marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 29th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 49

            Znowum się rozlał z tematycznego koryta na okoliczne rzece tereny zalewowe. Jednak, czy pożeraczom przysłowiowych hamburgerów do życia, szczęścia i orientacji w istniejących lub mogących zaistnieć zagrożeniach potrzebne są wyłącznie artykuły i prawdy, jakie wyznacza niewzruszony tematyczny porządek? Prosta droga ku sobie samemu mogłaby „przebiec” bez poczynienia kroku choćby jednego. Tym niemniej „ja” nabiera swoistości dopiero dzięki wstawianiu go we znajdywane, częstokroć nader daleko i po przejściu odcinków nader krzywoliniowych, konteksty. Tłumaczę się przed wami, czytelnicy szanowni, jako że chcę, żebyście przy mnie pozostali. Z waszej strony spodziewam się bowiem odzewu (czy nazwijcie to sobie nawet odruchem), który sprawi, że pewnego poranka obudzimy się razem w świecie wreszcie na tyle odmienionym, że w rozmowach przebijać będzie już nie ton – pasujący do pytania „czy to życie ma sens?”, lecz do wezwania „sens życia spróbujmy uwielokrotnić!”. Co dobrze brzmi, nie zawsze musi wróżyć dobre następstwa. Rozmaitymi zawieruchami, rozpętanymi przez poważne potraktowanie „zbawiennych pouczeń”, bywaliśmy nie raz spychani w nawyk dmuchania na zimne. Jednak przesadna ostrożność sprowadza paraliż. Pozwólmy sobie więc od czasu do czasu na pewne rozbestwienie.

            Brania dosłowne metafor spiętrzających się niczym kolejne warstwy chrustu, narzucane na stos całopalny. Dogadywania kolejkowiczów, którym brakuje już sił na bezszmerowe wystawanie w ogonku po towar, bez którego nijak byłoby zabijać czas nawet w ustawicznym szemraniu. Tymczasem sprzedawca przecież dwoi się i troi, by dogadywanie ustało. Wynajmuje służby ochroniarskie, mobilizuje klakierów, sam się stara jak najrzetelniej podawać wygłodniałym bochny chlebów – zgoła nie sprawdzając, jakiej oni są rasy, płci, wieku, profesji czy obrządku. Wydaje reszty, bezbłędnie i błyskawicznie odliczając nadpłatę od właściwej należności. Nieszczęsny! Nie wie, że upragnionego spokoju nie uzyska nawet  po upływie przepisowych godzin handlu! A ja? Jak jeszcze długo ja wytrzymam przy sprawowaniu urzędu rzecznika najpodstawowszej z prawd, a to tej mianowicie, że absolutnie każdy b y t    j e s t   k o n f l i k t e m , w wyniku którego zawsze ktoś musi być zjedzony – czy to fizycznie, czy to mentalnie? I rzecz nie w tym, żeby ustalić, jaki oręż można uznać za dopuszczalny w próbach rozstrzygnięcia konfliktu. Chwytaj, jak możesz, jak zdołasz.

            Skąd biorą się słowa? Otóż twierdzę, że te brzmienia, którymi dzisiaj się posługujemy, ażeby dzięki temu po prostu móc nagłaśniać nasze rozumowania, kreować i przekazywać wiedzę, dawać wyraz naszym uczuciom, chęciom i obawom – biorą się z potrzeby dania zatrudnienia naszemu aparatowi mowy. Nasz boski Konstruktor wyposażył nas w ten aparat przecież nie po to, żebyśmy tylko, jak zwierzęta, gdakali, gęgali, kwakali, wyli czy szczekali. Swoją drogą słowa, z których układamy całe światy brzemienne grą wartości, a swoją drogą rzeczy, z których, poprzez nieczuły na słowa czyn zbrojny, gwałcicielski, pożeratorski tudzież rzemieślniczy, układa się właściwa rzeczywistość? Nie. Wiem, wierzę i wyznaję, iż ta ogromna liczba brzmień o najrozmaiciej ustanowionej wibracji, czyli częstotliwości drgań – stanowi fizykalny zapis tego, czego wielki Platon nie zawahał się wywieść z długotrwałych oględzin bytu, a co nazwał swoimi „przedwiecznymi i wieczystymi ideami”. Chodzi mi tutaj o to z grubsza, że boski wynalazek historycznego świata, jak wynalazek każdy inny, wymagał od Autora sporządzenia pewnej dokumentacji, opisu. Znamy ze starogreckich mitów paradygmat (a więc rzecz pretendującą do miana dogmatu), że byt (historyczny) wyłonił się z chaosu. Z kolei w biblii czytamy, że „świat powstał ze słowa”. Jeśli okaże się ponad przysłowiową wszelką wątpliwość, że oba te domniemania były słuszne, to nie pozostanie nam nic innego, jak tylko uznać, iż świat historyczny, a więc taki, w którym cokolwiek się dzieje, przy czym wydarzenia przebiegają w porządku: 1, 2, 3 i tak dalej, a ich skutki są nieodwracalne, wynurzył się z chaosu słów. Istniał od chwili, gdy chaos słów jakimś sposobem został ujęty w imadło logicznego ładu. A ja dodam: „i słowa uzyskały moc sprawczości”. Głupia sprawa, wcale nie o tym chciałem teraz pisać.

            Wysiadywania przed szyderczo dziewiczymi ekranami laptopów o nieskalanej bieli. Dla pokracznych indywiduów, co swoją męskość zagubiły, ledwie wstąpiwszy w jej zakola, to dziewictwo jest wyzwaniem już właściwie jedynym. Wiedzą, że, jeśli nic dobrego dla nich nie wyniknie ze szturmu na ten kryształowy pałac, to będą mogły (a raczej musiały) pożegnać się z marzeniami osiągnięcia czegoś samemu i zdać się już tylko na oczekiwanie zgoła niezasłużonych darów losu, co, gdyby zaszło, i tak w smak by nie poszłoby im, ponieważ któryż człowiek ambitny lubi cokolwiek zawdzięczać komuś innemu niż sobie samemu. Że lepiej jest dawać niż brać, wiedzą nie tylko bokserzy, lecz oni bodaj najdotykalniej. Do swego pupila krzyczy trener siedzący pod narożnikiem ringu: „dać niż brać – milej! / Jeszcze mu przylej!”. Powiedziane w czas – to powiedziane tak, jak należy. Zapytany o samopoczucie znajomy żołnierz pokracznemu indywiduum odpowiedział: „chujowo, ale bojowo!”. Dysponujący godnym pozazdroszczenia refleksem bokserzy, w bólu zgruchotanych nosów i nadwątlonych podbródków, odnajdują szczęście, gdyż silną kartę cierpienia przebija – jeszcze silniejsza. Nie ma duchów? A – duch bojowy czyż nie przynależy materialnemu życiu?

            Moje nazwisko w cywilu: Słyk. A słyk najprawdopodobniej to tyle, co słych. Skąd zaś się wzięło brzmienie mające cokolwiek oznaczać: słowo? Tak jak ‘zdrowie’ wzięło się ze słowa ‘zdrój’, ‘słowo’ wzięło się ze słowa ‘słych’. Żeby być zdrowymi, ludzie pili wodę z czarodziejskiego zdroju o przedziwnej czystości, ponieważ ówczesny stan wiedzy tak zachorowanie jak ozdrowienie kazał łączyć wyłącznie z działaniem sił magicznych. Słych zaś to było wszystko, co dawało się usłyszeć; dla pewnej odmiany słowo miało oznaczać słyszalne brzmienie o określonym znaczeniu. Poszczególnym słowom przypisywaliśmy znaczenia dowolnie, wedle społecznej umowy? Czy może istniało (istnieje) coś takiego jak prawdziwe, naturalne imię danej rzeczy? Niby, skoro jesteśmy jedynymi twórcami nazw, nie potrzebowaliśmy przy ustanawianiu ich sugerować się niczyim podszeptem czy nakazem. Według mnie jednak, nadawanie nazw rzeczom było postępowaniem w ślad za Kimś czy za Czymś, co samoistnie lub z w wyniku zadziałania rozumnej woli – wygenerowało słowa, to jest wibracje o swoistej dla każdego z nich częstotliwości drgań, z ponadistniejącej sfery wzorców; niezniszczalnych, ale też nie mogących samodzielnie oddziaływać, idej. „Dobrze – powie ktoś – , drgania, ale czego? Jeśli coś ma drgać, musi być czymś, czymś materialnym; nie do pomyślenia jest wszak zjawisko będące samym drganiem, samym ruchem! Czyżby miało tu chodzić o energię, zjawisko wobec materii alternatywne? Przecież istnienie materii polega na związaniu czynnika dynamizmu wiecznie wędrujących elektronów – wokół atomowego jądra, które jest zagęszczeniem cząstek podobnych do elektronu, tylko „pozbawionych napędu” – w pewien statyzm. Energia działa bezpośrednio, materia – poprzez tajemnicze oddziaływane zwane grawitacją. Energia – można powiedzieć – rozpycha, materia – usiłuje skupić. Ich oddziaływania są więc przeciwstawne, który to fakt jest dodatkowym potwierdzeniem mojej generalnej tezy, iż byt bierze się z antagonizmu, buduje się na konflikcie, wynika z różnic. A jak przedstawia się sprawa wibracyj? To pewne, że w istniejącej sytuacji, gdy dysponujemy strunami głosowymi i możliwością wprawienia ich w dygotanie, a to poprzez tchnienie w nie powietrzem z płuc, można je (wibracje) wzbudzić. Ale jak było wówczas, gdy mogła być mowa tylko o pierwocinach bytu, a za jedyną fizyczną rzeczywistość można było mieć wyłącznie fizykalne Nic? Mówiłem już. Poza rzeczywistością historyczną, o której można powiedzieć, że istnieje (jako ruch wszelakich przemian), mamy w praktyce do czynienia także z ponadistniejącą (niewzruszenie nieodmienną) krainą abstrakcji, do której byt historyczny stale się odwołuje. W krainie abstrakcji zamieszkują nie tylko wzorce rzeczy (takich jak geometryczna kula, modele ludzkich charakterów, chemicznych pierwiastków), lecz także wzorce praw. W momencie, kiedy całość lub element rzeczywistości historycznej nie wie, co zrobić, sięga do ponadistniejącego wzorca praw i pyta.

               Teraz czas na pytanie i odpowiedź, które zabrzmią paradoksalnie na równi: czy na początku historycznego świata (czyli bytu – w odróżnieniu od ponadbytu, w którym zamieszkują idee) było jedno nic, czy wiele (a może nieskończoność?) „nicy”? Każdy zawsze oczywiście może (o ile może) na dowolnie wybrany, a w tym i na ten, problem patrzeć sobie po swojemu, ale skoro każdy, to i ja. A ja dostrzegam dlań jedną tylko odpowiedź, skoro uparłem się, że interesuje mnie jedynie to, co rokuje rozwój. Wprawdzie, kiedy kto sprzedaje kartofle i wysprzeda je do cna, to będzie miał w tym worku zero kartofli – i to by było pierwsze nic. Jeśli zaś w dodatku wysprzeda do cna jeszcze kalarepy, truskawki, wiśnie, czereśnie i agrest, to uzyska następne 5 nicy, co da w sumie nicy 6. Będziemy więc „mieli”: 1) zero kartofli; 2) zero kalarep; 3) zero truskawek; 4) zero wiśni; 5) zero czereśni; 6) zero agrestu. Tym niemniej – według mojej wyobraźni, której nie nazwę intuicją trochę z obawy, że nawet (a może przede wszystkim) we własnych oczach nie chciałbym upodabniać się do mało kreatywnych a bardzo intuicyjnych ponoć z natury kobiet – nic, pomożone tylko przez nieskończonościowe wszystko, da 1, natomiast każdy inny mnożnik będzie dla niego bezpłodny. Toteż twierdzę, że na początku było jedno-jedyne nic – niewyzbywalne, lecz skazane jakby również na tylko jeden-jedyny manewr, a to poprzez zastosowanie odwołania się do tego ponadistniejącego – jak możnaby powiedzieć z uwagi na wymóg stylu, który krzywo patrzy na praktykę nazywania jednej rzeczy jednym tylko imieniem – katalogu wzorców i wybranie zeń do realizacji jednej na początek idei. Jaka to może być realizacja i na mocy jakiego prawa Nic, które – jako najmniejsza zdatna do pomyślenia wielkość (czy ślad po wielkości) – musi wbrew utartemu mniemaniu posiadać wprawdzie jakąś quasimaterialność, miałoby być zdolne do powzięcia jakiejkolwiek decyzji? Cóż, przyzwyczailiśmy się sądzić, że do powzięcia najprostszej decyzji potrzebny jest mózg, twór tak skomplikowany, iż na temat jego złożoności krążą legendy. Tymczasem Nic – dosłownie i w przenośni – jest przecież na drugim biegunie i złożoności winno w nim być najmniej spośród wszystkiego, co możemy sobie wyobrazić. To pierwotne nic jednak musiało być wielkie duchem. A zresztą, tak dumni z naszej ludzkiej wyjątkowości na scenie wszechświata, na którą to pozytywną odmienność wśród mnóstwa, często nieporównanie większych od nas i liczniejszych, bytów poszczególnych składa się nasza moc sięgania po najosobliwsze skarby krainy abstrakcji, spełniana zdolność niszczenia, tworzenia i marzenia, jak moglibyśmy się pogodzić z nikczemnym szyderstwem materialistów, że wypadliśmy spod ogona przysłowiowej sroce? I ptak zwany sroką jest obiektem, na którego opis potrzeba milionkroć więcej papieru i atramentu aniżeli wymaga tego opis, z takim respektem opiewanej przez poetów wszystkich kultur, gwiazdy. Ale tu nie o to chodzi. Chodzi o to, że pierwociny bytu, łamigłówka – jak się okazuje – mniej niby karkołomna od wielu innych, były i naszym, powiedziałbym nawet, że przede wszystkim naszym, początkiem. Jak więc całe bogactwo bytu, które ujawnia się w nas dzisiaj, miałoby wtedy nie mieć swojego ekwiwalentu? Obserwujemy dziś wokół postęp poznawczy i technologiczny, ale, że zawsze coś odbywa się kosztem czegoś (prawem bilansu zerowego, które sprawiedliwie nie dopuszcza tego, by w danej epoce było lepiej niż w innych, ale też tego, by było w niej gorzej niż w innych), postęp w tych dziedzinach, w porównaniu z okresem wyjściowym, równoważy regres w dziedzinie morale oraz w zakresie praktycznej bezbłędności działania. Fizykalne Nic, z którego wszyscy się wywodzimy, nie dzieliło roboty na pomysłodawczą i wykonawczą, ażeby – broń, Boże! – tylko tę pierwszą przypisać sobie. I niech mi tutaj nikt nie mówi, że jak miałoby sobie cokolwiek przypisywać, skoro zdolność powzięcia jakiejkolwiek racjonalnej decyzji powstała w bycie z chwilą nawet nie utworzenia się na Ziemi życia, lecz dopiero, gdy z prymitywnych jego form wyewoluował człowiek. Niech nie mówi, bo tu się nie zgadzamy. Na ile każdy z nas dzisiaj jest samowładną, wyizolowaną od reszty świata (a więc osobną) osobą, stwierdzimy, oglądając książkowe czy internetowe zapiski, gdzie praktycznie zawsze zetkniemy się z „własnymi” myślami, chociażeśmy tylko rzadko kiedy sami tam je zamieścili. Każde nic sprowadza się bowiem do jednego tylko (a więc jedynego) niczego i jedynie to jedyne nic jest naprawdę osobne, odgrodzone szczelnie od jakichkolwiek obcych wpływów (ponieważ takich nigdzie nie znajdziesz); jest osobą, zawierającym w sobie wszystko, co w danej chwili istnieje, także siebie, Bogiem. To operatywne Nic z tej fazy dziejów, którą zowę, pewno trochę umownie, początkową, myślało i działało równocześnie, tak duch jak ruch nie wymaga bowiem zakotwiczenia w żadnej cielesności. Po co myślało i działało? To pytanie z równym powodzeniem moglibyśmy postawić sobie: ponieważ niemożliwe jest, jakkolwiek istniejąc, nie myśleć i nie działać; co prawda, człowiek może jeszcze umrzeć, Bogu – niedostępna jest ta łaska. Operatywne Nic mogłoby myśleć i działać wadliwie, ale każdy poczyniony przez nie błąd sprowadzał je do stanu sprzed poczynienia pierwszego błędnego kroku. Iloczynem niczego i wszystkiego, jak to już parę razy powyżej zaznaczałem, jest jeden. Byt jednowymiarowy daje się oznaczyć jedną liczbą; może to być dowolnie długi odcinek linii prostej, mierzony w umownie przyjętych lub uzasadnionych ontologicznie jednostkach miary: równych odcinkach, które są krótsze od odcinka mierzonego – określoną ilość razy. Ale ta „określona ilość razy” to byłaby już mnogość, a nie jedność. Chociaż… No właśnie: wymiar przyzerowy czy quasizerowy to punkt. Jeden, jak jedno jest nic. Kiedy to nic zostanie rozszczepione w wyniku pomnożenia przez nieskończoność, będącą – dokonaną samoistnie lub na skutek przyłożenia rozumnej bądź tylko „ciekawej, co z tego wyniknie”, siły – jego antytezą, powstanie jedna  nieskończenie długa linia prosta, tym się różniąca od całkowitej nieskończoności, że ta ostatnia nie jest już jedynie kierunkiem w przestrzeni, lecz całą przestrzenią. Czy jednak po prostu synteza tezy „jest punkt, czyli jakby jest niezaczęte Nic”, z antytezą „jest nieskończona przestrzeń, czyli wszystko”, nie sprowadza stanu rzeczy do sytuacji, gdzie Nic osadzone jest w nie mającej mieć końca osi… czasu?! Jeśli tak, to odtąd może już wędrować w ramach owej linii prostej (będącej dla niego całą „życiową przestrzenią”), w dodatku jeszcze mogąc sobie pulsować i pozostawiać na owej „linii czasu” ślady owego pulsowania. Nic chce jednak (albo musi, skoro wypada mu przed samym sobą nie narażać się na wstyd robienia czegokolwiek bezsensownie) łączyć przyjemne z pożytecznym: skoro może pisać cokolwiek, to woli robić to nie bez przysłowiowego ładu i składu, tylko tak, by ta sprawa miała znaczenie praktyczne i rozwojowe. Nic wkrótce, po zapisaniu kilku znaków, wie już, że pisze księgę przeznaczenia dla czegoś, co powstanie i w co ono samo kiedyś się wszczepi – albo w co wszczepione jest pewnie od samego początku.

            Wylegiwania się na Madejowych łożach, dających wrażenia zgoła odmienne – łóżkach wodnych, marynarskich kojach, burdelowych kanapach. Pokraczne indywiduum, uśmiechnąwszy się blado do swego odbicia w windzianym lustrze, zobaczyło przeżartą jakby powątpiewaniem o własnej niewzruszoności twarz trupa. Zabawianie dzieci  (które wyrosły już z elementarnej nauki o potędze panów leśniczych rozpruwających brzuchy wilkom, dzięki czemu zjedzona przez nie babcia i Czerwony Kapturek mogą mówić o uratowaniu) opowieściami o wampirach – wydaje się jednak jeszcze nieco przedwczesne. Wydostanie się z zapętlenia, obezwładniającą już samą myśl nawet, słabością – załatwimy tutaj innymi środkami.

            Byłoby pewnie zbytkiem fanfaronady głosić, że jest tak, ponieważ tak postanowiłem, tym niemniej, naglony potwornością sytuacji, w jakiej rozpaczliwie samotne Nic trwało w zagubieniu u przedproża historycznego wszechświata, dokonałem, jako ono samo, wyboru pójścia drogą, gdzie samotność jego nie będzie tak już doskwierająca i gdzie już tylko jakaś nieprawdopodobna niefrasobliwość Czołówki Bytu mogłaby zrządzić jego (a tym samym mój) powrót do okropnego punktu wyjścia, skąd tylko uciekać. Wybór tej drogi nie zasadzał się na strachu przed unicestwieniem – jak w przypadku późniejszych materialnych biobytów, wyposażonych w samozachowawczy instynkt, ponieważ Nic oczywiście było nieunicestwialne. Nieznośny dlań natomiast był kontekst, w którym przez wlokący się niemiłosiernie moment trwało, zagubione. Kontekst, a właściwie brak jakiegokolwiek kontekstu. Jedyną skuteczną ucieczką od takiego nieszczęścia mogło być tylko wypracowanie i wykorzystanie strategii rozwoju nader szczególnego typu: odpornego na niebezpieczeństwo zwinięcia (rozwój, rozwijać, zwijać) w sposób trwały, idący ku nieskończoności. Tak więc, przekładając rzecz na konkrety, ucieczkę od będącej nie do zniesienia bezkontekstowości stanowiła kreacja kontekstu, w który Nic byłoby wpisane, mająca zachodzić w tę przysłowiową nieskończoność, ponieważ już pierwszy incydent spoczęcia anulowałby cały poczyniony trud. Nadmienię półgębkiem, by zrozumieli mnie i mniej pojętni, że kontekst, o którym mowa, to po prostu nasz wszechświat. Tum spochmurniał na spojrzeniu i sflaczał w mięśniach, dotąd jako tako naprężonych. Czym bowiem miałaby być strategia uciecznego działania Niczego jedynego, nie mającego własnej opozycji, w zapasach z którą dopiero przecież możliwa byłaby dlań jakakolwiek konstytuanta? Stojąc wszak na gruncie monizmu, zachowuję się jak średniowieczny mnich, który buduje swoje wytłumaczenie świata bez wiedzy o tym, że prąd generuje dopiero współistnienie anody i katody, a więc dwojga elektrod! Czyżby koncepcji bytu powstałego z inicjacji inteligentnej Siły Sprawczej potrzebny był i przeciwstawny jej Szatan? Czyżby powstawanie wszechświata mogło przebiegać na drodze innej niźli taka, o jakiej powiemy, że stanowi drogę syntezy dwojga czynników, jak przypadku powstawania płodu, gdzie decyduje o wszystkim gra dwojga płci? Otóż miłość dwupłciowa, jaką znamy lub o jakiej przynajmniej słyszeliśmy, bierze się z poszukiwania przez stronę aktywną (bywa, że aktywne są obie) kontekstu właśnie. Dla samotnego Boga oblubienicą miał być, i w końcu taką stał się, wykreowany przezeń wszechświat. Zapyta ktoś złośliwie, gdzie w takim razie podziało się potomstwo z tego związku. Cóż, jest nim historia. Szatan natomiast jest to po prostu umowny symbol zła, nie jego osobowy sprawca. No dobrze – powiecie. – Bóg we wszechświecie znalazł sobie przedmiot miłości, lecz nadal brak mu osoby, z którą jako mężczyzna powinien chyba stawać w szranki? Czy Najwyższy nie udaje tylko, że zaprzysięgły, śmiertelny a nienawistny, wróg jest Mu do niczego nie potrzebny? Wiadomo, że miłość dwojga wywołuje nienawiść zazdrośników. Jest to realna siła, z którą trzeba się liczyć, o ile kto aspiruje do poznania całości zagadnienia, nie zaś, akceptując to tylko, co jest mu wygodne, pomija równie – prawem symetrii – szeroki zakres czynników przeciwstawnych. Już mędrzec starożytnego Rzymu, imieniem Seneka, twierdził jednoznacznie, iż do tego, ażeby samemu być silnym, potrzebny jest przeciwnik. Oczywiście można być przeciwnikiem i samego siebie, ale do czego to prowadzi. Osoba (musi nią być i Bóg sam!) puszczająca mimo uszu wyzwania innych członków społeczeństwa – z tego społeczeństwa zwyczajnie się alienuje. Wbrew bowiem temu, co mógłby na ten temat sądzić profetyczny zwolennik nauki Jezusa, miłość (jako stan ducha, gdy za dwoje kochanków myśli już szansa poczęcia się, w przyszłości już nie bardzo odległej, ich, idealnego dzisiaj, dziecka – co implikuje następstwa wprost niemożliwe do przecenienia) nie może być jedynym stanem ducha, chociaż może wydawać się – najlepszym. Zapewne sam – pisaniem choćby niniejszego – udowadniam, że można kochać męczarnię, a najbardziej zapaleni zawodowi pięściarze mówią wobec wielomilionowej widowni, że ich miłością jest, tak przecież bólotwórczy i kontuzjogenny, boks – miły, bo dający wrażenie, które trzyma obserwatorów w napięciu, a walczącym przynoszący uciechę, że ich mozół jest nie do zlekceważenia – nawet przez tak szerokie a kompetentne gremium. Wszyscy zainteresowani są zaś pewni, że oto uczestniczą w czymś prawdziwie sensownym – i to do tego stopnia, że stanowiącym prawdopodobnie przysłowiowe apogeum ich życiowych doznań. Wręcz nadającym ich życiu jedyne znaczenie, nad którym warto roztaczać dyskusje. Momentem, dla którego pracowała wieczność. Ha, jeżeli miłe nam jest praktykowanie takiego rodzaju aktywności, gdzie waży się nasze „być albo nie być”, to jesteśmy najbliżej sytuacji gracza, który postanowił sprawdzić, na ile może czuć się wybrańcem losu. Jeśli zaś miłość do tego, co robimy, generuje naszą dalszą aktywność, to rzeczywiście należy uznać, że miłość onaż stanowi postawę wobec świata, nad którą nie masz słuszniejszej. Z drugiej strony, wypadałoby mi, jako głosicielowi idei istnienia świata tylko pod warunkiem dochowania przezeń wymogu nieistnienia (tu kłania się czytelnikowi optyka zerowego bilansu), utrzymywać, że miłość i nienawiść winny być wzajem siebie chyba komplementarne (lub wzajemnie wprost warunkujące swój byt). Wiadomo, że tak miłość jak nienawiść – zaślepia. Zatrzymuje nasze wyczucie, czym co jest, na tonie jednej myśli (podczas, gdy tak myślenie jak muzyka rodzi się dopiero w toku melodyjnego przechodzenia po wielu tonach, choć z zachowaniem dominanty) i sprowadza nas do roli automatu – powtarzającego w kółko jeden bardzo nieskomplikowany cykl ruchów, do objęcia wyobraźniowym schematem zbyt łatwo, by mógł się tym zadowolić wymagający Reżyser teatru dziejów. W świetle silnych zwłaszcza emocyj smaki, wonie, dźwięki, kolory, kształty i dotknięcia stają się wyostrzone, uzyskują walor wyraźnie pogłębionej intensywności.   Jest to zgodne z tym, że, ponieważ prawo bilansu zerowego reguluje sferę wartości od  niepamiętnych czasów, pozbawione uczucia Nic musi być najbardziej myślicielskie.