marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 23rd, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 43

            Poczytuję sobie za honor, że zdania raz powiedzianego na terenie tej quasipowieści już nie powtarzam. Chcę jednak, żeby powyżej odnotowany fakt stał się regułą, a ta, jak wiadomo, nie obywa się bez wyjątków. Powtórzę więc w niezmienionym brzmieniu jeden rymowany aforyzm, który już wcześniej wystukałem gdzieś w tym tekście. Dla niepoznaki ujmę go tylko w cudzysłów. „Bezpieczeństwa urok znika, / gdy zabraknie tuż – ryzyka”. Nieśmiertelnemu życiu ludzi jako jedynych okazów poszczególnych prawowitej biobytowości (pewną w obecnej fazie przekazu niejasność użytej tu formuły rozświetlę dalej) mogłoby doskwierać poważne przekleństwo. Byłoby to uporczywe uzmysławianie sobie, że nieodwołalnie jesteśmy na coś skazani. A to mianowicie skazani na zapewnioną dla naszego życia nieśmiertelność, jaką ewentualnie Pan, czuwający nieodmiennie nad swym stworzeniem, mógłby, korzystając z tak zwanych prerogatyw Swej władzy, zadekretować. Zaprowadzić powszechnie i na zawsze. Pominę tu sprawę, że przestałby w ten sposób być „panem naszego życia i śmierci”, gdyż śmierci wówczas by nie było. Pragnę tu podnieść logiczny aspekt zagadnienia, który w takiej sytuacji stałby się ważny dla nas, ludzi. Ma dla nas otóż urok i cenę to, co możemy utracić. To, do czego posiadania zdążyliśmy się już przyzwyczaić, jak gdyby weszło już w obręb nas samych, tym samym przestając już być dla nas wyzwaniem. Oczywiście w dalszym ciągu możemy utracić i samych siebie. Ażeby więc posiadanie samych siebie doceniać, potrzebne są oznaki samych siebie tracenia, ponieważ przyzwyczajenie, że co dnia rano budzimy się po nocy (pomijam tu noce nieprzespane, po których takoż wszak dzień przychodzi), staje się niekiedy dla nas nieledwie wiedzą, że „tak będzie już zawsze”. I nie jest to, wbrew temu, czego możnaby się niby logicznie spodziewać (bytują na sposób ‘życiowy’ przecież jedynie osobnicy wykazujący wolę życia, wolę bytu, bytowania), wiedza dla nas w każdym przypadku atrakcyjna, radosna. Co prawda, jakimś wewnętrznym zegarem oceniamy, czy dany odcinek zawiadywania naszym „biznesem” wypada nam uznać za pomyślny. Jeśli tak, to podobnych mu odcinków gotowiśmy przeżyć jeszcze 50, 60, 70. Ale czy codzienne tańcowanie z coraz to nowymi dziewuchami po dyskotekach nie przekroczy miary naszej po prostu wytrzymałości w sytuacji, gdy może obiło nam się o przysłowiowe uszy Jezusowe marzenie o ludzkiej nieśmiertelności? Co powtarza się zbyt często, staje się nudne – mówię tu o wymagających doznaniowo ludziach, nie o żyjących niezmiennym rytmem i tysiąc roków sekwojach. Zresztą, czy to wiadomo w tej chwili (bo wierzę, że kiedyś będzie to do zbadania), czy długowieczne rośliny mogłyby dożywać swojej dalekosiężnej starości, gdyby  c o ś   nie odsuwało od nich poczucia morderczej nudy? Gdyby na przykład, w rozmiarze trudnym do wyobrażenia nawet dla podobnego Bogu człowieka, nie kontemplowały dotykającej je przecież wieczności? Wypracowałem domysł, że każdy biobyt, a nawet każdy zintegrowany byt poszczególny (taki jak osobny kamień, gwiazda czy okruch pyłu wulkanicznego lub wręcz atom chemicznego pierwiastka), nieposiadający wyspecjalizowanego organu obserwacji wzrokowej (oczu) – patrzy (i widzi) całym sobą. Całe jego ciało spełnia uniwersalnie te wszystkie funkcje postrzegania, które dla człowieka są dostępne dzięki jego wyspecjalizowanym organom, to jest oczom, uszom, powonieniu, gruczołom smakowym i zmysłowi dotyku. Tak więc może i sekwoje chłoną widoki oraz inne doznania zmysłowe, generując w sobie ten materiał do przemyśleń, by następnie przeprowadzać prawdziwie intelektualne syntezy, które mogą stanowić dla nich swoiste natchnienie do „rzeczywistego” trwania w niewesołej (możeż być inna?) niezmienności? Polski poeta, Juliusz Słowacki, w jednym z wierszy wyznawał, że nauczył się poetycko mówić od kwiatów. Wierzę, że kiedyś dojdziemy, czy nie była to tylko poetycka przenośnia, znana w brzmieniu „nieszeleszczącym” jako metafora, którą należy brać nie dosłownie, tylko podstawiając pod dany ‘oficjalnie’ układ ‘nieoficjalne’, a więc – jak w kraju przyjmować nawykliśmy – prawdziwe, znaczenia czy znaczenie. Naprawdę tedy Słowacki nauczył się poetycko, a więc niesztampowo, gadać od kobiet, które – jak wiadomo – są kwiatami, a w szczególności od swej pięknej matki, lub od wszystkiego, co jest piękne w ojczyźnie. Konfrontacja świata słów ze światem rzeczy zawisa od tego, jaki jest lub jaki potencjalnie może być język, którym się posługujemy, w porównaniu do jakości i możliwości zmian kraju, gdzie z krajanami innymi zamieszkujemy. Ta konfrontacja dla mnie wypada od dzieciństwa lepiej dla świata słów aniżeli dla świata rzeczy, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest tak głównie dlatego, że lepiej posługuję się – tak jako nadawca, jak i odbiorca – słowami niż rzeczami. Ale pytanie, co tu czego jest przyczyną, a co skutkiem, czyli co jest pierwotne, a co wtórne – znajduje odpowiedź nie całkiem jednoznaczną. Zapewne słowo – jak i idea, i pieniądz – ‘nie śmierdzi’, choćby miało oznaczać rzecz zepsutą a nieświeżą. Pozostaje więc w najzupełniejszym oddaleniu od śmierci, co zdaje się wskazywać, że od śmierci winno i chronić. A jednak bakterie, które żywią się trupem człowieka, te tak zwane śmierciojady czy nekrofagi, też, skoro jedzą i rozmnażają się same (nie jak metalowe pudła w fabryce samochodów), żyją! A śmierdzą! I to właśnie smród ich uzmysłowił pierwszym tej sprawy badaczom – ich istnienie! Materia raz ożywiona (lub żywa odwiecznie) jest – widać – czymś tak cennym, że nie sposób, by pozostawiono ją w spokoju – nawet gdy sama przestała już zjadać i się rozmnażać. Musi pozostawać w cyklu: jak nie je, to jest jedzona. Dobrze: to jednak miałoby jak być definicyjnym i definitywnym wyznacznikiem życia, że się je i że się rozmnaża, skoro już na przykład taka rdza przecież zjada żelazo i powiększa obszar swego występowania, a do struktur żywych jakoś jej niespieszno nam zaliczyć? I tu maleńkie pod adresem czytelnika przeprosiny. Mam słabą pamięć, więc może złamię jeszcze nieraz deklarowaną mu zasadę pisania prawd czy fikcjozów tylko dziewiczych i dopuszczę się powtórzenia (fikcjozum to jednak fajny, a jakże dotąd wakujący w słowniku pisarza, określnik rzeczy po prostu niezbędnej dla oddania rzeczywistości ciągłej kreacji, nieprawdaż?) za kimś innym lub za sobą niestety. Zaznaczam powyższe, ponieważ chcę być wobec odbiorcy moich nadawań w porządku, co niech mu najprawomocniej uzmysłowi, że traktuję go jak istotę o żywej inteligencji, a nie jak psa, któremu opiekun może wmówić, co zechce. Życie, inteligencja, godność. Jak po zakończeniu śpiewów i gawęd zalewa się ognisko potężnym chluśnięciem wodą z miednicy, to ono, gasnąc, wydaje bolesny jęk, zupełnie taki sam, jaki – wyobrażam sobie – musi wydobyć z siebie dopiero co zarżnięty śmiertelnie wół. Może życie to kategoria szersza aniżeli sobie to dotąd naiwnie wyobrażaliśmy? Elektroniczne żółwie, za całą swoją czynność i program mające poszukiwanie światła, którego odnalezienie zapewnia im nasycenie się tą formą energii, póki pozyskanej energii na to dosyć, satysfakcjonuje trwanie w spoczynku. Też jakby żyją – ponieważ pracują. Same wykonują zadanie, które im wyznaczono. Realizują program nadany im przez programistę. A czy i człowiek nie znajduje szczęścia dokładnie w tym, w czym upatrzył je dla niego jego boski Konstruktor? Czy i tak namiętnie tęsknione, opiewane w pieśniach i piosenkach, doznanie wolności, to jest nieskrępowanej wolą innych możności bytowania podług własnej tylko woli, nie jest tym, co w programie nadanym człowiekowi musiał przewidzieć Stworzyciel? Co jednak ta wolność sobą w praktyce przedstawia! Zalewanie się w trupa alkoholem, czynne lekceważenie wszelkich („tak zwanych” – powiedziałby swawolnik) nakazów moralnych, wandalizm. Ludzie marzą o szczęściu trafienia takiej okazji, której wykorzystanie zapewniłoby im życie bez trosk i zmartwień, dało natomiast „prawo” do bezkarnego szkodzenia innym, robienia innym na złość. I wśród ‘wielkich’ filozofów trafiali się tacy, którzy obrzydzali maluczkim sens wszystkich, ponoszonych przez nich trudów, „wykazując dowodnie”, że, skoro wszelkie dobro, jakiego się dopracowali, w sposób oczywisty jest przemijające, to tym samym wypada, że jest warte tyle, co nic. Nie jestem przeciwnikiem konfliktu, tak więc w istocie nie wyrzucam poza nawias praw dopuszczalnych – robienia na złość komukolwiek. Kąśliwa dezawuacja czyjegoś upartego a ryzykownego trudu (tak samo jak trudu niezłomnego a nie niosącego wielkich nadziej) stwarza bowiem niepowtarzalną okazję ciętej riposty: róbmy więc wszystko, żeby nasz byt (rozciągający się przecież i poza nas, a to na nasz, tak w końcu kochany przez nas, dorobek) stał się nieprzemijający!! Jakże wyraziście zarysowuje się tutaj wręcz ontologiczna potrzeba (wprost konieczność!) nieśmiertelności!! Co jednak jeszcze do owych elektronicznych żółwi. Otóż one żyją, póki pracują. Ich spoczynek, w przeciwieństwie do nawet najgłupszego i najhaniebniejszego spoczynku żywych ludzi, zachowaniem istoty żywej już nie jest. Tak schlebiam żywiołowi życia, by siebie żywego mobilizować, jasne.

            Słowacki nauczył się poetyzmu od kwiatów. Pytanie, czy był to takich fizyczny podszept, a nie jedynie metafora. Wszystkie znane do tej pory narkotyki to spreparowane rośliny, a więc byty poszczególne traktowane przez nas, od strony przypisywania im jakichkolwiek zdolności świadomościowych czy intelektualnych, pogardliwie. Wystarczy tu za przykład rozpaczliwy jęk matki autystycznego dziecka, która głosi, że „nie chce, żeby jej synek (czy córka) był warzywem!”. Co pragnę niniejszym wykazać? Otóż obowiązywanie prawa zerowego bilansu i w zakresie doznań wszystkich żywych (istniejąż inne??) bytów poszczególnych. Wegetujące rośliny, które – jak obserwujemy – nie są zdolne do żadnych, wychodzących poza prosty biologiczny schemat, działań uzewnętrznionych, jakże bogate – widać – muszą mieć za to życie wewnętrzne! Bo, skoro z nich czerpiemy (kto wie, może i wszyscy) to, co w ogóle pozwala nam nieokiełznanie śnić (rośliny bowiem jemy) lub, jak w przypadku narkomanów, dostępować „odlotowych” wizyj, to jak może być inaczej? Tu wystarczyłoby zbadać, ażeby tę mą hipotezę zweryfikować, to jest ją obalić albo potwierdzić,  jakie, i w ogóle czy, sny wyświetlają się w świadomości zwierząt wyłącznie mięsożernych. Chociaż nawet i lwy żywią się mięsem głównie roślinożerców, a więc pierwiastki wyobraźniowego geniuszu roślin pośrednio docierają i do nich. Tak czy inaczej, warto zainteresować się i roślinami jako tymi, których zwyczajnie się opłaca dopuścić do godności większych jak obecność – czy to w wazonie, czy to na twoim lub moim talerzu. Prawu zerowego bilansu zresztą podlega wszystko: i rośliny, i zwierzęta, i grzyby, i dziejący się wszechświat, i prawdopodobnie tak ten wcielony jak wolny od wcielenia Bóg.

            Kpiłem niedawno z takich, co to zdają się mieć upodobanie w postępowaniu pod obce dyktando, a dużo wcześniej zachęcałem do postępowania pod „fajne” dyktando. Wbrew rodzącym się może w czytelniku pozorom, bynajmniej nie pałam specjalnym pożądaniem wwikływania się w wewnętrzne sprzeczności. Doskonałość, do jakiej się przymierzam, chociaż sprzeczności dopuszcza, a nawet na nich buduje, nie może przecież zabijać samej siebie. Toteż wyżej podaną sprzeczność uzgodnię. Mało jest jednostek kreatywnych, zdolnych oryginalny typ wnikania głębiej w oglądaną rzeczywistość i nadawania jej atrakcyjnego kształtu, zaproponować. Większość więc chce być „modna”, czyli postępować z jak najmniejszym opóźnieniem za takiej czy innej mody dyktatorami. Nawet najmniej podejrzewany o skłonność do ulegania modzie prosty lud wiejski naprawdę kultywuje określony typ życia podług wymogów tego, co sam uważa za nowoczesne, to jest na jakiś sposób młode, odmienione. Budując sobie kapliczki w przyzagrodowych ogródkach, naśladuje panów, którzy w średniowieczu stawiali kościoły na znak dziękczynienia Bogu za dar wygranych bitew lub wojen. Reakcja nieufnego wobec wszelkiej nowości kulturalnej czy cywilizacyjnej człowieka polskiej wsi nie jest tedy natychmiastowa. „Tak jest, jak było, więc i tak samo będzie” – powtarza wieśniak, który wierzy w niezmienność świata, bo wszystko inne wykracza ponad, nazbyt silnie w toku pokoleń utwardzone, a tym samym nierozciągliwe, możliwości jego pojmowania. Mówię to, bo rzecz poznałem z pierwszej ręki. Jeszcze mój dziadek był wieśniakiem, a babcia, choć nauczona przezeń właściwej książętom i księżom sztuki czytania ksiąg, nie umiała się nawet podpisać. Kreatywnych naśladować trzeba, ale nie zawsze, tylko wtedy, kiedy stoją powyżej naszego poziomu. Na ogół każdy znajdzie lepszego od siebie, któremu, dzięki powszechnej (co prawda, nie wszędzie…) zasadzie ludzi ambitnych „doskonal się”, będzie starał się dorównać, co jest do zrobienia – jak uważa się w kraju, gdzie tradycji przodownictwa jakoś nigdy nie było na czym wesprzeć – tylko i właśnie poprzez tego lepszego naśladowanie, będącego – co gorsza – obcym. Jedni naśladują drugich, drudzy – trzecich, trzeci – czwartych… Żyjemy, nie sposób więc poprzestawać na samym, „czystym”, naśladownictwie jednego wzoru czy nawet oryginalnej (do czego niestety musi się sprowadzać najczęściej nasza osobnicza niepowtarzalność) kompilacji wzorów dziesięciu lub trzystu. Bywa zresztą wręcz powodem do dumy naśladowanie kogoś w sposób uzasadniony i świadomy, ponieważ przeważnie ludzkie naśladowanie odbywa się bezwiednie i bezmyślnie, by ledwie tylko wspomnieć, że to, kim jesteśmy, w wielkiej mierze zasadza się na materiale odziedziczonym po naszych przodkach, na którego swoistość chyba raczej nie mieliśmy żadnego wpływu, a więc który był poza naszym wyborem. Co prawda, doświadczyłem też i takiego doznania, że gdzieś z przyszłości jakiś quasibyt wołał do mnie: „połącz się z tą dziewczyną, którą widzisz teraz siedzącą naprzeciw w autobusowym foteliku, ponieważ  j a  wtedy fizycznie powstanę!”. Widać, ten quasibyt sprawiał, że wszystko naraz zaczynało (i nie przestawało) mi w owej chwili sprzyjać; świat stawał się piękniejszy, barwniejszy, bardziej sensowny. Kiedy mijałem tę szansę, to przysłowiowe „wszystko” wracało do niedobrej, czy lepiej powiedzieć: nijakiej, normy; znowu stawałem się światem, który funkcjonował sam dla siebie, poprzestając na ciągłych próbach tylko swej wewnętrznej reorganizacji, choć myślami sięgając też do spraw odleglejszych. Naśladować panujące aktualnie wzory, ponieważ w przeciwnym razie byłoby się skazanym na naśladowanie wzorów przebrzmiałych – oto co jest całą teorią mody. Nie ma bowiem fizycznej możliwości odejścia od praktyki nieustannego sporządzania kopii. Chyba, że chcesz zaryzykować krok irracjonalny i wdać się w zapasy przeciw siłaczowi niezwalczonemu, a to mianowicie przeznaczeniu. Jako dzieci lub ludzie młodzi daną rzecz wykonujemy po raz pierwszy – ale też powtarzając rozumowanie lub treść pamięciową poddaną nam przez nauczyciela. Później powtarzamy jak gdyby już samych siebie, co jednak czyż broni nas (a jeśli tak, to jak: logicznie, czy merytorycznie?) przed zarzutem wtórności? Ci, którzy świadomym heroizmem budowania myślowych struktur lub zdaniem się na uparcie konsekwentną realizację myśli zaledwie jednej, tyle że na polach coraz to następnych – wykraczają poza tok zwykłego biegu rzeczy i – mimo, że do natury należą – stają się tej natury po prostu przysłowiowym wybrykiem. Tak bowiem staje się modą to, co najbardziej trudne i dzięki temu atrakcyjne, jak to, co zbyt łatwe, ażeby temu nie ulec. Cóż, kiedy dany kolarz jedzie na czele stawki, nieznane krajobrazy jemu jawią się jako pierwszemu; wystarczy, że będzie zdawał prostą relację z tego, co widzi, żebyśmy jego uznali za prekursora nowej mody i na nim bazowali, upatrując szansę dla siebie w byciu budowniczym niezwykłego całościowego gmachu, skoro znalazł się już ktoś, kto położył oryginalny fundament. Tłumaczę więc samą ideą przodownictwa i bicia myślowych rekordów świata profesjonalne powstawanie oryginalnego tworu, który zaraz potem, jak powstanie, będzie rozbudowywany, dopełniany, udoskonalany i kopiowany przez chciwie wyglądających postępu amatorów. Moda jest to [rzecz] młoda, przy jakiej warto obstawać, jako że egzemplifikuje tendencję wznoszącą, a trzeba się wznosić, ażeby pozostawać na bytu co wyższych piętrach, ponieważ tam jest on doznaniem pierwszego sortu, a gdzie indziej nie byłby. Inna rzecz to przepaść dzieląca reagujących z najmniejszym opóźnieniem na wzór, który dano do naśladowania, modnisiów a mody dyktatorów. Ale to nie jest sprawa wyboru. Nie wybiera się albowiem pomiędzy etatem mistrza świata wagi ciężkiej w boksie a etatem tejże dziedziny ałdsajdera; raczej wszyscy chcą być mistrzami, mistrzostwo natomiast wywalcza jeden pięściarz. Mądrzę się tutaj (jak szanowny czytelnik zdołał zapewne zauważyć, tak jak i gdzie indziej), ale mądrość bynajmniej nie jest to taka głupia rzecz. Czym jest mądrość? Cóż. Nie jest posiadaniem wiedzy o dobru i złu, to bowiem załatwiałaby już obojętna w jakimś sensie moralnie erudycja (nie w pełnym sensie, ponieważ już sama dążność do wiedzy jest czymś chwalebnym, a księga wyczerpująca ten temat dopiero – niniejszym – powstaje), tylko realnym wyborem dobra, do czego niezbędna jest właściwa takiemu filozofowi, jaki do dziś dnia się nie objawił, znajomość rzeczy, lecz też morale, dane nie każdemu spośród nawet najwaleczniejszych. Czy to znaczy, że kapituluję? Co to, to nie.