marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 22nd, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 42

[cd]

Sprawiedliwe to to, co zgodne z prawem. Prawo zaś, wyjąwszy niezbędny przysłowiowej regule przykład mańkutów, oznacza coś właściwszego dla ogólnoludzkiej kondycji i natury niż lewo (lewizna); przedstawia sobą namowę do postępowania silnego etycznie (trudnego, lecz za to przynoszącego pełne satysfakcje), a przy tym równie silnego estetycznie (jakże piękne na przykład są szczytowo silne prace z zakresu matematyki uczuć – obecnej w strukturach kanonalnych), korzystnego dla obecnego i przyszłego trwania ludzkości – także poprzez umiejętne wykorzystywanie dorobku wieków przeszłych. Ideałowi ludzkości, jako kompletnemu zestawowi dobrze poustawianych elementów – mogącemu ustanowić sobą i dla siebie najwspanialszą projekcję, o jakiej można pomyśleć: nieśmiertelność – wypadałoby niby tylko przyklasnąć. Jednak ład bez konfliktów, w efekcie których dochodzi w każdym przypadku do jakiejś niesprawiedliwości, byłby sprawiedliwy, ale martwy. Czyżby więc należało tutaj wrócić do mej nie tak dawno ukutej sentencji, że „dzieje ludzkości jest to generowanie krzywd, a następnie wyrównywanie rachunków”? I nie na zasadzie, że ten historiozoficzny schemat został źle pomyślany, lecz że powstał jako jedyna możliwa szansa istnienia dla żywej historii?  Powie ktoś, że pojęcie „schemat” stoi w jaskrawej sprzeczności z tym, co określamy jako „żywe”. Żywe albowiem jest nieobliczalne. Odpowiem na to, że gdyby było wyłącznie nieobliczalne, nie miało swojej schematywnej bazy, to owej regule nieobliczalności brakłoby stałego układu odniesienia. Sztuka dla samej siebie, sztuka dla sztuki oznacza tyle samo, co suka dla suki, czyli zboczenie. Tak samo nieobliczalność dla nieobliczalności. Człowiek nie dlatego nie jest maszyną, że nie porusza się w ramach biologicznego schematu (bo generalnie w ramach takiego schematu się porusza), lecz dlatego, że produkuje poza dziećmi, które przejmują po nim testamentalny zapis obowiązku poszukiwania prawdy o bycie (a to po to, by poznać i pełnić wreszcie w tym bycie rolę, dla której ostatecznie został stworzony), – dzieła eterycznej kultury oraz praktycznej cywilizacji. Te dzieła są, a w każdym razie mogą  być – rozmaite w stopniu wprost nieograniczonym. I właśnie owa nieograniczona rozmaitość, już zrealizowanych i wciąż jeszcze możliwych do urzeczywistnienia, tworów ludzkiej przemyślności przemawia dla mnie za tym, że sami dla siebie nie musimy być, ograniczonymi do pełnienia schematu, a więc niezdolnymi do postępu i twórczej aktywności, maszynami. Co prawda, każde funkcjonowanie (maszyny, biobytu, struktury gwiezdnej kosmosu) odbywa się na zasadzie – zamkniętego lub otwartego na postęp bądź uwstecznienie – mechanizmu. I można wielkodusznie i bez uprzedzeń przyjmować, iż w pojęciu oznaczającym ‘maszynę’ nie ma nic pejoratywnego. Można nawet uznać, że nie tylko wszechbyt, ale nawet i jego Przyczyna Sprawcza, czyli Bóg, są to jakieś maszyny, ponieważ ich istotę tłumaczy – w razie naszego odwołania się do dostępnego nam w porywach woli geniuszu – poznawalny i w pełni podlegający określeniu wzorami matematyki stosowanej mechanizm. Ale mechanizmy skonstruowanych przez nas maszyn są nam znane od A do Zet. Gdy tymczasem mechanizm boskiej kreacji wziął się z zamysłu, który dopiero ja – po tylu milionach roków! – mam ambicję odtworzyć. Człowiek – powiadam -  jest bytem koniecznym i podstawowym dla realizacji absolutnie pierwotnej idei wszechbytu. Maszyny są bytami pomocniczymi, wtórnymi i idącymi od Pierwszej Przyczyny przez pośredników. Powiada się też w jednej z modlitw, że „Jezus został zrodzony, a nie stworzony”. Jak każdy (na razie?) człowiek. Maszyny jako takie natomiast skonstruowano, nie powstały z samych siebie, nie miały identycznych z nimi rodziców, są więc w podobnym stopniu sztuczną fantazją człowieka, jak człowiek pozostaje fantazyjną sztuczką Boga. I dodatkowo: stworzenie żywe poczynione przez Boga posiada certyfikat produktu zdolnego samoistnie i samowładnie zapewniać sobie trwanie w aktywności, maszyna do aktywności potrzebuje kogoś, kto by ją obsłużył, dostarczył jej energię, pokierował jej pracą. Ponadto maszyna jest bezduszna, to jest nieczuła, bezmyślna, bezrefleksyjna, odmiennie niż biobyt, którego człowiek jest najbardziej reprezentatywnym (powiem dalej, dlaczego) przykładem. I pora w końcu na różnicę podstawową: maszyna jest tylko przedmiotem; człowieka wypada zaliczyć do przedmiotów – zdolnych wykraczać poza własną przedmiotową naturę w obszar nadający mu podmiotowość. Człowiek mianowicie, błądząc swą żywą, jakkolwiek przymierającą, świadomością w obłędnym smutku stagnacji, natrafia niekiedy – a bywa też, że i częstokroć – na takie złożenie swych wewnętrznych myślowych przedstawień, że wzbudza to w nim ducha, co ‘tylko przedmiotowi’ przytrafić się nie ma prawa. Człowiek też starzeje się – jak każdy przedmiot ulegający zużyciu. Ale w przeciwieństwie do ‘tylko przedmiotu’ bywa samowładny, zdolny do sterowania skomplikowanym procesem i wytrwale praktykujący ową zdolność. Owa zdolność do sterowania skomplikowanymi procesami, jak mocno, choć pewnie, że nie bez chwilowych zwątpień, wierzę, doprowadzi go kiedyś do uruchomienia pozostającego do tej chwili w uśpieniu genu całkowitej autoregeneracji, organu ambrozjalnego. Pasjonowano się onegdaj ideą perpetuum mobile, machiny, która, raz poruszona, pozostawałaby w ruchu całą wieczność – bez wkładu jakiejkolwiek energii. Ale nie słyszałem, żeby ideę tej machiny próbowano kiedykolwiek przypisać, jak ja to robię teraz, wszechbytowi. Jest przedmiotem – narzędzie, które stwarza i którym następnie posługuje się podmiot. W toku walki natomiast dwóch podmiotów o uprzedmiotowienie przeciwnika – podmiotem pozostaje zwycięzca, który odtąd rządzi zwyciężonym, z jego mięśni robiąc przedmiot: mięso, które zjada, lub zachowując te mięśnie do prac podrzędniejszych, sobie pozostawiwszy podmiotową aktywność twórcy. A co pozostaje tworzywu? Czy narzędziu, którym podmiot się posługuje, tworzywo to obrabiając? Wielu, nie mogąc pogodzić się z własną podrzędnością, popada w psychiczną chorobę. I z takich to „wariatów” naśmiewa się człowiek – do własnej podrzędności przystosowany, ‘normalny’; bynajmniej nie zażenowany tym, że pisze pod czyjeś dyktando, lecz wręcz dumny – tak ze swojej sprawności ortografa, jak z (jakże często tylko wmówionej!) klasy swego dyktandysty. Cóż, kto rządzi, okazuje tym coś więcej aniżeli zwykłe zainteresowanie – przedmiotem swoich rządów. Zachodzi co innego, gdy walczy o to, by uprzedmiotowić drugi podmiot. Kiedy ma do czynienia z oddanym mu już jak własna noga przedmiotem, przedmiot ten po prostu kocha. Kocha, to jest dba oń jak o siebie. Mówi się wśród wyznawców wiary w osobowego Boga, że umiłował On świat i ludzi, natomiast zmaga się z Szatanem jako tym, który wymówił Mu posłuszeństwo. Dlaczego. Otóż Bóg kocha nas ponad nasze zasługi dlatego, że stanowimy sobą żywy dowód świetności Jego stwórczego zamysłu, lecz też i dlatego, że nieledwie tylko poprzez nas może działać – jako przez niezawodne, ponieważ będące w Jego mistrzowskich rękach, narzędzie, a niezawodne po wtóre dlatego, że z jednej strony zdolne rozumnie realizować Jego wolę, a z drugiej – właśnie dzięki tej rozumności – niezdolne do buntu przeciwko Niemu. Przyjmuje się ze zrozumieniem zjawisko przysłowiowej złośliwości rzeczy martwych; wierny Hiob, doświadczany przez Boga nawet najprzykrzej, cześć wobec Niego zachowuje, ażeby pokazać, że nie jest „odwzajemniającą się tym samym” rzeczą, wobec której Bóg nie ma metafizycznego powodu czuć się kimś zobowiązanym. Ale w istniejącej sytuacji nasza (zasadzająca się na rozumieniu motywów konieczności podążania w ślad za Przewodnikiem) podmiotowość to drobna rybka pływająca w oceanie naszego uprzedmiotowienia. Mądry to ten, kto uznaje wymowę faktów i, jeśli faktycznie ktoś odeń jest mądrzejszy, podporządkowuje się mu, choć pociąga to za sobą konieczność wyrzeczenia się – całkiem lub w części – własnej podmiotowości i zgodę na własne – całkowite lub częściowe – uprzedmiotowienie. Bóg kocha nas jak niezastąpione narzędzie egzekwowania swojej władzy i woli – sterowania tak dziejowymi wypadkami oraz dokonaniami, by ta porcelanowa zastawa wśród galopujących słoni zachodzących nieustannie (a nieuniknionych jako dających treść historycznemu bytowi) przeciwności – wieczyście się ostawała. By powiedzieć krócej i dosadniej: Bóg kocha nas jak pisarz swą, będącą jednym z warunków jego pomyślnej egzystencji, maszynę do pisania. Jego miłość ku nam nie jest więc bezinteresowna, jakby chcieli upatrujący w Nim tak zwany wzór wszystkich cnót teologowie, ponieważ bezinteresowność jakoby wpisuje się w rejestr cnót najpiękniej. Otóż jesteśmy już tak bardzo przyzwyczajeni do pieniędzy, które w świadomości społecznej stały się ostatnio po prostu „miarą wartości wszechrzeczy”, że nie dostrzegamy prostego faktu, iż na przykład słońce, dające nam światło i ciepło, a naszej Ziemi – grawitację, bez której musiałaby bezpańsko pałętać się po wszechświecie, nie zapewniając nam stabilności cyklicznego następowania po sobie chociażby pór roku (rzecz o znaczeniu dla życia zapewne nie do zakwestionowania), – no więc to słońce nie świeci dla nas bezinteresownie, choć nie pobiera od nas za to pieniędzy, tylko robi to z wyrachowanego zamysłu Pana, któremu służy, a więc w Jego i swoim interesie, ponieważ jedynie my jesteśmy w stanie sprawić, by On się – ujmując ten ontologiczny problem najgrubiej – po prostu nie nudził, a ono dzięki temu może  uznać, że, skoro służy czemukolwiek, to istnieje większa odeń potęga i już niechaj ona się martwi, w czym jest sens tego wszystkiego. Powiem mocno: co bezinteresowne, to bezsensowne. Bezinteresownie to można co najwyżej trwonić. Chociaż i to to nie bardzo prawda, bo, trwoniąc, okazujemy swój „pański” gest, za który kupujemy czyjś podziw lub, sponiewierani ludzką niewrażliwością na nasz los, skutecznie zwracamy na siebie uwagę. Czyżbym tu jednak usiłował dowieść, że… nie ma rzeczy bezsensownych? Skoro wszystko, co istnieje, ma sens, czyli rację bytu, to gdzie szukać uprawomocnienia dla naszej szlachetnej dążności przemieniania (bo chyba nie jednorazowego przemienienia) świata na lepszy, zdrowszy, doskonalszy, zaspokajający nasze coraz to niebotyczniejsze aspiracje? Jest przysłowie, że „wszystkie drogi wiodą do Rzymu”, co należy rozumieć jako nieledwie pewność, iż, gdziekolwiek byśmy się nie wybrali, zawsze będziemy kroczyć ku najwspanialszemu, nie mającemu sobie równych, celowi. Lecz czy to wyklucza możliwość podążania ku istniejącemu celowi metodą pionierów, a więc – bezdrożami? Czy to wyklucza sensowność budowania ku temu celowi nowych, lepszych dróg? Świat też może mieć interes w sprowadzeniu niektórych spośród nas na drogi dla nich zgubne. Jeżeli bowiem ktoś uparcie uprawia recydywę złych wyborów, to czyż rychły i straszny koniec takiego recydywisty nie będzie dla pozostających na placu gry wspaniałym odstraszającym negatywnym przykładem? Cóż, taki jest mechanizm, promujący postawy zasadniczo dobre i dezawuujący to, co postawą jakąkolwiek trudno w ogóle nazwać, no bo i jaką postawę zachowuje prący już nie tylko do swej intelektualnej, bo wręcz biologicznej, degradacji alkoholik, narkoman, pedofil czy onanista. Wbrew pozorom, jakiś przykład postawy ideowej, a więc idącej za wskazaniem mającym pewne umocowanie w konstruktywnym przemyśleniu, jest przedsiębiorczość alfonsów i prostytutek, złodziei i rozbójników, a nawet płatnych zawodowych morderców. Czyż bowiem ci sowicie wynagradzani za swe usługi, względnie za pełnienie swej społecznej – powiedzielibyśmy: specyficznej – misji, silni biologicznie i obdarzeni genami, którym obce są, znamienne dla frajerów, zwyrodnienia żył, stawów, kości czy mięśniowy niedowład, natomiast wykazują się spotykanymi gdzie indziej tylko w zasadzie u komandosów refleksem, odwagą bohaterów, wytrwałością jucznego muła, wolą przetrwania stepowej rośliny – ludzie w jakimkolwiek innym rodzaju działalności mogliby gruntować w sobie te godne podziwu i zazdrości cechy? To przecież oni właśnie przetrwają, a nie tam jakieś anemiczne mimozy czy zniewieściali synowie milionerów, bądź nawet przeciętni urzędnicy banku, sądu czy administracji! Tym ostatnim co przyjdzie z posiadanych milionów lub miliardów, podczas gdy członek przestępczego światka obraca zazwyczaj zaledwie setkami tysięcy! Nawet gdy kupią sobie urodziwe żony, sensownych mężów! Choćby tym samym środkiem pozyskiwania dóbr zaskarbili sobie usłużną przyjaźń wpływowych polityków; zależnie od swego kaprysu decydowali o tym, w jakim punkcie globu powstanie fabryka prezerwatyw, dająca pracę (czyli wysiłek przynoszący wymierny efekt, a więc rzecz uznawaną dziś przeważnie jako dobro samo w sobie) członkom społeczeństw płci obojga tudzież męskim członkom, też znajdującym tylko przez funkcjonowanie satysfakcje, bez których życie traci potrzebny dla jego akceptowalności sens! Czyżby więc znaczenie tej części społeczeństwa, na którą składają się wszyscy ludzie ‘uczciwi’, miało sprowadzać się do podrzędnej roli niewolnika, ofiary i zwierzyny łownej – tych, którzy, bez skrępowania korzystając z pracy i ofiary podrzędnych poczciwin, są w istocie, z racji swego nieporównanego a bezczelnego egoizmu, beneficjentami bytu? Czyżby to więc przestępcy, jako docelowy adresat oraz konsument wszelkich dóbr i ofiar, mieli stanowić sobą ostateczny fundament, opokę istnienia?! Trzeba to przyznać, że to właśnie oni przełamują, przywracany co rusz przez pracowitych poczciwców, porządek, a więc symetrię, która zawsze będzie czymś martwym, a więc przeciwnym życiu, a, jako że życie stanowi awangardę istnienia, za którą postępuje reszta armii, w konsekwencji – samemu istnieniu. To – w razie znalezienia dowodu na prawomocność powyżej podanego domysłu – jakże deprymującym byłoby argumentem przeciwko filozofii „rycerskości i dżentelmeństwa”! A już zupełnie pognębiłoby maluczkich, dla których odnajdywanie w pokornym zaufaniu dla odwiecznych praw „natury moralnej stworzenia” jedynej prawdy o życiu i bycie stanowi nieprzewyższalny szczyt intelektualnego pojmowania. Uderzałoby także w filozofię Nietzsche’go, który nie przewidział, że ponad wolę mocy wojownika wynosi się, oparty na diabelsko chytrym oszustwie, bandytyzm. Nie pijany żywiołem Dionizos, równie chętny – z dorodnymi bachantkami – używać, co – z jawną pogardą wobec dotkniętych zwyrodnieniem – mordować! Byt zawdzięczamy udowadniającym czynnie (choć też zarazem na bazie genialnie obmyślanego podstępu) swą zdolność do łamania, utrwalających się w skostnienie,  prostodusznych porządków! Hipokryzja naturalna jest przejawem degeneracji, ale może też przeradzać się w zaczepną broń. Tymczasem wkrąg nawołuje się raczej do, uzasadnianego tylko tak zwanym „prawem naturalnym” (wziętym z przykładu monarchów, którzy, doszedłszy do swego urzędu na drodze krwawych rzezi, na starość zdobrodusznieli), nawrócenia się niż do koncepcyjnej walki przeciw podstępnemu wrogowi. Ale cóż? Nie damy sobie przecież narzucić sposobu wygrywania swoich wartości, którym posługuje się nasz przeciwnik. A zresztą ten ustanawiający byt przeciwnik, póki co, żyje naszym kosztem; jesteśmy więc mu niezbędni jako ofiary i zniewoleni pracownicy. Nie będzie toteż dążył do całkowitej naszej eksterminacji. Nad wszystkim zaś stoi Bóg, który, jak związki zawodowe – zniewolonych diabelskim kieratem destruującej ekosystem produkcji  - , będzie bronił robotników. Tenże Bóg, jak okazuje się dla mnie dopiero teraz, stworzył historyczny, a więc czasoprzestrzenny,wszechbyt dzięki pójściu na kompromis z Diabłem, czyli z aktywną stroną swojej natury. To więc ten, wyklinany za marudne a nieustające pomstowanie nad chwilową tylko doskonałością danego stanu świata, Diabeł jest wynalazcą! To Diabeł obmyśliwa i wprowadza w byt nowe rozwiązania odwiecznych a wieczystych problemów, które, uderzając w rozwiązania zestarzałe, tworzą postęp – zapewniający światu i wszystkiemu, co w nim się zawiera, ucieczkę przed zachłanną żarłocznością niebytu! Na kartach niniejszej quasipowieści podnosiłem już nieraz konieczność zła jako niezbywalnego komponentu bytu. Teraz okazuje się, że w dodatku to, co zwykliśmy za zło przyjmować, i jego inspirator, Diabeł – o kształcie i zachowaniu w bycie dziejącego się wszechświata decydują! Diabelstwo jest bowiem twórczo aktywne, nie zaś odruchowo reaktywne! Samo decyduje, w co uderzyć, kiedy, jak silnie. No i czym: jakim i jak umotywowanym myślowo orężem! Natomiast dobro zdaje się być czymś bezmyślnym, nieuposażonym w zdolność kreatywnej decyzyjności, poznawczości, ani twórczości. I zdolnym do wyjścia poza wskazania przewidziane schematem jedynie wskutek odruchu na wyrządzone mu zło.  Kochać życie, bez względu na to, jakie jest, i mimo to, że tak Bogiem a prawdą nie wiemy dokładnie, czym jest? Ze swej strony mogę powiedzieć, że uważam życie (w naszym ludzkim przypadku) za dość długotrwały chemiczny proces osiągania figuratywnej i funkcjatywnej dojrzałości (do momentu, w którym spłodzone i urodzone przez nas dzieci mają już wpojone nawyki potrzebne do przetrwania gatunku) przez określony zestaw chemicznych pierwiastków, które, drogą konceptualnego prowadzenia tego procesu zamysłem Stwórcy, w ten proces się wdają, tworząc związek chemiczny o dość ściśle określonych cechach, w tym cechą ograniczonego czasu trwania. Dzieje się tak nieco podobnie jak w procesie krystalizacji tego, co w ostatecznym wyniku daje kryształ. Oczywiście powyżej nakreślona definicja nie miałaby sensu, gdyby nie dopisać do niej potężnego uzupełnienia. Człowiek nie może żyć poza sprzyjającym mu pod wielu względami środowiskiem. Wbrew pozorom, przynajmniej jak do tej pory, nie może też żyć bez groźnych dlań na sposób ściśle określony – wrogów, których, kiedy nie odnajduje poza własną zbiorowością, odnajduje często na samym jej łonie. Niekiedy potrzebnego mu do wzbudzenia w sobie prywatnej osobistej aktywności wroga znajduje po prostu w samym sobie. Ale i to wszystko nie mogłoby zaistnieć (jak zaistniało) bez szerszego kontekstu. Ten kontekst to wszechbyt. Tym samym – widać – łatwiej Bogu było stworzyć tak ogromny i zawierający w sobie tyle mniejszych przedmiotów dziejący się przedmiot jak wszechbyt niż  s a m ą  , zdatną niby do wyklepania przez byle blacharza, konewkę na przykład! Może to komuś nawykłemu do myślenia w kategoriach myślenia praktycznego wydawać się niesłychane. Pójdźmy jednak – zakładając, że, równie jak dla nas, i dla Boga użyteczne i niezastąpione są prawa logiki – drogą rozumowania, jaką mógł pójść Ten Ostatni. Ten, Który Stworzył Świat. Powodowany potrzebą (płynącą z domagania się tego drzemiących we mnie mocy, które, nie wprawione teraz w ruch, mogłyby rozsadzić mnie od wewnątrz) przewyższenia wszystkich istniejących szczytów ludzkiej domyślności, którymi najtężsi dotąd kosmolodzy, antropolodzy, teolodzy i ontologowie zarysowywali najdalej posunięte, jak to było możliwe dla nich, przybliżenie – opisującej genezę, historię, naturę, sens tudzież aspekty teleologiczne wszechbytu – prawdy, wydobędę z siebie słowa uszeregowane na sposób dla wielu niesłychany. Oczywiście pojęcie i byt Boga jako rzeczy poznawalnej – tak na drodze dochodzeń teoretycznych, jak w praktycznym doświadczeniu – nie przez wszystkich, do których tym tekstem – mam nadzieję – dotarłem, docieram lub dotrę, zostały, są, będą zaaprobowane. Pewien typ ludzi, a na takim, jeśli nie jedynie, to najbardziej mi zależy, uznaje się za usatysfakcjonowany jedynie w obliczu postawienia go przed dowodami, co do których nie to, że nie śmie (jak bywa w przypadku prostaczka przestraszonego zwykłą wirtuozerią) doszukiwać się jakichkolwiek wątpliwości, lecz co do których, mimo najgorszej woli, z powodu tych dowodów bezapelacyjnej merytoryki, doszukać się jakiejkolwiek wątpliwości obiektywnie nie można. Takich dowodów na terenie tego, będącego nadal (od paru dobrych roków) w stanie powstawania, komputeropisu do tej pory nie zamieściłem. Teraz uzupełnię ów brak. Otóż dowodem na istnienie świata jest świadectwo (czy aby wiarygodne?) zmysłów. Niestety jest to dowód „z drugiej ręki”, bo i klasycznego reprezentanta nauki o bycie zadowoliłby tylko dowód logiczny. Kraina abstrakcji, do której ze swymi dowodami należy między innymi i logika, jest, co prawda, do pochwycenia zmysłami, ale w swej istocie zawisa ponad bytem, a więc, jak wywiodłem przy innej okazji z marzeń o czymś jeszcze bardziej ogólnym niż kategoria ‘istnienia’, ‘ponadistnieje’. Jak widać, pragnąc wydumać coś całkiem nowego, utworzyłem tylko termin dla rzeczy od dawna znanej, tyle że dotychczas nienazwanej. Sfera platońskich idej, do której trzeba sprowadzić znaną, lecz nigdy dotąd tak nie utożsamianą, krainę abstrakcji, czyli inaczej – ukutą przeze mnie dla innej potrzeby – kategorię ponadistnienia, stanowi sobą wzorzec figur geometrycznych i retorycznych (a zapewne i innych) nieśmiertelny, ale martwy. Tu właśnie, w opozycji do tej martwej nieśmiertelności, upierałem się i upieram – wbrew literackim krytykantom, zdolnym wytknąć jedynie to, co na ich chłopski rozum zdaje się być prostym błędem logicznym – przy konieczności zaznaczania, iż rzecz, o którą najbardziej mi chodzi, to nie jest nieśmiertelność jakoby jedyna, jaka pojęciowo istnieje, ponieważ nieśmiertelność bez przymiotników czy określników to pojęcie mogące oznaczać przysłowiowe niebo i ziemię. Nieśmiertelność   ż y c i a   to bynajmniej nie jest dwukrotne powiedzenie tego samego! Czyż bowiem nieśmiertelne może być tylko to, co żywe? Czy nie jest raczej tak, iż skalą znaczeniową rozpatrywanego przymiotnika należy objąć to wszystko, czego śmierć po prostu nie dotyka i nigdy nie dotknie?! Powie ktoś rozsądnie, że czynnikiem unicestwiającym, na przykład, krzesło jednak nie jest śmierć. I, że tylko wtedy zachodzi potrzeba podnoszenia możliwego waloru nieśmiertelności danej rzeczy, gdy nad tą rzeczą zawisa groźba śmiertelności. Mówi się wszelako o nieśmiertelnych ideałach, motywach, nawracających refrenach. Śmierć oznacza stan zniszczenia rzeczy wcześniej żywej. Czyż więc nie lepiej o rzeczach nieożywionych, które po wsze czasy zachowają użyteczność i nieskalany kształt, zamiast powiedzieć, że są nieśmiertelne, mówić, że odznaczają się cechą po prostu niezniszczalności? Spieramy się o słowa, które nie są niby aż tak ważne, by robić z nich problem. Od problemów może spuchnąć głowa, ale w razie znalezienia dla nich stosownych rozwiązań – mamy na jakiś czas zapewniony błogosławiony spokój i rodzącą dobre skojarzenia świadomość, że wyszliśmy z opresji, z którą byle kto sobie by nie poradził. A słowa? Są tylko dźwiękami lub zespołami dźwięków, którym przypisujemy określone znaczenia rzeczowe, dzięki czemu z dużą łatwością przeprowadzamy wprawdzie operacje teoretycznego planowania zmian lub czynności mających służyć temu (jeśli za swoją życiową zasadę obraliśmy konserwatyzm), by nic w tym świecie się nie zmieniało, lecz przykład zwierząt dowodzi, że praktyczne może być też myślenie pozasłowne. Odpowiem na to, że precyzja posługiwania się słowami nie tylko to, że wzmacnia możliwość, lecz w ogóle umożliwia w sensie podstawowym wyjście poza myślowe oczywistości! Ponadto spór o  kwestię jakąkolwiek wydobywa człowieka z niebytu bezmyślności: tkwienia w kopiowaniu poprzedniego własnego dnia lub wzorów obcych, z jałowego spoczywania w zdrętwieniu. A ‘nieśmiertelność życia’? Dlaczego przy tym określeniu tak się upieram? To jasne, że wycofywać się z drogi, którą raz się poszło, oznacza przyznanie się do błędu i jest tej drogi przekreśleniem. Ani mi się śni samobójczo kierować ostrza krytyki w pierś swej, cóż że dawnej, decyzji. Decyzji użycia konkretnych słów. Nieśmiertelne może być tylko to, co może także umrzeć. Czyżbym bronił więc straconej pozycji? W jednym ze swych młodzieńczych wierszy nawoływałem, by błądzić, ponieważ błąd nas naprowadzi. Oczywiście, uporczywe obstawanie przy błędzie sprowadza zgubę. Tym niemniej treści historyczne mają charakter dialektyczny, i to, co w perspektywie trzech miesięcy może wydawać się chorobą (błędem),po miesiącach dziewięciu może się okazać przyjściem na świat najprawidłowszego nowego poszczególnego bytu. Ale tu, jak to często ze mną bywa z powodu mojej wrodzonej skłonności do patrzenia nie tylko na własną rację, bo i na rację drugiej strony, racji właśnie tej drugiej strony nieopatrznie dałem się zasugerować. Przecież bowiem do błędu ja powyższym nie przyznaję się bynajmniej! I nawet jeśli nie wybroniłem się tutaj od tego zarzutu wystarczająco, zrobię to jeszcze. I to niezabawem.