marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 19th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 39

            Tępe wbijania się zasępionym spojrzeniem w połyskliwą biel porcelanowego ptaka o imieniu własnym łabądź. Łabądź, a nie łabędź, profesorze Bralczyk, ponieważ analogicznie: jastrząb, a nie jastrzęb, i gołąb, a nie gołęb! Język, którym mówimy, bywa niemiłosiernie profanowany; co oczywiste, bywa tak i ze wszystkimi innymi językami o wystarczającym stopniu skomplikowania, ponieważ trudno zepsuć mowę, gdzie powtarza się w kółko: „gę, gę, gę” albo: „kwa, kwa, kwa”, natomiast łatwo o błąd w sytuacji, gdzie językowa poprawność stawia wymóg respektowania wielu rozmaitych zasad, pamięciowego przyswojenia mnogości słów, wyrażeń i zwrotów, tudzież osłuchania się z dobrymi wzorami. Co ciekawsze, panujący antagonizm pomiędzy mistrzami słowa a jego profanatorami wydaje się konieczny. Językowy ideał, nie mając swojej przeciwstawności w rozlicznych gwarach i bełkotach, nie byłby doceniany, a nawet – co więcej – nie byłby dostrzegany. Staramy się z rzeczywistości, w której tkwimy jako jeden z jej elementów, wydobyć jak najwięcej sensów, znaczeń, wartości. Jak najwięcej i jak najsilniejszych racyj – dla uprawomocnienia sensowności naszego wpisania w byt i – dla dzieła Stwórcy, który dar stworzenia nas takimi, jakimi jesteśmy, uzupełnił możliwością wyrzeczenia się tego daru przez nas  poprzez – jakże często realne! - nasze samobójstwo. Wartością, jaką wzbogacamy świat swoich doznań tudzież majętności, a jaką niekiedy w obliczu napastującego nas często zwątpienia co do rangi naszego istnienia i rangi istnienia jakiegokolwiek, usiłując zwalczyć demona, rozpaczliwie próbujemy się chlubić, bywa nasze lub naszych braci w człowieczeństwie językowe mistrzostwo. Do niczego tu nie silę się nawoływać. Szydercze nastawienie do siebie samych wchodzi w przysłowiowy zakres możliwych do wykazywania ustosunkowań się wobec dowolnie wybranego obiektu zainteresowania. Jak sobie chcecie, to plujcie z odrazą na cały dorobek ludzkiej przemyślności, bo i, opluty, zyska może pożądaną w warunkach problematyk suchych wilgotność. Z ciężkich opresyj, zgodnie z duchem i literą samozachowawczego instynktu, a więc z tym, co zostało wpisane w konstrukcję mego bytu przez zamysł samokreacji lub przez zapobiegliwość zewnętrznego względem mnie Stwórcy, usiłuję wyjść przecież przysłowiową obronną ręką. Niech ową obroną będzie tylko żart nawet!

            Salka numer 5 jest czterołóżkowa. Na jednym z legowisk leży interesujący mnie pijus, jedno pozostaje puste, a na dwóch pozostałych spoczywają pacjenci, którymi nie mam powodu się zajmować. Wyro pijaka stoi przy drzwiach, z prawej ich strony.

            – Chciałbym coś ci zaproponować – mówię do tego, patrzącego teraz na mnie z wyrazem rozbawienia na zniszczonej (zapewne wytrwałymi popijawami) twarzy, mężczyzny.

            – Proponuj! – odrzecze. Patrzę oceniająco na pozostałych domowników lokalu.

            – Ale nie tu – stawiam warunek, choć oczywiście boję się, że małe są szanse takowego spełnienia. Ludzie znają się tutaj jak przysłowiowe łyse konie, choćby i mieli co zataić.

            – Przy nich możesz mówić jak przy rodzonych braciach z jednej probówki! – robi aluzję do modnej ostatnio formy zapłodnienia metodą in vitro.

            – A więc dobrze – prezentuję pełne rezygnacji westchnienie. – Otóż widzę, że jesteś człowiekiem do rzeczy, toteż z pewnością wiesz, ile to życie warte i co w nim jest w stanie przynieść jedyne prawdziwe ukojenie. To wiesz. Lecz nie wiesz, jak bardzo do tego samego typu tęsknot po drodze jest mi. Usycham. Czy byłbyś zdolny do wykazania się odrobiną poświęcenia i sprezentowania mi w akcie dobroczynnego ulitowania dwóch kropli alkoholu na dnie małej butelczyny? Za ten gest gotów jestem modlić się za ciebie przez tydzień tak rano jak i wieczorem. Zobowiązałbym się do czegoś więcej, ale…

            Jak nie ryknęli teraz śmiechem wszyscy trzej obecni w piątce mężczyźni! To jest: jakby mogli nie ryknąć! Prawdopodobnie są to przestępcy, którym Bóg i Jego przykazania, zwłaszcza zaś te, żeby nie zabijać, nie kraść i nie cudzołożyć, odebrałyby cały smak istnienia, gdyby mieli się nimi przejmować. Niestety uzmysłowiłem to sobie poniewczasie. Mój pijus, o dziwo, jak pierwszy ryknął, tak i teraz przestał się śmiać jako pierwszy. Lubieżnie mlasnąwszy językiem, wydobył z gęby słowa, których treść zagrała mi w uszach jak muzyka:

            – Masz pornoski? – wlepił we mnie nasycone żądzą, rozpalone węgle tęczówek.

            – Mogę narysować ci długopisem na odwrotnej stronie okładki tej broszury z krzyżówkami, jaką widzę na twojej przyłóżkowej szafce, nagą kobietę pierwszej piękności.

            Twarz pijaka, w miarę jak moja propozycja z formy zalążkowej przechodzi w całokształt, zmienia wyraz – z kpiącego na nasycony niedowierzaniem.

            – Umiesz narysować babkę tak, że do tego wizerunku mógłbym się podniecić?

            – Przekonasz się. Nie stałem się sławnym zawodowym plastykiem właściwie tylko dlatego, że nad piękno, które można zobaczyć, przedkładałem, już od późniejszych roków dziecinnych, atrakcyjność brzmień, dzięki którym istnieje większa szansa złożenia myśli.

            – Jakich brzmień! Co ty bredzisz! – denerwuje się podchmielony.

            – Słów – odpowiadam z pełnym spokojem. Najmniej teraz zależy mi na tym, by wykazać człowiekowi, w którego rękach spoczywa mój los, nędzy jego lotności. Sam zresztą jestem nędzny; to czysty przypadek, że moja nędza operuje w innych zakresach.

            – I mi podobają się słowa – stwierdza mój interlokutor. – Czego dowodem jest to, że zajmuję się tym – wykonuje plaśnięcie po leżącej na blaciku szafki broszurze z krzyżówkami. Sam dotąd też zresztą leżał na swym posłaniu; teraz usiadł, wsuwając stopy w bambosze bez użycia rąk. – Ty jednak z tego, że podobają ci się słowa, masz mianowicie co?

            Wśród okazów ludzkich najrozmaitszych środowisk panuje nieformułowany pogląd, że należy unikać mówienia prawdy wszędzie tam, gdzie przebywają ludzie nie będący w stanie jej zrozumieć. Ponieważ efekt twojego wysiłku będzie zawsze w najlepszym razie zerowy, a niekiedy gorszy jeszcze, bo powiedzą, że ci się wydaje, iż pozjadałeś wszystkie rozumy, gdy tymczasem przecież wiadomo, jak wygląda mądry człowiek, bo wszyscy teraz oglądają telewizję, a tyś do takiego zgoła niepodobny; o to mniejsza, co mówisz, bo też nie mówisz podobnie jak tacy ludzie, o których wiadomo, że są mądrzy. I zresztą, jakbyś był naprawdę mądry, to nie gadał byś z nami, tylko zajmował fotel prezydenta i prowadził dialog z koronowanymi głowami innych państw. A jak zwykły człeczyna rozmawia z mądrym człowiekiem, to mądry co mu powie? „Wiem, bo to mi się zdarzyło. Powie: ‘naści, człeczyno, 2 złote na piwo i nie zawracaj mi głowy’. Tak mówi intelektualista do zwykłego inteligenta! Krótko i na temat! A ten mi tutaj serwuje jakieś filozofie!”. – - „Wszystko, czego nie da się streścić w dwóch słowach, jest podejrzane” – zwolennikom takiej postawy poznawczej odpowiem, że owszem, lapidarność to jest fajna rzecz i jej przykłady obrazują swe motywy, bazując na zdobywającym poklask przebojem paradoksie, i oczywiście nie może być wtedy mowy o tak zwanych dłużyznach, jakich nie lubi odbiorca ten zwłaszcza, który uważa, że sztuka powinna być robiona „pod niego”, bo to on robi łaskę artyście, trawiąc tego ostatniego twór, bo tak prawdą a Bogiem normalnym ludziom potrzebna jest raczej dobrze skonstruowana chałtura niż zrozumiałe tylko dla dewiantów nowatorstwo. Tak więc lapidarność to jest fajna rzecz, tym niemniej, dla korzyści oswojenia się z nieobejmowalną aforyzmem znaczną częścią obcej w tym miejscu rzeczywistości i abstrakcji – nie strońmy też od ujęć gruntownych. Wszelako mężczyźnie o zaróżowionej cerze odpowiem teraz niestety skrótem. Niestety, bo dla wszystkich chciałbym mieć jedną twarz i jedne słowa: wyczerpujące temat i przekonywające. Dlaczego jedną? Dlatego, że każdy człowiek potrzebuje stałego punktu odniesienia, a ja tym punktem czuję się na siłach być. Nie sposób skoku nad przepaścią przeprowadzać stopniowo, ale na razie pójdę drogą tych, których uważam za swych ideowych wrogów: traktem smutnej, tak zwanej życiowej, mądrości.

            – Chcę za pomocą odpowiednio wybranych i takoż zestawionych słów, które ogłoszę w internecie, dokonać generalnej przemiany świata – wypowiadam z zawahaniem, bo bynajmniej nie jestem pewien, czy obecni w salce numer 5 znowu nie rykną śmiechem.

            – Świat jest urządzony źle, fakt – z powagą stwierdza jednak pijak. – Po pierwsze: wódka, dziwki, jedzenie, ubrania i mieszkanie powinny być za darmo. A po drugie, to nie powinno być obowiązku pracy. W świecie urządzonym podług tej koncepcji nikomu by nie postało nawet w głowie, że można by kraść czy zabijać, o co teraz robi się takie mecyje. Ale od czasu do czasu przetrzepać komuś skórę, na to powinno być przyzwolenie. To też jest przyjemne… Więc mówisz, że narysujesz mi nagą babkę. A kto ci będzie pozował?

            – Nikt. Narysuję ją z wyobraźni. Jak ci się nie spodoba, zachowasz butelkę dla siebie.

            – Tylko żeby mi to nie było malarstwo w stylu tego Picassa, o którym uczyłem się w szkole! – zaleca Zaróżowiony, wręczając mi broszurę i długopis. – Ma to być babka podobna do ludzi, nie tam jakieś bohomazy, będące w zasięgu uzdolnień plastycznych niedorozwiniętego dziecka! No. To  teraz zjeżdżaj, bo wszystko zostało już powiedziane.

            Biorę, co mi dał i, choć aż mnie język świerzbi, żeby rzucić na obchodne, że życzy sobie niewykonalnego, bo jak mam „zjeżdżać”, skoro w pobliżu brak chociażby pagórka, nie mówiąc o górce, a ja jestem bez hulajnogi, opuszczam tę niewielką salkę. W drzwiach zderzam się z usiłującym oto wejść do piątki innym facetem w pidżamie, który zajmuje tu widocznie łóżko stojące dotąd bez pasażera. Obrzuca mnie złym spojrzeniem:

            – Patrz, jak idziesz, zdechlaku! I miej w pamięci, że za drugim razem nie skończy się na słownej reprymendzie! Co tak stoisz? Zejdź z drogi godniejszemu od siebie!

            Posłusznie schodzę. Lecz serce bije mi jak od wielkiego dzwonu. Co tu się dziwić, że milionerom, którzy doszli majątku dzięki pracy dla ludzkości jako ogółu, nie uśmiecha się przebywać w jednym mieszkalnym budynku z przypadkowymi ludźmi, tylko wolą zadekować się w wielkim jakimś pałacu, gdzie, prócz nauczonych zawodowej uprzejmości lokai, mało kto bywa? Życie jest grą wartości. Jedni gracze bazują na wartościach intelektualnych, innych winduje w sytuacyjnym, czy nawet egzystencjalnym, konflikcie zwierzęcy biologizm, będący wartością zdolną w warunkach „świata bez granic i murów”, o jakim marzył pewien naiwny piosenkarz, tym wartościom wspomnianym wpierw – przeciwstawić się aż nazbyt skutecznie. Zdaje się, że o wyeliminowaniu biologizmu też nie ma co marzyć (choć próbowano). Zdaje się też, że ciężkie ciosy, tak w twoją cielesność jak w dumę, o ile cię nie zabiją, dadzą ci potrzebny temu, który chce przetrwać, materiał do przemyśleń oraz do życia uczuciowego, w tym zwłaszcza do nienawiści. Jako dziecko, nie chcące dać wiary opowieściom podwórkowych łobuziaczków, nie miałem pojęcia, skąd wzięło się słowo „królik”. Wiedziałem niby, że jest to zdrobnienie słowa „król”. Ale co wspólnego mieć może wspaniały król z tak niepozornym zwierzątkiem? Wiadomo, że królowie w dawnych czasach rządzili swoimi państwami. Stawali na czele swoich wojsk w obronie kraju przed zakusami najeźdźców; sami, chcąc powiększyć swój stan posiadania, najeżdżali inne kraje jako przywódcy sił zbrojnych swojego państwa. Tłumili bunty pragnących oderwać się od macierzy prowincyj. Swym monarszym autorytetem trzymając w ryzach podległych sobie możnowładców, pobierali od nich daniny idące przez wiele szczebli faktycznie z samego dołu społecznej drabiny: od wytwórców dóbr materialnych… O, nie! Nie tak szybko, panie Plux! Tak by chcieli materialiści! Tymczasem o całokształcie doznań typowego (zajmuje nas typowy, ponieważ taki wydaje się być reprezentatywnym) przedstawiciela nawet najbardziej upośledzonej społecznej klasy, czyli bezrolnego chłopa lub mieszczanina z żydowskiej biedoty, decydowała nie tylko mozolna pańszczyzna (jak w przypadku chłopa) czy krzątanie się w ciasnocie sklepiku (jak w przypadku Żyda). Pomijając, co oczywiste, takie dostępne wszystkim doznania jak codzienny widok nieba i dostatek powietrza, którym do dziś dnia możemy nacieszać się do woli, ówczesny parias miałby sny przecież nie tak barwne, gdyby nie doznawany przezeń regularnie, podbudowany przemawiającym mocno do wyobraźni artystycznym wystrojem kościołów i synagog, przekaz o Bogu i Jego obietnicach, których adresatem jest każdy człowiek, a więc i on, parias. Jakby ten parias miał nie wierzyć w zarysowywaną mu perspektywę, skoro wie, że przed wizerunkiem Boga klęka sam dziedzic, a podobno i tyleż potężniejszy odeń wojewoda, a nawet potężniejszy od wojewody król(!). Otóż to: król! Król i królik! W czym są do siebie podobni? Ano tym, że w czasie wolnym od innych zajęć (tych król, mimo że balowanie i wojaczka bywają czasochłonne, ma nieco więcej, lecz też i na dłuższym odcinku czasu niż królik dane mu od narodzin do śmierci pospacerować) obaj wytrwale przeprowadzają zapładnianie odpowiadających im gatunkowo samic! W ogromnych ilościach! Mówi się o królewskich dynastiach, o takich trwaniu lub wygasaniu. Ale ileż królowie spłodzili bękartów! Prawie nie policzyć! A cóż mieli innego robić, skoro już Arystoteles przed wiekami zapisał swe wzbudzające nieodmiennie (zwłaszcza poza kręgiem filozofów) pomruk zrozumienia spostrzeżenie, że dla mężczyzny najsilniejsze doznanie w życiu stanowi akt miłosny z kobietą? Taki król mógł mieć nieomal wszystko, co w jego czasach było dostępne, więc i mnożył się jak królik, nie znając antykoncepcji. (Właściwie to raczej królik mnożył się jak król; słowo ‘król’ wzięło się w polszczyźnie z imienia nieznanej Polakom do tej pory funkcji pana nad panami, jakie nosił jedynowładca po sąsiedzku, ‘Karol’). A, że królowie posiadali w swym arsenale genetycznym  rzadko spotykane wśród ludzi połączenie siły witalnej, fizycznej, psychicznej i, co stwierdzę z oporami, jednak intelektualnej, ponadto zaś dysponowali ogólnym zdrowiem, to spłodzone przez nich nieślubne potomstwo dało początek rodzinom, które również szybko się rozrastały i nabierały znaczenia. Nieczęste napotykanie osób o moim nazwisku jest dla mnie, jeśli nie dowodem, to przynajmniej poszlaką, że ród mój przebywał przez statystycznie niezaniedbywalne ciągi historycznych chwil w niewzruszonej izolacji od królewskich, książęcych czy jakichkolwiek dworów, gdzie królicze mnożenie się połączone z lwią siłą obrony tego uprzywilejowanego (podług miar biologizmu) stanu praktykowano. Innymi słowy, moje tak częste i dotkliwe obrywanie po tyłku ma długotrwałą tradycję w dziejach mych przodków z wielu poziomów pokoleniowych. To, że ja i oni woleliśmy cierpieć zniewagi niż narazić się na bój godny bohaterów, z jednej strony może oznaczać brak naszej wiary we własną bojową sprawność, lecz z drugiej – przekonanie, iż stanowimy sobą wartość, której nie wolno narażać na próby. A jednak teraz dość zuchowato przecież Murzynowi, którego zamiarem jest poniżyć mnie, decyduję się odciąć:

            – Który z nas jest godniejszy, to przesądzi dopiero Sąd Ostateczny.

            Osobnik mojej riposty nie pozostawi bez odpowiedzi. To oznaczałoby bowiem, że do mnie w tej krótkiej na razie pyskówce należało ostatnie słowo, a dążenie do postawienia na swoim należy w końcu do podstawowych zasad sztuki politycznej, z upodobaniem uprawianej pod każdą szerokością geograficzną i stawianej wyżej niż kunsztowna ustępliwość. Uderza przygotowawczo pięścią w spód dłoni swej drugiej ręki i już-już a byłby zadał cios…

            – Daj spokój, Nkube! To chuchro przecież ledwie trzyma się na nogach!

            Wiem, że pomógł mi Zaróżowiony, nie muszę nawet odwracać głowy. Ani zezować.

            Ugniatania mącznych zaczynów dłońmi o pulchności równie ciastowatej. Nostalgiczne zerkania na zegar obrazujący nieustawnie czasowego postępu w sytuacji, kiedy wytęskniona kochanka  na umówione spotkanie pod jaworem spóźnia się więcej niż wypadałoby. Autor nietypowej bredni biada poza kadrem filmujących go dokumentalistów, że katastrofalnie już słabo lancety, nawykłej przecież szarżować, myśli rżną coraz gładszy i gładszy kryształ jego mózgu. Już gęsie pióro maczane w inkauście wypada mu ze zdrętwiałej ręki, choć – z racji, że tu wszak jest na najbardziej swoim miejscu – nie wypada, żeby wypadało.

            – A więc wypierniczaj stąd, biała świnio! – banalnie kwituje Nkube. Zwykle banał budzi moje co najwyżej politowanie, ale teraz poczułem, jakby mnie dźgnięto w najczulszy punkt. Gorączkowo jąłem rozmyśliwać nad sparowaniem tego sztychu.

            – Przykro mi, lecz zachowałeś się jak rasista – nie znajduję na razie nic lepszego.

            – Spadaj – mówi i odwraca się plecami, żądny rozmowy nie na tym poziomie, widać.

            – Spadam – przychodzi mi wzruszyć ramionami. – Lepsze to niż rozmowa bez krzyny filozofii. Nie, nie! – zapobiegawczo uruchamiam bieg wsteczny, bo drab się znowu ustawił twarzą do mnie, a z jej ocznych szparek idą pioruny. – Nie mówię wcale, że nie byłbyś zdolny do rzetelnego dyskursu w ważnych kwestiach ontologicznych czy etycznych, gdyby ci się chciało! Tym niemniej wiemy obaj, że pozwolić sobie na to, żeby mu się nic nie chciało, może tylko człowiek mający cechy Absolutu!

            Nkube nie wie, o co idzie w mojej samoobronie, ale dostrzega to, że wyprowadziłem ją, ponieważ go się boję. I to mu wystarcza. Ja tymczasem nie boję się jego, tylko siebie. Że sam mogę rozbuchać w nim ogień, który mnie spali. Umiejętnie trzeba obchodzić się ze sprzętami, ale to nie oznacza przecież, że trzeba ich się bać. Trzeba natomiast bać się siebie, własnej ewentualnej niekompetencji. Jasne, że autoryzuję tu postawę traktowania innych przedmiotowo, a nie podmiotowo. Od podmiotu idą inicjatywy; przedmiot ujawnia swą pseudoczynność na zasadzie mechanicznego odruchu. Mój przeciwnik zresztą tak samo przedmiotowo, jak ja jego, ma okazję traktować mnie. Czyżbym jednak w tej przysłowiowej jaskini lwa miał dane nie obawiać się inicjatywy wypływającej ze strony otaczających mnie potworów, którym może nie jest niezbędny pretekst, ażeby pierwsi uderzyli?

            – Naprawdę nie wiem, jakiego zwrotu mam użyć – mówi Nkube – , żebyś się stąd wyniósł i jednocześnie nie poczuł się tym zwrotem obrażony.

            – Takiego zwrotu właśnie użyłeś – mówię (o to mniejsza, czy zupełnie szczerze) i wychodzę.