gwoli ścisłości: w depozycie spoczywa wszystko, co miałem – z wyjątkiem jednak okularów. Dzięki temu, że mam je na oczach, dosyć dokładnie rozpoznaję teraz tożsamość sporej części mych towarzyszy niedoli; jest to o tyle istotne, że wiem z grubsza, czego się spodziewać po takim to czy innym typie, chociaż niby wariaci są nieobliczalni i ta wiedza może się zdać przysłowiowemu psu na budę. Ludzie oczekują na zbliżającą się wyczuwalnie wieczerzę z obojętnością; wiadomo, że nie będzie to wystawna uczta, zdolna świetnością podanych smakołyków rozpalić zmysły, w tym zwłaszcza zmysł smaku i powonienia. A zresztą w niewoli egzystencjalny smutek, będący do zniesienia w każdym prawie innym miejscu, tonuje wszelki jaśniejszy przebłysk myśli, z kolei przeczuciom ciemniejszym odbierając walor wyrazistości. Moje 23 półroczne, a w paru przypadkach i dłuższe, pobyty w psychiatrionach dały mi za to, dość może ambiwalentną, satysfakcję uczestnictwa w większej wspólnocie, coś jakby przedłużenie szkoły, żadnego uniwersytetu nie kończyłem. Te dane autobiograficzne przedstawiam wszelako nie dla nich samych, tylko dla oddania uniwersalnych treści ludzkiego losu, w których każdy odnalazłby i swoje życiowe przejścia, i pewne, nasuwające się samoistnie, wskazania, jak żyć, by tego czy owego doświadczyć, a temu czy owemu nie dać dostępu do swoich istotowych trzewi – o ile by sięgnął po moją książkę. Oczywiście nikt nic nie musi; jeżeli lektura przygód, podstarzałego już, Pluxa ma daną osobę męczyć, to niech jej nie przedsiębierze. Męka może być twórcza i kształtować najpiękniej człowiecze morale tudzież intelekt. Ale skoro tak, to niech ta osoba przedsiębierze ją na własny rachunek; nie chcę brać odpowiedzialności za to, że ktoś, zachęcony moimi ewentualnymi przechwałkami, będzie przeze mnie cierpiał. Krytyk Piotr Kuncewicz napisał gdzieś, że jestem dosyć szalony, by napisać dobrą książkę; już sama ta rekomendacja mogła poniektórych zaintrygować. Cóż, sam ulegałem famie głośnych nazwisk i wiele obiecujących programów; co więcej, sam też przecież, nie wchodząc w to, czy dziś moje nazwisko komuś mówi w ogóle cokolwiek, obiecuję powszechną nieśmiertelność – pod warunkiem zdania się na mą naukę. O nieśmiertelności  przebąkiwał już ogólnikowo Jezus Nazarejczyk, nie jestem więc tu pierwszy, o ile przyjąć rozsądnie, że nie mam prawa, jako szaraczek, z Nim się porównywać. Rozsądek jednak, w znaczeniu postawy rozsądzania zgodnej z wyznawaną dziś „życiową mądrością”, jest mi obcy zasadniczo. I tak na przykład fakt, że nawet najdługotrwalsze okresy światowego pokoju wieńczył w dziejach dotychczasowych zawsze czas rekordowo trupodajnych wojen, nie jest dla mnie bynajmniej żadną przesłanką do formułowania jakiegoś, dajmy na to, prawa historii, które miałoby obowiązywać po wsze czasy – czy raczej do, zakładanego przez realistów, końca świata. Że pod górę trudniej się idzie niż z niej zjeżdża na tyłku, nie oznacza przecież konieczności ustania w trudnym pokojowym pochodzie i nieuchronności przejścia w stan, gdy folgujemy poszukującemu rozwiązań sensownych mózgowi i pozwalamy odpoczywać mu w bezczynności, kiedy jedni z nas bezmyślnie (aczkolwiek bohatersko) zabijają, natomiast drudzy, nie znajdując sensu w stawianiu oporu poprzez zabijanie (jak bowiem inaczej przed agresorem się obronisz!), z tą tylko refleksją na ustach, że „Boga nie ma-ż!”, giną w niesławie tchórzy lub, wykrzyknąwszy pod adresem swych morderców groźbę „Bóg mnie pomści!”, padają, śmiertelnie ranieni na polu chwały. Myślenie nie polega na tępym wpatrywaniu się w mądrą księgę; też trzeba być bystrym, żeby z takowej cokolwiek wydobyć. Ale fakt, że od początku świata nie znaleziono sposobu na zażegnanie nieuchronności wojen, a nawet na  racjonalne potępienie nazywania bohaterstwem aktu wbijania komuś noża w serce „od strony mostka lub od strony pleców” – kiedy dotyczy to świętej sprawy obrony ojczyzny czy też nie mniej świętej sprawy wyścigu ku sławie zdobywcy, tak więc ten fakt nie przesądza jeszcze  przekreślenia nadziei, że karta może się odwrócić. „Tak traktuj bliźniego, by błędu się ustrzec, / jak gdyby twym właśnie odbiciem był w lustrze”. Postuluję więc pacyfizm? Zespół wskazań, w świetle których, przez niemożność ostrzejszego potraktowania innych, dochodzi do blokady uczynienia czegokolwiek w ogóle – poza wynaturzeniami? Muzyka, narkotyki i wolna miłość – w tym homoseksualizm i lesbijstwo? Jeżeli przecież skasujemy ustawowo wojny i ruch przestępczy, w toku których społeczeństwo oczyszcza się z jednostek i grup powodujących rozpad całości, natomiast promuje jednostki i grupy mogące ustanowić sobą podwalinę nowej arystokracji, zdolnej poprzez swe inteligentne okrucieństwo zapewnić ludzkości właściwy jej naturze ład – to ludzie popadną w egzystencjalną rozpacz, czego skutkiem finalnym stanie się jedno wielkie zbiorowe samobójstwo! Nie tylko bowiem to, że jeśli nie będziesz niszczył innych, to inni będą ciebie niszczyć! Jeszcze bowiem i to, że jeśli nie będziesz niszczył innych, to będziesz niszczył samego siebie!! Póki istniejemy, jesteśmy skazani na czynność, musimy coś robić, nieustannie dokonywać transformacji. A każda robota jest niszczycielska! Nawet kiedy przy jej okazji zdarzy się nam coś wybudować! I tak, budując posąg, który, postawiony w uczęszczanym miejscu miasta, ma upamiętnić jakąś, mającą być wzorem dla młodych (na starych z dawien dawna nawykliśmy stawiać nagrobkowy krzyżyk), wybitną jednostkę, jesteśmy zmuszeni zniszczyć malownicze (są-ż  inne?) zbocze jednej z kamiennych gór, gdzie urządziliśmy tak zwany kamieniołom. Podobnie, powstrzymując się od ataków na inną jednostkę, jednostkę, która nieprzyjemnie cię drażni, nie dajesz sobie szansy na osobowościowy rozwój, marnujesz tkwiący w tobie potencjał, ulegasz marginalizacji. Tak, tak! Należy dopuścić – w interesie choćby własnym, skoro żaden inny, ponieważ zbyt wiele razy na innych się zawiodłeś, nie ma po prostu prawa wchodzić w grę – zachowania wykraczające poza – tak Mojżeszowy dekalog, jak Jezusowe przykazanie miłości. Dobro i zło, siłą obopólnego antagonizmu, ustanawiają byt z nijakiego etycznie, chociaż za to w swoim nieporównanym braku zobowiązań wobec którejkolwiek z opcyj nader aktywnego, nicestwa.