marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 26th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 46

            Odkładania na doby jutrzejsze realizacyj dzisiejszych pomysłów. W związku z tym występowania niezadowoleń. I na kogóż to, jeśli nie na siebie samych, zwalać winy za własne powzięte decyzje? Jeszcze raz kwitować sprawę, budzącym gorzki chichot, wykrętnym humorem? Ciężko – zjednoczonym w problematyczną całość półgłówczanym bliźniętom. Zapóźniony spacerowicz kala włożone na stopy, zakupione w sklepie obuwniczym, damskie (z braku tam innych) kalosze kałem młodej suczki, co prowokatorsko zatrudniła siły nośne samego środka trotuaru załatwieniem się właśnie w tym miejscu. Gdyby miał na stopach gumę kaloszy męskich, wdepnąłby zapewne w odchód nie Azy, tylko – Azorka. Cóż, że niesmaczny dowcip swemu (kto wie, czy nie jedynemu?) czytelnikowi zatracone w spekulacjach lingwistycznych poecisko zafundowało! Niesmaczny, ależ wielce rzeczywisty!

            – W nagrodę za twą hojność powiem ci,  Młody, bajeczny dowcip własnego chowu.

            Pociągam nosem; na domiar walących mi się na głowę przeciwności, napadł mnie teraz i katar. Mówiąc między nami (czy ktoś za kotarą aby nie podsłuchuje?), mam obecnie nader głęboko w otworze odbytniczym wszelką myśl pociągającą ku wzniosłości. Jako że nieoceniony Stwórca nie obdarzył nas niczym takim, coby nosiło piętno całkowitego antysensu, więc na wyobraźniowy ekran mojej świadomej czuwalności z kloacznego dołu jak naraz nie chluśnie wypluśnięty przez pławiącego się tam demona zestaw pokaźnych robaczysk, dla których odbytnica ludzka od wieków wieka pozostaje po prostu marzeniem! Takoż i nobliwe róże, rogami swych kolców (stąd też ich pierwotna, rdzennie polska nazwa! – róg bowiem, logicznie wypada, to mąż róży) nastroszone obronnie przeciwko amatorom ich piękna, skłonnym po odcięciu kwiatów od korzeni widzieć je w nekrofilskich urnach wazonów, na bazie, wstydliwie dotąd pomijanego w literaturze, kału – gruntują swój byt. Teraz mam jednak w przysłowiowym nosie wszelakie uwznioślenia, robienia rzeźbiarskich arcydzieł w oparciu o materiał, w którym można niby jedynie się babrać.

            – No więc dowcip będzie – mówię – satyrą na dzisiejszy świat reklam. Posłuchaj tylko.

            Z sąsiedniego przedziału przechodzi do nas wszelako ten, który grzebał w popielnicy.

            – Mistrzu – przymila się Młodemu. – Zawsze wielbiłem twój talent. Daj popalić.

            Młody bez ociągania daje. Z jakichś powodów jest bogaty, jak na tutejsze stosunki.

            – Pamiętam zwłaszcza sytuację, kiedy po minięciu trzech obrońców wpakowałeś piłkę

do bramki pod brzuchem interweniującego akrobatycznie bramkarza Paragwaju…

            Aha! To znaczy, że Młody ma pieniądze, bo pracuje jako ceniony nogopiłkarz. Dobrze, że to się wyjaśniło, chociaż z drugiej strony niejeden z nas, ze względu na hazardowe walory ryzyka, kiedy to serce, katapultując do gardła, węszy wielką wygraną tuż obok groźby utraty wszystkiego, lubi też przebywać w aurze tajemniczości – kryjących może obietnicę oszałamiających rozstrzygnięć – niedopowiedzeń. Jednak w mojej sytuacji (wielu spośród znanych mi ludzi przyjmuje za pewnik, że czynnik rozwojowy ich losu mógłby uaktywnić się jedynie dzięki wygranej na loterii) element niewiadomej tym jednym rozjaśnieniem został naruszony w minimalnym tylko stopniu. „Dobrze przygotowany idzie na pewniaka”, skąd więc teraz u mnie mowa o jakiejś „niewiadomej”? Cóż. Ja przyjmuję, że ze mną i moim światem może być tak, albo siak. „Na pewniaka” twierdzę, że, co do mnie, alternatywa istnieje. A popatrzcie na innych. Za całą swą najszaleńszą ambicję podają, że, kiedy wypełnią się dni, też znajdą stosowne słowa na tę – „cóż, że ostatnią?” – okazję do akuratnego zachowania się w każdej sytuacji. Powiedzą światu „adieu!”, cóż stąd, że nie dostrzegłszy, iż konsekwencja w utrzymywaniu do końca stylu buduje może legendę, lecz samego końca ani próbuje powstrzymać czy przełamać. Teraz jednak trzeba powiedzieć, co się obiecało.

            – Właściwie to jestem wrogiem dowcipów – mówię. – Ale wymyśliłem kilka, żeby ktoś złośliwy nie mógł użyć argumentu, że moje negatywne zdanie o nich wzięło się stąd, iż zwalczam je, bo sam jakoby nimi posłużyć się nie jestem w stanie.

            – No – oświadcza Młody, co w zarysowanym kontekście ma oznaczać, że mnie rozumie. I, żebym ciągnął, ponieważ i w jego dziedzinie za błąd uważa się rozwlekłość.

            – Słuchaj, Młody. Idzie sobie ulicą obywatel Iks, taksując spojrzeniem witryny przyulicznych sklepów, bo niby co innego miałby robić, mając do czynienia z podobnymi realiami. „Mercedes to coś więcej niż samochód” – jawi się mu jaskrawy napis zza szyby mijanego salonu z luksusowymi maszynami. „Właściwie tak – myśli sobie Iks. – Mercedes to także wzór wytwórczej perfekcji”. Ale idzie dalej. I zaraz ma w oczach slogan reklamowy firmy elektronicznej: „ATARI to więcej niż komputer”. „Właściwie tak – myśli sobie Iks. – ATARI to także symbol nowych trendów w elektronice”. Iks idzie dalej. Sklep obuwniczy pewnego wielkiego międzynarodowego producenta i wyłuszczenie: „Adidas to więcej niż but”. „Właściwie tak – ocenia Iks. – Adidas to także gwarancja sportowej elegancji”. Iks idzie dalej. Patrzy, a tu sklep spożywczy (tak, jakby to tę handlową placówkę rekomendowano do spożycia, nawiasem mówiąc. Czy nie logiczniej byłoby powiedzieć na przykład ‘sklep spożywniczy’?). Iks wchodzi i rzecze w te słowa: „poproszę o coś więcej niż chleb”… – kończę, z jaśniejącym spojrzeniem i mając wskazalec, czyli wskazujący palec, tryumfalnie wyciągnięty do góry, pewien aplauzu. Tymczasem Młody wprawdzie trochę się śmieje, ale czterej pozostali, którzy z nudów nie omieszkali też się przysłuchiwać, pozostają w niewzruszonej powadze, nawet z wyglądu nieco jednak różnej od obojętności. Mniejsza z tym. Biali w historii narobili tyle krzywdy Murzynom, że teraz jakby musi dochodzić do prób pewnego wyrównywania rachunków. Jestem indywidualistą, mało mi w głowie jakieś uprzedzenia rasowe mające dotyczyć całych narodów czy przekonania, że tylko „cywilizacja białego człowieka” jest niby wyznaczona przez Opatrzność do protektoratu nad usiłowaniami,  jakie wolno powziąć ‘po prostu człowiekowi’. Jednak to indywidualiści właśnie sprawili, że doszło do narodowych czy rasowych zróżnicowań. Przywodząc mentalnie, intelektualnie czy politycznie wyodrębnionym, dzięki spowodowanej przez siebie secesji pierwotnej społeczności zintegrowanej autorytetem jedynego Boga, swoim grupom, zwielokrotnili swoje istnienie – przekornie wobec zalecanemu dziś na to sposobowi, a to sposobowi powiększania swej domniemanej potęgi – poprzez płciowy rozród. Bawieni okrągłymi zdaniami mów i zasugerowaną nieodpartością niby koniecznych, a jako takie jedynie słusznych, decyzyj rządzeni przyzwyczaili się wkrótce do własnej podrzędności, a nawet znaleźli upodobanie w podziwianiu mądrości kacyków i królów, rozbrojeni intelektualnie i pogodzeni z ‘prawdą’, że wola władcy jest święta, natomiast wola ich własna prawdopodobnie nie istnieje, skoro coś takiego jak ona trudno im w ogóle z siebie wykrzesać. O co mi chodzi? O to, by tak zwany szary obywatel nie patrzył na rządzących z takim aż, jakie do dziś dnia jest regułą, nabożeństwem? Bo kto wie, czy sam nie mógłby przywdziać barwnego koronacyjnego stroju i stać się takim jak ten, którego dzisiaj czołobitnie wielbi? Brak pokory, od której upadłych do poziomu wyznawcy kiepskiego ideału próbuję tu odwieść, zwykle niestety generuje w społeczeństwie niszczycielskie niepokoje tudzież wrzaskliwe tumulty, najczęściej nie oferując nic w zamian. A zresztą władza, rozumiana jako najwyższa godność w państwie i czynnik decydujący o wyborze międzypaństwowych sojuszy bądź antagonizmów, powoli winna tracić na znaczeniu. W dobie błyskawicznego przekazu informacji i powszechnej do niej, dzięki między innymi takiemu wynalazkowi jak internet, dostępności – zyskuje za to na społecznym znaczeniu człowiek, który coś sensownego i nowego ma po prostu do powiedzenia czy zaproponowania. Tak byt ogólny jak każdy z bardzo wielu zawierających się w tym pierwszym bytów poszczególnych posiada cechę własnej ekspansywności. Człowiek, że sięgnę do przykładu, który z wiadomego powodu rozpatrujemy najchętniej, może nie zdawać sobie sprawy, że jego dążność do zawłaszczania cudzych dóbr nie wynika bynajmniej z zawinionej jakoby przezeń jego prywatnej „grzeszności” czy osobistej woli, tylko zwyczajnie – z natury rzeczy, z nim utożsamialnej. Ulegając magii słów pewnego mojego starszego kolegi, który od strony zwyczajnie branego biologizmu był osobnikiem nędznym, stałem się przed laty tego „wykładowcy” wytrwałym słuchaczem, ograniczającym swój udział w odbywanych tych niby-rozmowach w zasadzie do stawiania mu krótkich pytań. Otóż tematyka rozpościeranych przede mną przez niego intelektualnych kobierców trafiała w moje zainteresowania, ale to, co w obrębie owych tematów się mówiło, nazwałbym dziś raczej, gdyby nie strach przed posądzeniem mnie o niewdzięczność, czystą amatorszczyzną, a nawet parafiańszczyzną. Cóż, poznawszy wątpliwe uroki samotności, nauczyłem się zadowalać byle czym. Coby nie mówić, ten Napoleon Damunia był oryginałem. W każdym razie odwiedzałem go i przez parę roków cierpiałem zainfekowanie jego osobowością. Na jak wielkie narażało to mnie niebezpieczeństwo, nie miałem orientacji dopóty, dopóki nie zobaczyłem w obliczu mego, przebudzonego akurat z nocnego snu, trzyrocznego synka – potworkowatego wyrazu twarzy owego Damuni! Synek mój nigdy nie widział go na oczy, nie miał też okazji wsłuchać się w choćby jedną jego opowieść. „Co możesz mi zaproponować?” – postawiłem raz pytanie memu mentorowi. „Nauczę cię, jak samodzielnie myśleć” – odrzekł. Dostrzegłem od razu wewnętrzną sprzeczność w deklaracji Napoleona, co zresztą bezzwłocznie mu uzmysłowiłem. Samodzielności można się nauczyć jedynie w toku nauki zadanej samemu sobie. A jeśli już korzystając z cudzego dorobku, to jakby wbrew intencjom autora takiej krynicy mądrości. Już raczej kradnąc mu wybrane elementy jego programu niż dostępując łaski obdarowania siebie przezeń. Tym niemniej teraz, gdy mój mały Socjusz, przez moje nieświadome pośrednictwo, tak boleśnie został dotknięty wpływem, silnej ale pokracznej, Napoleonowej osobowości, wiedziałem już z doświadczenia, jak niebezpiecznie skuteczny może być ten sposób kształtowania innych na swoje podobieństwo. Silne struktury intelektualne wnikają, jak plemnik w jajo, w podatny grunt młodej (lecz czy tylko takiej?) psychiki, i nie masz szans na obronę własnej tożsamości, podczas gdy każdy z nas najbardziej chce przecież pozostawać sobą, o ile jest to w ogóle (a chyba jest) realne pragnienie. Tyle wolności, ile posiadania – stwierdził ktoś, kto zauważył, że tylko w obrębie własnej prawnej majętności swą wolę możesz realizować swobodnie. Tymczasem tutaj odbierają ci nawet samego siebie, nie masz nic; jesteś wyjałowiony z pierwiastka własnego „ja”, stajesz się kopią „ja” obcego, a więc czymś wtórnym do ‘istniejącego naprawdę’ oryginału. Tego Numeru Jeden. Pewnie, że z sytuacją, że „ja to teraz ktoś inny”, się stopniowo oswajasz. Ale czy to ty się oswajasz z nowym właścicielem twego ciała, czy odwrotnie: czy po prostu nie anektuje cię dla swojej satysfakcji i potęgi „twój” nowy właściciel?? To nie jest błaha sprawa, ani problem z rodzaju „tych wydumanych”!! „Do nas, młodych włóczęgów, cały należy szeroki świat” – śpiewnie „wszem i wobec” obwieszczali weseli harcerze. Miało to wymowę manifestu prężnej, nieskrępowanej żadnymi gorsetami jakiegoś „liczenia się z faktami”, młodości i upraszczało teoretyczne problemy, jakimi żyje odsunięty od głównego nurtu wydarzeń kompleksat. Kategoria posiadania jest drugą, zaraz za przodującą kategorią istnienia, kwestią człowieka. Odkryłem to, gdy przeglądając maszynopis jednej ze swych wielu niewydanych powieści, zauważyłem, że w tekście najczęściej (co prawda, w wielu gramatycznych odmianach) powtarza się czasownik ‘jest’, lecz zaraz potem występuje tam wielokrotnie – czasownik ‘ma’. Dalej długo-długo – nic. Ludzie w dzisiejszej Polsce, wyswobodzonej na skutek dziejowego przesilenia z więzów zależności od silnego opiekuna, który, za cenę sprawowanego nad nami militarnego opiekuństwa, żyłował nas gospodarczo i od strony kultury usiłował „bezpłatnie” narzucić nam swój takiej model – wyczuwając swą szansę w tym, że ich dzisiejsza, wolna już, narodowa władza „nie może przecież” imać się takich sposobów rządzenia krajem, jakimi posługiwał się dawniej – poprzez powolnych sobie polityków miejscowych – rzeczywisty okupant, tę demokratycznie wybraną, zrządzeniem losu liberalną, władzę próbują zdelegalizować. Ludzie, co oczywiste, stanowiący nie ogół krajowego społeczeństwa, bo ten optował w wyborach przeważnie za liberałami, skoro je wygrali, tylko, z natury rzeczy aktywni, fanatycy-nacjonaliści. Ideologia międzynarodowego braterstwa, stojąca u podstaw komunizmu jako jego najbardziej ogólne wyznanie wiary – była (jest) skierowana przeciw nierównościom zaznaczającym się między narodami, pomiędzy klasami społecznymi i między człowiekiem a człowiekiem, które to nierówności są jakoby jedyną przyczyną, nielubianych zwykle wśród intelektualistów (a tacy tworzą wszelkie ideologie), wojen. Najbardziej rażącą dysproporcję twórcy teoretycznego komunizmu musieli  widzieć (a jeśli nie widzieli, to byli ślepi) w układzie: wszechmogący Bóg – nicniemogący proletariusz. Boga, podobnie jak „warstw” posiadających (czy Karol Marks brał pod uwagę to, że posiadać można – poza „jedynymi niefikcyjnymi” dobrami materialnymi – też dobra takie jak odwaga, wiedza, inteligencja, zdrowie czy – mądrość, a więc zdolność do czynienia trudnych, acz zorientowanych na dobra rzeczywiście perspektywiczne, wyborów życiowych – teoretycznych i praktycznych?), zreformować lub asymilować dla równościowego społeczeństwa byłoby niemożliwością. Marksizm demaskował fikcje, to jest – wszelkie nienaukowe (czyli nie dające się zweryfikować doświadczalnie lub osadzić w postępowaniu logicznym, które wieńczy dowód) koncepcje, na czele z teologiczną koncepcją Boga oraz poglądem, wedle którego istnieje coś takiego jak przyrodzona wyższość pewnych narodów, stanów i jednostek – nad innymi. Tę domniemaną wyższość dialektyczny materialista określał  jako uzurpację, za której bandyckie zrobienie tudzież za wynikłe z niej bajeczne życie uzurpatorów kosztem ciężko i za głodowe wynagrodzenie pracujących mas należy pyszałków surowo ukarać (wyrżnąć) – według naukowych zasad sprawiedliwości dziejowej. Ci, którzy przez tysiącrocza byli poniżani, wyzyskiwani, ograbiani i bici, niech wreszcie, w toku starannie przygotowanej rewolucji światowej, mającej mieć przebieg oczywiście gwałtowny i błyskawiczny, zemszczą się na swych dotychczasowych a odwiecznych ciemiężcach i przemienią układ społecznych zależności na taki, w którym nie będzie już panów i sług, natomiast – zrealizuje się błogosławiona idea powszechnej równości. Mało kto przy tym zauważa, że idea ateistycznych głosicieli sprawiedliwości dziejowej omal pokrywa się z proroctwem boskiego Jezusa, że „ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi”. Jednak supozycja, że twórca materializmu dialektycznego zasłużył sobie na miano Mesjasza, któremu to tylko, że nie wszystko się udało, wydaje się być szyta zbyt grubymi nićmi.

            Naigrawania się z wiar silnie ugruntowanych, z wiedz odpornych na próby uczynienia ich przedawnionymi. Czy jednak, rosnący mentalnie na rozprawianiu się z nimi, prześmiewca na ruinach, którymi je sprawił, wzniesie własną konstruktywną budowlę?

            Napoleon Damunia zainfekował mnie swoją, w jakimś tam sensie ujednoznacznioną, sumą poglądów, jednak to nie ja zachorowałem, tylko synek mój Socjusz; jako trzyroczne ówcześnie dziecko, nie tak jeszcze odporny na systemowe kretyństwa. Ażeby ten potworkowaty grymas na twarzy Socjusza się nie utrwalił, uskuteczniłem aż nazbyt dosłowne wybicie go synkowi z głowy, a to trzymanym wówczas (przypadkowo!) w dłoni porcelanowym kubkiem – pomocnym na co dzień w wypijaniu takich smakowitych lub pożywnych płynów jak – czy to herbata, czy to kakao. Ojcowie tradycyjnej proweniencji wychowawczego lub wręcz nauczycielskiego (prawdziwy mężczyzna musi umieć „bić się”) bicia swoich synów nie widzą powodu się wstydzić i może coś w tym słuszności jest. Ja jednak swe dziecko uderzyłem wtedy bodaj jedyny raz w życiu i tego uderzenia wstyd mi. Chociaż miałem powód oczywisty. Powie ktoś, że nie musiałem zadawać się z takim typem jak ten podejrzany charakterologicznie Damunia. Odpowiem na to, że społeczność ludzka (w pewnym odróżnieniu od społeczności mrówczej) składa się z samych podejrzanych indywiduów, jeśli w rachunku pominąć rzesze ludzi uczciwych, ale niezdolnych do intelektualnej aktywności, a co dopiero mówić o twórczości czy wynalazczości w dziedzinie myśli na cokolwiek wyższym poziomie abstrakcji niż rozmowa o takich konkretach jak przebieg, a zwłaszcza wynik, „ważnego dla normalnego mężczyzny” meczu lub to, z jakim milionerem („i ile razy!”) zdradziła danego męża która aktorka, co pozostaje domeną „każdej normalnej kobiety”. Zgoda na to, że normy dyktuje rachunek statystyczny i że to dobrze, iż możemy z pewną dozą wiary we własne słowa twierdzić, że normalność w prostej linii wywodzi się z normy, albowiem norma – widać – nie taka kiepska, skoro da się zauważyć tu istotowe, a nie jedynie nazewnicze podobieństwo. Ja jednak optuję bardziej za bogatym intelektualnie szalbierzem aniżeli za ubogim myślowo poczciwcem, a to dlatego, że z tym pierwszym mogę się spierać, zaś przy tym drugim musiałbym się nudzić. „Jest myśl przedmurzem słowa, / słowo – przedmurzem czynu, / lecz trzeba biegle rachować, / by czyn się z myślą nie minął” – jako młodociany poeta ukułem w spiżu tę rymowaną sentencję i pasuje tu ona jak ulał. Nienormalność jednak nie polega na mijaniu się zamysłu z doprowadzeniem go do zamyślonego efektu (bo to zasada znających życie takim, jakim ono jest, całkiem w normalnym sensie poczytalnych oszustów, którzy merytorykę swej myśli traktują żartobliwie, natomiast z całą powagą podchodzą do kwestii, jak tę trefną merytorykę uwiarygodnić, a, kiedy wyjdzie szydło z przysłowiowego worka, sprawić, by poszła w niepamięć), lecz na tym, że „myśli się o głupotach, mówi się głupoty i postępuje się głupio”. Głupota nie jest to niewiedza, tak jak mądrością nie jest posiadanie wiedzy. Posługując się małym zasobem wiedzy – mądrze, co poniektórzy dopracowują się osiągnięć wybitnych, natomiast posiadacze rozległych wtajemniczeń, z powodu na przykład uporczywego poszerzania ich – bez zamiaru takich spożytkowania, często staczają się po prostu w przysłowiowy rynsztok. Każdy walczy o siebie lub o to, z czym się utożsamia. Nawet gdy dawno już wypadł z gry, forsuje swój sposób upadku, próbując go wszczepić każdemu, kto się nawinie. Znamy też przypadki „zwycięstw zza grobu”, tak mocno tkwi w nas potrzeba sporu. A to sporu o to, że „to mi należy się władza”, bo to ja udowodniłem logicznie, że człowiek, którego uczyniłem swoim przeciwnikiem poprzez wytknięcie mu błędu, rzeczywiście się mylił; że to „mi należny jest splendor”, ponieważ to ja pchnąłem kulę na rzutni o te dobrych parę centymetrów dalej niż ktokolwiek inny na świecie. Walka wre. Życie jest to aktywizm. Jeśli aktywnie brniemy w nihilistyczny fałsz, nagleni instynktem, to też nie bez, osadzonej właśnie na instynkcie, powodującej nami racji. W ten sposób przecież występujemy przeciwko kiełkującemu w nas (w nieuchronnie nawracających momentach zagapiań) chwastowi lenistwa. Co jest potrzebne do rozbujania maszynerii, która tylko w działaniu znajduje swoje właściwe spełnienie? Także taktyczne kłamstwo. Żeby aktywizować masy społeczne do pracy niewdzięcznej a idącej w dodatku w poczet zasług „siły kierowniczej”, władza często posuwa się do demagogii. Semantycznie ‘demagogia’ jest to ‘nauczanie (lub wychowywanie) ludu’, tak jak ‘pedagogię’ określamy ‘nauczaniem (lub wychowywaniem) dzieci’. Jednak w praktyce, i jedno, i drugie, polega raczej na trzymaniu takich biedaków w zależności od siebie. „Zniknie własność, znikną kłopoty” – głosili propagandyści komunizmu. Nie wzięli pod uwagę tego, że walka o zabór lub utrzymanie mienia stanowi podstawowe zajęcie żołnierza, jakim jest każdy z nas. Samo istnienie manifestuje się poprzez akt, czynność. Nie jest możliwe istnieć – nic nie robiąc. Ponieważ już to, że jesteśmy, oznacza robotę, i to ciężką. Niemniej i w powiedzeniu „wolę być niż mieć” zawarł się kompromitujący głosiciela takiej deklaracji, jako osoby, która wie, co mówi, błąd wewnętrznej sprzeczności. Jak bowiem miałoby być możliwe istnienie jakiegokolwiek podmiotu bez posiadania przezeń bytu? „Nie należymy do siebie, tylko do pana, który jest naszym właścicielem” – powiedzą na to obruszeni niewolnicy. Właśnie! Jakże jasno i wyraziście przedstawia się tutaj waga (ważność) sprawy podmiotowość a istnienie! Jeśli ktoś zawłaszcza, dla swojej decyzyjności, powolnych odtąd sobie pracowników czy wyznawców, to odbiera im ich dotychczasową suwerenność. Ludzie ci, przestawszy samowładnie decydować i myśleć, tracą swą tożsamość, podmiotowość, honor, w ogóle zdolność do zrobienia jakiegokolwiek ruchu, który nie wiązałby się z imieniem – obojętne, czy byłby przez nich uwielbiany czy nienawidzony – hegemona. Jakieś ostatki własnej odrębności, które na szczęście jak niepozorne zarzewie jeszcze w odległej przyszłości można pewno będzie rozdmuchać w wielki ogień, pozostają. Ale na razie ludzie ci tracą właściwie byt. Stają się jak mięso, który ktoś inny roztarł w zębach i, rozwodniwszy śliną, przełknął do głębin, atakującego  c i e b i e   agresywnymi wydzielinami trawiennych gruczołów, żołądka. Tak jak instynkt samozachowawczy nakazuje mi bronić własnego bytu, broniłem więc (sposobem niestety niewyszukanym) bytu mego trzyrocznego ówcześnie Socjuszka przed zakusami (cóż stąd, że zapewne tylko podświadomymi?) Napoleona Damuni, którego rozlewna osobowość, nie mieszcząc się w nim samym, doszukała się na moim podwórku swojej dodatkowej życiowej przestrzeni. Bogiem a prawdą, ten biedny od strony samej materii mężczyzna, duchowo był bogaty. Dopisuję to, bo nie wiem, czy gdzie indziej i kiedy indziej będzie jeszcze okazja do odnotowania tej drobnej rzeczy. Otóż Napoleon pozytywnie ocenił moje literackie zupy, mówiąc, że piszę „po ludzku”. A co do rzeczy innych, to pozwólcie, moi drodzy, że nie będziemy się tutaj aż tak sumiennie spowiadali, jakby może należało. Napoleon nie żyje. Moja walka o byt (nieśmiertelny) jeszcze trwa. Walka o byt przebiega tedy nie jedynie poprzez walenie wroga wałkiem na wałach obronnych warowni. Czy – poprzez lanie na twarz z murów tej warowni waru (wrzątku) – wspinającemu się po drabinie przystawionej do ściany ku twojej zatracie zdobywcy. Twoim zawłaszczycielem może być każdy: przyjaciel, matka, przechodzień – proszący cię o poczęstowanie papierosem podczas codziennego spaceru. Podobnie zawłaszczycielem innych możesz być ty. Wówczas, gdy się poddajesz, stopniowo przechodzisz w nicość figury pozbawionej indywidualnych rysów, o twarzy gładkiej jak ryj świni, nieodróżnialnej od innych osobników „swojego” (cudzysłów, bo wszak zwłaszcza taki niewolnik jak mógłby cokolwiek posiadać, podawać za ‘swoje’?) rodzaju. Chciałem przed paru minutami z moich wolnomyślicielskich dywagacyj przejść do tego, co jest nie tylko ciekawostkowym mędrkowaniem, lecz rysowaniem fabularnego procesu, atoli zawrzała we mnie krew. Jak długo można bowiem wstrzymywać się od wypowiedzenia głośno a dobitnie tego, co   n a p r a w d ę   we mnie siedzi? Czego odkryciem pochwalić się przed tłumami, złaknionych Prawdy, indywidualistów (takich, co – a i to niemało! – problem czy pytanie zdołali postawić, ale gdzie im do zbudowania odpowiedzi) chcę najbardziej? Zresztą zwlekać z przedstawieniem swych najsilniejszych walorów niedobrze jest zbyt długo już nawet nie dlatego, że te walory wcześniej mogą się zakisić lub czytelnik się zniecierpliwi i twą książkę, tożsamy ze mną Flakononie Pluxie, odstawi na półkę, by nigdy ponownie po nią nie sięgnąć. Obserwuję, jak mrą ludzie. Tylu wartościowych, fajnych ludzi już prawdopodobnie na moją quasipowieść, której lektura – wierzę – wiele w ich poglądach, a tym samym i w życiu (choć to drugie oczywiście jest mniej pewne), mogłaby zmienić – się nie doczeka! Chciałbym toteż z moim radosnym komunikatem dotrzeć przynajmniej do tych, których jeszcze jest szansa uratować od beznadziei! Beznadziei, której to nory jestem niezmiennie codziennym mieszkańcem, a więc, też dzięki danemu mi przez los dosyć wybitnemu zmysłowi analizy i syntezy, siłą rzeczy – znawcą i specjalistą! Żeby poczuć oszałamiający smak wszechświatowego biegu, wkręcić się w tryby skomplikowanej, ale zarazem i porywającej, maszynerii tego wszystkiego problemów, nie wystarczy urodzić się człowiekiem, nawet  tym – o otwartych oczach, czułym słuchu, węchu, dotyku i zdolnym a chętnym każdą potrawę smakować. Byłoby na to czymś zbyt małym nawet w dodatku umieć rozmaitość aspektów interesującego (jeszcze jak!) nas przedmiotu złożyć do przysłowiowej kupy i tak uzyskany model opisać – według, kwestionowanej jedynie przez takich zazdrośników jak ja, uniwersyteckiej metody adekwatności. Równoważność treści i formy? Rzeczy i słowa? Dla mnie, który straceńczo tylko w słowie tonę, płynę, a w każdym razie przebywam, i dla którego rzecz jest właściwie też tylko słowem (tyle, że zapisanym) – cóż mogłaby znaczyć rzecz, wobec której słowo jest czymś wtórnym, a niechby nawet i równorzędnym! Sprawcza moc słowa wyprzedza (czy poprzedza) rzeczywistość rzeczy będącej efektem jego sprawstwa i ciekawi mnie – bodaj, czy nie wyłącznie – z powodu choćby tylko tego. Niemniej powodów, dla których wychodzę od słowa i na głośnym (wśród głuchych, co prawda, będzie to może bez znaczenia) wypowiedzeniu go właściwie poprzestaję, jest cała ogromna mnogość. Niby biologicznie wszyscy ludzie są zasadniczo jednakowo zbudowani, to jest mają jednakową konstrukcję – dla pełnienia swych podobnych wręcz nie do odróżnienia funkcyj. Jednak ontologicznie byłoby czymś po prostu niemożliwym zachować (i ciągle nadal zachowywać) współistnienie ludzkich jednostek na równym poziomie zaawansowania w sprawę torowania szlaku, który musi być sprawowany przez byt według określonej hierarchii – od jednostki będącej w oku tego cyklonu sfer, przez wszystkie sfery pośrednie, wypełnione jednostkami tworzącymi miąższ całego owocu (ale nie jego pestkę, i nie przesądzający o jego kształcie płaszcz zewnętrzny), po sferę przynależną jednostce to wszystko opinającej. Jak Bóg może być światem i jednocześnie – tylko wyraźnie wydzielonym i, jakby nie brać, małym tego świata elementem? Jezus głosił, że jest alfą i omegą, czyli – początkiem i końcem. Być może na długo przedtem, zanim użył tej metafory – w zapamiętanym przez historię sensie, zwrot „alfa i omega”, oznaczający najpewniej człowieka o rozległej wiedzy i nieporównanej szerokości myślowych horyzontów, był w Palestynie oklepanym komunałem. Ale to, że ktoś nie wymyślił, dajmy na to, noża, nie wyklucza tego, że mógł ten nóż użyć do rozkrojenia bochna, w którego wnętrzu krył się, ujawniony właśnie dzięki temu aktowi rozkrojenia, najcenniejszy rodzynek. W cyklu punkt wyjścia (początek) jest tożsamy z punktem dojścia (końcem). Na tej zasadzie i Jezus mógł być jednocześnie środkiem wszechświata (człowiekiem), i krańcem otaczającego Go wszechświata. Czy oznacza to, że wszystko inne niż początek i koniec (jednym słowem: Bóg) jest pomijalne? Nie. Bronię tu tylko oczywistej chyba prawdy, że, do czego rozwój wypadków gdzieniegdzie doprowadził, Stwórca nie powinien być stale dominowany przez stworzenie. A wracając do tego, o czym pisałem wcześniej: że wychodzę od słowa. Czyż nie robię analogicznie jak Najwyższy Wzór, wychodząc od tego, co jest, podług znanego zdania z biblii, na początku, czyli od słowa właśnie? „Robisz tak – powie ktoś – , ale to właśnie jest poczynieniem przez ciebie, zapewne wskutek choroby pychy, z której oby cię życie jak najprędzej wyleczyło, najbardziej bezczelnej uzurpacji”. Pychy? – zareaguję. Czyż to nie Jezus rzucił w stronę ludzi wezwania, by Go naśladowano?  I próbowano Go naśladować – jak kto potrafił. Największymi szczęściarzami zdawali się być tacy, którym Matka Natura nie poskąpiła fizycznego podobieństwa do wyobrażeń ludzi na temat, jak „musiał” wyglądać Ten Wielki Mistrz. I tak w zasadzie jest, że ludzi rozpoznajemy zwykle po wyglądzie, ponieważ poza nim nie różnią się od siebie dokładnie niczym. No, jeden niby może być porządniakiem, drugi – bałaganiarzem. Jednego domeną może być powtarzanie do znudzenia banałów z dziedziny moralności, drugiego rozpoznamy po pijackim bełkotliwym rozhoworze. Rozpoznawalnych oryginałów obserwujemy mało. I jest to zupełnie zrozumiałe, że brać kibicowska, rozczytana w sportowych, politycznych, sensacyjno-kryminalnych czy relacjonujących wydarzenia z zakresu życia „śmietanki towarzyskiej” periodykach, przeważa ilościowo nad swoimi ulubieńcami. Prawo bilansu zerowego ma zastosowanie i tutaj: widz przeważa tyleż nad aktorem ilościowo, co aktor przeważa nad widzem pod względem jakości. I jest to raczej nasza specyficzna, ściśle ludzka cecha, że fascynujemy się pięknem – serwowanym nam przez rozmaitych artystów – nie ze względu na nasz materialny, widoczny interes. Interes oczywiście jest w tym, że chcemy być przez naszą arystokrację ducha kształtowani i wprawiani w dobry humor, „odchamiani” i uwalniani od nudy. Ale w takim razie czemu podobnych potrzeb zdają się nie mieć, w wielu szczegółach przecież identyczne z nami, zwierzęta? O podobieństwie poniekąd mniejszym, też i rośliny rozmnażają się jak my na drodze gry dwu płci, jak my jedzą i wydalają, z tym że jedzą, co my wydalamy, a wydalają to, czym my oddychamy – na tym polega błogosławiona symbioza, ostoja życia. Wśród powyżej wyszczególnionych drobiazgów nie przyszło mi do głowy podać dwu rzeczy grubych: ludzie różnią się, i to diametralnie, sposobem podchodzenia do życiowych zadań: poważnym albo niepoważnym. Spójrzmy bowiem, jak wesoło pokwikują świnie w chlewiku. I jak nieskłonne do okazywania dobrego nastroju są lwy. Życie ludzi niepoważnych,  podobnie jak wegetacja wesołych, otoczonych opieką troskliwego hodowcy świnek, idzie ku piekielnej zatracie; ludzie poważni, podobnie jak lwy, królują bez uśmiechu, pożerając – kogo im się spodoba, i będąc wolnymi, póki życia stanie. Co do bożej obietnicy nieba: zadaniem ludzi (czy i  lwów, to na razie zawieśmy) jest dotrwać do jego nadejścia.