marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 27th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 47

            Zapisałem te kilkanaście czy kilkadziesiąt zdań widocznych powyżej jednak tylko niejako „po drodze” do tego, co siedzi we mnie od długich roków, co objawić memu Czytelnikowi obiecałem i co po znacznej części wypowiem zaraz. Otóż świat idej Platona, który ten wielki filozof grecki odkrył (choćby miało się okazać, że zbudował tu jedynie fikcję), według mojej poprawki nie to, że istnieje, lecz   p o n a d i s t n i e j e , czyli nie jest bytem podlegającym jakiejkolwiek przemianie, nic się w nim nie dzieje, choć, kto znajdzie doń klucz, może zeń w nieskończoność czerpać. Jest nieuszczuplalny, ale też (prawdopodobnie) nierozszerzalny; jego elementy nie podlegają niszczeniu, starzeniu, degradacji, ale też nie może być mowy, by cokolwiek w nim się regenerowało, odmładzało, ewoluowało. Po prostu nie jest to byt historyczny. Słynna platońska idea końskości? Także i ona ma swoje umiejscowienie w arsenale wzorców, które – wydawałoby się obserwatorom nieuposażonym w taką jak nasza bytowość i doświadczenie – czekają nie wiadomo na co. My jednak wiemy, że czekają one po prostu na zastosowanie w bycie historycznym. „A czemu to wszystko ma służyć?” – spyta, zgnębiony porażkami w walce o osiągnięcie jednoznacznej odpowiedzi na to podstawowe pytanie, kolekcjoner złotych myśli, jako że tej tylko sentencji w jego sztambuchu zdaje się brakować. Tu jeszcze dokończę myśl o moim podobieństwie do Jezusa: nie jest ono wyłącznie wewnętrzne. Niemniej, jeśli to, co uzewnętrzniał, w dużym stopniu ma cechę zbieżności z tym, co ja w swoim, sporo już dłuższym niż Jezusowe, życiu uzewnętrzniałem, to mam na czym wesprzeć domniemanie, że Jego prawdziwe poglądy malowały się, tak jak i moje, w innych barwach tudzież na obrysie innych kształtów aniżeli to, co oficjalnie wykładał. Dał temu wyraz, co prawda, w tylko jednej ewangelicznej wypowiedzi, gdzie stoi jak wół, że „to, co się mówi do obcych, ma tylko namieszać im w głowach, natomiast na własny i przyjaciołowy użytek ‘prawda’ jest inna”. Jezus ze swoich trojga roków publicznych śnił na jawie i w tym tylko momencie, raz, się przebudził. Skoro śnił, to nie był fałszywy, albowiem to w snach właśnie wychodzi na wierzch obraz nas samych najbardziej zgodny z takim stanem własnej naszej osobowości i rzeczywistości, jakim on jest, ponieważ tam nie dociera już, płynąca ze strachu i wyrachowania a deformująca i odbarwiająca obrazowanie, autocenzura. Jednak to, co ludzie mogą nam wytknąć (a czego bodaj najpaniczniej w rozmowach się boimy), to jest nasze ewentualne popadnięcie w brak konsekwencji. Wprawdzie człowiek popełniający nieodmiennie same błędy też jest konsekwentny, a takiego takoż raczej nie zapytamy, jak żyć, jednak ten rodzaj konsekwentysty prędko się samoredukuje, a z jego śmiercią znika i potrzeba zajmowania się tym wyjątkiem. Natomiast jeśli ktoś mówi, że ‘A równa się B’, a zaraz potem twierdzi, że jednak ‘A nie równa się B’, to nie ma po prostu możliwości, by mu wierzyć! A Jezus wiedział, że ostoją Jego nauki, nauki o czymś, na co nie ma namacalnego dowodu, musi być to, by jej wierzono. No, namacalne były cuda. No, ale cuda się zdarzały, lecz stanu rzeczy nie zmieniały na trwałe, bo – i cudowne wino z Kany Galilejskiej zostało wypite co do kropli, i  wskrzeszony z martwych Łazarz w końcu, po latach, pomarł. O tym ostatnim pewnie od razu nie możono wiedzieć. Niemniej Mistrz Apostołów czuł, że jest kimś wyjątkowym, więcej: że jest wyjątkiem jedynym. I, żeby to ludziom wykazać, jako że każdy chce, żeby traktowano go sprawiedliwie, a więc odpowiednio do klasy, jaką reprezentuje (wysokiej), sięgał oczywiście do środków, które Mu były dostępne (intelektualnie nie za wysokich, choć silnych za to mentalnie). Czynienia  cudów uzdrowień, wskrzeszeń, przemieniania wody w wino, pomnażania pokarmu, chodzenia po tafli głębokich wód, przenikania ścian i – wygłaszania przypowieści, mających wskazywać sposoby, dzięki stosowaniu których każdy człowiek zapewni sobie miejsce w Królestwie Niebieskim. Trzeba wziąć pod uwagę to, że osoba, nazywająca samą siebie Synem Człowieczym, nie dysponowała żadnym podręcznikiem, jak sprawować funkcję Realizatora Proroctw. Jezus to, co mówił, wymyślał sam, być może licząc jedynie na, jak pewno wierzył, „podszept Ducha Świętego”. W rezultacie podczas wygłaszania mów prezentował wszystko, co tylko przychodziło mu do głowy, ufny temu wewnętrznemu głosowi. Niemniej tu znowu tym wewnętrznym głosem trochę kierował, uważając, żeby Mu „święty duch” nie zaczął podpowiadać uwikłań w wewnętrzne sprzeczności. Treść też była ważna (bo chyba obliczona na wywołanie w słuchaczach osłupienia, jako że każdy filozof lubi zaskakiwać – wypowiadaniem paradygmatów dla maluczkiego zgoła nie do pomyślenia), ale Natchniony pilnował głównie tego, co daje wiarygodność: zachowania logiki, słowem: konsekwencji. Wbrew bowiem temu, co możnaby mniemać na pierwszy rzut oka, wiarę przekreśla nie tyle niewiarygodność treści, co niedochowanie zasady wewnętrznej niesprzeczności przekazu. Budowle ze słów swej racji bytu nie kupią (niestety?) samym bogactwem treści czy jej porażającą niewiarygodnością (czyli oryginalnością), jeżeli składających się na dany atrakcjomat cegieł nie uszeregujemy w logicznym porządku i nie spoimy ich spoiwem odpowiednich spójników, tą murarską zaprawą literackich budowlańców. I tu wyskakuje, jak przysłowiowy królik z prestidigitatorskiego cylindra, nienawistna obawa, czy nie zaczynam tutaj przeginać pały. To, czy tak ja, jak mój czytelnik – mamy być obciążeni pamięciowym balastem wiedzy, czy wznoszeni i pociągani wiedzy napędem, zależy przecież od tego, jak po kątach tej quasipowieści owa wiedza zostanie rozlokowana. Jednak niech w końcu powiem, co powiedzieć chciałem, co powiedzieć chcę jeszcze, póki powiedzenie tego nie stanie się zwyczajnie przysłowiową musztardą po obiedzie. Tak więc posłuchajcie.

            Porywania się na dzieła wiekopomne – w sytuacyjnych uwarunkowaniach podsuwających jedną tylko drogę dla kolejnego kroku, i to bodaj czy nie błędną, bo nie przekorną wobec tej panującej tendencji. Sadzenia się na konsumpcję jaj sadzonych – wobec zrozumiałego obumierania mody na, budzące wszak oczopląs, obserwacje jajecznic. Jedni konsumują, drudzy są konsumowani. Trzecim pozostaje najmniej zaszczytne, niemniej najbardziej pouczające – stanowisko wolnego obserwatora. „Chcecie wolności?” – zapytuje zgromadzone na placu tłumy sędziwy patryjarcha, a one, niby przedszkolaczki swojej pani wychowawczyni, odkrzykują chóralnym „taaak!”. „Skoro tak, to jak kochacie Boga, który w te przysłowiowe okowy bytu was zaklął i zakuł?” – ojciec ludzkiej duchowej tożsamości czyż wypowiedzeniem tej powalającej z nóg prawdy nie narabia sobie bigosu? Czyż o tym, o czym zwykło się mówić jedynie w kuluarach sejmowego wnętrza, jest rozsądne opowiadać z głównej mównicy? Cóż, patryjarsze nie dopisuje ostrość widzenia; bynajmniej nie jest pewien, czy, sadząc się na ton zarazem spiżowy i skandalizujący, nie wypowiada się po prostu do paru tysięcy pustych krzeseł. Ach, te wariackie skojarzenia! Czyż nie byłoby lepiej skoncentrować się myślowo na notowaniach giełdowych – jak tylu dobrych matematyków? Czyż nie byłoby bardziej naturalne dla (niechby nawet nietypowego!) reprezentanta skromnego gatunku, co nos ze swej rodzimej planety ledwo wyściubił, swoją rozmowę z losem prowadzić nie poprzez takie nie wiadomo co, tylko przez typowanie numerków w popularnej grze liczbowej?

            Dopalam ten papieros, wymieniając z Młodym i innymi jakieś, znamienne dla ludzi, którzy naprawdę myślą o czymś zupełnie innym, uwagi o Plotynowej jedni, tożsamej – o dziwo! – z absolutem, by wreszcie, zdusiwszy dymiący kikut peta o talerz, naładowanej innymi petami, popielnicy w kształcie grubej stojącej rury, wyjść na przeklęcie nieodmienny korytarzyk oddziałowy. Wykazałem już nieuchronność sprowadzenia rojeń o wieloświecie do prawdy o świecie jednym i jedynym, toteż Plotynowa jednia stanowczo jest mi na rękę, ale nie samym słowem bożym człowiek żyje; potrzebna jest także, jeśli nie jego konsumpcja, to przynajmniej myśl o chlebie. W związku z tym wracam do sali numer 7, gdzie spodziewam się odnaleźć innego człowieka w pidżamie, który tym przysłowiowym chlebem potrzeby przyziemnej powinien przynajmniej w tej, i w paruset dalszych, chwili się stać, co, na przekór dotykającej mnie zasadzie ciągłych niespodzianek, okazuje się wkrótce niezbitym faktem. To znaczy, faktem okazuje się spełnienie mojego spodziewania. Amin Basnadar leży na swoim łóżku, unosząc na chwilę głowę, by sprawdzić, kto wchodzi. To ostatnie jest to odruch, znamienny dla ludzi, którzy nie popadli jeszcze w zupełne zobojętnienie i którzy jeszcze na coś liczą lub czegoś się obawiają. Czego nadzieja lub obawa może gnieździć się w tak więcej niż tylko bezmyślnym konsumentem najłatwiej przyswajalnych dóbr – takich jak golonka z chrzanem czy rubryka wypadków kryminalnych w popularnym brukowcu? Wiem już teraz, że prawda o śmierci rzeźnego zwierzęcia, uzmysławiana tobie kawałem jego udźca na restauracyjnym talerzu, i niebezpieczne przygody na linii przestępca – ofiara, które rzeczywiście dotknęły żywe stworzenia, są nie do zlekceważenia dla obserwatora kierującego się zdrowym rozsądkiem, natomiast wszelkie poezje i filozofie – z paru wyjątkami… – to rzecz dobra dla snobów, czyli takich, co to tylko udają, że ciekawi ich coś, o czym naprawdę nie mają przysłowiowego zielonego pojęcia – w celu zrobienia piorunującego wrażenia na poczciwcach-analfabetach i panienkach z dobrych domów, lubiących się popisać znawstwem kunsztownej bredni. Wiem to, wiem i owo. Wiem, że kłopotem Amina Basnadara na dziś jest nieprzychylne mu zrządzenie losu – w postaci Kipelowej decyzji o wypisie, podczas gdy on  czuje się jeszcze chory. Jeśli zaś, co wydaje mi się jednak bardziej prawdopodobne, nie jest chory, to jak straszne niebezpieczeństwa muszą mu grozić w wolnym świecie, skoro woli niż tam przebywać tutaj, w tym – jak to określę mimo całej sympatii, jaką żywię wobec tych biednych wykolejeńców – domu potworów! Podchodzę do swego łóżka i, udając, że nie podoba mi się zbytnie sfałdowanie koca, którym jest przykryte, wygładzam fałdy dłońmi. Następnie zwracam twarz ku Basnadarowi i, widząc, że mnie obserwuje, puszczam doń oko. Co uczyniwszy, wychodzę z sali.

            Życie na ogół jest piękne, inaczej więcej odnotowywano by samobójstw, o ile założyć, czego niestety nie można mieć za pewnik, że postępujemy częściej z rozsądkiem niż wbrew niemu lub pozostając wobec niego w niezdecydowaniu. Dla dobrych chwil przyjmujemy nieodłączne od nich godziny męczarń, choć pewnie tkwi w nas i głęboko ugruntowane (jakkolwiek przeważnie podświadome) zrozumienie dla faktu, że to, iż czujemy c o k o l w i e k   (w tym ból zmysłowy i metafizyczne cierpienie), jest mimo wszystko czymś takim, od czego odstępować nam nie wolno. Około dwudziestki byłem tak wyobcowany z niezbędnego życiu poczucia jego swojskości, że nie widziałem różnicy pomiędzy własnym istnieniem a nieistnieniem. Kiedy brakuje mu oparcia, byt zapada się w nicość. Ja wtedy byłem tak wyzuty z obecnej we mnie wcześniej i później pneumy, że nie znajdowałem oparcia w sobie; dla nikogo nie byłem przeciwwagą, pożądaniem, uzupełnieniem. Przeciwnikiem wreszcie. Co tam zresztą będziemy filozofowali. Chciałem się zabić, roztrzaskać się o beton po skoku z dużej wysokości. Łaziłem więc po mieście w poszukiwaniu odpowiedniego wieżowca. I taki obiekt znalazłem. Dopiero, gdy oko w oko stanąłem z majaczącą w dole dalą skrawka asfaltu, który miał być miejscem moich urodzin dla śmierci, przeraziłem się. W samej mojej konstrukcji – widać – był jakiś bezpiecznik, który wówczas się przepalił, wygaszając mą wolę samounicestwienia. Teraz, choć po nieprzespanej nocy oraz z powodu postępującej niesprawności wielu moich składowych, o którym to złu informują mnie stosowne sygnały bólowe, czuję się mocno kiepsko, brnę we własną niezbadaną przyszłość – z poczuciem pewności, że jej minimalną przynajmniej część można będzie uzasadniać w kategoriach przydatności dla dalszego losu kraju, świata i wszechświata.

            Nie czekałem długo. Amin Basnadar jest. Jak zagaić. Nie wypada namyślać się długo.

            – Panie Basnadar, mam panu do zaproponowania coś, co dla nas obu będzie korzystne.

       Ciągłość w relacjonowaniu historyj i historyjek pozostaje dla mnie (i pozostanie!) wprawdzie jedną z może kilku (dokładnie nie wiem, bo nie liczyłem) niewzruszonych zasad, których tu się trzymam, niemniej należy do nich także zasada nieopowiadania o jednym dwa razy. To, co się stanie na skutek przyjęcia przez tego inteligentnego Murzyna mojej propozycji, dokładnie czytelnikowi wyłuszczę, gdy będzie się stawało. Teraz naoczny, że tak powiem, świadek mych kłopotów i jakichś tam (może dość pomysłowych) prób im zaradzania niech zadowoli się informacją, że w oddziałowym korytarzyku, uważając, żeby nikt nas nie podsłuchiwał, zwierzyłem Aminowi mój plan, na który on przystał, ponieważ dzięki jego realizacji pewnikiem zyska co najmniej jeden dzień pobytu w ulubionym przezeń (przez grzeczność nie wchodziłem, dla jakich racyj) miejscu. Gdy już wszystko było umówione, zapytałem tylko (co mego interlokutora, o dziwo, wprawiło w pewien popłoch):

            – A tak na co dzień to czym się pan zajmuje, panie Aminie?

            Spoziera na mnie nieco tylko przeciąglej niż człowiek wiedziony naturalnym odruchem sprawdzania na przykład tego, czy oto stawia się mu pytanie na poważnie. Lecz mi to wystarcza; nieledwie wiem, że teraz będzie kłamał.

            – Pracuję w porcie jako doker. Ciężka robota. Jest pan, panie Plux, podobnie jak ja, nie bardzo mocnej budowy ciała. Więc tym łatwiej zrozumie pan, że do takiej fizycznej mordęgi  zgoła niechętnie przychodzi wracać… przynajmniej ludziom naszej konstrukcji. Mówię „naszej”, bo wiadomo, że silny poszukuje ciężarów. Ale w ofertach pracy przebierać jak w ulęgałkach – to nie ten region. Pan jest chudy – zapewne nie dlatego, że nie dojada; ja niestety z tego właśnie powodu. Pełnić w tym kieracie rolę jakiejś śrubki nie należy do rzeczy zabawnych. Ale skoro już się narodziliśmy, trudno tak od razu iść na pastwę robakom. Żeby zaś żyć, trzeba mieć pieniądze na jedzenie. Pieniądze z kolei mamy często po prostu stąd, że robimy coś, czego robić nie bardzo lubimy. Element pocieszający stanowi zapewne fakt, że przynajmniej powietrze jest jeszcze za darmo.

            – No, za darmo jest jeszcze – nie godzę się – chociażby fakt, że, otwarłszy oczy, mamy jakże fascynujące widoki. Nie musimy płacić Bogu, że stworzył nam coś tak oszałamiającego jak, budzący też wprawdzie kontrowersje, lecz dzięki właśnie nim dodatkowo przecież ubogacony, świat. Niektórzy niby płacą podtrzymywaczom Jego kultu, kapłanom…

            – No widzi pan. Zostaliśmy wprowadzeni w byt przez Boga z Jego woli, i On za to wymuszenie na nas Swojej woli jeszcze każe nam się opłacać.

            – Każdy z nas jest Boga cząstką. Trudno wymagać, żeby nikły ułamek wypracowanego przez nas grosza nie szedł do Centrali tego wspólnego Przedsiębiorstwa.

            – Pan, panie Plux, utrzymuje więc, że to wszystko, z czym mamy do czynienia, zostało urządzone z logiką, której nie da się obalić? – Basnadar podejrzliwie mruga oczami.

            – Jeżeli logika rzeczywistości sprawę swojego bezpieczeństwa powierzy słabym obrońcom, zdmuchnie ją byle agresor – wzruszam ramionami. – Wielu bandytów tylko z winy nieistnienia silnej wykładni filozoficznej, któraby, dotarłszy do nich, uzmysłowiła im, że to właśnie życie ludzi uczciwych, pogardliwie nazywanych przez nich „frajerami”, wspiera się na podstawach racjonalnych, nie przeszło na stronę swych dotychczasowych ofiar.

            – A czy przypadkiem to nie jest tak, panie Plux – paruje natychmiast Basnadar – , że naturalne prawo do przetrwania posiadają tylko najsilniejsi? Nie – chronieni przez tresowane do przegryzania gardeł tym dumnym ludziom psy – słabowici oglądacze filmowych horrorów, modlący się o to, by zaraz znowu nastąpił wirtualny tryumf tak zwanego „dobra”, ponieważ tylko taki obrót sprawy daje im wątpliwą iluzję, że ich samoograniczenie się do czynień dozwolonych przez „dekalog” jest, jak pan to raczył określić, racjonalne, jako że „zawsze” musi prowadzić do zwycięstwa, czyli przetrwania. Tymczasem ich samoograniczenie jest fikcją. Bo i jak o wyrzeczeniu się „nawet myśli” zrobienia krzywdy lwu może mówić królik! I, po drugie, czyż życie tych anemicznych wymoczków nie byłoby już całkiem pozbawione barwniejszych doznań, gdyby nie oglądanie przez nich owych wirtualnych horrorów, gdzie dumny bandyta zmaga się krwawo ze sforą policyjnych wilczurów? A w takim horrorze kto jest kreatywny? Kto stwarza oryginalny i dopracowany w najdrobniejszych szczegółach plan zagarnięcia plonów, trudnej do zaaprobowania przez ludzi ambitnych, pracy, która sprowadza się w całości do zastosowania paru nieskomplikowanych schematów? W obronie niewolników takiej pracy występuje tresowany pies, węszący trop czyjegoś  m y ś l e n i a … Silny żyje kosztem słabego. To generalne prawo biologii jest tymczasem odwracane w prawie stanowionym i trwa absurdalny układ, że w więzieniach gniją ludzie wspaniali, natomiast tron człowieka wolnego wypełnia swoim tłustym tyłkiem bez mięśni… zalękniony zgniłek.            Pobolewania karków – zbudowanych z nieodpłaconych zniewag, lekkomyślnych zaniechań. Kontynuator zapomnianej tradycji skrywania zbyt jaskrawo przemawiających obrazów w metaforyczne eufemizmy posuwa się do ostateczności. Wobec tego, że tak zwane wszystko zdaje się wskazywać na nieaktualność przyjętej przezeń koncepcji nowych porządków, a zbyt daleko zaszedł w wojnę ze starymi, boi się, że tak oto stanął oko w oko z blokadą, której nie zdoła przezwyciężyć. W związku z tym, aby nie brnąć tą drogą, o której wie już, że wiedzie donikąd, czyż nie będzie rozsądnie rozerwać się kupionym na straganie granatem? Ucieczki od życia jednak nie ma. Moment zarzucenia gier w najwyższej z lig stanie się chwilą rozpoczęcia gry w lidze o szczebel niższej. W razie braku woli spełniania standardów tej ligi – o kolejny szczebel niższej. Gdy zaś dojdzie do następnej serii walkowerów – jeszcze o jeden szczebel niższej. Aż wreszcie leniwy gracz spadnie do najniższej ligi, gdzie stanie się coś zadziwiającego. Powiedział mi o tym ów popiół, strząśnięty na podłogę z palonego w łóżku papierosa, kiedy to z grudek popielatego proszku wyszły niegdyś żywe mrówki, z których każda dźwigała na plecach po jednym mrówczym jaju. Cóż więc robić? Otóż robić dobrą minę do złej gry i maszerować dalej, jak gdyby nigdy nic. Któż bowiem wie, czy za kolejnym zakrętem drogi, którą idziemy, nie ukaże się zjawisko, odmieniające zachodzący chwilowo układ – diametralnie?

            – Gdzie pan ma owych „wspaniałych ludzi”, którzy poza tym, że perfekcyjnie umieją zabijać i zjadać sarny i dziki, płodzić i rodzić dorodne potomstwo, nie potrafią dokumentnie nic! To ja należę do szerokiego grona owych wymoczków, których pan tak zjechał, a którzy, żyjąc ledwo-ledwo, są zmuszeni za teren swego działania obrać dziedziny, gdzie od penetratorów wymaga się nie posiadania trzydziestu dwu mocnych zębów, tylko trzydziestu dwu pomysłów na minutę, co umożliwia mózg niechby nawet chory, ale (kto zresztą wie, czy właśnie nie dzięki temu!) wrażliwy na impulsy, zdolne, po serii wnioskowań, doprowadzić w rezultacie do wynalezienia metody zaradzenia przekleństwom dotykającym w stopniu najtragiczniejszym także to pańskie nad-zwierzę! – czegoś w pamięci szczęściem się dogrzebuję. Basnadar patrzy na mnie z wyrazem nieukrywanej ironii. Wycedza:

            – A czegóż to konkretnie dopracował się pański wrażliwy mózg?

            – Chociażby metody na katastrofalne wylewanie rzek, powodzie.

            – A na czym onaż miałaby polegać? – pyta Murzyn, tak niby przymilnie.

            – Na zainstalowaniu w nurcie rzek urządzeń, które nurt ten by przyspieszały. Gdy rzeka będzie płynęła szybciej, to więcej wody przejdzie przez nią. A wylewy rzek wszak biorą się stąd, że okresowo nadmiar wód z deszczów nawiedza dane koryto.

            – Nie słyszałem, by ten absurdalnie prosty pomysł gdziekolwiek zastosowano.

            – Niech pan będzie spokojny, że dojdzie do tego już wkrótce. Pomysł jest świeży. A, jak z tym, poradzimy sobie i z każdym innym kłopotem. My, ludzie wymoczkowaci. W przeciwieństwie do was, których nie znudziło trwanie na szczeblu człowieczeństwa ledwie przedwstępnym, nawet nie podstawowym! Odpowiednim dla zwierząt!

            Basnadar spuścił głowę, jakby szukając natchnienia w widoku parkietu, na którym obaj stoimy. Po chwili jednak głowę unosi i wypowiada słowa w tonie jakże odmienionym!:

            – Niech pan mnie nie obraża, Plux. Ja także jestem człowiekiem intelektu.

            – Doker-intelektualista?! – wyrywa mi się, zanim zdążam w ogóle pomyśleć.

            – Na ten temat, Plux, nie powiem już nic więcej – unosi rękę, jakby przysięgał. – Ważne, że jesteśmy umówieni i – niech każdy wraca już do swoich obowiązków.

            To powiedziawszy, obraca się na pięcie, by następnie skierować się w stronę siódemki. Jakie to szczęście, że, dzięki zaistnieniu kłopotów, które podsunęły mi temat, mogę powiedzieć, że „moje obowiązki” nie polegają li tylko na wylegiwaniu się w wyrze!