marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 24th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 44

            A co do mojej niedawnej obietnicy ukazania „zaraz” niesłychanej ontologicznej prawdy. Pierwotne jest nic. To nic zrazu nie ma się do czego odnieść, odczuwa dojmujący brak wartości sobie antynomicznej, i nie byłoby za dużo powiedziane, gdyby orzec, że trwa.  Nic istnieje fizycznie i dlatego ma ten honor, że podlega fizycznym prawom, między innymi prawu dającej bilans zerowy symetrii. Jako że nic samo dla siebie nie jest symetryczne, stanowi sobą motor dla fizycznego powstania na moment tego, co w pewnym uproszczeniu wypada nazwać słowem ‘wszystko’. Sam tego nie odkryłem, prawo postępowania dialektycznego („teza, antyteza, synteza”) sformułował trzysta roków temu niemiecki filozof Georg Wilhelm Hegel. Tak więc nie odkryłem, ale dałem mu najbardziej spektakularne zastosowanie, tłumacząc nim mechanizm powstania, zachowania i niezniszczalności historycznego bytu, jak chcą kreacjoniści: z niczego. Bo tak. Tezą jest nic, antytezą – wszystko, a co – syntezą? Matematycznie nic to zero, wszystko to nieskończoność. Uczymy się w szkole, że zero pomnożone przez jakąkolwiek liczbę da w wyniku także zero. I, że nieskończoność pomnożona przez jakąkolwiek liczbę da w wyniku także nieskończoność. Upieram się na stronicach tej quasipowieści od samego właściwie początku, żeby rozważać na poważnie (włączyć w nurt zainteresowań ściśle naukowych) zasadność przynajmniej niektórych, używanych w intelektualnej komunikacji przecież nie jedynie w charakterze sprowadzającego na ziemię modułu czy wręcz tylko ozdobnika, przysłów. „Nie ma reguły bez wyjątków”. Co należy koniecznie przyjąć za wyjątek w nieskutecznych dotąd próbach znalezienia mnożnika, naruszającego absolutną wartość tych wielkości skrajnych? Otóż zestawić je ze sobą! Zero razy nieskończoność równa się… jeden!! Ideę wielości światów postulował w swoich książkach na wesoło zmarły niedawno polski pisarz Stanisław Lem. Moje wyliczenie zaprezentowane powyżej przywraca prawomocność powziętego intuicyjnie przez dawnych mędrców przekonania o świata jedności i jedyności. Dosyć. Teraz jeszcze tylko trochę, zarzuconych tu – widać – nie na amen, warracyj i zaraz  powracamy do przygód niestrudzonego pechowca, Flakonona Pluxa jako takiego. Jeszcze tylko słowo uzupełnienia – tytułem tego, by podkreślić, jak ważne ontologiczne jest rozumowanie powyższe. Nie zanegowałem tam, że stanem naturalnym tematu zajmującego ontologów jest nic. Zdumienie istnieniem („jest zdumiewające, że, jak zaświadcza świadectwo zmysłów, istnieje raczej coś niż nic”) od tej pory będzie (cieszę się, że za moją sprawą) nieaktualne, ponieważ wykazałem, iż nic fizyczne, jakkolwiek początkowo wpycha się bezczelnie na pierwszy (i jedyny) plan, takkolwiek natychmiast potem jest już fundamentem fizycznego a historycznego bytu, czyli ewoluuje(!). Pozostający w zdumieniu bytem powinni teraz przyjąć argument, że postępują tak jak dziecko, które się dziwi, że ziarno nie pozostaje ziarnem, tylko staje się drzewem. Co więcej: nawet ewentualne unicestwienie bytu, sprowadzenie go do punktu imieniem Nic, będzie zawsze tylko chwilowe, gdyż zaraz cały proces kreacji się powtórzy i tak samo jak za poprzednim razem poprowadzi ku, dziejącemu się i koniecznie jedynemu, światowi. Wydawałoby się tedy, że jest to wiadomość nader krzepiąca dla jedynego Boga…

            Brawa, bite w mennicach dłoni na widok zatrważającego piękna – wydobywającego się ze staników przodujących hodowczyń różowych melonów. Gwizdy wydobywane ze szczelin ustnych przez koneserów prawdziwego antyku na widok mało wiernej oryginałowi stylizacji. Pastuch, którego próbowały pobóść, łaknące zdziczeć, buhaje – sadowi się, zdoławszy w czas opuścić pastwisko, na rozklekotany wehikuł marki Willys. Co teraz będzie robił? Jedyne, co umie robić na poziomie profesjonalnym, trzymanie w posłuchu, mających paść się i nic więcej, byczków, wobec udanego buntu tych ostatnich, stało się anachronizmem. Pastuch zastanawia się niedługo. Pójdzie do szkół, gdzie nauczą go czytać, pisać i liczyć. Pomozoli się, poczyta, co dzisiaj modne. Obliczy, ile zarobi. By w krótkim czasie stać się filarem naszej krajowej literatury – jako piśmienny romansotwórca.

            Biorę w rękę broszurę z banalnymi krzyżówkami tudzież moim rysunkowym arcydziełem, które, jakkolwiek niepodpisane, rozsławi moje, i tak przecież umowne, imię daleko poza granicami krajów, gdzie te kilkanaście osób (z rodziny, znajomych i jeszcze wliczę w to moje dawne platoniczne oraz, by tak powiedzieć, alkowiczne kochanki) ma mnie za w miarę prawomocnego – jeśli nie etnicznie, to merytorycznie – krajana. Nie zapominam też o długopisie, powstając zza stołówkowego stolika… O, pewnie! Dzięki książkom, które mi wydano i autorytatywnie rozpropagowano, z moim sposobem stawiania i rozwiązywania problemów zetknęło się onegdaj – kto wie, czy nie więcej niż – kilkadziesiąt tysięcy czytelników, spośród których dałoby się pewno wyodrębnić sporą grupkę czytaczy uważnych, a parę osóbek, te moje literackie próby, jak śmiem z pewnym zadowoleniem podejrzewać: dla uzyskania doktoratu za znawstwo wybijającego się na czoło przykładu literatury najnowszej, wręcz studiowało. Celem mojej literackiej działalności od samych jej początków jest relaksowanie czytającego społeczeństwa, rozbudzanie jego intelektualnej wyobraźni, budowanie przekonania, iż, by móc rozkoszować się lekturą doskonałego dzieła w języku oryginału, bynajmniej nie ma potrzeby uczenia się tak zwanych języków światowych. Mimo, że moje prywatne życie, choć bogate we wrażenia i przemyślenia wyobraźniowe, stanowi wzór godny zalecenia czy naśladowania raczej tylko dla rekordowych nieudaczników, chcę mymi pismami przekonywać do optymizmu. Jeśli bowiem przyjąć, że interesują nas tylko postawy skrajne (jako najbardziej wyraziste), to pozostaje nam wybierać pomiędzy dwiema zaledwie opcjami. Alternatywą dla traktowania życia jako pasjonującej, absorbującej w stu procentach, twórczej zabawy, gdzie znajduje się wszystko, czego rozbuchana wyobraźnia chciałaby szukać – jest traktowanie tegoż życia jako uciążliwego obowiązku, gdzie wynajduje się ciągle i wyolbrzymia bytowania złe strony i kontempluje z lubością jego domniemany bezsens, a jedyną drogą do szczęścia (po śmierci…) pozostaje modlitwa. Wybierz, co wolisz. Obie te opcje są równoprawne metodologicznie; nie ma też podstaw, by utrzymywać, że któraś z nich przewyższa tę drugą pod względem moralnym lub że jest bliższa Ewangelii. No, chyba, iż uznamy, że nasza zabawa ma polegać na zalewaniu się w trupa bądź na ćpaniu. „Zabawa każda – owszem! – / się odbywa czyimś kosztem” – stało w jednym z moich, do dzisiaj pozostających w maszynopisie, poemacików dla dzieci. Prawda, zła nie da się wyeliminować. Ale można je przesunąć na inne obszary; nie powiem, że zależy mi na tym, by inne   o s o b y   cierpiały. Jest tyle niezażegnanych przekleństw dotykających wszystkich. Człowiek poszukujący swego wywyższenia mógłby zażegnać choć jedno z nich, a byłby uwielbiany, nikomu nie szkodząc ani nie powodując ambiwalencji. Ucierpiałby na tym chyba sam tylko Diabeł, ten, przecież wybitnie umowny, patron zła, którego oszczędzać nawet nie wypada. Koniec. Teoretyzowanie też poniekąd bywa pożądanym dopełnieniem praktyzowania, wszelako doskonałość to dochowywanie proporcji w uprawie płodozmianu.

            Sunięcia koleinami wyrobionymi przez płozy sań poprzedników. Znoszenia mąk skóry, uciskanej przez nawarstwiający się na niej miesiącami brud – nie dający skórze oddychać, będący siedliskiem wgryzających się w skórę roztoczy, chorobotwórczych mikrobów. Zbierania się na decyzję, by jednak już, zaraz, zapełnić nieopodalną wannę do połowy przezroczystym płynem o małej lepkości i o niepopularnej wśród konkretystów nazwie ‘woda’, której ciepłotę wystarczająco wiernie określa przymiotnik ‘letnia’. Realizacja tej decyzji przy pomocy „słuchawki” prysznicowej na wężu, bo kran zepsuty i? I już zatracony w rojeniach o nieśmiertelności brudas przekracza burtę tego metalowego naczynia, by w 10 minut namydlania i spłukiwania stać się czyściochem. Czy zyska na tym jego proza? Cóż, zamiast prorokować, lepiej będzie zakasać przysłowiowe rękawy i realnie sprawiać, by to śmiałe marzenie przyoblekło się w namacalną rzeczywistość. Do harówy, Pluxie!

           Stosunek ilościowy reflektyzowania (reflektowanie to jednak nie to, o co tutaj mi chodzi) do zbierania materiału do refleksyj wypada u mnie, odwrotnie niż u ogółu, przytłaczająco korzystnie dla tego pierwszego. Ten ilościowy nadmiar refleksyj sprowadza na mnie krępującą ruchy ociężałość, przez co w załatwianiu prostych spraw życiowych wykazuję wręcz patologiczną nieporadność. Plan ucieczki z oddziału dla niebezpiecznych wariatów   psychiatrionu w tutabońskim Adreys mam przemyślany, chciałoby się powiedzieć, od A do Zet; niestety gorzej może być z jego urzeczywistnieniem. Idę do salki numer 5, po drodze napotykam kilku zgorzkniałych spacerowiczów, których nieruchomo patrzące oczy każą sądzić, że schizofrenia to nie jest jednak rzecz godna polecenia. Jest czy nie jest, trzeba swój los przyjmować z całym dobrodziejstwem tudzież „złodziejstwem” inwentarza. Bo pamiętam, że i moje oczy miewały podobny wyraz; wszak inaczej by mi tego, jak parę razy się zdarzyło, nie komunikowano. Wszelako trafia na manowce ten, kto – eksperymentuje. W moim prywatnym rankingu niżej stoją ci, którym nie postało w głowie, by zejść z utartych ścieżek. Eksperymentatorom częściej aniżeli posłusznym panującemu obyczajowi zdarza się zabrnąć w ślepy przysłowiowy zaułek, lecz też w zasadzie tylko oni wyznaczają nowe drogi, którymi zrazu pójdą tylko oni sami, tym niemniej szeroką ławą za jakiś czas ruszy nimi bez mała cała ludzkość. Oczy w słup, czyli osłupienie widokiem czegoś nie do pojęcia. Który człowiek normalny zastanawia się nad prawomocnością zwyczaju zabijania takiego paskudztwa jak mucha czy karaluch. A człowiek, który wyszedł z orbity mechanicystycznego „spełniania wszelkich wymogów”, jakie przed funkcjonującym układem stawia nie będący filozofem operator, pomyśli, że, postępując jak inni, zabija przecież czyjś wszechświat. I osłupiewa często jedynie na skutek percepcji faktu, że za coś takiego nie sprowadza na siebie bożej kary. Czy to dziwne, że człowiek, który osłupiał, nie jest w stanie sprostać przyjętym standardom? I czy takiego człowieka należy faszerować ograniczającymi wrażliwość i temperament pigułkami „na lepsze myślenie”? Można przecież w toku badań psychologicznych dojść, co owo osłupienie wywołało i wytłumaczyć „schizofrenikowi”, że niestety z koniecznością pewnych okropieństw trzeba się w tym życiu (choć może nie w próbach wymyślenia życia idealnego) pogodzić. A to dla dobra sprawy wyższego rzędu. Beznamiętne przemawianie do rozumu – bywa – nie przynosi sukcesu terapeutycznego. Do posłuszeństwa (wszystko jedno czemu, nie tylko logicznie wywiedzionym argumentom) zwłaszcza natury emocjonalne zmusza dopiero kategoryczny ton rozkazu. Obecny zresztą nie wyłącznie w fonicznej intonacji głosu ‘dobrego’ rozkazodawcy. Znamy przecież i książki, „od których trudno się oderwać”, czyli posłusznie chłonąć dany przekaz. Nie jest to chyba przesądzone samym rodzajem treści, która „ze swej natury jest ciekawa”. Ani „nieodpartością” logiki, która jakoby nie pozwala nie tylko nie wierzyć, że proponowany komunikat opłaca się przyjąć, a następnie – postępować dokładnie w myśl jego „ideologicznej” wymowy, ale także, że mamy tu do czynienia po prostu z prawdą absolutną. Prawdą, że jeśli postąpisz tak a tak, to z całą bezwzględną pewnością spotka cię to a to. Z prawdą absolutną stykamy się w matematyce, gdzie najwyraziściej rysuje się konkret i gdzie nie ma miejsca na błąd, ponieważ łatwo zauważalne (o ile kto rozgarnięty)  popadnięcie w sprzeczność dyskwalifikuje matematycznie zdanie  pretendujące do przynależenia tej nauce. Tym niemniej samo uprawianie matematyki nie powie ci raczej, co „masz” zrobić. W życiu jesteśmy uwikłani w sprzeczności niby widelec w grube nitki makaronu spaghetti. Błąd jest jednym z przypadków nieodzownego historycznemu fizycznemu bytowi zła, przynajmniej tak mi się w tej chwili wydaje. Taki byt, być może, miałby nie mającą mieć końca czasową rozpiętość, gdyby pokrywał się w każdym szczególe ze wzorem ponadbytu matematycznego, albowiem właśnie matematyka jest nieskończona, jak twierdzą wyznawcy królowej nauk. To by jednak musiało oznaczać jednoczesne unicestwienie czucia i świadomości, ponieważ satysfakcje (dające czucie) płyną jedynie stąd, że kogoś oszukasz (jako że zwykły rodzaj transakcji przebiega beznamiętnie; za towar lub usługę płacisz tyle, ile one są warte, co trudno, żeby budziło emocje), natomiast świadomość  płynie jedynie stąd, że zostałeś oszukany (dopiero bowiem przegrani stają się filozofami). Wcielony matematyczny ideał byłby więc nieskończony, ale – nijaki pod względem intelektualnym, mentalnym i emocjonalnym. Słowem: poznawczym. Bo nie poznałbyś w nim przede wszystkim elementu wpływu własnej indywidualności i wpływu choćby własnego kaprysu na dziejący się jednostajnie przed twymi oczami jak na ekranie telewizora film – nie posiadający żadnej cechy, która pozwalałaby (gdyby taką posiadał) moralnie, estetycznie czy jakkolwiek inaczej – nawet go ocenić.  Zgadza się to ze stanem nijakości, jaki wydumałem dla sytuacji  przedbytowej. Biblia mówi o raju jako o punkcie wyjścia na drodze ku historycznemu bytowi. Według mnie natomiast o takiej obłąkańczej projekcji, gdzie nie tylko nie może być mowy o czuciu i świadomości, lecz też – o słyszeniu i widzeniu (albowiem słyszenie jest to czucie dźwięku, zaś widzenie – czucie obrazu), wspominać (i to z rozrzewnieniem?) jest najskrajniejszym idiotyzmem. Wspomnienia są zawsze bez wad? Jak dla kogo! Może dla osoby o pamięci selektywnej, kodującej w sobie przeżycia wyłącznie miłe, a wyrzucające z siebie precz, naprawdę nieodłączne tym miłym, okropieństwa! A przecież przejście ze stanu lejącej się bezwiednie doskonałości do stanu świadomie budowanej historii, gdzie osią wszelkich wydarzeń jest konflikt, który płynie ze sprzeczności interesów niedoskonałych wyodrębnionych w niej stron, i gdzie dopuszcza się błąd jako czynnik prawomocnie oddziaływający – to przejście jest prawie niewyobrażalnie wielkim przeskokiem! I tego to dopiero przeskoku autorem jest Stwórca. Siła władna i wiedna. Nasze rozpoznanie prawdy o rzeczywistości, zależnie od tego, jak silnie i z jakim profesjonalizmem przekładamy rzecz na słowo (oraz jak umiejętnie posługujemy się dorobkiem rozpoznawczym naszych poprzedników), zależy też od naszego, zmieniającego się ciągle, punktualnego miejsca na linii czasu. Rozsądek ludzki jednak ulega niekiedy demencji. Zapominamy o przynoszących nam dotąd wymierne (czy choćby intuicyjne) korzyści zasadach metodologicznych i poziom naszego rozpoznania prawdy opada, ulega uwstecznieniu. Być może symetryczna musi być nie jedynie przestrzeń, dialektycznie symetryczne muszą też może być wielkości występujące w czasie. Jeśli w danej chwili odnotowujemy progres, to w dokładnie wyznaczalnej chwili przyszłościowej musimy być przygotowani na nadejście regresu – mającego taką samą jak ten pierwszy wielkość bezwzględną. Czyż jednak mamy się nastawiać wyłącznie na to, co być – podług wykładników logicznych – musi? Uważam wprawdzie, że cuda Jezusa zostały bez reszty zbilansowane Jego cierpieniem. Jednak przecież światopoglądowa antynomia pomiędzy tymi, co uważają, że „wszystko już było”, a tymi, co żarliwie modlą się o postęp – wypada w rzeczywistości niezupełnie tak, jakby tego chciano u konserwatywnych pesymistów. Skoro bowiem wśród światowych bogactw nie ma takiego skarbu, po który raczyliby sięgać najbardziej wybredni, to na przeszkodzie temu, by taki skarb wytworzyć (a nie stworzyć, gdyż to drugie stanowi zazdrośnie Przezeń strzeżoną domenę Stwórcy), może stać, najogólniej biorąc, tylko nasze lenistwo, rzecz do zwalczenia. Reguły gry, w której bierzemy – na ogół bardziej chcąc niż nie chcąc – przysłowiowy udział, ustalamy w miarę, jak wyrabiamy sobie pojęcie, czym jest sama ta gra. To, że nie wszystko jeszcze było, że wszystko – jako nieskończone – logicznie stać się nie mogło i w ogóle nigdy się nie stanie, przemawia zdecydowanie i jednoznacznie za rewolucyjnym optymizmem! A metodą na sprawianie, żeby nasze wyrafinowane (acz trzymające się przecież ziemi) pragnienia znajdywały swoje kolejne zaspokajania w zdrojach życiotwórczych osiągnięć, niechaj po prostu będzie wzmacnianie ich tonem rozkazu, właściwym rozkazodawcom – pewnym w stopniu niemożliwym do przewyższenia, że nie dali sobą rządzić słabości. I że swojej woli przewodzenia wszystkiemu nie popsuli żadnym wchodzeniem w układy, gdzie fałszywie musieliby zadeklarować własną podrzędność.