marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 21st, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 41

            Tonięcie w myślach głośno nie wypowiadanych, cicho nie spisywanych, nie znajdujących wcielenia w jakikolwiek czyn – oprócz, widocznych dla przypadkowego podglądacza z okna bloku naprzeciw, grymasów i gestów. Przeszłość wyłażąca z każdego poruszenia pragnących się od niej oderwać pionierów metodyki racjonalnej, a nie takiej, gdzie bazuje się na forsowaniu tego, co w doświadczeniu historycznym się sprawdzało. Przeszłości logiczną konsekwencją, nie zaś tylko mechanicznym następstwem, jest odgadywany przez proroków kaprys Boga: nieodgadniona w oczach i słowach sklerotycznych mędrców przyszłość. Coraz mniej pionów i figur na szachownicy; ażeby to odmienić, czyż jednym z koniecznych warunków do spełnienia nie musi być wyjście poza nią?

            Rysunek wyobrażający nagą kobietę pierwszej młodości i piękności wypadł mi rewelacyjnie. Malowanie słowem brył przestrzennych nie należy wprawdzie do moich literackich specjalności, jednak i tę umiejętność chyba opanowałem wystarczająco, więc dam temu wyraz, najprawdopodobniej nie ryzykując kompromitacji. Otóż moja dziewucha jest postawna, ale nie chłopczycowata; cechuje ją właściwa płci słabej krągłość, obłość. Od greckiego kanonu piękna ludzkiej postaci w wydaniu żeńskim różni ją większa nieco wybujałość piersi, zadziornie podwiniętych ku górze koniuszkami malowniczych sutek, oraz, nieobecna całkiem w znanym miłośnikom antyku kanonie, ogólna kusicielskość. I jeszcze twarz, rzecz u starożytnych rzeźbiarzy greckich wiernie oddająca rażącą mnie bezmyślność modelki, będącej najpewniej prostym dziewczyskiem, bo gdzie by księżniczce pasowało pozować nawet najsłynniejszemu artyście i gdzieżby książę się zgodził na tak drastyczne naruszenie sfery jego prywatności – w mojej kreacji natomiast gra rolę bodaj czy nie pierwszoplanową. Dla filozofów liczy się całość, ale szczególnie wyczuleni są na ten element piękna ludzkiego ciała, który obrazuje niesiona niepospolitą myślą twarz postaci. Powiedziałbym, że o ile całość ciała potraktujemy jako towar, to twarz będzie tego towaru, mówiącym przecież więcej niż ‘sporo’, firmowym znakiem. Wyważenie proporcyj, znamienne dla każdej sztuki pięknej, w tym pięknej literatury (w pewnym odróżnieniu od znanych poniekąd skądinąd sztuk mięsa), u Greków egzemplifikowało się oczywiście na sposób klasyczny, lecz roki dopiero późniejsze i nacje inne „dolepiły” do całokształtu zasady artyzmu element dynamiki, a więc gest, metaforę, uczucie, ideologiczne przesłanie, ukryty zamysł, paradoks, dowcip, jednym słowem: koncept. We współczesnych sztukach pięknych (dla niezorientowanych podaję, że mamy rok 2010-ty), gdy obserwujemy narastanie demokratyzacji tej dziedziny kultury, samo piękno od stu już roków przegrywa jako decydująca o wpisaniu w rejestry sztuki wartość z tak zwaną ‘prawdziwością’. Tę „prawdziwość” da się (bez trudu?) sprowadzić do prawdziwej nieudolności osób uznawanych przez ducha tolerancji kolaborującej częstokroć z „artystami” krytyki (tu też, Bogiem a prawdą, trzebaby użyć cudzysłowu; sprawiedliwy krytyk w obliczu panującej normy po prostu już musi być zboczeńcem) za artystów. Artyści „prawdziwości” produkują wręcz wyłącznie prawdziwe obrzydlistwo lub różniący się od produktów konkurencji jedynie stopniem nieudolności wyrażenia tej prostej pseudowartości – prawdziwy banał. Tak zresztą bywa jedynie w przypadku artystów ambitniejszych, pragnących sztukę brać „z siebie” i pracujących na własny suwerenny artystyczny byt; bardziej praktycznym wystarcza status „uzdolnionych kopistów”, którzy za swój cały oryginalny wkład do światowego skarbca sztuki mogą podać wymagający wszak odwagi akt bezczelności: podpisywania tak zwanych owoców cudzego trudu własnym nazwiskiem. Choć to też nie; złodziejstwo, czyli przywłaszczanie sobie tego, co wypracowali inni, jest stare jak przysłowiowy świat. Lecz, choć złodziej może za swoimi prekursorami powtórzyć, że „jeśli geniusz, z którego =zrzynam=, jest tak wielki pod wszelkimi względami, to czemu nie przewidział tego, iż stanie się to, że ja go oszukałem”, nie zniżę się do jego metody! Rozumiem, że kreacja, a w tym i prokreacja, dla obowiązującego zawsze wszystko i wszystkich prawa symetrii, musi obejmować i twory dorodne, i przeciwstawne im zwyrodniałe potworki. Potworek zaś, odkąd w obieg powszechnie zrozumiałych słów wprowadzono pojęcie międzyludzkiej równości, nie chce być gorszy i nadgania dzielący go od dorodniaka dystans, sięgając do metod niemoralnych. Ale czyż zjawiskiem jeszcze smutniejszym nie jest lub nie byłoby, gdyby swej dumy nie bronił nijak? A i to się zdarza. Zabity mentalnie biobyt staje się osowiały, linieje, parszywieje i, póki ktoś go nie zje, budzi częściej wstręt w oczach przygodnych gapiów aniżeli współczucie, raczej politowanie niż litość. I my nie znajmy litości, jeżeli nie chcemy podzielić losu tych, nad którymi mamy dziś wątpliwą okazję się litować! A jeśli nad nami niegdyś się ulitowano i wypada nam tym samym się odpłacić? Poczekajcie, drodzy czytelnicy; teraz nadmienię, że uważam, iż nadszedł czas wprowadzenia w tej quasipowieści, po planie akcji, dywagacji i zapisków ściśle odautorskich, czwartego planu. 3 pierwsze plany były (i pozostaną!) zaimpregnowane wywarem pewnej fikcyjności; czwarty będzie mocno odfikcyjniony. Oglądać problemy z pozycji poczuwającego się do odpowiedzialności za wszechbyt nadwrażliwca przez wielobarwne i zmieniające optykę widzenia szkło fikcji jest dobrze, lecz  stanowi zajęcie niekiedy zbyt karkołomne nawet dla niego. I on chciałby przecież od czasu do czasu powiedzieć coś po prostu, bez silenia się na stwarzanie  bez przerwy  c a ł k i e m   własnej rzeczywistości i osobowości. A co! Ten fizyczny, ogólnohistoryczny wszechświat nie jest mój własny? Dlaczego   s t a l e   miałbym się od niego odgradzać, dystansować! Dzielę wszak – a to z takimi dumnymi postaciami jak, wydumani prawdopodobnie przecież też przez Kosmiczną Myśl, a więc kto wie, czy po prostu nie przeze mnie, Donald Tusk czy Jarosław Kaczyński – zgryzoty i olśnienia prawowitego uczestnika historii! Jak ja, autystycznie skrupułami wprost przepełniony, usiłuję słabszych dziś aktorów tej sceny (w tym siebie) podnieść do stanu artystycznie sprawnych, tak psychopatycznie pozbawiony skrupułów Adolf Hitler gruntował się w swoim nieprzejednaniu wobec nienawistnej mu połowiczności – w celu tym prędszego i skuteczniejszego oczyszczenia sceny świata z aktorów według niego nieprofesjonalnych. Wszystko po to, ażeby oglądające nas z nieba gwiazdy miały wreszcie widowisko godne ich katorżniczego trudu wiecznych włóczęgów, na którym  – być może – wspiera się wszelkie istnienie. Pomawianie Boga o grzech stworzenia podobnego monstrum spróbujmy oddalić stwierdzeniem, iż żeniaczka z bytem to sprawa brania  partnera z całym dobytkiem jego inwentarza. Są prawidła, co do których trzeba się stosować; inaczej urodzi się nowy Hitler. Innymi słowy – do was mówię, wszyscy kiedykolwiek przez kogokolwiek pokrzywdzeni! – sami sobie własne nieszczęście zawiniamy. Trzeba zakasać rękawy i wprawić przeciwnika w zakłopotanie wyłożeniem, jak dalece się myli, podchodząc do nas jako do aktorów rzekomo bezwartościowych. Hitler? Cóż, człowiek zapewne nieszczęśliwy, lecz widocznie nie widzący powodu, by inni cierpieli mniej niż on, i dlatego innym cierpienie zadawający. A  komunistyczny superdespota Józef Wissarionowicz Stalin?  Może chaosu rozbojów, pijaństwa, rozpusty, głodu i wszelkiego zniszczenia, w jaki w jego czasach popadła ogromna, a więc siłą rzeczy trudno sterowalna, Rosja, nie sposób było opanować drogą inną niż terror. A może po prostu lubił mordować i byłby bez mordu jak pijak bez wódki. Mówiłem, że w życiu spotykały mnie rzeczy zobowiązujące do wdzięczności. Stalinowi nie przyszłoby do głowy czegoś takiego brać pod uwagę. „Wdzięczność jest to cecha psów” – wywiódł z dostępnych mu źródeł językoznawczych. Zapewne przy moim, dosyć chyba ograniczonym, wpływie na przebieg dziejów byłoby bardziej stosowne porównywać się z sąsiadem-rencistą czy kolegą-sprzedawcą cukrowej waty aniżeli z takimi, co wiele w historii narozrabiali. Niemniej nie tracę wiary w przemożność mych zgryzot. Dzielę je z takimi, których nazwiska symbolizują w schorowanych oczach erudytów dziedziny – sam nie wiem, czy nie inne niż ta polegająca na wypowiadaniu bez zająknienia słów wprawiających w osłupienie – już to wielkością zarysowywanych celów bez względu na środki, już to rujnującą kraj wielkością środków bez oglądania się na cel. Często badaczy struktury i mechanizmów dziejącego się wszechświata cechuje ciekawość – jako wartość sama w sobie. Jeśli dokumentowane stosownymi tekstami o cechach profesjonalizmu zajmowanie się tym tematem przynosi w dodatku grosz, to jest już zupełnie świetnie. Jednak wśród ludzi kreatywnych intelektualnie rzadko kiedy spotkamy optymistów co do biegu badanej rzeczy; chociaż budzący nadzieje jest już sam fakt jej poznawalności, z zasady optymistami są raczej jedynie kreatywni nogopiłkarze, zwani z cudzoziemska futbolistami. Futbolista zaś nie pchnie bryły świata nowymi tory (czego przecież najbardziej byśmy chcieli), jego kreatywność albowiem zaczyna się i kończy tam, gdzie wyznaczono linie autowe boiska. Natomiast biadolący o niezażegnywalności nieszczęścia ludzkiego intelektualiści ucieczki od przysłowiowego ganiania w piętkę nie znajdują, ich zadaniem bowiem, jak to ujął w imadło aforyzmu polski pisarz Witold Gombrowicz, nie jest rzekomo rozwiązywanie problemów, tylko takich stawianie. Tymczasem bohater znanej dzięki przymusowi szkolnemu powieści Stefana Żeromskiego, Tomasz Judym, ogłaszał kogóż za mózg społeczeństwa – mający dane z powodzeniem dbać o całość tego zespołu organów, nad którą mózg ów sprawia organiczne przywództwo  - , czyżby stan lekarski? Niezręcznie byłoby Żeromskiemu wprost powiedzieć, że w tej roli widzi wyłącznie pisarzy, toteż zaufał tutaj domyślności czytelnika – jak się okazało, bardzo na wyrost. Polonistka w ogólniaku moją domyślność, którą wyłożyłem w pracy semestralnej,  potraktowała czwórką oraz dopiskiem „temat wnikliwie opracowany”.  Obśmiewa się gdzieniegdzie podstawowe przecież dla literatury pytanie „co autor chciał nam przez to powiedzieć”, stojąc na stanowisku, że jakby chciał powiedzieć coś innego niż to, co  mamy niby w tekście literalnie wyłożone, toby powiedział to wprost, ponieważ zawodowy literat jest specjalistą od nadawania myśli precyzyjnego wyrazu i ani mu w głowie ryzykować wystawienia się na niebezpieczeństwo, że będzie przez czytelnika zrozumiany opacznie. A przecież o to chodzi, że nawet trzymający w ryzach słowo, które kieruje w końcu do wielu świadomie, wyraziciel niesformułowanych dotąd paradygmatów (czyli przeczuć pretendujących do rangi dogmatu), jeśli jest poczytalny, to zawsze musi liczyć się z historyczno-sytuacyjnym kontekstem, w jaki wpisuje swą propozycję. A co dopiero objawiający swoje odkrycia myśliciel, który o wymiar takich prawdziwości zaledwie się modli! Tak czy inaczej, życie człowieka to sprawa nie tylko samego byczego zdrowia, jakie temu pierwszemu, po nieuniknionych z czasem rozregulowywaniach, przywraca lekarz. Lekarz jest powołany do zarobkowania korygowaniem błędów, w jakie popada, na skutek wadliwego rządzenia samym sobą, ludzki organizm. Próbuje też odwlekać – czyhającą na tenże organizm „bez obawy, że mogłaby się nie doczekać” – jego śmierć, która jakoby musi wyniknąć z zestarzenia się, czyli zużycia się, tego zespołu organów, o ile nie przyśpieszy jej inny czynnik. Otóż sądzę, że ten „inny czynnik” właśnie powinien rozbudzić pozostające od milionów roków w letargu (a może nigdy dotąd nie rozbudzone?) funkcje autoregeneracyjne ludzkiego ustroju! Kury znoszącej przysłowiowe złote jajka nie przeznacza się na rosół. Wierzę, że kiedy człowiek zacznie (i nie ustanie po tym dobrym debiucie) produkować koncepcje na miarę potrzeb kosmosu, też, jak ta kura przez hodowcę, będzie przez tenże  kosmos uwolniony od swego, dotychczas ze smutkiem uznawanego za ostateczne, przeznaczenia. I tak, poważne zamiary wobec kobiety (obok stu innych wprawdzie rzeczy) wykaże sensowny mężczyzna dopiero wtedy, gdy ma sprawdzone, że ona dobrze się prowadzi. Prowadzenie – sterowanie, sprawdźmy tę hipotezę. Bo może to właśnie dobra wreszcie jakość sterowania poczynaniami ważnego zbioru bytów poszczególnych każe zainteresować się nami poszukującemu dobrego wzoru dla siebie Kosmosowi? Otóż sterowanie okrętem, na którym ku wyśnionej przyszłości płynie ludzkość, czyni polityk, do władzy doprowadzony drogą własnoręcznego wyeliminowania z rozgrywki wszystkich innych do władzy pretendujących. Bywało, że swoim konkurentom własnoręcznie podrzynał po prostu gardła. Dzisiaj, gdy na narody szeroko rozlał się starogrecki wynalazek zwany demokracją, pretendujący do sprawowania najwyższego urzędu w państwach zabiegają o głosy wyborców drogą głoszenia mów, którymi czarują tłumy. Pokonywanie przeciwników jest wrodzoną potrzebą i satysfakcją wszelkich organizmów żywych (co dotyczy też zaledwie  o ż y w i a n y c h   – a to wolą ich obywateli – organizmów państwowych), niech więc nikogo nie dziwi, że te jednostki, które do władzy w trudach się dorwały, trzymają się jej jak przysłowiowy rzep – psiego ogona. Z pozycji władcy (wysoko!) są do zaobserwowania najpiękniejsze widoki, ale to nie jest tylko to. Na tej pozycji rozgrywasz albowiem partie najbardziej spektakularne, gdzie pokonywanie przeszkód i przeciwników nie jest wprawdzie łatwiejsze niż gdziekolwiek indziej, lecz gdzie smakuje jak dorsz w panierze, podczas gdy gdzie indziej musiałbyś zadowolić się nagim śledziem. Możesz też przegrać. Pretendujący do władzy są jednak nauczeni wygrywać; inaczej przepadliby w prawyborach. Mimo to trzeba odwagi, żeby stanąć do boju, w jakim skupia się cały ładunek wszechludzkich nadziej, albowiem los polityka, który tak wielu nadzieje zawiódł, zaiste jest opłakany. Choć pewnie, że nie wszyscy chwytający za broń muszą być w stu procentach przekonani, że, wychodząc w pole, będą bronić sprawy aż tak dobrej. Też i zwierzęta walczą o własne przetrwanie na śmierć i życie, a raczej nikt nie powie, że jest to wydarzenie, którego pamięć pójdzie w pokolenia. Ważne,  k t o  poważa się na śmiertelny bój, chociaż też pytanie, czy starcie decydujące o naszym „być albo nie być” musi się rozegrać w stanięciu z przeciwnikiem oko w oko, czy wystarczy tutaj konfrontacja zaoczna, na jaką z przeciwnikiem możemy się umówić – od lat przecież nie schodzi z ust temperamentów co ślamazarniejszych.  Mawiają nieraz psycholodzy: „ażeby sprawnie funkcjonować w jakimkolwiek układzie, musisz pokochać siebie”. Zwykle jednak zapominają dodać, że także siebie przecież pokochać można wyłącznie   z a    c o ś .  Nie wystarczy tu, choćby nawet najsensowniejszy, nakaz i podporządkowanie się jemu. Czymś, co zapewnia pokochanie siebie, jest odniesienie zwycięstwa nad kimś lub nad czymś.  Rządzący kimś więcej niż sobą (chociaż wymóc na sobie zrobienie rzeczy dla siebie dobrej lub powstrzymanie się od zrobienia rzeczy dla siebie złej – bywa bodaj czy nie trudniejsze) już zaś poniekąd sobie zaimponował, świadomy, że praca jego mózgu eliminuje kreatywny wysiłek innego mózgu, który od tej pory jest już tylko stacją przesyłową produkowanych w jego mózgu dyspozycyj. Ludzie, realistycznie oceniający swe możliwości intelektualne i mentalne („czy to ja posiadam mentalność przywódcy!…”), choćby zwierzę ambicji wierzgało w nich jak kastrowany wybitny reproduktor, częstokroć są pogodzeni z pełnieniem przez siebie roli podrzędnej. Wystarcza im to, że polityk niekiedy się wyłoży, dopuściwszy się skandalicznych machinacyj, o czym doniesie doceniająca potrzeby zwykłych ludzi brukowa prasa. „Należę do ludzi zwykłych – powie sobie lub kumplowi taki kontemplator cudzych potknięć – , lecz podobnie jak ten ważniak nigdy bym się nie ześwinił!…”. Zawsze chodzi o to (owszem, i mi w tej chwili!), żeby zaznaczyć własną chwilową wyższość nad kimś drugim. Także systemowa ustępliwość tak naprawdę prowadzi do tego taktycznego celu. I to dobrze, że tak jest, zważywszy, iż (jak na razie?) nie ma drogi innej do osiągania celu strategicznego: by w końcu nad wszystkimi górować zaczął wreszcie Najwyższy. Najwyższy albowiem, kiedy jest nie na swoim miejscu (najwyżej), nie ma przysłowiowych szans na wykazanie się swoimi walorami – podobnie jak samochodowe koło kierownicy, które pomyłkowo lub wskutek złośliwej manipulacji wmontowano pod błotnik jako koło jezdne. Na niewłaściwym sobie miejscu będzie On kimś mniej użytecznym nawet aniżeli nie mający żadnego hobby rencista. Pragniemy, żeby wszystko było na swoim miejscu. A jest wielu przekonanych (czyżby wszyscy się mylili?), że wszystko będzie na swoim miejscu, gdy na pierwszym miejscu będzie Bóg. A co do naszej sytuacji. Otóż dzisiaj zmuszeni jesteśmy pogodzić się z tym, że nie obejmuje nas nic więcej niż nieustanny rozwój, który w momencie swego optimum się  nie zatrzymuje. Po osiągnięciu swego optimum rozwój tedy przebiega nadal, a  charakterystyczne dla nas rysy pogłębiają się jeszcze, robiąc z nas coraz to szpetniejszą karykaturę. Taka jest natura rozwoju: od niedorysowania – poprzez dorysowanie – do przerysowania. Ciekawe, czy w (tak pożądanej ze względu na brak innej drogi do stacji ‘wieczna młodość’) regulacji tendencyj rozwojowych odnotujemy postęp. A rozwój i postęp to nie jest jedno i to samo. Możemy bowiem pysznie się rozwijać (jak rolka papieru toaletowego) i nie uzyskiwać postępowej przemiany! Bo na przykład z ziarna, przechodząc kolejne stadia rozwojowe, rozwija się roślina, by w końcu osiągnąć dojrzałość, to jest zdolność produkowania takich samych ziaren jak to, od którego sama rozpoczęła swój rozwój. Tymczasem postęp stanowi wykroczenie poza ten, mający wszelkie cechy przysłowiowego błędnego koła, cykl programowy, poza ten martwy, bo omijający możliwość właśnie postępu, schemat. Wykroczyć poza znajome ścieżki na teren dotąd nie eksplorowany albo dostrzec znanego terenu nie eksplorowany dotąd aspekt może prowadzić tak do wzbogacenia naszej bytowości o nowe funkcje (bądź wykreowania nieznanych wcześniej możliwości w obrębie funkcyj dawno niby w całej rozciągłości poznanych) – jak do ostatecznej katastrofy lub przynajmniej do odczuwalnego uszczuplenia skarbca naszych doznań. I tu dochodzi jeszcze konieczność rozróżnienia, czy jesteśmy tylko pasywnymi adresatami przesyłek, w których doznania się wtłacza, czy aktywnie doznania te obmyślamy, produkujemy i aplikujemy. Nie namawiam tutaj bynajmniej do przedsiębrania kroków w celu wywołania w tak zwanym ludzkim gatunku zmian biologiczno-ewolucyjnych. Człowiek jednak ma to do siebie, że produkuje nie samo jedynie własne biologiczne potomstwo, które, w obliczu nieuchronności następowania w nim, po nie za długim okresie dojrzałości, procesów starzenia i śmierci, ma go zastąpić. Człowiek produkuje też dzieła kultury i cywilizacji. Te ostatnie powstają z zamysłu kierowania ludzkich zapędów w stronę nadawania naszemu życiu stylu, który promuje postawy etyczne, sprzyjające społecznej samoorganizacji, naszemu zdrowiu, naszemu rozwojowi duchowemu i cielesnemu, wyważonemu stosunkowi naszego krytycyzmu do naszego entuzjazmu, rozpoznawaniu przez nas niezgłębionych tajników ludzkiej natury i natury rzeczy w ogóle, rozsądnemu korzystaniu z tej wiedzy. Ale te dzieła kultury i cywilizacji mają być czynnikiem nie jedynie przecież wychowującym! Nie jedynie testamentem pozostawianym dla pokoleń wchodzących przez pokolenia odchodzące! Dobrze jest pokazywać młodym, że wywodzą się z zasłużonych dla faktu, iż słowo „człowiek” brzmi dumnie, rodów, a jak nie to, to z wojowniczego ludu. Dobrze bowiem jest budować tendencję niezaprzestawania wysiłków w sytuacji, gdy opór rzeczywistości będzie nas przecież nękał zawsze i , kiedy w naszej drodze ustaniemy, pochłonie nas jak morskie sztormy – dryfujący okręt. A wtedy jakaż siła przeciwstawi się bezmyślnemu i ślepemu mechanizmowi, pobawionego ambicji przekraczania barier, przeznaczenia? Do zaspokajania potrzeb, poza człowiekiem, wszystko dąży najprostszą drogą; sięga po to, co osiągnąć najłatwiej. A czyż, omijając, trudną nawet do sformułowania, szansę wyznaczenia roli do odegrania w teatrze wszechświata przez ludzkość, możemy liczyć na to, że materia, która pozostanie w tymże wszechświecie po nas, uformuje się w ciała wietrzące we wszechświatowej przyszłości choć ciut mniej, niż to robią nasze ciała teraz, bezproduktywne cierpienie? Bo jeśli to wszystko ma kiedyś ustać, to wszak zaraz potem rozpocznie u stóp góry mogącej nie mieć ostatecznego szczytu, a na którą teraz jeszcze wspinamy się na pewnym stopniu zaawansowania, Syzyfową wspinaczkę. Przetarty raz szlak ma to do siebie, że suną nim i następne ekspedycje. A więc, jeśli nie pójdziemy nim dalej, tylko zwątpimy i fale czasu zniosą nas do punktu, gdzieśmy się jako świadoma część wszechświata rodzili, rozpoczniemy swą wędrówkę i będziemy ją kontynuować identycznie jak poprzednio. Wzywam tedy swoich braci w człowieczeństwie do zdwojenia wysiłków w dziedzinie ukazywania   t e g o   świata sensowności i    t e g o   świata czynienia sensownym, ponieważ w przeciwnym razie spłynie na nas niewola „powtarzania roku” w tej szkole dziejów. Na cierpienie (co prawda, z towarzyszeniem ekstatycznych uniesień) jesteśmy skazani tak czy owak. W naszej jednakowoż gestii pozostaje nadal wybór, czy będziemy cierpieć produktywnie, czy – bezproduktywnie. Jeśliby zaś cały dorobek uzyskany w toku produktywnej pracy miał pójść koniec końców na zatracenie? Cóż. Gdybyśmy znali swoją przyszłość tak choćby dobrze, jak z zachowanych śladów poznajemy swą przeszłość, życie stałoby się dla nas zapewne nieprzerwanym pasmem udręk. Tak, przynajmniej nie wiemy o złu, które nas czeka, o ile da się powiedzieć, że krok tysięczny na naszej drodze jest zdeterminowany już przez sposób postawienia na niej pierwszego kroku, a z samej, jedynej możliwej do pomyślenia, koncepcji stworzenia można wywieść bezbłędnie, co do najdrobniejszego szczegółu, cały, nawet jeśli ma on nie mieć kresu, dziejowy proces. Nie wiemy wiele o naszej przyszłości, żyjemy w jej niepewności i to właśnie, wbrew tym, którzyby chcieli wszystko mieć przewidziane, stanowi o jej atrakcyjności. Bezpieczeństwa urok znika, gdy zabraknie tuż – ryzyka. Wprawdzie bywa, że po raz drugi oglądamy filmy, które się nam spodobały; że po raz drugi i trzeci zaczytujemy ulubioną książkę. Wtedy wręcz oczekujemy na sceny, co do których udatności szczególnie jesteśmy przekonani lub które wywarły na nas wrażenie niezatarte i chcemy ten odcinek przedstawienia przeżywać po wielekroć. Tu jednak tkwi niestety zalążek niebezpiecznego dla zdrowej żądzy wkraczania w dziewiczość – resentymentu. Zapewne zawsze istnieją, i dla naszego (a w konsekwencji i powszechnego) dobra powinny istnieć, przesłanki dla wyróżniania przez nas jednych wartości (i takich wartości nosicieli) kosztem drugich, trzecich, dziesiątych oraz tych, jakich nie mamy serca ani powodu wliczać w poczet rzeczy branych pod uwagę. (Chociaż możliwe, że i te ostatnie o wliczenie w ów poczet kiedyś się dopomną). Zwykle wszak spośród wszystkich kobiet na świecie wyróżniamy szczególnie własne żony, zaś ze wszystkich rodzajów aktywności – nasze zajęcia zawodowe. Wyróżniając jedno, pomijamy drugie. I tu dochodzi do (pozornie?) nierozwiązywalnego kłopotu. Jak bowiem być sprawiedliwym (jakim być może dopiero człowiek dbający o wszystkich swoich bliźnich na równi) i jednocześnie przeżywać miłość z wybranką (jedyną osobą, dla której pięknie jest „rzucić cały świat”)? Ha, ten problem moralny już rozpatrywałem, podsumowując, że nie sposób w konsekwentnym systemie pogodzić wszystkich wartości uznawanych za pozytywne. . Teraz do drzwi mej świadomości dobija się myśl, że to, co „uznawane na pozytywne”, może takim w istocie wcale nie być.

[cdn]