marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Lipiec 19th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 4

       Miotania przekleństw pod adresem takich, co, niepomni przestróg życzliwych, nie dopełnili małożeńskiego (małożeństwo – wielożeństwo, a nie małżeństwo – wielżeństwo) aktu stosownym sakramentem. Obrażania się zapominalskich grubasów za przyjacielskie przypominania im o ich wykraczającej ponad obowiązującą normę tuszy. Sypania się starych kołder i poduch, starych aktorów i suflerów.

         Idę. Już nie tak zamaszyście, jak to dawniej bywało. Na szczęście rynek jest blisko. Autobus Pyryjskich Kolei Samochodowych właśnie nadjeżdża. To przewaga konwencji fantastycznej nad realistyczną; nie ma co, to szczęśliwe, że taką obrałem. Teraz wykupuję tylko bilet u kierowcy, zajmuję miejsce na jedynym wolnym tu fotelu i jedziemy.

            Nie wiem, czy jestem zdolny do spostrzeżeń, które o życiu powiedziałyby coś nowego wytrawnemu pochłaniaczowi ciekawostkowych książek. Być i to może, że dotknąłem już dawno granic mych możliwości, w związku z czym winienem dotykalnie czuć prawdę o własnym ograniczeniu. Granice można jednak rozpychać, a jeśli i na to nie pozwoli komu coraz to mocniej nacierająca słabość, to weź i zwyczajnie swoją granicę przekrocz. Za oknami szarzeje, co odnotowuję znowu bez satysfakcji, bo takich „środków kompozycyjnych” ima się od stuleci każdy byle powieściopisarzyna, a ja przecież chciałbym przodować, serwując prawdy niesłychane, pomysły, które wychuchałem osobiście. Odkąd prawowity Bóg Jedyny stworzył dziejący się wszechświat, minęło ledwie kilka miliardoroczy i różnych bogów pomniejszych mających pretensje do autorstwa Jego pracy namnożyło się tyle, że nabrała sensu przedziwna „teoria ontologicznego plagiatu” – o ile nawet o takiej nikt wcześniej i gdzie indziej nie słyszał. Tradycyjnie biorąc, Bóg jest to ten, co stworzył świat, oprócz którego nie istnieje nic. Temu światu nadał  ład, wyposażył go w prawa, zastrzegł sobie swoje w tym świecie przewodnictwo i dopuścił istnienie w nim krnąbrnego czynnika, a to mianowicie Diabła, który podobnie jak błazen na dworze królewskim jest od tego, żeby na wesoło podważać autorytet Hegemona. Ja jednak nie jestem od tego, żeby powtarzać znane prawdy.  Jeśli tak, to raczej tylko po to, ażeby wykazać zaraz ich nieprawomocność. Oczywiście to, co znane, kiedy nie jest powtarzane, bywa zapominane. Otóż odkrywanie nieznanych nam dotąd wysp i lądów zawdzięczamy niezłomności żeglarzy, ale dzisiaj chyba odkrycia przez sztubaka, który zajrzał raz do geograficznego atlasu, obu Ameryk i Martyniki czy Kuby odkryciem we właściwym sensie tego słowa już nie nazwiemy. Tak samo objęcie zrozumieniem aktu stworzenia świata przez adepta filozofii, który przestudiował pilnie stosowną księgę, raczej ponownym stworzeniem świata trudno nam będzie nazwać. Całości układu są potrzebni i  pracownicy zadań podrzędnych. Z czymś bowiem musi grać w układzie nadrzędny element. Ale pókiś jeszcze całkiem nie skapcaniał, miej wiarę w siebie i bezczelnie twierdź, że to ty sam wymyśliłeś byt, a plagiatorami twojego trudu pozostają inni. Nie ma tu albowiem tak oczywistych dowodów na to, że w ten sposób posuwasz się do uzurpacji jak w przypadku żeglarzy. A jeśliś napisał księgę, w której literalnie wyłożono zawiłości stworzenia świata, masz materialny dowód, że ten sam ty, którym teraz narodziłeś się po wiekach, świat ten stworzyłeś, skoro wiedza o tym uchowała się tylko w twoich genach. Wiele się mówi o tym, jak ważną cechą człowieka jest charakter. Wyobraźmy więc sobie taką sytuację. Pewnego dnia idzie sobie przez miasto człowiek. I oto widzi, jak w mijanej bramie naparza się dwóch takich. „O co się bijecie?” – rzuca pytanie. „O to, który z nas jest silniejszy” – odpowiadają zgodnym chórkiem. Mijając tę samą bramę następnego dnia, widzi, że ci sami mężczyźni znowu się biją. „A o co dzisiaj wam poszło?” – rzuca. „Bijemy się o to, który z nas jest mądrzejszy” – słyszy w odpowiedzi. Z trudem powstrzymując śmiech, jest już pewien, że, gdy jutro zobaczy w tej samej bramie tych samych wojowników, na postawione im po raz trzeci to samo pytanie usłyszy odpowiedź „dziś bijemy się o to, który z nas stworzył świat”. Po chwili zastanowienia dochodzi niestety do wniosku, że to nie jest śmieszne bynajmniej. Pamiętamy bowiem biblijnego Dawida, który w imię Boga stanął do śmiertelnego boju przeciw Goliatowi. A w takim boju charakter jest potrzebny, w przeciwieństwie do może i krwistych (ale cóż, gdy bezkrwawych!) bojach o przekonania, gdzie oręż stanowi tylko jadowite słowo i gdzie cóż ryzykujesz poza wykazaniem ci, że pobłądziłeś tam, kędy inni nie pobłądzili? Wszystko albo nic – jedynie ta zasada, jako maksymalnie radykalna, w przypadku jej przyjęcia i konsekwentnego stosowania, zapewnia ciągłe pozyskiwanie najwyższych dóbr lub sprawienie, że odtąd żadnych dóbr nie będziesz już potrzebował! Czyż jednak jest tak rzeczywiście, że w pismach filozofów (i w tekstach nie ustępujących niekiedy filozofom pod względem nieprzejednania wobec opornie poddającej się materii, która – ciosana to z lewa, to z prawa – z trudem przechodzi w kształt lub wyraz,  literatów zwyczajnych) znamienny dla prawdziwego boju charakter nigdy nie upatruje sobie siedziby? Cóż, jeśli nie ryzykujemy, kostniejemy,  pogłębiając tylko własną „takosamość”. Jesteśmy coraz bardziej tacy sami, wyjałowieni; jeśli słowo w słowo nie powtarzamy zasłyszanych wcześniej komunikatów, to chyba tylko dlatego, że coś szwankuje z naszym zdrowiem. Bo i wynalazki – czynione przez szczęśliwców-ryzykantów, którzy, zaryzykowawszy zabójczą zazdrość konkurentów, szczęśliwie uniknęli losu jakże wielu innych szaleńców skłonnych trwać przy deklaracji, że im nie wszystko kojarzy się z tym, co już było – to chleb powszedni piechurów boso stąpających po gwoździach! Najłatwiejsze do ujeżdżenia rumaki zostały już ujeżdżone. Pozostały takie, na których, patałachu, niechybnie skręcisz sobie kark. Ale jeśli nie chcesz, by z ciebie ustawicznie szydzono, czyż masz wybór? Powie ktoś, że myślenie nie jest niebezpieczne, ponieważ w zmaganiach z problemem klęska równa się, przykremu ale nieszkodliwemu, powrotowi do punktu wyjścia i niczemu więcej. Pewnie, tak jest z klęską w myśleniu, lecz niech szanowny czytelnik pomyśli, jak jest z myślowym zwycięstwem! Nie dosyć, że jest ono nieledwie nieskończenie trudne do wypracowania, już w chwili swego zaistnienia wywołuje jakże zaciekłą nienawiść tych, którzy dotychczas patrzyli na ciebie zaledwie chłodno! Historia nauki przekonuje o zachodzeniu postępu. Lecz czy taki na przykład wynalazek telewizora, dokumentujący ten postęp jako jeden z wielu jego tak zwanych kamieni milowych, zasługuje na miano dokonania, skoro cała idea tego aparatu zawiera się w o ileż wcześniejszym (i doskonalszym!) wynalazku Boga, człowieku- -jasnowidzu? Zresztą i my sami, choćbyśmy jasnowidzami nie byli, i tylko biernie i małomyślnie (bo nie powiem, że całkiem bezmyślnie) plagiatowali wcześniejszych od nas plagiatorów, przecież, w porównaniu z powielającą swój prymitywny rytuał przemieniania wodoru w hel gwiazdą, jesteśmy na dalece wyższym szczeblu zaawansowania technologicznego niż Słońce, Syriusz czy jakiekolwiek inne ciało niebieskie samo w sobie, nie mówię tu o równie skomplikowanym jak człowiek wszechświecie jako astronomicznej całości. Ale to oznacza nie, że już precz odrzuciliśmy nienawistne nam i haniebne, a  lgnące do nas niby przysłowiowe prosię do maciory, miano plagiatora, tylko, że plagiatujemy struktury skomplikowańsze niż gwiazda, czasem może robiąc kolejny krok na drodze, którą którą dawno temu wydeptał Stwórca, przy okazji machinalnie a chwilowo naszymi ludzkimi mózgami opanowując zrozumieniem istniejący bez naszej zasługi materiał. Ale to nie oznacza, że przygody, którą zaserwował nam Nieprzenikniony, nie warto nam przenikać. Pewnie, że,  idąc za przykładem Sienkiewiczowskich chociażby wzorów rycerskiej dzielności, moglibyśmy dać sobie spokój ze zgłębianiem tajemnic, jakie tkwią, prawie przez ludzką przemyślność nietknięte, w pytaniu „po co to wszystko?”. Skoro bowiem jesteśmy potomkami walecznych rycerskich rodów, to czyż wypada nam zarzucać chwalebną tradycję miecza, gdzie w chwili próby stawiasz na jedną kartę własne życie, dla jakichś mrzonek w postaci deliberacji nad retorycznym (czyli takim, o którym wiadomo z góry, że odpowiedzi na nie nie znajdziesz) pytaniem? Ha. Ja wiem tutaj jedno. Szukajcie, a znajdziecie. Nie podejrzewam, żeby dla sprawy najważniejszej, czczony przecież za autentyzm, Autor tej optymistycznej sentencji myślał robić wyjątek.

           Ciśnienie krwi w żyłach mamy w normie, utrzymujemy też stale orientację odnośnie aktualnych notowań cen sera, taniej ostatnio szynki, drobiu, któremu od niedawna hodowca- -farmer pozwala się wyhasać na zwiększonym miłosiernie metrażu. Znosząc z trudem wyskoki zbzikowanego świata, z ulgą konstatujemy w pewnej chwili, że wreszcie jest dobrze, czyli normalnie. To, że „jest normalnie”, zawdzięczamy temu, że mamy w pamięci, iż niegdyś było gorzej. Gdyby więc nie było zła, nie było by i dobra. Zło nie jest więc brakiem dobra, lecz – dobra nieodzownym warunkiem. Tak czy inaczej, sinusoida naszych wzlotów i upadków ma taką samą wartość bezwzględną jak linia prosta permanentnego pełzania. Jeśli są tacy, których uznajemy za lepszych niż inni, to miejmy pewność, że w swoich dolnych notowaniach byli oni od innych gorsi. I nie jest ten mój sposób wartościowania jakimś, mającym odwodzić od praktykowania postawy chwalebnej, nihilizmem. Jezus miał miłą sobie satysfakcję z dokonywania cudów; z świadomości, że słuchają Go tłumy, a bogacze czują się zaszczyceni, iż przyszedł do nich jeść, pić i spać. Lecz potem zapłacił za to śmiercią na krzyżu, daleko boleśniejszą niż, będąca udziałem większości ludzi, śmierć w łóżku. Lecz czy to oznacza, że życie Jezusa w liczbach bezwzględnych było przedsiębraniem równym życiu poczciwiny, co za jedyne godne wzmiankowania wydarzenie swej obecności wśród żywych podaje fakt, że niegdyś tam się urodził i że kiedyś tam umrze? Cóż, tak tu jak i tam tą bezwzględną liczbą jest zero. Lecz przecież liczy się i to, z jakich rozpiętości w górę i w dół te życia do zera były redukowane!

            Jedziemy. Mogę sobie tak dumać, bo nie przeszkadza temu żadne inne snucie opowieści czy, dajmy na to, kłótnia, o której dopiero kiedyś-kiedyś będzie można opowiadać.

           Silnik tego dużego blaszanego pudła, w którym jesteśmy usadowieni, pracuje może głośno, ale równomiernie; ludzie podrzemują lub siedzą nieruchomo i nic nie mówią. Mijamy od czasu do czasu jakieś wsie i miasteczka, przy których, bywa, nasze pudło się zatrzymuje i gdzie następuje pewna rotacja pasażerów, albo ktoś tylko wsiądzie lub wysiądzie. Do Schizogrodu coraz bliżej, chyba że pomyliłem kierunki.

            Myślę sobie o różnych sprawach, nie wszystkie udaje mi się przytoczyć, lecz jedna teraz drąży mą świadomość ze szczególnym natężeniem: sprawa sporu pomiędzy zwolennikami poglądu, że wszechświat jest mechanizmem, a tymi, co twierdzą, iż do mechanizmu nie da się go sprowadzić, ponieważ jest żywy, a jako taki – nieobliczalny i nie do ujęcia w żadne (a przynajmniej żadne zrozumiałe dla ucznia technikum samochodowego czy inżyniera-robotyka) formuły ani wzory. Uczeni od wieków usiłują zdiagnozować świat, wychodząc z optymistycznego, ale też mającego swe potwierdzenie w pewnego rodzaju (bo nie we wszystkich!) faktach, założenia, że jest poznawalny. Czy jednak to tylko niesłychana złożoność zjednoczonego wszechbytu, a to złożoność z wielu jednoznacznych składowych, umożliwia nam swobodę, znajdującego słuchaczy już mniejsza z tym w jakich kręgach, fantazjowania? Czy to po prostu jest to, że powyżej pewnego progu złożoności intelektualnej człowiek się gubi i w takiej sytuacji można mu wcisnąć każdy kit? Czy tenże historyczny, a więc robiący wolty także takie, jakich nikt, zdaje się, nie jest w stanie przewidzieć, wszechświat nie należy do sfery wpływów Osobistości  z   j a k i c h ś   p o w o d ó w przychylnej prostaczkom, która rachuby zarozumiałych astrofizyków i ateistycznych ewolucjonistów z upodobaniem sprowadza do – jakże egalitarystycznego! – absurdu? Mówi się o ewolucji, która jest ślepa ale permanentnie aktywna, lub o Inteligentnym Projekcie, realizowanym z zasady nierychliwie, aczkolwiek przemyślanie. Zapomina się o możliwości trzeciej. Według mnie, formacją biologiczną wyjściową i finalną jest człowiek, a zwierzęta i rośliny to skutek zbłąkania, lub przegranej w walce o pozostanie przy człowieczeństwie, poszczególnych rodzin ludzkich. Być może tutaj ktoś, zgorszony, się żachnie. Jak można przemyśliwać sprawy zamierzchłej przeszłości wcielonego życia, gdy   d z i s i a j   wiele milionów ludzi umiera przedwcześnie z głodu, a drugie tyle ginie w wojnach, od których nie znajdujemy ucieczki nadal, mimo to, że niby prawo do pokoju usiłujemy od dawna uczynić niezbywalną własnością każdego człowieka? Cóż. Od okropieństw się nie ucieknie. Bez nich nie będzie bowiem przestrzeni wypracowanej dla obrotów spraw szczęśliwych, brak których przesądzałby o bezwartościowości bytowania. Rzeczy najcenniejsze opłaca się wydatkami nieraz rujnującymi, co zakrawa może na szaleństwo, ale pełzać w rynsztoku, by szaleństwa uniknąć, to wymóg do przyjęcia przecież tylko przez jednostki i narody pozbawione ambicji. A jednak wojen może nie być. Choć z drugiej strony pokój może być bardziej jeszcze deprawujący niż wojna. Żeby takim nie był, dokłada starań niejeden pracownik kultury, nauki, sportu i religii. I polityki. Tak, tak! I polityki. Choć bywa, że to politycy prą do wojen jak czołgi, których rozbestwione załogi, zasmakowawszy w narkotyku, ani myślą się odeń oderwać. Poczucie mocy, jakie rozpiera fuhrera (czy jak to tam prawidłowo się pisze), jest tak ekscytujące, że nie oparłby się mu i święty. Małym wysiłkiem dokonywać wielkich zmian na własną korzyść (lub na korzyść podmiotu, z którym się utożsamiasz) pewnie i ty byś chciał, drogi czytelniku, gdyby udało ci się wskoczyć na odpowiedni stołek. Ja jestem ostrożniejszy. „Zrobisz małym wysiłkiem / wielką tylko pomyłkę” – tak to widzę z pozycji autsajdera.