marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 18th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 38

            Parcia na pęcherz wychwyconej ze krwi przez czujne nerki uryny. Spacerowania bitym w kamieniu traktem wśród spowszedniałych, na skutek pomijania innych, krajobrazów. Skryty co do spraw dla siebie najważniejszych wyrobnik telefonicznych wypowiedzi dla spragnionych, uatrakcyjnionego pewną zdroworozsądkowością, banału radiosłuchaczy wylewa z siebie na bezkrytyczną, a przez to, kto wie, czy nie bardziej prowokującą, biel papieru całe kubły gromadzonego na tę okazję w mózgowych trzewiach intelektualizmu. Trzeba się śpieszyć. Kto bowiem nas zapewni, że spośród tylu podobnych prawdzie domniemań, jakie mamy do wyłożenia złaknionym przysłowiowej duchowej strawy, niedokarmionym amatorom takowej, zdążymy nie zagubić tylko tego jednego: że wykonaliśmy jedynie to, co nie podlegałoby przedawnieniu, jeślibyśmy nawet nie kiwnęli palcem w bucie. Że zdążyliśmy się spóźnić.

            Ma być obiad. Popatruję po twarzach nastawiających swe żołądki na przyjęcie owej okoliczności towarzyszy moich uszczuplonych (zbawczo!) uwięzieniem przygód i widzę, że jedną z tych twarzy cechuje mocno nadmierny, jak na siłą rzeczy ascetyczne warunki miejsca, purpuratyzm. Innymi zaś słowy: czerwoność lub czerwonawość. Że jest mi to na rękę, tego szanowny czytelnik ma prawo nie rozumieć, toteż pośpieszam z wyjaśnieniem, że jest to fakt zasadniczo sprzyjający mojemu planowi. Jaki to plan, o tym sza!, bo w przeciwnym razie krucho może być z jego realizacją! Tę moją jednoosobową zmowę milczenia niech mi szanowny czytelnik wybaczy, bo chociaż wiem, że moim obowiązkiem (i zaszczytem!) jest sprawiać, ażeby był on dobrze poinformowany, to jednak plany nie są dla planów, nie są dla samych siebie, tylko dla swoich przysłowiowych urzeczywistnień, a jeślibym za dużo serca wkładał w samo tych pierwszych rozgłaszanie, toby mi tego serca zabrakło na osiągnięcie celu, w imię którego to pierwsze zaświtało mi w głowie. Ale zanim udaje mi się podejść do posiadacza tej czarno-czerwonej twarzy, z hałasem odmykają się drzwi wolnościowe oddziału i wózek z parującymi aromatycznie garnkami wjeżdża ku nam, wywołując bezsłowne komentarze szpitalnej braci – w postaci rześkich parsknięć, mlaśnięć tudzież posapywań.  To nie jest dobry moment, żeby ze swoją sprawą podejść do Murzyna o twarzy z lekka czerwonawej. Teraz bowiem wszyscy osadzeni w oddziale nieszczęśnicy (a więc i on) nastawieni są zbyt absorbująco na myślenie tylko o jednym: o tym, by na parę chwil zapomnieć o tak zwanym całym świecie i skupić się na czekającym nas w najnieodleglejszej przyszłości, mimo braku – wydawałoby się – niezbędnych po temu pałaszy, pałaszowaniu. Kucharka dopchała już swój wózek do strategicznego punktu przy wejściu do stołówki, a my grupujemy się w kolejkę, przy czym nie zważam bynajmniej na to, że przychodzi mi w niej zająć miejsce ostatnie. Robię wszystko, a przynajmniej jest to moim założeniem, by nie dopuścić do tego, na co wielu nieświadomych tragizmu takiego rozwiązania czeka: do końca świata. Ale w jakimś umownym końcu ostatni przecież będą pierwszymi; rywalizacja o przodownictwo i dla mnie pozostaje imperatywem, od którego nie chcę się wymawiać. To jasne: przodownik rządzi. A kto rządzi, jest podmiotem; przedmiot jego władzy to rządzeni, którym wódz wyznacza ścieżki postępowania, nadaje swój autorski sens ich życiu. „Chcę mieć wszystko” – takie zawołanie przyświeca widzącym w nim swą prawdziwą tożsamość ortodoksyjnym posiadaczom. Ta idea jest prosta; intelektualista, który dostrzega wielkie bogactwo i złożoność idej, jakimi można w życiu się kierować, powie nawet, że obskurancko prostacka. Tym niemniej sam posiadacz nazwie nie konkurujących z nim o posiadanie dóbr –  ludźmi bezideowymi. Ludzie poprzestający na uporczywym konstatowaniu wynajdywanych kolejno absurdów świata – czasami, dorwawszy się do medium, które upowszechnia w razie „potrzeby” także pesymizm, osiągają na krótko swój cel: wymuszają na odbiorcach swej sztuki, nauki lub religii odruch ustosunkowania się do tak oto zaznaczonej krytyki. Podanie w wątpliwość sensowności istnienia przysłowiowej gałęzi, na której się siedzi, skłania do twórczej kontrakcji lub do przerwania dotykającego nas letargu – drogą samobójstwa. Człowiek  zasadniczo dobrze czujący się we własnej przysłowiowej skórze też może w chwili refleksji nad własnym losem zareagować dwojako. „Jakież to byłoby wywołało zaskoczenie w kręgach komentatorów, gdybym, osiągnąwszy tyle, to jest tak wiele, całe to dobro, poszedłszy za tak nieporównanie nieodpowiedzialnym sygnałem kaprysu, naraz zaprzepaścił!”. Chęć wprawienia w osłupienie takich, którzy dawali poznać, że są pewni, iż „z tej strony nie grozi nam żadna niespodzianka”, bywa motorem wielu karkołomnych przedsięwzięć. Bardziej jednak popularną wśród ludzi o skrajnych ambicjach pokusą jest ta precyzowana słowami  deklaracji: „będę wszystkim!”.  Przekonywałem już, że człowiek – w swej istotnej części, a więc w rdzeniu, z którego się wziął i wokół którego się obraca – jest nie czym innym, tylko bojownikiem o sprawę przesądzenia racji własnego istnienia jako racji istnienia świata. Idąc dalej, trzeba powiedzieć, że jeśli ktoś takiej racji słuszność przesądzi, to wykaże tym samym zbędność istnienia konkurencji – uczestniczącej dotąd w wyścigu o to samo. Innymi słowy, że świat (i ten ktoś, kto przesądził własną niezbędność) bez niej doskonale sobie poradzi. Otóż miarą tego, co przesądza o tym, kto w danym układzie jest najważniejszy (tu denerwujący [mnie]  przykład Jarosława Kaczyńskiego, twierdzącego bynajmniej nie tytułem żartu, że najważniejszą osobą w państwie jest – czy był – jego brat bliźniak), pozostaje w moich oczach waga zadania, jakie na swych przysłowiowych barkach taki kozak dźwiga. Dawno temu stawiano przed bohaterskim rycerzem zadanie uśmiercenia pastwiącego się nad pięknymi dziewicami w danej okolicy smoka – i to było sprawą najwyższej wagi, stanowiło wręcz „być albo nie być” nie umiejących znieść myśli, że jakaś obca siła depcze ich kwiaty, rodaków wcielonego piękna. Chronienie pięknych dziewic przed potworami wprawdzie nie przestało być ważnym zadaniem dla ambitnych a ułożonych cherlaków po dzień dzisiejszy, tym niemniej przekładanie na jutro realizacji marzenia o Człowieku Idealnym, jakiego dawniej dany cherlak dotychczas chętnie widziałby we własnym synu, urodzonym  mu – po odbyciu stosownej wolty – przez piękną dziewicę, już nie tak bardzo wydaje się być rozwiązaniem, które dzisiaj zadowalałoby wszystkich. Dziś Człowiekiem Idealnym pragnie być sam cherlak, bez jakiegokolwiek przysłowiowego grania na zwłokę. Bojownikiem zaś o własne „ja” nie będzie wszak dzisiaj posiadacz najpiękniej wykutego w stali nierdzewnej miecza, choćby wymachiwać nim umiał najdzielniej i najzręczniej – trafiając śmiertelnie wroga strasznego na równi. Sprawne ciało, refleks (a nie refleksyjność!), odwaga i bezwzględność w dążeniu do celu przydawają się mężczyźnie w dalszym ciągu, a to podczas pełnienia zabiegów prokreacyjnych, ale o jego osobowości decyduje dziś już co innego. Taka jest twoja wielkość – jak to, co sam potrafisz objąć  r o z u – m e m !  Cóż, pamiętam, że w sytuacjach zagrożenia fizycznym unicestwieniem lub przynajmniej poważnym okaleczeniem bądź obsiniaczeniem, miałem duszę na przysłowiowym ramieniu i liczyłem już tylko na to, iż nieprzyjaciel nie zaatakuje mnie, kiedy  j a  nie wykonam pierwszego ruchu. Może to była tylko – w jakimś sensie niezależna ode mnie – chemia, ponieważ samo niebezpieczeństwo winno przecież uwolnić we mnie adrenalinę. Ale jak inaczej wykazać – na czym ponoć aż tak bardzo mi zależy – , że stanowię sobą coś więcej niż nieobdarzony zdolnością samowłączenia się, niewładny ponowić mocą swej suwerennej decyzji uruchomienia – opiewanego wszak nagminnie przez filozofów, teologów i poetów – słynnego Pierwszego Impulsu, mechanizm! Moja żona Kuba bała się rodzić. Przekonywałem ją, że jako kobieta się do tego nadaje. Odpowiedziała, że równie dobrze mężczyzna nadaje się do walki na śmierć i życie – jako ten urodzony żołnierz. Jeżeli kogoś kochasz, gdy nawet  tym kimś będziesz sam ty lub twoja sprawa, nad jaką nie masz ważniejszej, to dla rzeczy takiego rzędu zrobisz wszystko, włącznie ze stanięciem do boju oko w oko z wojownikiem równie nieprzejednanym, który swoją miłość ma obowiązek  ustawicznie udowadniać – tak samo jak ty. Inny sposób na to niż rzucenie na szalę całego siebie byłby czymś ontologicznie niewystarczającym. Cóżby bowiem za wartość miała mieć miłość kupiona, nie zaś – wywalczona! Taka, co do której nie znalazłbyś odwagi, ażeby jej bronić i ją obronić! A jednak jest karta, która tylko to, że rzucona na stół – w brydżu życia bierze lewę bez względu na wszystko. Jest to atutowy as. As, który mógł ci się trafić, jak przysłowiowej ślepej kurze – ziarno. Co prawda, wzięcie jednej lewy nie zapewni ci zwycięstwa. Ale na tym incydentalnym – trudno! – sukcesie możesz już wesprzeć swą wiarę w siebie jako w kogoś, kto zdolny jest zwyciężać. Stanowi mój daleko sięgający domysł, że w idącej obecnie historycznej rozgrywce, której szczególnym rysem jest zmartwychwstanie człowieka zmarłego śmiercią krzyżową, przelicytowany kolor to poznanie. Wręcz na noże idzie tu walka o to, na czyim sztandarze wypisano przekonania słuszne, a czyje słowa, wpisane w inny sztandar, za który w boju lub w męczeństwie umierano, okażą się grafomanią.  Poglądy, co do słuszności których jesteśmy przekonani, o tyle tylko są „nasze”, o ile gotowi sąśmy ich bronić. Może to być, że jest rzeczą drugorzędną, kto je sformułował. Niemniej z określonym typem przekonań po prostu się rodzimy i biada nam, jeśli będziemy próbowali ich się wyprzeć. Bo jeśli ktoś cię przekona do swoich poglądów, jeśli jego poglądy zaczniesz wyznawać i będziesz wyznawał, to staniesz się automatycznie jego kopią, rzeczą nieoryginalną, obcym naturze wojującemu o siebie, o własną swoistość, czemukolwiek i komukolwiek – i to w obrębie obu rozciągłości: tak czasowej, jak i przestrzennej. To dopiero człowiek, posłużywszy się własnym, genialnym wynalazkiem abstrakcji, sięgnął do niej i wywiódł, że coś takiego jak sztanca ułatwi zasadniczo nasze życie. Bo i abstrakcja jest ponad bytem i jej przeprowadzane przez nas projekcje ujawniają niekiedy rzeczy przeciwne bytowi. Cóż. Jestem zdania, że dziejącemu się światu nie musimy szkodzić, a nawet więcej: że kiedyś będziemy zdolni (choć nie jest to przesądzone) wypracować mu trwanie wieczyste. A co do takiego trwania doskonałości – nie zależy nam przecież na tym, ażeby ona była ‘niewzruszona’, bo to równałoby się temu, że musiałaby być ‘nieruchoma’. Potrzebna nam jest doskonałość „nadająca się do konsumpcji”, nie zaś absolutna, taka, jaką odwiecznie posiada Bóg, który nie stworzyłby bytu, pełnego „pańskich” wspaniałości, ale też okropieństw, gdyby jego nadbyt bez bytu nie pozostawiał nic do życzenia. „Brud jest szlachetny” – powtarzałem niegdyś, zgadując, że ten uszczerbek w czystości ideału (jakiego to ideału nieodłączną chyba cechę stanowi jakaś, powiedziałbym, „ majestatyczna statyczność” [ale nie nieruchomość!] – choć przeczy temu pierwszemu dynamizm niektórych utworów Chopina, też doskonałych) jest twórczy tudzież inspirujący. I jeszcze: czyż myślenie magiczne, będące „obskurancką” antytezą myślenia logicznego, kiedy używamy go w naszych codziennych grach przeciwko opornemu losowi, naprawdę świadczy o naszej naiwności? O rozumieniu problemów nie do końca? Czyż odwoływanie się do „przesądu”, że „jak podczas spaceru postawię raz stopę trochę krzywo, to pójdzie mi jak z płatka na przykład dopracowanie melodyjki, którą tryumfalnie pragnę wkroczyć na światowe listy przebojów”, nie jest w istocie odwołaniem się do Ducha Niewiadomego? Nie jest więc odwołaniem się po prostu do… Boga? Nie jest modlitwą? Pozwólcie, że odsapnę. Bom się zziajał. Choć może nie tak bardzo zapierającą dech w piersiach wymową moich odkryć, jak znękaniem chorobą, co znowu (po siedmiorocznej szczęściem przerwie) wybulwiła mi dziąsło nad pieńkiem po dawno skruszonym zębie. Bóg chce, aby o nim pamiętano, a raczej: by sobie o nim przypominano. I cieszy się, że o jego pomoc się modlimy, bo to zatrudnia jego wszechmoc.

            Już nie chce mi się myśleć, czy wiercący się na swych miejscach w kolejce psychici mówią coś (a mianowicie, czego z największą dozą prawdopodobieństwa trzeba by spodziewać się po prostakach, klną, że pewnie obiad znów będzie „do dupy”, a nie „do gęby”), czy z właściwego ludziom ograniczonym braku fantazji nikczemnie milczą. Wydawałoby się wprawdzie, że zbyteczne tu myślenie, bo niby, żeby to stwierdzić, starczy nadstawić ucha. Ale niestety sytuacja powieściowa w tym przypadku nie jest to sytuacja wysiadującego przy laptopie powieściopisarza. Realia jego gabinetu w małym tylko stopniu podpowiadają mu, jak „powinien” (a to po to, by szanownego czytelnika nie skazywać na obcowanie z materiałem nieatrakcyjnym) wyglądać podawany krajobraz i co na tle tych pól, ruczajów tudzież zagajników „ma” się rozgrywać. Stoję więc w kolejce do obiadu jako tego szeregu przysłowiowa czerwona latarnia, tępo wpatrzony w karki ustawionych przede mną obdartusów, i marzy mi się układ, kiedy będę mógł ze spokojem od tej trywialnej scenki rodzajowej (jej rodzajowość przy patrzeniu z dystansu pewno już nie będzie dla mnie aż tak nijaka) się dystansować. Trzeba zaznaczyć wszelako, że mój obecny szyderczy stosunek do rzeczywistości nie jest stanem dla mnie typowym. Patrząc na nią, widzę głównie nie jej teraźniejszą „niewzruszoną” nędzę, tylko to, co wspaniałego z tego przybrudzonego sukna po wypraniu można będzie wykroić. Mam w pamięci mężczyznę o zaczerwienionej malowniczo twarzy i jestem nieomal pewien, że, gdy skończymy (a wcześniej oczywiście zaczniemy) jeść, podejdę do niego, by umiejętnie wyłuszczyć mu, z czym podchodzę. Tymczasem kolejka posuwa się do przodu i wkrótce i mi dostanie się talerz z zupą, w której – jak to zza pleców stojącego przede mną a mającego jutro nas opuścić Amina Basnadara wyraźnie już dostrzegam – pływa, wynurzając się w połowie, gruby balas jakiejś kiełbachy. Będzie to za cały obiad, jeśli dodać tę pajdę chleba bez żadnej omasty. W ostatniej chwili przypominam sobie, że w moim planie stojący przede mną Murzyn ma odegrać rolę wręcz współistotną mojej, toteż zwyczajnie nie wypada mi zaprzepaścić szansy, jaką zesłał mi los, przypadkowo sprawiając, że jeszcze przez parędziesiąt sekund moja fizyczna bliskość z ważnym dla mnie człowiekiem może uchodzić za w pełni naturalną. Chwilę pomyślawszy, wypowiadam:

            – Panie Basnadar, mam do ubicia z panem nader korzystny dla nas obu interes.

            Obraca ku mojej swą mało pewnie murzyńską twarz o regularnych rysach Egipcjanina i, taksując mnie oceniająco świdrującym spojrzeniem czarnych oczu, odpowiada:

            – Pieniądze mnie nie interesują.

            – Czy mam przez to rozumieć, że za to interesują pana kwestie wyłącznie intelektualne w rodzaju takich, jakich nigdzie nie dostanie się za pieniądze?

            Basnadar wydobywa z siebie, lekko zdławiony, śmiech:

            – Podejrzewa pan, panie Plux, że jako Murzyn muszę wręcz tęsknić za pełną mądrości opowieścią białego człowieka?

            Jest moment, kiedy mój interlokutor będzie brał swój talerz z zupą. Bierze. Dokładnie:  talerz i łyżkę. Oraz chleb dodatkowo. Wypada moja kolejka, więc biorę to samo i podążam za tym nietypowym wariatem, który zdolny jest sięgnąć do ironii i zrobić to w sposób bez mała wytworny. Siada przy jednym ze stolików, gdzie jest jeszcze wolne miejsce dla mnie. Jedno z pozostałych dwóch miejsc wypełnia swoim monstrualnym tyłkiem niestety znany mi od najgorszej strony Duży. Ze względu na niebezpieczeństwo, jakie niesie bezpośrednia bliskość tego ostatniego, na razie powstrzymuję się od powiedzenia chociażby słowa.

            – Ma pan do mnie jakąś sprawę, Plux – mówi Basnadar. – Proszę korzystać z okazji.

            Ze strachu przed tym, że Duży za to mnie zabije lub poważnie uszkodzi, z wymarzonej niby okazji oczywiście nie korzystam. Zauważyłem poniewczasie, jakiego to sąsiada przy stoliku ma Basnadar. Gdybym dojrzał to w czas, tutaj w ogóle bym się nie przysiadał. Na rejteradę jest jednak za późno. Chyba, że Duży sam tego zażąda.

            – No, dlaczego pan milczy, panie Plux! – ponagla mnie Murzyn, z twarzy, gdyby nie kolor skóry, nawet do mnie trochę podobny, mojego wzrostu i zbliżonej tuszy.

            – Jemu nie wolno odezwać się przy mnie – objaśnia Basnadara Duży, co powiedziawszy dodaje wspaniałomyślnie, już najwidoczniej pod moim adresem: – Chwilowo odwołuję ten zakaz. Pod warunkiem, że nie zanadto będziesz obrażał mnie swoją głupotą, masz moje pozwolenie na krótką wypowiedź, skoro ktoś, komu nie jesteś godny posłużyć swoim białym ryjem za spluwaczkę, wyraża takie życzenie.

            Odziedziczyłem po przodkach może i wszystko, co teraz sobą przedstawiam, wszelako byli wśród nich i tacy, którzy poczucie własnej godności stawiali wysoko, choćby ta niebosiężność płynęła li tylko z urojenia. Istnieją ludzie ufni ocenom samych siebie, jakie wystawiają im inni; dla weryfikacji przedkładanej przeze mnie nad zdanie innych samooceny i ja pytam niekiedy osoby ze swego otoczenia, jak spodobał się im dany a zamanifestowany przeze mnie wyraz mojej osobowości. Toby było jednak zbyt smutne, ażeby to uznać za rzeczywiście przesądzające o nas jako o mających prawo do dumy z   w ł a s n y c h   osiągnięć indywiduach, widzieć w sobie jedynie kombinację cech swoich przodków czy innych poprzedników (na przykład w dziedzinie, gdzie notujemy swe osiągnięcia). Jakkolwiek każda stworzona przez nas nowość (tylko tak pojmuję dającą miejsce w panteonie historycznych sław kreatywność) jest nawiązaniem do dawnych konstruktów i tendencyj (poprzez pogłębienie ich istoty lub tej istoty przekorne odwrócenie), takkolwiek możemy jeszcze zrobić coś ekstra: przekroczyć samych siebie! Zrobić coś, o co nikt (w tym my sami) nas by nie podejrzewał! Powiadają, że wszystko już było, więc może decydując się na to, co zaraz chyba zrobię, sięgnę po prostu do swoich genetycznych pokładów, gdzie istnieje (może od tysiącroczy?) dokonany wzór takiego zachowania? Wylanie na łeb Dużemu zawartości talerza z gorącą zupą – po namyśle uznaję jednak za pomysł chybiony. Raz, że mało oryginalny. Dwa, że prostacki. Trzy, że, powstrzymując się od jego realizacji, zyskam możliwość udowodnienia – a to ogromem swoich przyszłych prac – , jak absurdalne były wszelkie próby znieważenia mnie przez mikroskopijnych ludzi. Dlaczego jednak swoje satysfakcje czerpiemy zawsze z pognębiania innych? Otóż dlatego, że stanem „sprawiedliwym” jest tylko nijaka obojętność. Chcąc wytworzyć jakąkolwiek jakość, musimy wybić się ponad tę obojętność, antagonizując się wobec czegoś, co powstaje automatycznie jako przeciwstawność naszego wywyższenia. Wywyższenie (siebie) przez poniżenie (drugiego). To jest zasada bytu. I sens jej może zmienić na lepsze tylko próba antagonizowania się nie wobec ludzi, tylko wobec naszych ludzkich ograniczeń, czego cena jednak i tak musi spłynąć na kogoś, ażeby przysłowiową słodycz uzyskania przez nas większej wolności coś przysłowiowo gorzkiego  w  c z y i c h ś   ustach koniecznemu prawu zerowego bilansu rekompensowało. Tak więc, być może, istnieje uzasadniona potrzeba wspomagania i utrzymywania przy życiu bezproduktywnych, wydawałoby się, chorych i cierpiących? A to po to, by przyjmowali na swoje przysłowiowe barki jarzmo ciężarów, jakie dla odciążenia pozostałych ktoś ponosić musi? Jestem cyniczny? Możliwe, że tak. Przyjmuję sobie za honor, że w moim dzisiejszym zadołowaniu w ogóle stać mnie na cokolwiek. Choćby na tak cyniczną supozycję.

            – Dziękuję ci, Duży, za bezbłędne wczucie się w problem – mówię.

            – Nie próbuj mnie oceniać! – jak nie warknie to monstrum! – Nie jesteś ani moim szefem, ani moim belfrem! – przyśpiesza gardłowo. Wyciąga wskazalec, czyli podług mojej terminologii ‘wskazujący palec’, i pograża nim. – Żeby mi to było ostatni raz!

            – Tak, szefie – wypowiadam w miarę pokornie, w miarę zuchowato, bo z jednej strony nie chcę się narazić na pobicie, a z drugiej też wcale mi się nie uśmiecha rozpamiętywać później, jak to potulnie niegdyś znosiłem „rozporządzenia” małomózgiego byka o wielkiej głowie, który z zakresu intelektualnych rozgrywek opanował w znośnym stopniu tylko sztukę lżenia. I to jedynie w sytuacji, kiedy oniemiały ze strachu przeciwnik pozwala sobie wcisnąć najgorsze. Wiem, że i prymityw niekiedy bywa zdolny do jakiejś tam oceny inteligencji danego osobniczego przypadku, bo w przeciwnym razie co miałoby mu kazać wykazywać respekt wobec „mądrych” i lekceważenie wobec „głupich”. Szefami gangów zawsze są przecież ludzie wprawdzie okrutni i bezwzględni, lecz zdolni do kreatywnego myślenia; taki prosty potencjalny pracownik przestępczej grupy jak olbrzym siedzący obok Amina Basnadara -  nie podporządkowywałby się władzy scenarzysty i reżysera „kryminalnych etiud”, gdyby nie był w stanie docenić i uznać za wyższą od swojej – intelektualnej klasy planisty i prowodyra napadów, porwań czy wymuszeń. Kto za kim pójdzie, to jest kwestia posiadania przez jednych i nieposiadania przez drugich swoistej „grawitacji”, jakiejś „siły atrakcyjności”, która pociąga i zniewala do posłuszeństwa. W pewnym stopniu na tę siłę składa się umiejętność trafnej oceny sytuacji, w której bandytom wypadło działać; resztę stanowi dowodzona przez „bossów” zdolność do wpisywania w sytuacyjny kontekst określonej przestępczej akcji (której zarysy trzeba przecież, do czego niezbędna jest wyobraźnia, stworzyć) i okazywane zdecydowanie w kierowaniu realizacją planu.

            – Koniec! – nakazuje mi groźny kolos. – Rozmawiaj z panem Basnadarem!

            Posłusznie obracam twarz ku szczęściarzowi, który jutro ma być wypisany:

            – Nawiązując z panem rozmowę, chciałem pana zapewnić, że wśród wielu potencjalnych ról, jakie pisze dla nas Opatrzność, jest pewnie i taka, która byłaby dla nas obu dobrym niewątpliwie interesem. To wynika po prostu z niezawodnej teorii prawdopodobieństwa, gdzie możliwość zaniedbywalna, bo szacowana podług miar zdroworozsądkowych na zero, z powodu, że zero w praktyce wyraża się zawsze jakimś niezerowym ułamkiem, na przykład: jeden do dwudziestu pięciu biliardów, pozostawia przysłowiowy cień szansy. Dziękuję panu za wysłuchanie mego komunikatu.

            To powiedziawszy, skłaniam się ze swego krzesła słuchającemu mnie z uwagą Basadarowi, przechodząc do pochłaniania zupy z kiełbasą. Oczywiście nie mam bynajmniej zamiaru mówić inteligentnemu Murzynowi, o co mi chodzi naprawdę, przy prostaku. Dbam o konstruowanie swego losu jak o nic innego, choć i tak za mało.

            – Rozumiesz, o co chodzi temu białemu mięsu? – znad swego talerza rzuca do Basnadara Duży. Zupa jest wodnista. Cieszę się, że, gdy ją wyjem, pozostanie jeszcze do zjedzenia ten kawał trudniejszej do rozwodnienia wędliny.

            – Mniejsza o to, Potule – kwituje zapytany. – Przypomnij sobie lepiej sentencję zawieszoną nad drzwiami najlepszej knajpy w Adreys.

            – „Jem, więc jestem”! – zaśmiewa się Duży, którego właściwe imię (lub nazwisko) przed chwilą poznałem, zadowolony, że pamięta o tak ważnych szczegółach.

            Zupę wyjadłem. Próbuję łyżką pociąć kiełbasę na drobniejsze kawałki. Ta jednak wyślizguje się. Potule śmieje się, że „taki biały, a taki głupi”.

            – Niech pan weźmie w palce i gryzie – radzi mi Basnadar. Idę za jego radą, chociaż gryźć ogołoconymi z zębów dziąsłami jest i boleśnie, i mało skutecznie. Obaj Murzyni przy moim stoliku też jedzą. Wszyscy jedzą. Przy szarzyźnie oddziałowej rzeczywistości wtrajanie posiłków należy do okazyj rodzących najwięcej skojarzeń. Je się tutaj może nie dla skojarzeń, wszelako to one przecież stwory zwane ludźmi mimo wszystko najmocniej ożywiają. Między innymi dlatego tak cenię – zasadzające się w końcu na skojarzeniach – myślenie. Finalizujemy obiadową wyżerkę. Teraz wypadnie tylko odstawić talerze na wózek, przejść te parę kroków do zintegrowanej z częścią klozetową umywalni i starannie (z racji nadmiaru „wolnego” czasu) wymyć dłonie. Tak, tak: to zabawny paradoks, że wolnego czasu najwięcej doświadczymy w więzieniach. Jednak do umywalni też kolejka. I tu przychodzi mi być ostatnim, czemu przecież, jak i poprzednio, nie mam powodu się „przeciwić”. Kapitan z tonącego okrętu schodzi jako ostatni. Tu niby nic nie tonie, a stołówka nie jest okrętem. Jednak przy odrobinie wyobraźni można sobie wystawić, że po prostu tonie w naszych żołądkach zupa, albo przysłowiowym tonącym pijanym okrętem jest nasz pieprzony oddział. Powie ktoś, że, traktując wszystko metaforycznie, można dojść do wniosków dowolnych. Oczywiście. Taki „traktunek” stanowi za to doskonałe ćwiczenie dla umysłu, który przez przeciwstawne traktowanie wszystkiego jako dosłowności pewnikiem nigdy by nie wyszedł z przysłowiowych opłotków przyziemności, tym samym nie wypracowując czegoś takiego jak abstrakcja, dziedzina, dzięki której wypracowaniu i opanowaniu zyskaliśmy jako ludzie bodaj najwięcej, a jeszcze więcej zapewne zyskamy. Tymczasem jednak stoję w pomału posuwającej się do przodu kolejce do umywalni, co naturalną koleją rzeczy sprawia, że narasta we mnie znużenie. Prawda: miałem nieprzespaną noc, której nie odespałem. W dodatku noc tę bezsennie przeleżałem w najdosłowniejszym i najściślejszym skrępowaniu. A więc to nie tylko to, że jestem znużony przedłużającym się staniem. Mimo wyczerpania, szukam oczami człowieka o zaróżowionej twarzy. O tyle to łatwe, że wszyscy jedli kiełbachę, trzymając ją w palcach, czyli że wszyscy muszą dłonie wymyć. Jestem ostatni w kolejce. Więc każdy, po dokonaniu ablucji, będzie obok mnie przechodził. Ten facet nie ma swego łóżka w siódemce; „mieszkańców” mojej sali już wystarczająco dobrze nauczyłem się rozpoznawać. Jakbym miał ganiać, szukając potrzebnego mi pijaka po wszystkich pozostałych sypialniach, naraziłbym się na niesnaski. Tak, zaobserwuję, w otworze drzwiowym której sali znika niepoprawny moczymorda i będę już w przysłowiowej znacznej mierze miał ułatwione zadanie. Oddziałowi czarni ludzie wychodzą z umywalni raz częściej, raz rzadziej, nie wszyscy bowiem uznawają za stosowne spłukiwać swe dłonie z tłuszczu jednakowo długo. Poza tym w umywalni są 3 umywalki, toteż siłą rzeczy niektórzy ową szlachetną czynność mycia odbywają jednocześnie. O, jest poszukiwany! Typ wyższy niż ja o jakieś pół (średniej) głowy, w pidżamie w biało zielone paski. Teraz go nie zaczepię, spraw takich jak moja nie omawia się przy ludziach, tylko w cztery oczy. Podążam spojrzeniem za tym kawałem chłopa o tak zwanej „nalanej” twarzy (co chyba ma oznaczać, że jest to twarz, której właściciel często sobie – wiadomo, co – nalewa, czym powoduje widoczną oblicza „opasłość”, bo nie poprzestaje na nalewaniu i nalane wlewa – też wiadomo, gdzie) i widzę, że znika w drzwiach oznakowanych piątką. Chwilę później zwalnia się miejsce przy jednej z umywalek, więc wchodzę do tego pomieszczenia o dobrej (dzięki wyłożeniu ścian mało porowatymi kafelkami, które odbijają dźwięk miast go pochłaniać) akustyce i ostatkiem sił, chciałoby się rzec, umywam ręce. Nie jest mi do śmiechu, bo jadę  na resztce benzyny, a mam do zrobienia niepokojąco dużo. Coś, o czym wiem, że będzie diabelnie trudne, a nie wiem, czy okaże się w ogóle możliwe do przeprowadzenia. Z kolei, jeśli nie zdobędę się na to teraz, to w tym niebezpiecznym (a przede wszystkim uniemożliwiającym mi pośpieszenie ludzkości na ratunek!) więzieniu dla niewinnych posiedzę jeszcze co najmniej 6 tygodni! Zakręcam kran i zdesperowany wizją ciężkiej niewoli, od której jest – być może – ucieczka, zdecydowanie wpierw kroczę, a potem wkraczam – do sali numer 5.