marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Lipiec 23rd, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 5

            Mamy Schizogród. To największe miasto Pyrii jest zarazem chyba i najpiękniejszym miastem kraju, pełnym nie tylko ciekawie zaprojektowanych i solidnie zrealizowanych w szkle i betonie osiedli mieszkaniowych, ale i awangardowych architektonicznie lub stylizowanych na antyk budynków, w których mieszczą się krajowe urzędy, biura, sklepy i kościoły. Dużo tu także teatrów, kin, szpitali i cmentarzy, a wszystko w najlepszym guście. Pozostałe z dawnych czasów pałace i zamki, w których rezydowali niegdyś ze swymi dworami monarchowie i magnaci, dzisiaj uczyniono muzeami lub siedzibami demokratycznych władz. Poza tym mamy w stolicy całkiem sporo solidnych przedwojennych kamienic, które odbudowano z ruin. Aż nie chce się wierzyć, że tak wiele przysłowiowej substancji mieszkaniowej obróciła w ruinę nienawistna decyzja jednego „nadczłowieka”. Z tym, że z pewnością faktem bardziej niewiarygodnym jest ten, iż to wszystko z pietyzmem  schizogrodczykom udało się odbudować. Ulice i aleje o nienajgorszych jezdniach i trotuarach jak w każdej metropolii wypełniają tu dzisiaj tłumy przechodniów i nieprzerwane szeregi samochodów, tyleż zresztą pozostające w ruchu, co znieruchomiałe – kłopot uprzykrzonych korków dotyka bowiem Schizogród w niemniejszym stopniu niż inne urbanizacyjne kolosy. Mnie osobiście niepokoi w tym temacie tylko jedno: brak w mieście choćby jednej czynnej dzielnicy przemysłowej. Takie były, ale zlikwidowano. Po wyprzedaży agendom obcego kapitału wszystkiego, co się da, aż dziw bierze, że Schizogród ma jeszcze z czego żyć. Zajeżdżamy przed budynek dworca PKS. Nie chce mi się wysiadać, ale co mam robić? Nikt mi nie pozwoli siedzieć w tym blaszanym pudle w nieskończoność. Zresztą o jakiej nieskończoności tu mówimy. Pięciogodzinnej? Taka nieskończoność to zda się przysłowiowemu psu na budę.

            Przepycham się z moją walizką ku wyjściu, uważając, by nie rozbić jej zapięć. Bo i rzeczy spoczywające w tej poręcznej skrzynce są dla mnie zbyt cenne, by narażać je na zabłocenie. Cóż. Chociaż zmiany klimatyczne w skali globu zanegowały sensowność dzielenia roku na regularne trzymiesięczne okresy, to teraz w Pyrii coś podobnego do dawnej jesieni jednak da się zaobserwować. Częste deszcze, chłód. Wczesne nadciąganie zmierzchu. Zmierzam za innymi w stronę pobliskiej stacji metra.

          Łebstaw Trawiński mieszka w Pigułkowie – pewnie od urodzenia. Ja w Schizogrodzie pomieszkuję od pięciu lat. Przeprowadziłem się tu z żoną i ledwie pełnoletnim wówczas synem, żeby za dużo nie stracić z naszego niespodzianie przypadłego nam bogactwa, ponieważ w Festylii dwie trzecie majątku musielibyśmy oddać tak zwanemu fiskusowi, a tutaj kapitału potrzebowano. Bylebym trzymał te moje miliardy w państwowym banku, mógłbym je zachować niemal w całości. I zachowałbym. Gdyby nie Torton Flejtuchrop, znany kieszonkowiec. Powie ktoś, że miliardów nie trzyma się w kieszeni. Słusznie. Kieszenie mojego surduta są jednak wyjątkowe. Wyciągam z nich w razie potrzeby rzeczy, jakich nigdy do nich nie pakowałem. Więc chyba tym bardziej mogłem liczyć na to, że będą dobrym schowkiem dla tych niewyobrażalnych pieniędzy, jakie zapisała mi w testamencie ta  sama Matrycja Remodas, której syn ostatnio dopuścił się gwałtu. Matrycja zresztą żyje, więc jej testament właściwie powinien być unieważniony. Wówczas te wielkie pieniądze niby tak samo bym stracił. Nie tak samo. Ja i Kuba mielibyśmy bowiem wtedy bogatą znajomą. Co te pieniądze robią z ludźmi! – ktoś mógłby żachnąć się, zgorszony. Otóż pieniądze nic złego ze mną nie zrobiły. I tak samo z Kubą. Żyjemy jakoś bez nich i specjalnie nie tęsknimy do luksusów, jakie dzięki nim są do kupienia. Ale nikt mi nie powie, że nie jest ciekawa taka rzecz jak kradzież grubej sumy. No więc szedłem z moim majątkiem w kieszeni do najbliższego państwowego banku, żeby tam go zdeponować, a tu nagle zaczął padać deszcz! Szczęściem, jak mi się wtedy zdawało, znalazł się w pobliżu uczynny przechodzień z parasolem. Zagadnął, że parasol jest duży i świetnie pod nim się razem pomieścimy, więc niech nie robię ceregieli. Odprowadził mnie do samego banku, przed drzwiami którego uprzejmie się ze mną pożegnał. Pchnąłem drzwi, na nowo przekonany, że rasa ludzi bezinteresownych całkiem jeszcze, dzięki Bogu, nie wymarła, po czym prędko odnalazłem okienko z wywieszką „Wpłaty kwot o najwyższej wartości” i sięgnąłem. Ale jakaż była moja konsternacja, gdy w kieszeni, zamiast moich ogromnych pieniędzy, wymacałem skromną karteczkę! Było na niej napisane: „Mój dobrodzieju! Już nie będziesz musiał zachodzić w głowę, na co przeznaczysz swe bogactwo. Dokonałem bowiem zabiegu likwidującego ten twój kłopot. Ewentualne podziękowania kieruj pod adresem: Torton Flejtuchrop – kieszonkowiec praktyk, ekskluzywny dom przy jednej z cichych uliczek miasta”. W ten to sposób z multimiliardera stałem się biedakiem. Na szczęście zawczasu zdążyłem kupić mieszkanie, gdzie te parę dni ja, żona i syn już mieszkaliśmy, a teraz mogliśmy je sprzedać, by zrobić przeprowadzkę do lokali mniej wystawnych. Mówię o lokalach, a nie o lokalu, ponieważ Kuba powzięła decyzję, że nie będzie mieszkać pod jednym dachem z „ofermą, która przy lada okazji daje się okradać, i zamieszkała z naszym synem w jednym M – 2, a ja sam – w drugim. Takie to były nasze dzieje w Pyrii. Z tym, że rozwodu nie braliśmy, a nasze odosobnienie naszemu związkowi wyszło właściwie na dobre, bo, jak to raz wyznałem Kubie, „nie mamy teraz siebie za dużo”, dzięki czemu nie kłócimy się już praktycznie wcale. No, ale uważajmy, bo oto nadjeżdża metro.

            Przytupywania do rytmu na koncertach muzyki pop, wręczania popom niewygórowanych łapówek za darowanie win myślenia, mówienia, czynienia i zaniedbywania. Starzejący się młodzian o włosach sztywnych jak druty wyjeżdża na dychawicznej deskorolce ze swojej ukrytej wśród leśnych wertepów nory na równy grunt miejskiego Placu Defilad. Rozczarowanie światem, najwięcej ciepłych uczuć budzące w mało znanej miejscowości Zaświat; zwątpienie o sobie – z powodu nazbyt wielu przegranych starć z przeciwnikiem, z nami zrośniętym jak szyja węża z ogonem onegoż.

       Co by nie mówić, póki co, metro w Schizogrodzie się sprawdza. Nie ma rozkoszy bez okropieństwa, więc i tutaj dochodzi niekiedy do wydarzeń o wątpliwej atrakcyjności, jak robienie miazgi z dotąd figuralnych i jakoś tam funkcjatywnych ciał samobójców. Widać, nie tylko rewolucja i łaska bogów potrzebuje ofiar. Jakbyśmy się przecież czuli my, szarzy ludzie wśród pstrokatych tablic reklamowych, gdyby nie fakt, że to, czego się boimy w odniesieniu do siebie, przytrafia się innym? Rzeczywistość można zamrozić, przeobrazić ją w nie dającą znaku życia księgę, w której też niby będzie wszystko, co w życiu napotykamy. Ale czy naprawdę istnieje taki punkt odniesienia, z którego widok na nasze heroiczne zmagania będzie przedstawiał tylko nieruchomą czasoprzestrzeń, a ukryte w niej życie odczyta jedynie jakiś arcyspecjalista? Nie namawiam do dyskredytacji osiągnięć współczesnej nauki, sam staram się nawet studiować popularnonaukowe pisma i książki. Namawiam do zasypywania przepaści, jaka wionie pomiędzy szczytami a dołami problemowych rozpoznawców, deklarując, że do integrowania w ten sposób znawców z dyletantami i osobiście się przyłożę.

        Powierzchowność moich towarzyszy podróży koleją podziemną wskazuje, według mego niemiarodajnego osądu, na ich umysłową lekką ospałość. Ale czy sam wyglądam lepiej? Przyzwyczajony do oglądania wyselekcjonowanych twarzy na telewizyjnym ekranie, prawdziwych ludzi chciałbym widzieć na podobieństwo tych wirtualnych. A to jest odwrócenie perspektywy, coś, co może wpływać zgubnie na moje poczucie realizmu.

Moja stacja, trzeba wysiadać.

         A swoją drogą, to co za idiota nadał naszemu miastu tak pejoratywną nazwę! Trzeba będzie skrzyknąć przyjaciół i w parę tysięcy dusz zamanifestować przed siedzibą burmistrza, że na co jak na co, ale na to my, trzeźwi i normalni obywatele stolicy Pyrii, to się nie zgadzamy! Ogłosić konkurs na nową i właściwą nazwę obecnego Schizogrodu, ufundować zachęcające nagrody dla jego zwycięzców! Oto, co jest potrzebne! Ze swej strony proponuję nazwę Poezjogród. Niech przemawia za nią choćby to, że jeszcze niedawno było w tym mieście więcej poetów niż zdeklarowanych pijaków, a co mówić o schizofrenikach, od których imienia wzięła się przecież nazwa naszej stolicy. Ta stolica niby jest „nasza”, a więc i moja, ale prawomocność tego zawłaszczenia wisi wszak na przysłowiowym włosku, bowiem to w dalekiej Festylii mieszkałem od urodzenia 50 lat, tu zaś jedynie 5. Tak więc dopiero w wieku lat stu będę mógł właściwie powiedzieć, że jestem pół Festylczykiem, a pół Pyryjczykiem, o ile byłoby się uznało, że młodość i starość mają równą wartość, co pewnie w jednym z możliwych sensów jest słuszne, lecz w innym możliwym sensie pachnie zbyt silnym pragnieniem przypodobania się absurdowi, by wobec zarysowanego problemu nie machnąć ręką i nie posłużyć się urzędowym dowodem tożsamości jako czymś, co wszystko tej mierze wyjaśnia. Oglądam i telewizję, a jakże, więc – chcąc nie chcąc – skazuję się na wpływy mentalne tudzież intelektualne, jakie wywiera na słuchaczowidzu ten czy ów telewizyjny dziennikarz. A ten często teraz powiada, że o polityku więcej mówi to, jak kończy, niż to, jak zaczyna. Skoro politykuję, toteż za polityka mogę siebie mieć i słowa dziennikarza prawomocnie biorę do siebie. Zacząłem (życie) w Festylii, więc jak skończę (je) w Pyrii, to ważniejszy będzie, bo więcej o mnie powie, ten ostatni incydent. A skoro tak, to mam prawo uważać się (i być uważany) za Pyryjczyka pełną gębą. Zależy mi na tym, bo gdzieś w końcu chcę być swojakiem, a nie jakimś przybłędą, co to tylko błąka się po jakichś, abstrakcyjnych dla Pyryjczyka, krainach i nie ma prawa do zadomowienia. Tu wynika siłą rzeczy i inny problem: moja faktyczna skłonność do ufikcyjniania siebie i swego świata, by ledwie tylko wspomnieć o udziwnianiu sposobu wypowiedzi, czyli języka. Powiem wam: czy nie dosyć w naszej wszechświatowej lub tylko w pyryjskiej rzeczywistości takich, co mówią wprost? Nazywają rzeczy po imieniu? Jakoś jak Jezus mówił, że królestwo Jego jest nie z tego świata, nikt nie miał mu tego za złe! Chcę, by świat rzeczywistości ogólnej, a więc siłą rzeczy anonimowej, upodabniał się do świata rzeczywistości mojej, tej, jakiej daję sugestywny, a więc zdatny do naśladowania, zapis. Myślę, że kpić z powyższej deklaracji można, bo i jak dawać siebie za przykład, będąc typem owładniętym – widać – przez Szatana, skoro nie wykonuję żadnego użytecznego zawodu; nie obiecuję, że za ojczyznę oddam życie, a jeśli modlę się do Boga, to słowami, jakich nie znajdziesz w żadnym z modlitewników. Otóż moja profesja to poszukiwanie przygód intelektualnych i artystycznych tudzież proponowanie ich streszczeń wydawnictwom, które, że nie przekazują ich dalej, a to do ludzi chętnych wprowadzać się w błogostan chłonięcia przetrawionych już problemów – mają swoje powody. Moja robota nie zasługuje może na miano użytecznego zajęcia, ale zasłuży. Z wiarą w to będę umierał, bo – zapewniam! – nie jest tak, że, ślęcząc godzinami przy laptopie czy nad zeszytem, maniakalnie tylko spisuję rekordowe brednie. Chcę pomóc ludzkości odnaleźć właściwy trop myślowej zwierzyny, ponieważ sądzę, że ten stosunkowo nowy rodzaj   m y ś l i  s t w a    jest atrakcyjny i rozwojowy. I jak nic innego może i powinien zastąpić łowcom pościgi i strzelanie do saren, zajęcy, kuropatew. Czytanie psuje wzrok? Otóż jest na to rada w postaci książki głosowej, czytanej przez sprawnego lektora. Ten rodzaj pomocy w utrzymywaniu dobrego nastroju w dużej mierze wyprze z codziennej praktyki milionów słuchanie tej nowoczesnej pseudomuzyki rozrywkowej, jaką jest rap bądź techno – pewnie już niezadługo.

          Idę w stronę bloku, w którym wśród setek innych mam swoje mieszkanie. Nie chcę z tym się pogodzić, że ten świat jest już nie dla mnie, bo niby jestem już za stary. Słynni blokersi, czyli młodociani mieszkańcy bloków, wytworzyli nową miejską subkulturę. Mówiłem coś o mojej tęsknocie zadomowienia się gdzieś. Jak blokersi przecież nie jestem aż tak przywiązany jednak do określonego typu zabudowy. Dla mnie atrakcyjnie dziwny jest cały świat. I także te jego przysiółki – dobudowywane doń przez twórców takich jak ja.

         Mamy schodki zewnętrzne, wiodące do drzwi wejściowych na hall. Wystukuję na automacie cyfrowy szyfr. Zaraz też brzęczy elektromagnes, znak, że można już otwierać. Otwieram więc. Ach, te napisy na ścianach i rysunki  dzieciaków, zawsze chętnych do kpin z bulwersującej je tajemnicy rodzicielstwa! Krytyka nieprawidłowości zawsze jest zdrowa, choć czynią ją przecież ludzie też błądzący. W skrzynce na listy w owalnych otworkach bieleje coś dla mnie; boję się, że to po prostu reklama. Jednak nie. „Departament Stanu, doktor Lin Piao, Demokratyczna Republika Tutabonu”. Ciekawe, czego też spodziewa się po mnie ten człowiek, bo, jeżeli wolno mi o czymś takim w ogóle mówić, nie uchodzę w świecie za specjalistę od spraw poważnych. Niby byłem w gangu, gdzie planowałem napady na dużą skalę, co przyniosło mojej firmie poważny grosz. Ale, jak uczy historia, wielkie pieniądze idą częstokroć w ręce ludzi zupełnie nieodpowiedzialnych. Podejrzewać mnie o zdolności do rozwiązywania problemów państwa nawet tak małego jak Tutabon to, delikatnie mówiąc, nieporozumienie. Z walizką w jednej, a listem w drugiej dłoni – wsiadam do windy. Kopertę rozerwę w mieszkaniu. Ale nie wiadomo, zapędzam się tutaj w domysły pewnie zbyt dalekosiężne. List mógł wysłać do mnie, w charakterze „kapitalnego” dowcipu, któryś z moich kolegów-żartownisiów. Winda, korytarz, mijane w marszu drzwi Talerzyńskich, Dziobaków, Milewiczów. I moje mieszkanie. Pewnie znowu odurzy mnie widok jego niepowtarzalnego bałaganu.