marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 20th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 40

Wypowiadać tylko przewidziane konwenansem formułki, nie sięgając do środków, jakie mogłyby przeciwnika rzeczywiście zwyciężyć (czyli uciemiężyć), jest to gra pozorów, w wyniku której gracze rachitycznieją, stając się pastwą innych graczy, a to graczy zaprawionych w ciężkim boju, gdzie nie zakazuje się ranić głębiej, tylko wprost się mówi: zabij, zamorduj, zwycięzców się nie sądzi. Życie jest wtedy, kiedy jesz; twoja śmierć zaś to sytuacja, kiedy jesteś jedzony. Wszystko temu, który uciemięża, zniewala, pożera; uciemiężani, zniewalani i pożerani sami sobie winni, że nie zdobyli się na morderczy trening, jakiego uporczywe odbywanie dało twoim przeciwnikom sprowadzić ciebie do roli wieprzowego kotleta, który zjedzą, aby jeszcze bardziej się umocnić! Bez strachu przed wizją własnej przegranej, mającej oznaczać nie co innego tylko twoje fizyczne unicestwienie, kto znalazłby determinację do ciężkich robót, które sprawią, że staniesz do boju nie słaby i nie bezbronny! Całkowite wyrównanie potencjałów, likwidacja różnic gęstości, cieplności oraz stanów naergetyzowania elektrycznego i elektromagnetycznego zmagających się między sobą poszczególnych obszarów wszechświata oznacza koniec ruchu w nim. Brak zmian (bez których jak mówić o historii?) to zaś nie tylko historyczny niebyt, to niebyt absolutny! Spopielenie papierosa, uczynienie go w toku utlenienia wysuszonych i rozdrobnionych tytoniowych liści popiołem, spowodowało raz na moich oczach wyjście z tegoż popiołu kilku żywych mrówek, które niosły na swych grzbietach po jednym mrówczym jaju, więc może podobnie wszechświat, wygasnąwszy, będzie się zawsze jakoś odradzał. Ale czyż my, ludzie, mamy na to pozwolić, by do wygaśnięcia wszechświata – i tu pytanie, po raz który! – doszło? Czyż nie szkoda nam tylu zwycięstw nad głoszoną przez defetystów niezbadalnością jego natury, czy choćby tylko natury nas samych?! Czyż nie szkoda naszej ogromnej wiedzy o daremności podążania tyloma błędnymi ścieżkami?! Równość społeczna jest – być może – takim samym, niosącym rodzajowi ludzkiemu zgubę, celem naiwnych, aczkolwiek w razie braku przeciwdziałania groźnych, zapaleńców – jak wyrównanie potencjałów w przypadku zróżnicowanego, i dzięki temu dziś jeszcze funkcjonującego, wszechświata. A więc może, zamiast dążyć do społecznej równości, należy istniejące dysproporcje pomiędzy ludźmi – pogłębiać? Dysproporcje nie jedynie majątkowe, ale i prawne? Dysproporcje w stopniu wykształcenia, wyżywienia, dostępności do dóbr kultury, możliwości wykonywania niosących prestiż i najbardziej niezwykłe satysfakcje zawodów? Bo jeśli przez krach świata na skutek nadania mu złego kierunku trzeba będzie zaczynać wszystko od początku, to skąd czerpać pewność, że i ten kolejny raz nie zostanie sfinalizowany podobnym fiaskiem?! Jak nie teraz, to kiedy? Czy po 1410-tym powstaniu z popiołów Fenix wszechświata będzie lepiej dysponowany niż był przy pierwszym? Czyż mielibyśmy, po wtóre, najusilniej, jak to w ogóle pozostaje w naszej możności, powstrzymywać się od myślenia, żeby lepiej myślało się Bogu, który jako jedyny ma szansę zbawienia wszechświata od tej nieszczęsnej dziejowej czkawki? Wielu poważnych prognostów głosi rychły kres cywilizacji białego człowieka i wkrótce po nim, kiedy to przewodnictwo w stawce przejmą dalekowschodni Azjaci, kres cywilizacji człowieka w ogóle. Ludzie, nie zmuszani stale przez dawniejszych tak zwanych naturalnych wrogów (jak dinozaury, epidemie czy kataklizmy klimatyczne) oraz ducha wojennego współzawodnictwa narodów (który jest wypierany przez coraz modniejszy, zasiewany wokrąg przez wymownych cherlaków – pacyfizm), zyskawszy środki techniczne na prawie bezwysiłkowe otrzymywanie pożywienia, zmieniają się w, zdolnych najwyżej wcisnąć taki czy inny klawisz uruchamiający odpowiednią maszynę, darmozjadów. Niemobilizowani większymi trudnościami, ulegają zaistniałej jako możliwość realna pokusie ułatwionego życia i wyrodnieją. Naturalna potrzeba walki nie wygasa. Lecz masy, zamiast samemu uczestniczyć chociażby w rekreacyjnych turniejach gry zwanej ping-pong, uruchamiają telewizor i realizują potrzebę   s w e j    walki    s w o i m   (a jakżeby inaczej!) opowiedzeniem się po stronie jednego z dwóch walczących, widocznych na ekranie bokserów!

Podobnie bywa i z instynktem reprodukcyjnym, który, jakkolwiek nadal silny i niezbywalny, coraz częściej i powszechniej przenosi się w sfery wzbudzania go i rozładowywania nie w toku realnego zbliżenia mężczyzny z kobietą, tylko tam, gdzie drogą zapełniania pustki po wyeliminowanym wielkim uczuciu wtoczyła się pornografia. I tu bynajmniej nie piętnuję własnych czasów! Ani Boga, który mógł jakoby stworzyć nas lepszymi. Zepsucie stanowi naturalne następstwo każdej mocno posuniętej dojrzałości, a zło w ogóle (do spółki z dobrem) zbudowało nam byt i możemy je co najwyżej przepchnąć w inne bytowe dziedziny czy inne bytu aspekty, nie zaś ostatecznie i zewsząd, kędy stąpamy i kędy wędruje nasza myśl, go się pozbyć. Skoro jednak twierdzę, że zło jest nieusuwalne, a dobro zawsze pozostaje w jakimś uzależnieniu od zła, to o co mi chodzi? Czy chcę wykazać daremność wszelkich prób, będącej przecież od wieków motorem najistotniejszych działań ludzkości, walki dobra przeciw złu? Skoro zło jest przesuwalne, ale nie usuwalne, to jest można je zepchnąć na innych lub przesunąć je na własne lata późniejsze, ale w żadnym razie całkowicie ubezpieczyć się przed nim, to gdzie odnaleźć uzasadnienie dla zmagań o zwycięstwo absolutne? Takie, dzięki któremu raz na zawsze będzie można mieć spokój ze wszelkimi przekleństwami? Ha. Obietnicę raju głosili ludzie, którym do głowy nie przyszło, że nieobecność zła oznacza w praktyce brak powodu do jakiejkolwiek aktywności. Bo na przykład. Głód jest złem. Lecz gdyby nie on, ktoby ruszył przysłowiowym palcem, żeby poczynić kroki w celu jego zaspokojenia? Śmierć także jest złem. Lecz gdyby nie ona, gdzie miałby odnaleźć swoje miejsce, stawiany przecież za wzór do naśladowania i aktywny jak chyba nikt inny na polu zadawania śmierci właśnie, bohater? Wyprowadzenie wszechświata na wolne wody z zaklętego kręgu wiecznych nawrotów zlikwidowałoby wielkie zło jednego typu. Lecz zarazem przysporzyłoby kłopotów typu innego. Pojawiłyby się bowiem wówczas inne problemy. Gdzie bowiem tryumfuje dobro, tam zaraz pojawia się jego antyteza. Byt bowiem, jakkolwiek stworzony przez wszechmocnego Boga, który jest ponad wszelkim prawem, mógł zaistnieć jedynie jako konstrukcja symetryczna. A więc niby jak mieć Stwórcę za wszechmocnego, jeśli nie był w stanie wyjść poza własne stanowienia (bo niewątpliwie zbudował nie tylko świat, ale i prawa kreacji)? Cóż. Bóg jest ponad prawem na tej zasadzie, że może je lekceważyć. Jak znudzona własną urodą, której doświadcza w przeróżnych zwierciadłach, lusterkach oraz w podziwie obserwatorów i obserwatorek zbyt często, by mogło jej to nie spowszednieć, piękna kobieta. Lecz tak jak owa kobieta Bóg od swoich właściwości nie ucieknie, ani swych właściwości nie zatraci. Jest niby ponad prawem, lecz tak naprawdę prawo samym sobą stanowi, prawem tym jest sam. Jakże by to miało więc być? Wszechmoc miałaby obejmować moc samozaprzeczenia? Samounicestwienia? Dowodem wszechmocy miałoby być „także” wszechsłabość? Otóż historię się notuje, gdyż prawda, w przeciwieństwie do ponadczasowych praw, jest kategorią historyczną, czyli pokazującą, co farbami tych praw faktycznie na szkle czasoprzestrzeni namalowano. I właśnie historycznym faktem jest, że Bóg dowiódł i niemożliwego: był w stanie zaprzeczyć swemu życiu i przez 3 dni, umarły, leżał w grobie. By następnie samemu powstać z martwych, tak jak sam przed bodaj piętnastoma miliardami roków świat stworzył!  Tak czy inaczej, szczerze powiedziawszy, wolałbym teraz odpowiedzieć Murzynowi, który mi nabluzgał, ciosem pięści, a nie pieszczotą słowa. Ale to by było świadectwem, że przyjmuję narzucony mi przez niego sposób walki czy interakcji, co równałoby się uznaniu za prawomocny takiego rodzaju argumentowania, do jakiego  o n   mnie namówił. Tymczasem mi zależy, żeby i tutaj wyakcentować  m o j e  własne „ja”. Nic. Przechodzę znienawidzonym korytarzykiem do sali stołówkowej, teraz pozbawionej odwiedzających, gdzie zajmuję miejsce przy jednym ze stolików. Będę rysował, czego nie robiłem od bodaj kilkunastu roków. O dziwo, praca idzie mi wyjątkowo dobrze. Poczucie piękna mam, jak to się mówi, we krwi i rękę, która, jakkolwiek zawodzi w grach zręcznościowych, słucha się kreowanego w ośrodkach mózgowych wyobrażenia. Nie jest to z mojej strony jakimś czczym samochwalstwem – bez znaczenia dla logiki toku niniejszej quasipowieści, co zaznaczyłem przed chwilą. Nawet bowiem widząc naocznie moje portrety i akty, a nie tylko znając je z opisu, moglibyście, drodzy czytelnicy, bez mojej sugestii nie wpaść na to, że są one dziełami tak zwanej pierwszej próby. Łatwo rozpoznajemy błąd, natomiast to, co bezbłędne, uznajemy za ‘zwyczajne’. I tak powinno być. Tym niemniej klasę danego obiektu oceniamy przez odniesienie jej i porównanie ze stopniem doskonałości, jakim cieszy się (lub martwi) obiekt standardowy w danej dziedzinie. To chyba raczej nie moja wina, że standardy z wszystkich epok tworzenia i wystawiania przysłowiowych sztuk pięknych, choć pretendują do miana zwyczajności, są w rzeczywistości, tylko rzadko kiedy obiecującą postęp ku doskonałości, partaniną. Co by jednak nie mówić, dzieła sztuki (nie jedynie plastycznej) powstawały i powstają po to, by pozostawić potomnym pomniki, w miarę możliwości technicznych artysty wierne upamiętnienie tego, co musiało lub musi przeminąć, czyli rozpaść się w gruz i w popiół; tych, którzy mając przez kilkadziesiąt roków charakterystyczny tylko dla siebie cielesny kształt, oryginalny i niepowtarzalny sposób brania się do dokonań wszelkiego rodzaju i typu, przeprowadzania ich i finalizowania, musieli lub muszą zatracić w końcu swą cielesną odróżnialność i zdolność do dalszych dokonywań. Pozostawanie w pamięci potomnych poprzez utrwalenie śladu własnej osobowości – czy to w napisanym przez ciebie literackim tekście, czy w posągu sporządzonym przysłowiową ręką rzeźbiarza, który twoje żywe ciało odwzorował na wieki w kamiennie nieruchomym ale wymownym geście życia – stanowi naturalną wszelkiemu stworzeniu potrzebę indywidualnej nieśmiertelności. Że jest to wysoce niewystarczające, wiemy lub przynajmniej przeczuwamy. Tak było dotąd i tak jest teraz. Jak będzie wówczas, kiedy zadziała czynnik oznaczany dziś mianem Niewiadomego, oczywiście nie wiadomo. Piszę się być wizjonerem, w związku z czym mam swoją koncepcję rozwoju sytuacji, w jakiej, po rokach  i tysiącroczach panowania porządku zaprowadzanego mieczem, znalazł się, maltretowany już inaczej, a to mianowicie wszechobecną informacją, człowiek. Otóż uważam, że gromadzenie wiedzy, o którym powiada się zagadkowo, że jest zajęciem „szlachetnym, ale bezużytecznym”, stanowi historyczny trend stanowczo do spożytkowania. Otóż wiedzę, podobnie jak kobietę, można spożytkować na sposób moralny, albo amoralny. „Amoralny” to jednak przymiotnik w tym przypadku wyprowadzony od rzeczownika nie „amor” , czyli „miłość”, tylko „amoralność”. Zresztą, rdzeń „mor”, w naszym języku znany bardziej jako „mór”, a oznaczający ‘czynnik niosący śmierć’, kiedy zostanie poprzedzony przedrostkiem „a”, oznaczającym zaprzeczenie, stanowi trafne oddanie istoty miłości. Jest to doprawdy doznanie nie tylko ‘miłe’, ale w szerszym przecież sensie będące ‘czynnikiem  n i e   niosącym śmierci’, zatem ‘unieśmiertelniającym’. Czy wiedzę (jak kobietę) uczynimy naszą przyjaciółką, pomocnicą i natchnieniem, a nie jedynie biologicznym narzędziem rozrodu, tym bardziej zaś antybiologicznym cynicznym uprzyjemniaczem – poprzez oszukiwanie organów mających dawać przynajmniej życie, nie zaś tylko, wyseparowane zeń, „szczęście” – , zależy od nas, myślących mężczyzn; wśród kobiet filozofek zasadniczo nie napotkamy. Sami widzimy, jak dalece niewystarczające dla wielu milionów par jest dzisiaj prowadzenie spółkowania płciowego bez możliwości okraszenia go płodem (‘płeć – płódź’; uważacie może, że zbieżność brzmieniowa dwóch tych jakże brzemiennych treścią słów nie przekłada się na zbieżność znaczeń?) – z winy tej okoliczności zapewne, że zanika dziś, silnie dotąd akcentowany, rozdział na to, co z natury męskie, i co z natury żeńskie. Bo weźmy szalone dziś powodzenie samej metody zapładniania metodą ‘in vitro’. To życie warto traktować poważnie. I powiem więcej.  Jezusowe „nie wódź nas na pokuszenie”  czyżby miało oznaczać zakaz prokreacji? Otóż nie. Mam wszelkie dane, by przypuszczać, że tak oto dawał wyraz swej dezaprobaty jedynie wobec prostytucji i jeszcze może wobec rozwiązłości. Naiwna miłość i wyrafinowany cynizm w traktowaniu tej sfery życia ludzi to alternatywa, gdzie Jezus zdecydowanie opowiadał się za tym pierwszym. Kiedy człowiek ciężko fizycznie haruje za dnia, u progu nocy zasypia łatwo i ani mu przemknie przez głowę, że mógłby się masturbować. Ułatwienia cywilizacyjne spowodowały, że to straszne niebezpieczeństwo autodegeneracji stało się realne i ażeby mu zapobiec ustanowiono instytucję płatnych pieniądzem usług, które – czymś zdrowszym od strony samej biologii niż onanizm, choć zarazem bardziej niż onże chorym od strony metodologii uczuć – zaspokajały zwiększone apetyty. ‘Pro-stytucja’, czyli rzecz ‘dla utrzymania stanu istniejącego’ – nie jest to bynajmniej samo zło. Podobnie jak samym dobrem nie jest bezwzględna wierność wybrance czy obranej idei. Dalej. Moralność tak samo to nie nakaz, by powstrzymywać się od niebezpieczeństwa wyjścia poza ‘niewinność’, ‘nieskazitelność’. Tylko nakaz, by w swoich działaniach tak kobietę jak wiedzę zatrudniać. To bezmyślność albowiem, odcięcie się od ożywczych źródeł poznania i życiodajnych tchnień czucia – jest grzechem nad grzechami! Życie zostało nam dane i dane nam zostały przykazania, jak w jego obrębie postępować – ażeby odpowiadało to upodobaniu bożemu. Jednak przecież i  „upodobanie boże” jako ostateczna instancja wspiera się na czymś, czy raczej jest niesione –  wizją jakiejś perspektywy. Życie chyba nie może być byle jakie (nie może być w nim miejsca na przekraczanie krytycznego progu dowolności), ażeby móc być nieśmiertelnym, a właśnie to ostatnie – jak wszyscy wiemy – założył Bóg jako swój generalny zamysł. Co zaś do sławetnego dziewictwa Bogurodzicy, to skąd o nim  mowa w modlitwach? Podejrzewam, że po prostu o to tu chodzi, że ustanawiającemu ten dogmat papieżowi zdawało się, iż trudno o rzecz bardziej niesłychaną, gdy poszukujemy cudu  dotyczącego kobiety, bardziej niemożliwą do pomyślenia. Cudowność albowiem to jedyny powód do czci, a miarą tego, że papież jest dobrym gospodarzem swojej owczarni, pozostaje ewentualny fakt, iż ją wzmacnia. (Żeby na Księżycu zmówić „Ojcze nasz” i „Zdrowaś, Mario”, takiego cudu doczekaliśmy się dopiero w naszych czasach).  Z Nowego Testamentu wiemy, że Jezus miał braci i siostry. Teologowie utrzymują do dzisiaj, że było to Jego rodzeństwo cioteczne. Jakżeby bowiem ‘Maryja, zawsze dziewica’ mogła posunąć się do ‘zdrady łoża’ wobec Boga, ojca Jezusa! Dogmat o jej wiecznym dziewictwie miał tutaj wszelkie wątpliwości – i to zagrywką nader ofensywną! – usunąć. Jak się powiada, Jezus to Syn Boga ‘jednorodzony’. Mówiło to ludziom zdolnym rozumować, że życie jest to coś więcej niż szczęście. Inaczej Bóg przecież „ponaużywałby” z Maryją, zamiast tknąć ją tylko raz. Jak wiedzą wraz ze mną co oczytańsi, Jezus bynajmniej nie nakazał apostołom bezżenności, znamiennej według powszechnego mniemania dla ich prawowitych sukcesorów, księży obrządku rzymsko-katolickiego, od samych początków tego stanu. Tyle że w pewnym momencie dziejów Kościoła Powszechnego nie jedynie żenność kleru (na czele z papieżami), lecz wprost seksualna rozpusta wzmiankowanych – stały się równie powszechne jak sam Kościół i trzeba było w tej mierze dokonać radykalnej wolty, by ratować jego wiarygodność. Stąd pewnie dodatkowo (a wedle miar ludzkich – przede wszystkim) kult dziewictwa i celibatu zostały przez któregoś z odpowiedzialnych (a nie takich, którzy rażąco wypaczali sens sprawowanego przez siebie urzędu)  papieży w porę nakazane. Tutaj tylko półgębkiem napomknę, że cuda Jezusa w porównaniu z cudami Mojżesza były, z paru wyjątkami, niepraktyczne. Cuda Mojżesza za każdym razem ratowały cały jego lud – czy to od śmierci, czy to od niewoli. Natomiast Jezus uzdrawiał jednostki (poza uzdrowieniem moralnym kreatywnego Szawła) – bez znaczenia dla całości  i kształtu Narodu Wybranego; w cudowny sposób karmił głodnych, którzy bez tych jego „kulinarnych” cudów też by szybko nie poumierali; chodził po tafli wody i przenikał mury – i w tym nie było ściśle praktycznej korzyści. Wskrzesił Łazarza, a następnie sam z martwych powstał, by w niebo wstąpić – dopiero tu zadziałał jak praktyk. Generalnie jednak cuda pozostały jedynie Jego bożą legitymacją, nie orężem. Orężem albowiem było Słowo. Tradycjonaliści chcieliby, żeby każdy następny prorok działał w takim samym stylu jak jego poprzednik. I stąd prawdopodobnie wzięło się odrzucenie – przez Żydów – Jezusa.  Tymczasem tradycjonaliści wręcz na każdym kroku rażą przesadnym szacunkiem wobec poprzedników, co w sposób oczywisty każe podejrzewać, że nie czują się im równi. „Partnerskie dla tradycji jest nowatorstwo, nie – tradycjonalizm” – twierdzi krytyk i filozof literatury, Henryk Bereza. W każdym razie wobec spraw boskich ludzie z biegiem historii są sytuowani coraz mniej przez wymowny cud, a coraz bardziej przez cudowne słowo, co stanowi konsekwentne przechodzenie dziejów – z poezyjności w prozaizację. Z przeczuwania w pewność. Moja orientacja w sprawach świata wsparta jest na przysłowiach i przysłowiowych wyrażeniach, które są tworzone od niepamiętnych czasów, toteż jestem wprowadzony silniej niż wybitny nawet scjentyk, bazujący na dokonaniach w praktyce jedynie ostatniego sturocza, w ducha prawd odwiecznych. Pewność jest to wiedza, rzecz znamienna mężczyźnie. Przeczucie, czyli intuicja, podpada pod konstrukcję kobiety. To kobiety w sytuacjach, gdzie decyduje się czyjeś „być albo nie być”, wypowiadają przysłowiowe: „nie wiem i nie chcę wiedzieć”. Natomiast mężczyźni – przeciwnie, w takich sytuacjach powiadają: „lubię wiedzieć”. Lubość daje zresztą jakby nie samo posiadanie wiedzy, tylko wchodzenie w jej posiadanie. I wbrew sceptykom taki z niej pożytek, że może (i winna) przynosić praktyczne wyniki w postaci zastosowań jej ładunku w nowych prekursorskich konstrukcjach i wszelkich wszechstronnie przemyślanych inicjatywach – dających człowiekowi życiową perspektywę doskonalenia się i wizję godnej  go funkcji w kosmosie. Odkrywcy i wynalazcy, konstruktorzy maszyn i spece od inżynierii genetycznej, artyści i politycy – pracują dziś, choć intensywnie, to jednakowoż bardzo na oślep. Brak im podstawy: pojęcia o sensie dziejącego się wszechświata, czyli wszechbytu; o powodach jego powstania lub odwiecznego trwania; o zakresie możliwości ludzkich jego modyfikacji; o roli, jaką w tym wielkim układzie może i powinna odgrywać, zdolna objąć umysłem całą złożoność tego zadania, ale jak na razie poprzestająca na zbieraniu niezintegrowanych ogólnym założeniem ciekawostek, ludzkość. Przechodzenie od prymitywizmu do wyrafinowania nie obywa się bez przykrych kosztów. W toku tej operacji popadamy bowiem w niewolę cynizmu. Tu jednak wypływa w całej krasie ponadczasowa prawda, czyli prawo, że kto nie zdobywa się na narzucenie sobie niewoli rygoru, staje się niewolnikiem innych. Pokora wobec obowiązujących nas konieczności, które wynikają z natury bytu, w przeciwieństwie do pokory wobec tego typu hegemonów, którzy zabraniają nam myśleć, jest rozwojowa i twórcza. Przyjęcie postawy pokornej, a to mianowicie z klasycznego wyrachowania, ponieważ dopiero taka umożliwia sukces, jest równoznaczne ze wskazaniem realnej drogi do zwalczenia cynizmu. Przecież, mogąc w  nieskończoność uwalniać własny potencjał wyobraźni, bynajmniej nie będziemy musieli czuć się zwolnieni, jako ludzie wkraczający samotnie na dziewicze obszary wiedzy, poznania i tajemnic, z obowiązku dbania o takich, liczonych w miliony, którym sami szlaki przecieraliśmy. Jak mieć za złe ponadto stadu, które ślepo zawierzyło naszym wskazaniom, że zbłądziło i błądzi? Okazywanie wzgardy maluczkim, że nad tym, co on osiąga z łatwością (i z trudem zaprzepaszcza), maluczcy mozolą się bezproduktywnie i w beznadziei,  człowieka, który, cynicznie traktując innych, nie będących w stanie towarzyszyć mu w takich podróżach, byłoby pozbawiało adresata raportów z jego wojaży. I nie bójmy się tych kucharek, woźniców, straganiarzy. Wystarczy, że nie pozwolimy im na zbyt daleko idące spoufalenie, żeby z kolei oni nie pasożytowali na nas. Zło – dobro. Indywidualność – masy. I tu działają niezachwiane prawa podaży i popytu – przynajmniej dopóty, dopóki na forum nie wtargnie barbarzyńca. Postęp to bynajmniej nie jest przyrost dobra kosztem zła. Ani wzrost znaczenia indywidualności kosztem mas. Trwa niewzruszenie jednia, gdzie przyrastaniu postępu towarzyszy nieodmiennie przyrastanie uwstecznienia. A gdy wolniej przyrasta wzbogacanie się historycznej rzeczywistości o nowe pola działań, mniej też cierpimy z powodu uciążliwości wywoływanych uprawą bliższego stanowi pierwotnemu, prymitywniejszego, ale łatwiejszego do całościowego objęcia świadomością, poletka. A co do takiej rzeczy jak sprawiedliwość społeczna; marzonego przez Jezusa układu, gdzie to ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi. Mamyż trwać w swoim umniejszaniu się wobec innych i potajemnie tylko modlić się, że ostatecznie Bóg nas wywyższy, jak to uległym Mu obiecał? Utrącać innych w zmaganiach o własne wywyższenie – tej zasady, o ile odzywają się w nas jeszcze ostatki jurności, nie mamy powodu odrzucać. Ktoś musi być na wierzchu, a ktoś inny – pod spodem; ktoś musi być na czele, a inny – w ogonie posuwającego się naprzód pochodu. Chcąc istnieć, musimy  g d z i e ś   i w jakimś  k i e d y ś  mieć miejsce na swe bytowanie. Cóż stąd, że są miejsca jedne, które w przypadku, gdy je zajmujemy, mile łaskoczą dumę naszych sumień, i  - drugie, które dają takiego komfortu. Spór musi iść o coś. Chodzi o to, żeby w sporze tym  w y g r a ć ; kto chce w tego ping-ponga tylko sobie  p o g r a ć , z góry skazuje się na przegraną. Równość? Przecież wywyższenie maluczkich też oznacza wyniesienie jednych nad drugich, choćby ci pierwsi „zasłużyli sobie na to” cierpieniem przez setki roków własnej podrzędności, natomiast ci drudzy – wypadało by sprawiedliwie – winni zapłacić czymś za swe długotrwałe – bo mierzone pokoleniami arystokratycznych rodów – pastwienie się nad maluczkimi! Cóż. „Gwałt niech się gwałtem odciska, grabcie zagrabione! Dla celów czysto poznawczych zbadajmy, jak wygląda sprawa traktowania bliźniego z bezwzględnym, a więc mającym cechy pełnej konsekwencji, okrucieństwem! A zresztą dlaczego nasz gwałt na innych miałby stanowić sobą coś, czego robić nie wolno, natomiast układ odwrotny miałby być do pomyślenia!” – powie ten czy ów z chcących dać jakąś logiczną wykładnię dla poszukujących rady, jak uzasadnić swój bunt przeciwko tym, którzy dali się im we znaki. Generowanie krzywd, a potem wyrównywanie rachunków – czy do tak aż bardzo prostej i aż nadto ponurej formułki da się sprowadzić dramat „współistnienia” ludzi na tym odcinku dziejów, który nie należy już do czasów ‘przedhistorycznych’? Powodowani ideą dobra wspólnego, zdajemy się na przywództwo takich, co nie liznąwszy filozofii, a w tym zwłaszcza jej działu zwanego logiką, nawołują do walki przeciw ‘wspólnemu’ wrogowi, jakim podług nich są ludzie z innych ugrupowań czy narodów. A przecież potrzebny do wydostania się z bagien stagnacji wróg jest najbliżej! Jest… w nas samych! Zabrzmi pewnie fałszywie nuta nawołująca do zwycięstw nad własnym bezładem i bezwładem, nad własnym lenistwem i złymi (bo chyba każdy takie ma) nawykami, ponieważ przysłowiową „pracę nad sobą” zalecało już tylu demagogów. W dodatku, zniszczywszy swoje wady, może być i tak, że zniszczymy całych siebie. Ponadto, walka i z pewną częścią swojej osobowości stanowi zamach na obejmującą wszystko i wszystkich naturę, czyli, że, jeśli zamach ten zakończy się „sukcesem”, na własne życzenie doprowadzimy do swojego wynaturzenia. Silniejszy zabija słabszego; jeśli nie chce go zabić, staje się jakimś odmieńcem albo po prostu ginie jako faktycznie słabszy, ponieważ dyskwalifikuje go właśnie owa niechęć zabijania. Kiedy bokser w ringu wewnętrznie filozofuje, zastanawiając się na przykład nad sensem rozgrywania walk bokserskich przy pełnej widowni, przez  równorzędnego ale skupionego tylko na samej walce przeciwnika bywa najczęściej powalany. Podobnie bywa, kiedy usiłuje okazać przeciwnikowi przysłowiową chrześcijańską dobroć. Konflikt jest solą biologii; kiedy usiłujemy konflikty zażegnywać lub im zapobiegać, wzmacniamy tylko ich podłoże, powodując, że tym silniej wybuchają w przyszłości, co znane powszechnie przysłowie „co się odwlecze, to nie uciecze” jakoś chyba rozbudowuje i uprecyzyjnia. Dobro dopiero w układzie ze złem tworzy byt. Jak więc wpasować weń moją ukochaną życiową nieśmiertelność, która zdaje się być dobrem samym? I jak ten konkretny rozdział, który postulowałem dosłownie na pierwszej stronie idącej tu quasi-powieści, na siebie, o którego mam walczyć, i nie-siebie, którego ma zwalczać – pogodzić z „ideą” pracy nad sobą, skoro nad czymkolwiek pracujesz, zawsze pierwotny, a więc naturalny, kształt tego czegokolwiek musisz zdeformować? Życie, jak każda z gier, ma sens (czyli między innymi smak), kiedy prowadzi do rozstrzygnięcia. Kubański szachowy arcymistrz nazwiskiem Capablanca, widząc, że, na skutek burzliwego za jego czasów rozwoju szachowej teorii, na każdą powstałą strategię ataku wynajduje się równie błyskotliwą i skuteczną strategię obrony, przepowiadał „remisową śmierć szachów”.  Czy życie nieśmiertelne ludzi bez możliwości wieńczenia obecnych w nim chyba i wtedy konfliktów rozstrzygnięciami ostatecznymi – nie byłoby obarczone podobnym dyskomfortem jak ten z przepowiedni Capablanki? Tak więc wychodzi na to, że zwalczam własne poglądy, a ściśle biorąc: marzenie, przy którym najbardziej pragnę obstawać? Którego najmocniej nie chcę się wyrzec? Marzenie o nieśmiertelności całego świata ożywionego wraz z nieuszczuplonym  przez żadne zastrzeżenie kompletem jego tak licznych bytów poszczególnych – i tu przyznam bez wstydu i z pełną premedytacją: ponieważ ja sam do takiego świata należę – wydaje się zaprzeczać zdrowemu rozsądkowi. To przecież, że wzrastamy i mnożymy się, jest możliwe dlatego, iż zabijamy i zjadamy inne ożywione byty poszczególne, których ciała jak nic innego zawierają potrzebne nam do życia wyselekcjonowane i ukonstytuowane chemiczne składniki. Żyjemy, gdy uśmiercamy i zjadamy innych; nasza śmierć jest sytuacją, kiedy zabijają nas i zjadają inni. By ująć rzecz najprościej: nie ma życia (jednych) bez śmierci (drugich). Jak tu więc myśleć o życiu nieśmiertelnym wszystkich? Stawiający takie pytanie nie spodziewa się odpowiedzi. Tymczasem ona jest. Życiu otóż jest niezbędne nie zabijanie, tylko jedzenie. Choć wprawdzie to ostatnie jest niezbędne, ale nie wystarczające, ponieważ konieczne w ziemskim biosystemie, uwalniające tlen, rośliny muszą też mieć dostarczane im przez słońce światło (by już ledwie tylko napomknąć o tak fundamentalnych dla całego bioukładu czynnikach jak czas i przestrzeń, które zawdzięczamy ciągłemu rozszerzaniu się granic, punktualnego zrazu, wszechświata, a sprecyzowania wymaga też wysoce kontrowersyjna kwestia, czym jest sama materia). Nie wchodząc tu w kwestie metafizyczne, wypada stwierdzić, że jedzenie można pozyskiwać nie jedynie wskutek traktowania stołowników jako pokarmu. Skomponowanie pokarmu z surowców, takich jak wydobywany z zalegających skorupę ziemską pokładów a spalany dziś dla celów energetycznych węgiel czy ropa naftowa, a także siarka, żelazo, ołów, molibden, azot, tlen, fosfor, i inne, już na pierwszy rzut oka zda się być niewykonalne, a przynajmniej niesłychanie trudne technologicznie tudzież wymagające stworzenia od podstaw gigantycznego przemysłu – na miejsce istniejących bezszmerowo hodowli i upraw. I wbrew naturze samego życia, które często – także wśród ludzi – zwyczajnie lubi poświęcać się dla innych, a to choćby po to, by przeżyć na chwilę przed śmiercią moment upajającej satysfakcji, że tak oto robimy coś wspaniałego: zdobywamy się na ofiarę z samych siebie dla sprawy od nas samych większej. Otóż rzucam tezę, że taki altruizm miał swój sens – być może – we wszystkich dotychczasowych epokach, ale dzisiaj dzieje doszły już do stanu dojrzałości   k o r z y s t a n i a   z tych okropnych aktów, a wyrosły z uzasadnionej potrzeby dalszego takich aktów mnożenia. Jeżeli więc mi wierzyć, sytuację mamy wyśnioną, co w kontekście pesymistycznych prognoz tak wielu współczesnych wizjonerów zda się zakrawać na zgoła ekstrawagancję.  Ale pozwól, drogi czytelniku, że pozostaniemy chwilę dłużej przy kwestii owego pokarmu dla ludzi, który eliminowałby wczorajszą i dzisiejszą konieczność zabijania przez nas innych biobytów, w tym – może zdziwi cię, że posunę się tutaj aż tak daleko – żyjących roślin. Taki pokarm, według mojej koncepcji, miałby stanowić budulec i paliwo dla organizmów żywych, ale sam być nieożywiony. Czy jednak wszystko to po to, żeby dać zadość dziecinnemu marzeniu maminsynka, który, nie zakosztowawszy rozkoszy prawdziwej walki, chciałby nawet teoretycznej możliwości takiej pozbawić „chłopców – dzielnych chwatów”? Wszak to oni właśnie – czy mu się to podoba, czy nie – swoimi wojnami, polowaniami, zabójstwami, a nawet pracą rzeźnika bądź kata – nakreślili zasadniczy zrąb dziejów człowieka! Konflikt jest solą życia – niedawno sam to powiedziałem! Otóż przeczucie, że inna droga wyrąbująca człowiekowi perspektywę pomyślnej egzystencji niż ta poprzez zabijanie jest pożądana i realna, powziąłem poniekąd w wyniku stawiania się w dumaniach – na pozycji bojownika, który chciałby sobie pograć, ale boi się zwyciężyć. „Zwycięży ten, kto mocniej chce”; kto udowadnia, że mocniej mu na zwycięstwie swojej formy i treści bytu zależy, jest spośród startujących w rozgrywce zawodnikiem najpoważniej traktującym jej przedmiot. Tak, ale jeśli w jej wyniku  przeforsuje się absurd?? Życie nieśmiertelne, trwające i obmyślające, a później urzeczywistniające obmyśloną linię postępowania, jeśli miałoby na scenę dziejów wstąpić, byłoby obarczone wieloma ograniczeniami, ale respektowanie owych ograniczeń otworzyłoby przed nim jeszcze więcej nowych możliwości wyboru, nieznanych dotąd pól pod, też może dotychczas nieznane, uprawy. Człowiek przecież znajduje to, co umówiliśmy się nazywać szczęściem, w działaniu na coraz to nowych właśnie obiektach, a przynajmniej w nowych sytuacjach. Pełnienie schematu, jakie przypisujemy maszynom, a więc przedmiotom, zbyt niestety często i w życiu ludzi, walczących tak niby o własną podmiotowość, staje się jedyną funkcją, do jakiej dorastamy i jaką w ogóle jesteśmy w stanie objąć naszą wyobraźnią. Tymczasem wyjście poza schemat, jakkolwiek niosące też niebezpieczeństwa i choć będzie zapewne tylko wejściem w krąg innych schematów, przynajmniej z początku – nas olśni.