marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 28th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 48

            Mocowania się na rękę z siłaczami. Usiłowania, by alternatywne związki „moc – motor” i „siła – silnik” nie uległy znieprawieniu na skutek mechanicznej wymienności.

            Nie wiem, o czym myśleć, albowiem świeżość mej percepcji zanieczyściło zmęczenie zbyt długim pozostawaniem bez snu, a żadnego konkretnego tematu życiowa konieczność już nie wymusza. Do mej ucieczki stosowne przygotowania już poczyniłem; z rzeczy, które należy dopełnić, zostało do zrobienia jedynie odebrać obiecaną flaszkę z piątki. Zaraz będzie kolacja; zastanawiam się, czy podaną w jej ramach pajdę twardego chleba ze smalcem zdołam zgryźć moimi, praktycznie w chwili obecnej całkiem bezzębnymi, dziąsłami. Odnośnie tych bezzębnych dziąseł przypomina się mi to, com uznał już przed laty za moje podobieństwo do Jezusa. On, nie chcąc zaaprobować panujących według zasady, że „ryba pożera rybę”, praw świata i za model, który godzi się naśladować, podawszy mentalność łagodnego baranka, sam takim (na domiar wszystkiego jeszcze ofiarnym!) barankiem powoli się stawał. Ja, tracąc zęby i stopiane paznokcie (na skutek organicznej niezdolności do czynienia tego, co wydaje mi się okropne), podobnie spadam w tabeli bytów ożywionych i z mogącego wiele człowieka przeistaczam się powoli w przeżuwającą, bezzębnie i niedrapieżnie, miękkie próchno ziemi dżdżownicę. Jest oczywiste, że to, co stanowi ten przedmiot mojego z Jezusowym podobieństwa, trudno pochwalić. Ale przeniesienie akcentu z tej niby konieczności życiowej, jaką jest zabijanie, na inny obszar życiowej aktywności zdaje się stawiać przed człowiekiem zgoła fantastyczne perspektywy. Mówiłem już o zarysowującej się właśnie na naszym odcinku historii szansie produkcji żywności nie przez odrąbywanie głów kurom, kogutom, świniom, tylko poprzez skomponowanie z pierwiastków chemii nieorganicznej – substancji o walorach pokarmu naturalnego, natomiast bez, zresztą nie wyłącznie moralnych, wad takiego. Możliwe, że dawniej człowiek zabijał tylko po to, żeby mieć co jeść, jednak co najmniej od wielu tysięcy roków zabija, bo nie wie, cóż mógłby robić innego. Historia narodów w większym stopniu jest odbywaniem wielkich i mniejszych wojen między narodami niż prowadzeniem jakiejkolwiek innej działalności. Historia technologicznego i poznawczego postępu, w głównej mierze mającego przecież służyć uczynieniu ludzkiego życia nie tak, jak dotąd, ciężkim i niebezpiecznym, pokazuje, że w miarę, jak ciężkie i niebezpieczne roboty spychamy na skonstruowane przez siebie maszyny, fizycznie i duchowo słabniemy. Współczesny człowiek z kręgu kultury europejskiej, mając, dzięki pełnieniu łatwej do ogarnięcia rozumem funkcji w społecznym układzie, zapewniony byt na zadowalającym poziomie, nie czuje się zmuszony wysilać – na linii modyfikowania tego układu, ani w zakresie, zalecanego dawniej, samodoskonalenia. Dawniej, ażeby się nie nudzić, przynajmniej aktywnie poszukiwał zdolnych ciekawie perorować tłumaczy zawiłości, w których sam dotąd grzęznął. Dziś – włącza telewizor, radio, internet i raczy się cudzą mądrością, nie pomyślawszy nawet, że jego osobisty wkład w życie umysłowe epoki (a co dopiero – w postęp wypracowywany niekiedy w toku takiego życia!) jest żaden. To zrozumiałe, że nie wszyscy mogą przodować. I że co winni perorujący w zapamiętaniu głupcy, skoro milczy Mędrzec. Życie objawia się zdatnymi do uchwycenia faktami, materialnymi konkretami. Być to może, że wystarczy powziąć myśl, nie wypowiadając jej, a ona odtąd będzie błądzić, aż znajdzie kogoś, kto ją wypowie czy zrealizuje w inny sposób. Ale jeżeli tylko się myśli, zaniedbując obracanie tego postępowania wyobraźniowego w słowo lub w czyn, to biada ci, strachliwy intelektualisto! Mam akurat wygospodarowaną godzinkę wolnego czasu (tyle pozostaje do kolacji), więc może memu czytelnikowi (i nikomu ponadto!) opowiem o tym, co wydaje się mi najistotniejsze w moich poglądach. I tym razem nie poprzestanę już na czczej (jak bywało niestety) obietnicy! Otóż, gdy przystroję się w powieściowe przebranie, to jestem (jakżeby inaczej!) osławionym w toku fikcyjnych przeważnie przygód pechowcem, Flakononem Pluxem. Tym niemniej w cywilu, chociaż pechowcem pozostaję, noszę nazwisko jakże inne! Czytelnicy wyszukanej prozy artystycznej w kraju niekiedy kojarzą je z przygodami Pluxa, ponieważ nim to sygnowałem moją trylogię – wbrew pierwotnemu założeniu. Marek Słyk to także pełne nazwisko autora czwartego tomu, który szanowny czytelnik ma przed oczyma i który sprawia, iż moje literackie zupy stają się pomału z trylogii – kwartologią. Niby wystrzegam się tu jak przysłowiowego ognia wstawek reportażowych, gdyż chcę, wymyślając przejścia Pluxa, znajdować się w świecie, gdzie bodaj wszystko zależy ode mnie, jest moje własne. Dopiero niedawno dotarł do mnie szokujący domysł, że przecież za swój własny i podległy mojej woli wytwór mogę uznać i ten świat, o którym każdy powie, iż jest prawdziwy. Toteż wyzwalam się z narzuconej samemu sobie konwencji lekkiego absurdu fikcji – jak to określił jedyny prawdziwy krytyk literacki kraju, Henryk Bereza – ‘ufikcyjnionej’, przechodząc w absurd już poważny. Bo, umówmy się (o ile przyjęcie  m o i c h   warunków nie stanowi dla was dyshonoru, który uznalibyście za dla was nieopłacalny), że – jedna tylko jest cecha bytu, co go i każdy jego szczegół (czy to wybrany na drodze koncepcyjnej, czy to powzięty na bezdrożach ślepego trafu) wszechogarnia. Jest to jego, wzięta z pewnej nieprzystawalności do normy logicznej, od której trzeba zacząć i na której też zaraz – kto wie, czy nie będzie musiało się skończyć: „skoro śmiesz istnieć, wykaż, że jesteś dość silny, ażeby móc być tak bezczelnym!”, absurdalność właśnie. Istnieć albowiem jest zarazem absurdalnie łatwo i absurdalnie trudno. Kto rację swego istnienia wyrąbuje mieczem, instynktowny lęk przed tym, że trafi w końcu na zabijakę od siebie „rąbiącego sprawiedliwiej”, nosi w sobie jak bombę w każdej chwili mogącą eksplodować. Ale i ten, kto z bezpiecznego ukrycia zaledwie dyryguje wystawiającymi się na niebezpieczeństwo wojownikami, jest zmuszony – koniec końców – się narazić. Redukcja i produkcja; matematyczna konieczność sięgania nie jedynie do tego, bo i do tamtego (ażeby pochód dziejów posiadał groźnych dla konkurencji piechurów i dzięki temu nadal posuwał się naprzód), jest nie do wykreślenia. Ale niech i bohaterski rycerz, redukujący liczbę bywalców placu boju, wie, że bez produkcji przeciwników (i oczywiście bez tego, że sam przecież musiał przez kogoś być wyprodukowany), którą zawdzięcza ich matkom i ojcom, ale także tym, którzy ich i jego na modłę swoich czasów uzbroili – myśl o dającej satysfakcje tak prawdziwe redukcji byłaby marzeniem przysłowiowej ściętej głowy. Na ziemiach polskich, gdzie myślenie, poza mającym jakiś tam wydźwięk myślicielski uprawianiem łowów na grubego zwierza (myślistwem), praktycznie nie miało zastosowań, ponieważ istotą polskości – najprawdopodobniej nadaną temu ludowi, a to ze względu na coś, o czym na razie sza!, przez samego Protektora Dziejów – od samego początku po dzień dzisiejszy była i jest osławiona polska lekkomyślność – kwitł to wręcz zabobonny lęk przed myśleniem, to znów – naigrywanie się zeń. Taki mój sytuacyjny znajomy z któregoś z „pobytów”, nie wiem, czy za kimś powtarzając, czy samemu złowiwszy tę zwierzynę, mówił przy różnych okazjach, że „myślenie nie boli”. Dopiero 8 roków później zdołałem wypracować, nawiązujące do tego twierdzenia, ironiczne zaprzeczenie mu – w postaci fraszki. „Wymyśl Luwr i Olimp. / Myślenie nie boli”. Tak i teraz, gdy mózg mój, załamany nieposłuszeństwem przypadłego mu ciała, popadł w katastrofalną rozsypkę, wymyślenie dalszego ciągu tej, istniejącej już wszak nie jedynie jako zamysł, quasipowieści zdaje mi się być niepodobieństwem. Szczęściem, powieściową rzeczywistość jednego dnia mogę w tak zwanym „realu” tworzyć (opowiadać to byłoby złe słowo) nawet przez parę roków. Brnijmy jednak dalej. Wspomniany paręnaście linijek wstecz Henryk Bereza powiedział mi niedawno w telefonicznej rozmowie, że dla niego nauka o literackich językach rozmaitych twórców jest jedyną, jaką on może traktować poważnie (odrzuca więc matematykę, fizykę, chemię, biologię, astronomię; ba!, filozofię nawet!). Literatura piękna jako źródło poznania, dostarczyciel zdatnych do percepcji konkretów i mglistości poznawczych, według Berezy jest więc dostawcą towaru o wartości na tyle nie iluzorycznej, że, w przeciwieństwie do nauk przecież bardziej napuszonych, najmniej może być tu mowa o mamidle, najbardziej zaś może być tu mowa o, niebezprzedmiotowej, podającej recepty na wyjście z tego labiryntu zbłąkania – rozmowie. A jak nie recepty, to przynajmniej – pozory orientacji w możliwych do obrania kierunkach wiodących dokądś! Mówiąc to samo, można myśleć o czymś innym; Bereza jest to realny człowiek, któremu nie wolno mi wciskać (jak fikcyjnym bohaterom moich quasiliterackich tworów) własnych przekonań. Niemniej wiara w słowo, które brzęczy w uszach tonem bardziej szlachetnym i wymownym aniżeli rzucony żebrakowi do puszki przez altruistycznego finansistę pieniądz, jest chyba tym, co ja i Henryk dzielimy.

        Poszczekiwania kundelków zza drucianych ogrodzeń podmiejskich posiadłości. Falowania na wietrze, pozostających bez niego w stanie sflaczenia, flag, flam, flamastrów. Dogorywający ogień w sercu podstarzałego entuzjasty spraw absurdalnych, a jako takich stwarzających największy margines dowolności, przez tenże wiatr, który całą rozpiętość pozwala ukazać flagom, jest rozdmuchiwany i kto wie, czy zaraz nie doczekamy się pożaru.

            Rozgoryczony narzekaniami na aktualny stan polskiej nogopiłki prezes krajowej piłkarskiej organizacji, Grzegorz Lato, powiedział wobec kamer: „no to niech ludzie idą do teatru!”. Było to powiedzenie złośliwe, w znaczeniu: „niech idą tam oglądać te nudy!”. Ten incydent przytoczyłem nie bez kozery po wzmiankowaniu poglądu, że o życiu człowiekowi ciekawemu tego skomplikowanego zjawiska nieporównanie najwięcej powie (lub już mówi) literatura. Otóż prości ludzie są nieoczytani i nie chwytają miliona smaczków i aluzyj, jakie niesie – czy to co udańsza książka, czy to profesjonalny teatr. Nie mają zorientowania, co w świecie kultury jest banałem, a w czym można dopatrywać się nowatorstwa. W związku z tym, jeśli nawiedzą teatr, to siedzą w nim jak na przysłowiowym tureckim kazaniu. A jeśli sięgną po książkę, to jest ona najczęściej powieścią detektywistyczno-kryminalną, gdzie, podobnie jak w piłkarskim meczu, zawodnicy ubrani w niebieskie stroje (lub gdzie indziej w stroje koloru gliny) próbują okpić ubranych inaczej i gdzie jasne są reguły tego wzajemnego robienia sobie na złość. Natomiast praca artystów słowa, która wchodzi w sens tego, co przedstawia? Czy ma jedynie dokumentować stan nastrojów ulicy w danym sobie odcinku historii? Bo chyba ma się zajmować nie ponawianiem pytań typu: kto ma więcej uciechy z uprawiania seksu, baba, czy chłop? Lub: co jest bardziej stosowną postawą wobec Boga (albo wymyślmy sobie tutaj inny stabilny autorytet): być, czy też nie być? Takie pytania są przecież  retoryczne! Nikt nigdy na nie nie odpowie! Należy je pominąć, ponieważ ślęczenie nad nimi nie doprowadza do niczego dobrego! Od nich można oszaleć, a w najlepszym razie – oślepnąć! Widzieliście kiedy intelektualistę? Zawsze chodzi w rowerkach! W, coraz silniej normalnemu zjadaczowi chleba zakrzywiających obraz, okularkach – na ślepnących, wskutek przesadnego zaangażowania w czytanie i pisanie, z roku na rok oczach! A iluż młodych poetów przez oszalenie intelektualizmem się powiesiło albo roztrzaskało o bruk po skoku z najwyższych pięter wieżowców! Iluż starych prozaików, dramaturgów, eseistów i aforystów, którzy, zmuszeni specyfiką swego literackiego tworzywa do większej systematyczności, dożyli „przepisowych” lat, ostatnimi swymi dziełami dawali przykładne dowody zwariowania! Bez mała – systemowego postępowania ku śmierci schizofrenicznej!… No dobrze, a jeśli pisarz próbujący dać odpowiedź na te pytania retora, zdolnego do ekwilibrystycznej żonglerki terminami, ale niezdolnego do decyzji, na jaką kombinację znaczeń postawić, wykaże, że nawet tutaj jednak da się oszukać absurd? Złóżmy dłonie jak do modlitwy i, coraz mocniej ściskając, przekroczmy płaszczyznę styku – czyż to nie będzie wyjściem poza… byt?! Ludzie piją alkohol, bo lekkomyślnie weszli w nałóg, a potem było za późno, żeby z tego się wycofać. Ale czyż pozwoliliby sobie na lekkomyślność, gdyby z kilku rzeczy dostępnych wszystkim ktokolwiek złożył obiekt radośnie tłumaczący, jak żyć, ażeby życie stało się już samą pomyślnością? Gdyby wykazano im dowodnie, dlaczego żyć warto, ukazując też poglądowy przykład wartościowego życia? Czy właśnie to nie byłoby, może jedynym, zadaniem literatury? A to literatury, że użyję niespotykanego dotąd chyba w tym zestawieniu słowa, ostatecznej? A może na nic byłoby spodziewać się takiego efektu po wybraniu kilku znaczeń, ponieważ dopiero ustalenie w szeregu odpowiedniej kolejności wszystkich mogących cokolwiek oznaczać słów, po udostępnieniu takiego ogromnego zestawu czytającej ludzkości, spowoduje tej ludzkości odrodzenie czy, jak wolał się wyrazić Jezus, odtworzenie? Że niniejszy tekst okaże się takim właśnie zestawem, nie mam żadnej pewności, natomiast mam, stawiającą mnie co dnia na nogach, nadzieję. Wprawdzie o sprawczej mocy słów w dzisiejszym świecie mówi się niewiele, lecz tym silniejsze przecież będzie zaskoczenie, gdy udowodnię, że im to zawdzięczamy bodaj wszystko. Znamy biblijne porzekadło, że „na początku było słowo”. Wówczas, gdy te, mające obowiązywać ludzi wyczulonych na sensy pozaprzyziemnościowe do dziś dnia (a pewnie i na tym się nie skończy), paradygmaty tworzono, przysłowiową wszechrzecz dzieliło się na rzeczy widzialne i niewidzialne. Przysłowie, że „słowa mają naturę wiatru”, który – według stanu ówczesnej wiedzy – bierze się, nie wiedzieć skąd, i nie wiadomo też, z jakiego powodu w danej chwili zamiera, kazało przypisywać te, codziennie niby doświadczane i z tego względu mające oczywiste prawo spowszednieć, sygnały dźwiękowe – tajemniczej sferze niewidzialności nie tylko dlatego, że ich nikt nie widział. Niewidzialność miała aurę tajemnicy, z którą obejść się jak z dającym się ująć w karby prosięciem, wołem czy osłem – umiał jedynie wybraniec Boga lub geniusz zaprzedany Szatanowi. Słowa nie widziano, ale doskonale co dnia je słyszano i wypowiadano; wiedziano, że wypowiada się je przez usta, a słyszy je się uszami. Niemniej to, co widzialne, było wtedy nie do podrobienia, natomiast słowa nie posiadały wiarygodności oczu, ponieważ od najdawniejszych czasów kłamano i, co wiemy z napisów na grobowcach rozmaitych kacyków, mieniących się być tam najczęściej „panami świata” lub „właścicielami wszystkich ludów”, przesadzano. Dążność do prawdy jako do komunikatu, wiernie oddającego w słowach przebieg historycznych wydarzeń, oraz dążność do pochwycenia w słowa tego szczególnego rodzaju prawdy, jakim są aktualne niezależnie od przebiegu historii, prawa – nie zawsze przez ludzi przyjmowana była za priorytet ich działalności naukowej. To poniekąd zrozumiałe, że wykazanie prawdziwości domniemania, iż nasze istnienie (jak istnienie na przykład plemion obarczonych dziedzicznie nieusuwalną a zaraźliwą chorobą) działa na szkodę, doskonale mogącej się bez nas obyć, ogromnej reszty ludzkości, przez nas raczej nie będzie ogłoszone. Wskutek tej przemożnej chęci pozostania w bycie jednostek tudzież grup nieudaczników (lub też z litości dla takich poczynionej przez wpływowych innych),  powstawały, a bardzo być to może, że powstają i dzisiaj – całe ideologie unoszone nutą fałszu. Zresztą, a bo to wiadomo, co dla ludzkości, jej kosmicznych przeznaczeń, dla, mającej przecież wymiar i boski, jej satysfakcji istnienia i bycia istnienia podwaliną – mogłoby okazać się niepotrzebne? Także fałsz – jeśli poprowadzony konsekwentnie – sprawi, że, kuszeni rozbudzoną przez proroków nadzieją uwolnienia, w tym więzieniu, labiryncie bytu, poszukując wyśnionej wolności, wymarzonej bramy wyjściowej, zechcemy nadal się poruszać, nadal aktywnie w nim pozostawać. Ten labirynt w końcu możemy też przebudowywać i rozbudowywać, nadawać mu nowe funkcje, konteksty, modyfikacje. Natomiast – nie twórcze poszukiwanie zeń wyjścia, lecz ostateczne znalezienie tego wyjścia i przejście nim – czym musiałoby być? Otóż powrotem do przedhistorycznego bezruchu i nijakości, utratą szansy na, mającą nie mieć końca, historyczną aktywność, wytwarzanie napięć i rozładowywanie ich, podejmowanie gry i trwanie w toku gry, nie zaś – w nieodmiennie nijakim stawie stagnacji. Mądry jest nie ten, kto wszystko wie, ale ten, kto z posiadanej, choćby minimalnej, wiedzy robi użytek. Z tą nadzieją uwolnienia, by powiedzieć obrazowiej, jest tak, jak z nadzieją człowieka, który, całe dotychczasowe życie spędziwszy w ciasnej komórce swego mieszkania, zapragnął z sobą skończyć. Z nadzieją, że znajdzie gdzieś gałąź, na której się powiesi, poszedł w szeroki świat. I, szukając długo takiej gałęzi, spostrzegł, że świat jest piękny. To zrozumiałe, że posiadacz bez żalu wyzbędzie się „złego towaru”. Lecz, kiedy ma „towar” dobry, oczywiście pragnie go zachować. Człowiek, który zapragnął z sobą skończyć, teraz pragnie żyć. Dlatego też twierdzę, że opowieść o końcu świata nie była li tylko bajeczką mającą nam zamącić w głowach. Miała potężny sens… dydaktyczny! Wierząc w to, że kiedyś wydostaniemy się z tego przeklętego kieratu cierpień – w miejsce, gdzie czeka nas „wieczna szczęśliwość”, zgodziliśmy się cierpliwie przyjmować „doczesne” okropieństwa i, przy okazji ich długotrwałego znoszenia, poznaliśmy całą paletę barw, jakimi Bóg namalował byt, a więc i barwy błogosławione. Dzisiaj, gdy wagę prawdy, bardziej może niż kiedykolwiek wcześniej, powinniśmy doceniać – z uwagi na to, że, dzięki wypracowaniu dopiero ostatnio wystarczająco precyzyjnych narzędzi badawczych oraz dzięki temu, iż dysponujemy wreszcie dostatkiem materiału niezbędnego też do badań, możemy ją formułować już w sposób pełny i niezbity – , występuje w środowiskach naukowych powszechna dezorientacja. Ci, którzy winni być przecież najmędrszymi z nas, jakby zdrętwieli, uświadomiwszy sobie, że to, za czym ludzkość bezskutecznie goni od długich dziesiątków tysięcy roków, znalazło się raptem w zasięgu ich ręki. Co z prawdą o naszym (i wszelkim) istnieniu możemy zrobić? W czym ona może być nam przydatna? I czy aby nie ma tu niebezpieczeństwa, że wykażemy nią na sposób nie podlegający dyskusji, iż praktyczny sens życia jest nie przy tych, którzy wchodzą w zawiłości postępowań intelektualnych, gdzie liczy się delikatność i wrażliwość, lecz przy tych, którzy za motto swoich czynień obrali biologiczne bezrefleksyjne okrucieństwo? No, niby w życiu musi być miejsce dla wszystkiego. Byt wywiązuje się poprzez rozcięcie łącza będącego dotąd punktem wspólnym syjamskich braci, pomiędzy którymi początkowa niechęć przeradza się w jawny antagonizm, dochodzi do coraz to wyrazistszego zarysowania się różnic. Jedni dostępują tego dobra, że dokładnie mają rozpoznany mechanizm rozgrywki; drugim wystarcza dobro to, że w rozgrywce bezrozumnie osiągają zwycięstwo. Ale, wracając znowu do słowa, któremu przypisuję tak wiele. Otóż ono dawniej było tajemnicą; dziś wiemy, że bynajmniej nie ma podstaw do liczenia go w zbiór zjawisk metafizycznych. Jest ściśle fizyczną wibracją o, mierzalnej, określonej amplitudzie drgań, każdego gazu (bo nie tylko powietrza), a skoro przenika i mury, to – widać – i w nich musi drgać… Co tam zresztą będziemy gadali! Kto wierzy w boże stwórstwo bytu, nie poprzestanie na przyznaniu Mu obecności jedynie w tym, co do dziś dnia wydaje się niewytłumaczalne. Bastionem bożej specjalizacji miałybyż być tylko niedostępne śmiertelniakom pustkowia? Wszechstronny miałby od ludzkiego spojrzenia czmychać w ustronia? Specjalizować się, kiedy tylko On jeden przecież, jako że jest wszystkim, posiada cechę wszechstronności? Odznacza się zmysłem przeczuwania dzisiaj – tego, w co jutro zaangażuje się kosmos, a to przeczuwania pewnego gruntu na bezdrożach Niewiadomego – pod kroki piechura, o którym musi mieć pojęcie we wszystkich jego aspektach, boby inaczej nie wiedział, z czym do gości i jak skonsolidowanym wewnętrznie obiektem rzuca się w tę otchłań. Słowo, słów mnogość. Kto nauczony przypisywać brzmieniom odpowiednie znaczenia, najczęściej zadowala się tym, że właściwie rozumie dyspozycje płynące z zewnątrz i nie musi bić głową w mur, tylko „może być zmuszonym” do konsekwentnego postępowania podług tychże dyspozycyj. Ale ten, kto pisze tę księgę przeznaczenia, codziennie staje wobec takiego samego muru jak podążający z tłumami („widać: ku czemuś”) prostaczek, toteż potrzebne mu siły do wyrąbywania w tym murze przejezdnych wyłomów – lub słów swą zmyślnością tak rozbrajających, by mur ten sam ustępował, a przedtem mięknął. Czy twierdzę, że pomiędzy prostaczkiem a pisarzem przeznaczenia zionie jakościowa przepaść? Cóż, gdy umrze Bóg, zastąpi go pewnie Nietzsche.