marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 25th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 45

            Przed wejściem do salki numer 5 zatrzymuję się na moment, lustrując przez szybkę zamontowaną w drzwiach na wysokości oczu, czy aby nikt nie chce stamtąd teraz wychodzić. Nie. Gdy nie ma strachu, łatwo być odważnym, ale czy wtedy będzie to „prawdziwa” odwaga? Odwaga, według ostatnio rozpowszechnionej definicji, jest to praktyka pokonywania własnego strachu. Czy jednak nie będzie odważnym ten, kto strachu nie zna? Przecież, ażeby mieć opinię odważniaka (spełniając ten wątpliwy warunek), niejeden zechce strach przywoływać celowo, wywoływać go sztucznie. Ale zastanawiać się, co to jest odwaga, w sytuacji, gdy trzeba coś po prostu zrobić i na tym koniec, to byłoby dorabianie ideologii do aktu, który wykonuje się rutynowo, mimochodem. Do mego usposobienia bardziej od dawna pasuje chęć poznawania tajemnic i posiadania wiedzy niźli zamiar działania w oparciu o zdobywane wtajemniczenia. Tę wrodzoną i pogłębioną w toku serii życiowych decyzyj przypadłość – pewnie, że chciałbym odpowiednio zmodyfikować, bo na co mi broń, z której ni razu miałbym nie wystrzelić. A przekazywać zgromadzony arsenał środków na przykład memu drogiemu czytelnikowi, żeby ten arsenał choć raz został jakkolwiek wykorzystany? Taki zamysł przyjąłbym jedynie w ostateczności. Pewnie, że poza kadrem bywam zdołowany do tego stopnia, że bez żalu zrezygnowałbym z najwięcej obiecujących (przecież nie tylko mi) własnych aspiracyj i tęsknot do zadośćuczynienia mi przez świat czymś ich godnym za wniesione weń trudy, byle tylko nie musieć trawić głęboko wrytych w pamięć absurdów, których byłem autorem. Mieć spokój od tego wszystkiego. Niestety nie sposób mieć czegokolwiek, nie istniejąc. A wejście w stan posiadania, niewładnej wyartykułować zdania nawet tak prostego jak marudne stwierdzenie „źle mi”, materialnej masy, z której zdezaktualizowaną treść będą czerpać tylko rośliny i bakterie, uśmiecha mi się jeszcze mniej niż pozostawać bez zmiany w tym niby-życiu. Pociskam klamkę, wchodzę. Mój kontrahent siedzi na łóżku z wyciągniętą łapą, w którą, podszedłszy, wkładam mu broszurę i długopis. Powiem mojemu drogiemu czytelnikowi, że w tej chwili życie zdaje mi się wyłącznie  długotrwałą torturą – tak szkaradnie ozdobioną złudzeniami przeżywanego lub zapowiadającego się błogostanu, by jeszcze pogłębić wymiar dominujących w nim cierpień; by wizja własnej śmierci mogła we mnie zajaśnieć jak myśl o błogosławionym naprawdę wybawieniu. Cóż, tu, na terenie obejmowanym przez władztwo mojego bytu, mogę przynajmniej się – i to na różne przecież sposoby! – samowładnie skarżyć. Tam – nie będę mógł zrobić nic! Tylko ma dusza, uleciawszy w zaświaty, z uporem maniaka będzie poszukiwać kolejnego (którego to już z rzędu!) wcielenia, niesyta przygód. Im wyżej się wzbijesz, tym niżej potem opadniesz. Lepsze to niż trwać niezmiennie na jednej wysokości, zwanej niewinnie brzmiącym (ale mającym jakże przebrzydłe konotacje znaczeniowe!) słowem „nijakość”. Murzyn ogląda moją produkcję – z wypiekami; jest tak, jakby o mnie zapomniał. Pozostali trzej, zaintrygowani jego przejęciem, wstają z łóżek, podchodzą i patrzą mu przez ramię. Waży się kwestia mego uwolnienia lub pozostania w niewoli, więc co się dziwić, żem zniecierpliwiony. Z drugiej strony nie chcę pokpić sprawy „nadmierną” niecierpliwością, toteż wstrzymuję się z tym pytaniem tak długo, jak tylko na to mnie stać.

            – No jak? – wykrztuszam w końcu, nie mogąc już znieść pozostawania w niepewności.

            Lubiący Sobie Popić wznosi ku moim swe przekrwione białka z węglami tęczówek zlewającymi się w jedno z nie bardziej niż one czarnymi źrenicami:

            – Chcesz pić teraz, czy poczekasz, aż zostawię ci parę kropel na dnie butelki?

            – Poczekam – wyrywa mi się natychmiast, a uszy zdradziecko czerwienieją, co oby w pijusie nie wzbudziło podejrzeń, że naprawdę chodzi mi o coś innego niż o sam alkohol! Nikt bowiem nie lubi być wplątywanym w interesy, których właściwego sensu nie daje się mu zrozumieć. Taki zabieg nosi nazwę manipulacji. Kiedy amator wódki i „pornosków” choćby tylko poczuje, że jest przeze mnie manipulowany, wścieknie się i rysujące się jeszcze teraz szanse wyprze realna groźba, że zostanę po prostu pokiereszowany. – Tylko ile będę zmuszony czekać? – wypowiadam szybko. Nie chcę, co oczywiste, by chłop zaczął wchodzić w to, dlaczego na dodatek zapomniałem języka w gębie. Skoro gadam, to nie zapomniałem.

            – Przyjdź wieczorem – pada odpowiedź. Niby konkretna, z czego tylko się cieszyć. Mam jednak w pamięci, że osobnicy spoza kręgu kultury europejskiej nawykli traktować umawianie się na określoną porę nader dowolnie. Rzucam okiem na stojących przy siedzącym pijusie koneserów sztuki porno. Patrzą na mnie z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony wątłość, wątpliwy atletyzm mej, jak inaczej spojrzeć, dosyć chyba zgrabnej sylwetki – budzi w nich, mocno porosłe kępkami bezlitosnej kpiny, ironiczne rozbawienie. Z drugiej – moja zdolność kreowania piękna przy pomocy tak siermiężnych środków jak gazetowy papier i popularny długopis musiała ich najwyraźniej po prostu przerazić.

            – U was wszystkie baby są takie… niekiepskie? – wystękiwuje ten, z którym poprzednio zderzyłem się w drzwiach. Co też mały obrazek robi niekiedy z zarozumiałymi i windującymi własną dumę do poziomu kokosa na najwyższej z palm monstrami! Teraz jednak widzę, że nie przeraziła ich klasa mej dłoni i oka, ale – samo piękno mojej naguski. Pewnie, że rysować – lepiej czy gorzej – każdy potrafi. I, wydawałoby się, w czasach, kiedy aparat fotograficzny tudzież technika fotomontażu winny w ogóle wyrugować malarstwo sztalugowe i grafikę z dziedziny poszukiwań i utrwalań branego z „realu” szczytowego estetyzmu, artystyczne malowanie i rysowanie musi się przenieść w rejony sztuki abstrakcyjnej, nieprzedstawiającej. Ryzykując narażenie się na nieścisłość, powiem: nic bardziej mylnego! Kultura bowiem nie jest (a przynajmniej być nie powinna) naśladowaniem natury, tylko – modyfikowaniem jej! Artysta pośledni będzie kopiował, godny tego rodzaju uwielbienia, wybrany i upozowany przez siebie fragment danej rzeczywistości. Artysta prawdziwy potraktuje rzeczywistość jako   p r e t e k s t   do najściślej własnej artystycznej wypowiedzi. Natomiast artysta genialny świat piękna będzie po prostu stwarzał od podwalin, nie bacząc na konieczność wkalkulowania w takie przedsięwzięcie ogromu męki i często wręcz rezygnacji z   t e g o  świata na rzecz urealniającego się marzenia! Efekt doskonałości uzyskujemy czasami… przez pomyłkę, a w każdym razie dzięki irracjonalnemu krokowi w nieznane, który nie bierze się z umiejętności, lecz – z szaleństwa. Na tę okoliczność jest również mocno osadzone w języku przysłowie. „Więcej zrobi chętny niźli umiejętny”. W potajemnej walce psychitów przeciw psychiatrom, a szerzej – pełnego entuzjazmu, choć równie często pozwalającego sobie bez oporów na wodniste gderanie, ludu przeciw cynicznym sceptykom warstw wykształconych – chęć stoi na ogół przy tych pierwszych, zaś pozbawiona czucia umiejętność przeważnie – przy tych drugich. Cóż, każdy usiłuje swoim orężem udowadniać, że to on jest najważniejszy; że to on rządzi. Nawet jeśli ktoś udowodni mu czarno na białym, że na rozpatrywany kłopot zbudował lepszą niż on koncepcję zaradczą, pod pręgierzem dowodu się nie ugnie. Dopiero kiedy przemówi przemoc… Nie, teraz nie znajduję wystarczających mocy przerobowych na doprowadzenie tego fragmentu narracji do logicznej i, tego też by się chciało, miażdżącej konkluzji. Możliwe, że ostatnio, a może i przez całe moje życie, zbyt łatwo ulegałem pokusie rezygnacji, dezercji, kapitulacji. Tym niemniej – nie będę teraz rozpaczał. Mam pomysł na ucieczkę, co dla roślinożerców takich jak ja stanowi element pozytywny, bo przecież na zagryzienie szalejących tu lwów i wilków, przy mojej bezzębności, nie miałbym żadnych szans nawet w sytuacji, gdyby te nadstawiły mi gardła. Jeszcze tylko odpowiem zdawkowo mężczyźnie, który widokiem mojej ubocznej produkcji został mentalnie wręcz powalony, i pozwolimy sobie chyba na warrację.

            – Takiej dziewczyny nie ma nigdzie na świecie. Jest tworem mej wyobraźni.

            Ssania piersi matczynych, smoczków gryzaczków, szpiku kostnego z cielęcej giczy. Napalone dziewczyny przy kawiarnianym stoliku, w bezpośrednim sąsiedztwie innego blatu wspartego na czterech nogach, przy którym usiadł samotny poeta, mówiąc niby do siebie, ale tak, żeby i on słyszał, deklarują nagłe rozbudzenie swego biologizmu. Biologiczna dwupłciowość jest jak dwubiegunowość magnesu. Jak tedy nakazywać miłość do wszystkich, nie rozróżniając tej okoliczności: kazać, by nie odpychali się, jednoimienni wszak pod względem magnetyzmu biegunów mężczyźni. Stopniowo postępuje upodobnianie się do siebie, mających sens tylko jako jakości przeciwstawne, płci. Tę tendencję, dla dobra istnienia rodzaju ludzkiego, a w dalszej perspektywie dla istnienia świata, który, tracąc ludzkość, straciłby zarazem to, co dla niego może być, a możliwe, że nawet jest od samego początku – mózgiem, należałoby spowolnić, zahamować i – wreszcie – odwrócić.

            – A więc będę wieczorem – mówię i z salki numer 5 wybywam. W korytarzyku robi mi się lekko na duszy, bo i dopiero teraz dociera do mnie w całej pełni, że pewną część przygotowań do mojej jutrzejszej ucieczki już pozytywnie odfajkowałem. Nieprzespanie ubiegłej nocy niby odczuwam stale, zapominając o nim jedynie, mającymi trwałość mgnienia, momentami. Tym niemniej, mój aktualny priorytet, to, że pragnienie, by jak najszybciej i jak najbezpowrotniej zaradzić memu obecnemu szpitalnemu zniewoleniu, wchodzi powoli w fazę przysłowiowej realizacji, rozpiera mnie radością tak wielką, że wszystko przy niej, a więc każda przeciwność, zdaje się tracić jakiekolwiek znaczenie. Mam przemyślany każdy krok – od chwili  t e j   do jutra rana. Memu planowi nie powinno jednak przeszkodzić, że w tok jego wdrażania wkomponuję małą wstawkę, spełnienie potrzeby pewnej relaksacji, jakiej on swoim, wybitnie merytorycznym, to jest tu pomijającym sprawę psychologii, zasięgiem nie obejmował. Pójdę do palarni, tak. No więc idę, a że dostatecznie nie wryło mi się w pamięć, gdzie ta palarnia się mieści, rzucam spojrzenia to w prawo, to w lewo, by ewentualnie jej nie minąć. Pomieszczenia tutaj  są oczywiście numerowane. Jednolitej numeracji podpadają przy tym nie same tylko sale i salki, gdzie swe łóżka do spania i wylegiwania się mają pacjenci. Jedynka jest to pokój pielęgniarek, dwójka – gabinet lekarzy i psychologów, szóstka – pomieszczenie do kąpieli zwane łazienką, ósemka – toalety i umywalnie. No i to, czego szukam (palarnia), to będzie ten oznakowany dziewiątką, dwuizbowy zespół pokoiczków. Własnych papierosów nie mam; ludzie, których wypadnie mi prosić o poczęstowanie, są to osoby pełne osobistej dumy, lecz niestety  – o pustych kieszeniach. Jeśli mają co palić, to palą sami; przypadek Młodego, który uraczył mnie tytoniowym wyrobem, gdy byłem związany, należał do szczęśliwych trafów, które zdarzają się tylko wyjątkowo. Tak więc myśl o relaksacji poprzez przewentylowanie płuc dającym palaczowi wrażenie błogiej ociężałości dymem – może okazać się niewykonalna. Po co palę? Człowiek, z tego, co trawi wybitnie rutynowo, najbardziej lubi doznanie ulgi, chwile odpoczynku. A że ten odpoczynek w swej odmianie właściwej jest możliwy tylko wówczas, kiedy poprzedza go zmęczenie, wysilamy się, żeby osiągnąć to ostatnie. Zmęczenie, które przychodzi bez wysiłku, daje papieros. Oto i cała tajemnica w poruszanej kwestii. Bo o uzależnieniu chemicznym, mogącym tu wchodzić w grę jako czynnik niby dodatkowy, każdy wie. Wchodzę tedy do palarni. W pierwszym jej przedziale, na ławach ustawionych pod ścianami, kopci trzech. Nie ma wśród nich Młodego, którego szukam, bo wolę liczyć raczej na znajomków. Wewnętrznym otworem drzwiowym (bez drzwi) przechodzę do drugiego przedziału, gdzie siedzi pięciu, z których czterech pali, a jeden grzebie w stojącej popielnicy w kształcie rury, szukając nadających się do dopalenia petów. Kiepsko, bieda z papierosami. Żebrać u tych zbirów, którzy unieśli głowy, poczuwszy, że przyszedł ktoś nowy, i patrzą na mnie z wrogą obojętnością, byłoby wręcz niebezpiecznie. Wycofuję się więc do pierwszego przedziału, gdzie przecież też nie mam czego szukać. Ale – niespodzianka! Jest Młody! Podchodzę do niego z odrobiną ciepłych uczuć, jak do przyjaciela:

            – Młody, nie wiem, co ci obiecać za papieros, którym mógłbyś mnie poczęstować.

            – Nie musisz nic mi obiecywać – wyjmuje paczkę, a ja widzę, że jest to dobry, markowy tytoń. Wtedy, jak paliłem, tego nijak mi było docenić, a nawet gorzej, bo to jego „bogactwo” całkiem mi nie smakowało. Biorę. Aż się pocę, oczekując pięknych wrażeń.

            Miotania dysków klasycznych przez prężnych dyskoboli. Miotania talerzy – rozpryskujących się krwawo na ciałach skłóconych małożonków, którzy w kuchennej awanturze odrabiają stracony dystans swego pokojowego pokolenia do pokoleń wcześniejszych, które żywiołem wojny były wręcz opętane. „Jeśli nie wykrzywiasz twarzy z nienawiści do wroga, który realnie zagraża twojemu istnieniu, to będziesz wykrzywiał ją =bez powodu=” – ostrzega rozplenionych ostatnio jak grzyby po deszczu pacyfistów publicysta ze światopoglądowego pogranicza, próbujący do trwającej w najlepsze dyskusji pomiędzy reprezentantami wszelkich kierunków wnieść głos przysłowiowego rozsądku.

            Wsuwam ustnikową końcówkę papierosa do ust, Młody mi przypala. Wciągając zaraz aromatyczny dym do głębi wypoczętych płuc, czuję się jak nałogowy grzesznik, który po długotrwałej podróży przez Ziemie Aniołów znalazł się wreszcie tam, gdzie być powinien: w dobrze sobie znajomym piekiełku. Receptory smakowe w znacznym stopniu mam zniszczone. Tysiącrocza doświadczeń pozwoliły wytworzyć i zweryfikować to, co w końcu stało się przysłowiem: starość nie radość. Gdzie jednak mówić o starości w przypadku, czerpiącego z – zawisającej ponad sztormami bazującej na zniszczeniach (choć też i na odrodzeniach) historyczności – niezniszczalnej krainy abstrakcji, apostoła upartej nadziei! Jeszcze pokażemy, co mamy pod spódniczką! – jak mawiają Szkoci. Ten apostoł wszelako musi teraz wrócić do ponurych realiów, w jakie zabrnął. Otóż palarnia w sporej części jest przeszklona, co zostało postanowione i zrobione zapewne po to, by skłonni (a czasem czujący się po prostu w obowiązku) swym kolegom wyrządzić krzywdę pacjenci w swym azylu nie poczuli się zbyt bezkarni. Z korytarza, którym sprawujący kontrolę nad stanem psychitów personel przecież zmuszony jest od czasu do czasu wędrować, przez te wewnętrzne okna widać jak na dłoni, co dzieje się w środku. Tak i teraz zagląda do nas sam doktor Kipel. Pozbawiony drzwi jest nie tylko otwór drzwiowy pomiędzy przedziałami dwuizbowej palarni, bo takoż ten od strony korytarza. Stając w nim, Kipel niedwuznacznie wypowiada pod moim adresem:

            – Widzę, że i reprezentant oświeconej Europy w siermiężnym Tutabonie nie wyróżnia się naukowym podejściem do kwestii zapobiegania chorobom onkologicznym!

            – O, kurcze! / Palenie jest rakotwórcze! – próbuję zbyć go dowcipem. Kipel zakipiał:

            – Przestanie pan tak mówić, gdy to niewinne zwierzę poczyni w pana płucach pierwsze spustoszenia.

            Powiedziawszy to, wykonuje rytualne skinienie i przechodzi dalej. Jakie jednak „dalej”, skoro palarnia jest to ostatnie pomieszczenie przy oddziałowym korytarzyku? Wyglądam za lekarzem i widzę, że psychiatra po prostu otwiera sobie kluczem drzwi wbudowane w zamykającą korytarz ścianę, by przejść powstałą w ten sposób luką w jakieś nieznane mi miejsce. Że też tak wszystko chcę wiedzieć! Że też nie umiem się pogodzić z tym, iż coś przecież musi pozostać niedostępne mojemu (iście przecież babskiemu!) wścibstwu!

            – Dobrze mu powiedziałeś – chwali mnie Młody. – Lekarze to wprawdzie mądre głowy i uczą się do swego fachu 7 roków, a to coś jakby druga podstawówka. Żeby to wytrzymać, nie ma innej możliwości jak tylko wdać się w zaprzysiężenie z nieczystymi duchami. Trzeba z nich czasem zakpić. Inaczej zrobiliby z nas brojlery.

            – Lekarze są po to, by nam pomagać – odzywa się siwy chudeusz z kąta. I zaczyna się śmiać. Nie wiem, czy ma to być śmiech ironiczny, czy też śmiech zadowolenia, że tak „łebsko” udało się mu dotrzeć do samego jądra problemu. Rozumiem rezerwę, jaką trzymają dla ludzi niezrównoważonych psychicznie normici. Człowiek normalny może powtarzać banały zasłyszane z telewizji, radia czy wyczytane w prasie, utrzymując przy tym z pełnym przekonaniem, że są to jego najbardziej własne, osobiste przemyślenia. Psychita niestety jest albo z obszaru z poniżej normy i wtedy nawet banał trudno mu przyswoić czy – i tak bywa – bezrozumnie powtórzyć, albo z obszaru z powyżej normy i wtedy ma banał za środek niedozwolony, więc jeśli nie poratuje się w danej sytuacji, kiedy trzeba coś powiedzieć lub jakoś się zachować, zagraniem na miarę epoki (co wszak jest wykonalne niesłychanie rzadko dla każdego typu geniuszu, także tego nie obarczonego psychicznym schorzeniem), wypada identycznie jak człowiek, który naprawdę nie potrafi zliczyć do trzech. Dosyć. Wprawdzie teoretyzowanie jako rzecz Boga (teoria: teo – bóg, res – rzecz) w miejscu, gdzie próbuje się po bosku dać odpowiedź na pozostające bez niej co najmniej od wielu tysięcy roków pytania  nurtujące ludzkość w osobach jej najświatlejszych przedstawicieli na poważnie (nie jak ludzi pospolitych, zbywających problem niefrasobliwym: „koń ma dużą głowę, niech myśli”), jest rozwiązaniem właściwie najodpowiedniejszym. Jednak literatura w gruncie rzeczy piękna, jaką, przy sporym ładunku merytorycznym, chce przecież pozostawać niniejsza quasipowieść, nie powinna razić niczym, a więc – i przeładowaniem teoretyzmami. Piękno jest sprawą, trudno uzyskiwalnych na drodze wymęczonych obliczeń, proporcyj, które artysta wyznacza dzięki łasce, spływającego nań ze strony pewnej Nadprzyrodzoności, natchnienia. Poteoretyzujemy sobie jeszcze! Ale dopiero wtedy, gdy praktyczna akcja zaważy w tekście na tyle, że dla zrównoważenia tego ciężaru teoretyczny obłok ponadczasowej nieważkości stanie się w nim wręcz potrzebą. I toby było na tylnej części, rozpoczętego tak niewinnie, akapitu. Lecz przepraszam, może jeszcze jedno. Otóż wzmiankowałem, że rozumiem dystansowanie się normitów od wszystkiego tego, co choćby tylko pachnie szaleństwem. Ale i tu obowiązuje, formułowane dotychczas niby wyłącznie z myślą o towarach, prawo podaży i popytu. Gdy wariatów jest za dużo i kiedy zaczyna w nim przeważać żywioł plebejski, wtedy idea twórczego, znamiennego dla psychickiej arystokracji, zamieszania, z której wywiązują się zupełnie nowe lub nawiązujące do całkiem zapomnianych prądy, dewaluuje się. Generalnie jestem za tymi ludźmi, bo i spędziłem z nimi pod jednym szpitalnym dachem z 15 może nawet roków na czysto, co trudno żeby pozostało bez wpływu na moje zapatrywania i fakt ‘społecznego’ przynależenia. (Co prawda, wchodziłem tam też w układy i z psychologami, i z lekarzami, i z pielęgniarkami). Jednak rozumiem normitów, że chcą stąpać po pewnym gruncie i wśród ludzi, których zachowania są do obliczenia. Słyszałem, że już na zaledwie jednomiesięczny post od jakichkolwiek zachowań erotycznych   f i z j o l o g i c z n ą   reakcją organizmu człowieka są halucynacje. Ja posty takie (i dłuższe) robiłem i po nich wpadałem. Jasne jednak, że społeczność ludzką trzyma w spoistości duch i praktyka pewnej rywalizacji o dobra; byłoby źle, gdyby psychiatra, w celu zlikwidowania twojej psychozy, załatwiał ci partnerkę lub zalecił ci trwanie w onanizmie. Treścią każdego ludzkiego życia jest pokonywanie przeciwności i gdybyś miał obywać się w nim bez pewnego minimum kłopotów, tobyś umarł z nudów. Ale zdarza się i tak, że natykamy się na kłopotów nadmiar. W dobie powszechnej dostępności najrozmaitszych poradników wszelkie kłopoty winny niby być natychmiast zażegnywane. Sęk w tym, że poradniki dla ludzi robione są też przez ludzi, którzy są omylni, natomiast nie są wszechwiedni. Po drugie, żeby skorzystać na danej radzie, trzeba być w stanie taką spożytkować, a to też jest umiejętność, jakiej nie każdy od razu jest posiadaczem. Chociaż właśnie niniejsza quasipowieść, poza zastosowaniami, które wcześniej drobiazgowo, jak się wydaje, wyszczególniłem, ma też być poradnikiem dla ogółu ludzi, jak podchodzić do tak zwanych „psycholi”; jak z nimi harmonijnie współżyć, jak ich rozumieć. Jest przy tym dla mnie sprawą oczywistą, że „w temacie” tych życiowo zagubionych, lecz często obdarzonych, jakże cenną w wymiarze ogólnospołecznym, wrażliwością tudzież wyobraźnią, ludzi – po prostu nie wolno kłaść akcentu na potrzebę zapewnienia im jakiejś opieki, bez której by zginęli, do czego nie powinniśmy dopuścić ze względu na ogólnoludzką solidarność, jaką lubimy się chlubić. Jest też niestety drugą oczywistością, że źle podziałałoby na masy, które stanowią i muszą stanowić podstawę piramidy społecznej, uzmysłowienie im, że to właśnie wybitni psychici nadają ton napisanemu lub improwizowanemu (o to można się spierać) koncertowi, odgrywanemu przez nas wszystkich. Nie bardzo się boję, że moje, tutaj formułowane, słowa pójdą w lud, więc powiem tu głośno, iż pośród psychitów częściej niż w jakiejkolwiek poznanej przeze mnie bezpośrednio grupie, jaką można wydzielić, posługując się wyróżnikiem czy to znamiennego dla takiej grypy rodzaju kłopotów ze zdrowiem, czy to podobieństwem zainteresowań hobbystycznych, czy to sposobem zarabiania pieniędzy - spotykałem osobistości wybijające się ponad krajową (nietypową, bo mało stabilną) przeciętność. Większe zrozumienie ze strony ogółu społeczeństwa dla problemów i talentów tych ludzi pozyskałoby dla świata – wykonawców prac o kapitalnym znaczeniu. Choć z drugiej strony, dla jakiej niby racji normalny filozof miałby inwestować w filozofa-psychitę; przecież w ten sposób wyhodowałby żmiję na własnym łonie: stworzyłby sobie konkurenta, zagrażającego jego, też wszak wypracowanej w trudach, pozycji. Cóż. Arystoteles powiedział, że bardziej niż Platona kocha prawdę. Prawdziwy filozof – to jest już moje zdanie – bardziej, być może, powinien kochać prawdę niż siebie! Ciągnąłbym jeszcze, ale nie chcę przesolić.