marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 17th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 37

          A jednak ludzkość, w osobach swych najbardziej przemyślnych przedstawicieli, udowadniała nieraz, że wiele niezwalczonych z punktu widzenia przysłowiowego chłopskiego rozumu, a więc logiki nie wchodzącej w detale, przeciwności da się zwalczyć. Płynąć pod wiatr żaglowcem? Chłopski rozum powiedziałby, że tu nic nie da się zrobić. I jeszcze dodałby: koń ma dużą głowę, niech myśli – nad wynajdywaniem sposobu urzeczywistniania bzdurnych zachcianek! Tymczasem praktyka marynarskich prób i błędów zdystansowała tu myślenie teoretyczne: radą na bezradność wobec dokuczliwego kłopotu okazało się manewrowanie pod wiatr slalomem, nazwane później halsunkiem. Pewnie, że taka jazda jest trudniejsza do przeprowadzenia aniżeli zwykły kurs, uciążliwsza. Ale czyż satysfakcje nie są tym większe i cenniejsze, im bardziej karkołomne wiodą do nich drogi? Spełniamy się w działaniu, a to po to, by spocząć, z dumą wspominając przebyte trudy; kiedy tych ostatnich braknie, nie jest możliwy i przynoszący prawdziwą ulgę odpoczynek, gorzej: trudno wtedy mówić o odpoczynku jakimkolwiek. Podejmowanie trudu odbywa się w imię pragnienia osiągnięcia założonego celu. Niech cel wszelako będzie nawet jedynie punktem orientacyjnym, kierunkującym nasze działania bez konieczności osiągnięcia go, skoro do działań dochodzi! Pisał Karol Marx, że państwo jest aparatem ucisku; czy ja zdobyłbym się na to, by codziennie poszukiwać sposobu na wyjście kosmosu, człowieka i Boga z zaklętego kręgu wiecznych nawrotów, gdyby nie ucisk narzucony mi przez świadomość, że w przeciwnym razie nie będzie już żadnych szans (chyba, że   m o j ą   pracę wykona kto inny) na wywikłanie się z tego okropieństwa? To chyba zrozumiałe, że ludziom zmuszonym (i bez surowego „zrobisz to!” nie będącym w stanie wyjść poza tę tematykę) myśleć o tym, co jutro włożą do garnka, należy nakazać, by choć trochę otrzaskali się z pytaniami innymi niż to, co jutro zjedzą? A jeśli taki zamysł jest zbyt dalekosiężny, to trzeba nakazać im wykonywanie konkretnej pracy, choćby jej sensu nie rozumieli. Inaczej bowiem byt społeczny, jakiego warunkiem jest integralność, się rozleci. Jako ludzie operujemy w zakresie spraw szerszym niż zdolne są to robić jakiekolwiek inne byty poszczególne. A przecież i nasza wolna wola jest fikcją! Że cokolwiek robimy, wynika nie z naszych suwerennych decyzyj, tylko z rozpędu, jaki naszym poczynaniom nadali konsekwentni w swej ślepocie na każdą wątpliwość fanatycy – pociągający zdolne toczyć się po torach, ale same w sobie bezwolne i bezwładne, idące w setki wagony – na podobieństwo pojedynczych i niezbyt w sumie wielu lokomotyw. Zobaczmy, co, postulowane przez twórcę ideału Nadczłowieka, rozkrzewienie woli mocy wywołało w Afryce: rzezie milionów mężczyzn, gwałty na setkach tysięcy kobiet, doprowadzanych tym często do samobójstwa! Jaki przyrost historycznego piękna spowodował ten, czyniący swą wolę mocy murzyński wojownik? Czyż raczej nie zaszło tutaj, płynące z mechanicznego naśladownictwa, pozostających do niedawna w niewoli Homerowego wzorca, Białych – historyczne uwstecznienie? „Na dźwięk słowa =kultura= odbezpieczam pistolet”? Czy daleko w las zaszliby podczas swoich „zielonych roków” hitlerowscy naziści, gdyby nie to, że, prócz nowej ideologii, niosła ich ku horyzontom stara i wielka germańska  k u l t u r a , będąca w swej ogromnej części naśladownictwem jeszcze starszego Rzymu? Jak nadal za nami wlecze się ta ostatnia wojna! Dla jakże wielu wciąż tylko ona pozostaje natchnieniem! Jest bezcelowe wikłać się w domniemania, czy mogło do niej nie dojść; znamy przysłowie, które mocy obowiązywania chyba na pewno nie straci nigdy i oby jej nigdy nie straciło: co się stało, to się nie odstanie. Żyć pod pręgierzem nieustannego strachu przed nawrotem ogólnoświatowej awantury to postawa jednak mało, że nietwórczo defensywna; po prostu wręcz paraliżująca. Wszelako wojennych wspominek, z ich podnoszeniem własnego bohaterstwa, gdyśmy sami „w obronie ludzkiej wolności i godności” zabijali, lub – gdy „niecnie” zabijano nas, „bośmy mieli takich zafajdanych przyjaciół, którzy nas zdradzili” – tych odbierających apetyt na życie i twórczość wspominek nie da się wyprzeć z kalendarza rocznic byle czym. Zresztą i ludobójstwo miało swój konkretny powód: brnęliśmy otóż ścieżkami, którymi szofer luksusowego auta jadący autostradą nieledwie musiał pogardzać, widząc dyskwalifikującą nas dysproporcję pomiędzy swoim sposobem pędzenia dni, a naszym. Równie dobry teren pod zamieszkanie i zagospodarowywanie czemu miałby pozostawać w gestii gorszych mieszkańców i gospodarzy? Funkcjonuje od dawna przysłowie „bądź dobry dla dobrych, natomiast zły – dla złych”. Otóż słowo „dobro” wzięto ze słowa mającego oznaczać niezłomność, niełatwo dającego się złamać, dębu – rosnącego w „dąbrowie”. Dobro – dąbro-wa. Podobnie, a nawet jeszcze oczywiściej, maluje się pochodzenie słowa „zło”. Złe jest to wszystko, co łatwo daje się złamać. Co złamane, to złom. A więc: zło – zło-m. Dobro i zło, czyli niezłomność i łamliwość; inne znaczenia przydano tym słowom w czasach późniejszych. Prosty żołnierz-nazista, którego rękoma realizowała się praca mózgu ideologa, postępował podług tego, do czego go przekonano czy raczej: co mu wmówiono. Nader żywotny był i jest w świecie motyw walki dobra ze złem; różnice zaczynają się tam, gdzie dochodzi do głosu sprawa, jak pojęcia walki, dobra i zła rozumieć. Prosty nazista za swój wręcz zaszczytny obowiązek miał posłuszeństwo wobec władzy, innymi słowy: dokumentowane czynem zaufanie najmądrzejszym. A najmądrzejsi – cóż? – nie zdołali wyjść z pogłębiających się wciąż tylko kolein historii – mających swój świadomie sformułowany początek w jakże wymownym połączeniu dwóch jedynie czynników, nobilitowanych patronatem najszlachetniejszej z dziewic, mitycznej Pallas Ateny. A były to wojna i mądrość. Tylko niezłomne ma prawo łamać łamliwe, a skoro w wojnie zwyciężasz, to udowadniasz, żeś niezłomny, inaczej: dobry. Gdybyś zaś w wojnie dawał się złamać, oznaczałoby to, żeś łamliwy, inaczej: zły. Dobro jest więc atrybutem zwycięzców, tym samym tedy w ciągle ponawiającej się walce dobra ze złem zawsze tryumfuje dobro… Bądź przyjazny dla silnych, natomiast bezwzględny – dla słabych. Zwłaszcza, gdy silnych znajdujesz we własnym kręgu, a słabych identyfikujesz jako obcych. W dawnych czasach wyłącznie wojny utożsamiano z czynnością; aktywny to był ten, który na polach bitew i w zdobywaniu twierdz wykazywał waleczność. Mądrość sprowadzano do  umiejętności taktycznego rozegrania walki. Tymczasem teraz widzimy (a jeśli jeszcze nie widzimy, to zaraz zobaczymy), że za walkę i mądrość można przyjmować i co innego. Bezdyskusyjnie za walkę należy mieć także fakt przełamywania oporu, który stawia nam łatwo wyobrażalny przeciwnik – na jednej z wielu płaszczyzn międzyosobniczych czy międzygrupowych zmagań. Poszukujemy bowiem zawsze satysfakcyj, w których mogłoby się spełnić czy spożytkować nasze osobnicze lub rozciągnięte na grupę istnienie. Zapewne na każdej z tych płaszczyzn zmagań celem musi być zabicie przeciwnika – fizyczne lub mentalne. I tu wyjaśnia się już, niezrozumiała dla natur połowicznych, zaciekłość, jaką – chociażby w rozgrywce szachowej – demonstrują obiedwie strony. Kiedy warunkiem naszego szczęścia lub życia musi być czyjeś cierpienie lub śmierć, czyż nie odstawimy na bok pozy blagiera, dla którego niby jest wszystko jedno, co się z nim stanie? Możemy nie odstawić. Ale wtedy wyniknie jasno, że lekceważymy rzecz, od jakiej dla nas nie powinno być ważniejszej. I ja – chociażby niniejszym tekstem – z kimś na poważnie się zmagam, co bierze się stąd, że ustąpiłem mu na innych polach i to jest ostatnim, na jakim nasza walka może się rozegrać. Jak w obliczu ostateczności  porzucić przecież własne ukochane sentencje i cokolwiek, czegośmy się dorobili, skoro, kiedy nie będzie posiadacza ich, co one miałyby oznaczać! „Ten szczęśliwy, kto wśród zawodu / dał innym szczebel do sławy grodu”? Czy zrzeczenie się prawa do szczęścia na rzecz innych ma mi dać szczęście? Czyż to, że wywiniemy się od trudów walki o ukochaną kobietę (z którą wiązaliśmy dotąd nasze marzenia o szczęściu), przeznaczając ją tym samym do skonsumowania przez innego, naprawdę może dać szczęście komukolwiek? Jest chyba wręcz przeciwnie: to dopiero w toku walki (dla jednych poprzez argument siły, dla drugich poprzez siłę argumentu) wytwarzamy w sobie substancję, która nas uświęca, upiększa, oczyszcza, dzięki czemu staniemy się, zwyciężywszy, wreszcie wystarczająco atrakcyjnie spreparowanym partnerem dla naszej wybranki. Z kolei jeśli dobro ma stanowić jedzony przez nas obiad, to samo szczęście będzie tego dobra jedynie krótką fazą finalną, tego obiadu końcówką, czyli deserem, a więc daniem ani tak posilnym jak zupa, ani tak energetyzującym jak danie główne. Dla spełnienia naszych życiowych, w tym ambicjonalnych, potrzeb nie jest więc wystarczające doznanie samego tylko szczęścia, rozumianego jako ekstatyczna rozkosz. Szczęście człowieka – rozumiane jako czynnik uzasadniający w gruncie rzeczy zadowolenie ze swego losu, czyli szerzej, aczkolwiek w pewnym odejściu od definicyjnego meritum sensu tego poszukiwanego, bo z powodzeniem równoważącego ciężary bytu, doznania – bierze się z pomyślnego wyniku zderzania się z przeciwnościami (czy przeciwnikami). Kiedy więc w życiu napotykamy przeszkody, nie dowodzi to złośliwości Boga, lecz przeciwnie: w ten sposób stwarza On dla nas szanse pokonania ich, a tym samym osiągnięcia przez nas tożsamej ze szczęściem satysfakcji. Powtarzam tu po raz już chyba setny: nic innego jak tylko zło (przeciwność) stanowi warunek pozyskania dobra (płynącego z pokonania przeciwności). Stan euforii, w swej najbardziej skrajnej postaci, jest jednak znany chyba tylko dotykanym właśnie przez tak zwaną psychozę maniakalno-deperesyjną psychitom. Dzięki jej dotknięciu, w receptorach psychity zachodzą totalnie niesamowite (wite nie samo, więc chyba z udziałem Diabła?) ujawniania się sensów w czymś, czego nigdy dotąd ani podejrzewaliśmy, że może to być rzecz mająca status tajemnicy. A takich rzeczy wokrąg raptem okropna mnogość, wszystko nagle odkrywa swą – jak nam się wydaje – prawdziwą funkcję w Układzie; oświeca nas przy tym nieodparte przekonanie, że i my sami mamy w tym przedziwnie naraz logicznym porządku, tym logiczniejszym, im gorszy bezład go przez tyle roków poprzedzał, swoją rolę do odegrania, ponieważ wiemy już, kim naprawdę jesteśmy – to znaczy, na miarę jakiej historycznej lub literackiej postaci, takiej miejsca i zadań, w istotnej dla Dziejów rozgrywce zostaliśmy naprawdę skrojeni. Stan maniakalnej euforii, płacony później (czy koniecznie?) równie skrajną depresją, możnaby też, a to w chwilach odkodowywania się dobrze zasuszonej (prochami antypsychotycznymi) pamięci, mieć za stan szczęścia, gdyby nie to, że – jakby powiedział uprzedzony do fantasmagoryj realista – trudno za szczęście mieć wartości urojone. Bo i rozkoszne bywają halucynacje, co powie wam także, nie mający w sobie naturalnego (produkowanego może przez jakiś właściwy tylko psychicie gruczoł wydzielania wewnętrznego) narkotyku, zwykły narkoman. A jeśli taki stan, stan podwyższonego nastroju, nie jest chorobą, tylko (jest) świętością? Nawiedzeni przegrywali dotąd z szarymi realistami może nie dlatego, że to otwarcie na wymiar metafizyczny rzeczywistości ich dyskwalifikowało, choć to jasne niby, iż, jak rozproszysz swą uwagę na więcej wymiarów, to jesteś mniej skupiony na wymiarze, w obrębie którego zwycięstwo się praktycznie rozstrzyga. Praktycznie? Właściwym i groźnym dla przeciwników orężem nawiedzeńca nie jest  przystosowanie się do (też stwarzających szanse, ale jakże ograne!) układów rzeczywistościowych, jakie ten człowiek, przychodząc na świat, czy raczej wstępując w świat jako jednostka mająca już wypracowany szkic prawdziwie własnego programu (może to być wiek przeżytych, jak w moim przypadku, nawet 55 roków), zastał. To właśnie z nieprzystosowania się do zastanych układów bierze się tęsknota do takiej wizji świata, gdzie nieznane realistom potrzeby urządzenia świata po nowemu i w związku z tym poruszania się ludzi w jego ramach zupełnie nowymi trajektoriami – znajdują wreszcie swoje spełnienie, o ile swoją sprawę, twardy ten jeden raz psychito, dzielnie doprowadzasz do stanu „pod klucz”. To słabsze lub mniej istotne musi przystosowywać się do tego, co silniejsze czy istotniejsze. Innymi słowy, to nie przysłowiowy ogon ma kręcić psem, tylko pies – ogonem. Że do dziś dnia mędrzec musiał przystosowywać się do zabijaki, brało się nie stąd, iż taka była i jest niewzruszona hierarchia społecznych zależności. Dotychczasowa mądrość po prostu nie olśniewała swą klasą tak, jak wyczyny zabijaków; nie miała tak silnej jak one wymowy. A to bynajmniej nie z domniemanej gatunkowej wyższości zabijactwa nad posłannictwem myśliciela. Wszyscy chcemy doświadczać Zasady, na której to wszystko (wraz z nami samymi) się wspiera. Byliśmy w stanie uwierzyć nawet w to, że ową Zasadę generował fryzjer lub krawiec, upierając się przy noszeniu długich włosów czy skórzanych marynarek. Myśl Kosmiczna ogniskuje się w integralnych strukturach mających największy stopień skomplikowania, czyli w ludziach, i świadomość tej prawdy winna działać na nas budująco tudzież motywująco i mobilizująco do prac w imię wyznaczania temu kosmosowi (a więc i nam samym) takiej dziejowej drogi, którą poszedłszy nie będziemy mieć powodu, by narzekać, jakkolwiek samo (problemowe czy oglądalnościowe) piękno przebywanego szlaku, aby je konsumować, stawia i nam jako konsumentom warunek konsumenckiej sprawności. Czerpanie z krystalicznego zdroju wiedzy samo w sobie winno już jednak zapewniać zdrowie osobie czerpiącej. Podobnie, jak pojenie się wiedzą ze ścieku sprowadza wściekłość. Tak czy inaczej, psychita, byle upierający się przy zasadach rokujących szerokie perspektywy poznawczo-doznaniowe, operuje w zakresach o największych rozciągłościach i biada tym, którzy by tkwiący w nim potencjał usiłowali zdezawuować, pragnąc świat ludzkich wartości zredukować do wymogów hodowli stworzeń, mających stworzenia gatunkowo inne tylko zniewalać, pożerać lub robić z nich chemiczne mydło, materace czy nawóz! Pozyskiwanej wiedzy niepodobna wszelako magazynować w postaci surowego szczegółowościowo materiału; należy ją przetrawiać, upraszczać, doprowadzać do stanu pewnikowej oczywistości. Oczywistości, na której będą wsparte i budowane kolejne dochodzenia. W przeciwnym razie magazyn wiedzy z czasem przemieni się w bezużyteczną rupieciarnię. Chociaż skojarzenia szczegółowościowe sam osobiście do dzisiaj miewam i w czymkolwiek posuwa to jednak naprzód moje rozeznanie w dręczącej mnie na co dzień kwestii, że skoro ogólnie życie mi miłe, to dla jakiej miłości szczególnie. „Jak się nakradłem, to po to, żeby mieć” -  usłyszałem pewnego razu ze strony kolegi – współpacjenta, który jako złodziej odznaczał się iście kuriozalnym – jak widać – rozumieniem pojęcia ‘własność’. Fakt, że nie jako pierwszy poszedłem drogą określonego typu pasożytnictwa, czy jednak daje mi moralne, społecznie akceptowalne, prawo pójścia tąże drogą jako drugi, ponieważ niby za dane zło moralne odpowiedzialność winien ponosić jedynie jego prowodyr, skoro takie zło wzięło się we mnie nie z mego autorskiego przemyślenia (co przecież o moralnym złu czy dobru przesądza), tylko z płynącego z zawierzenia innemu naśladownictwa? Cóż. Każdy robi to, na co go stać. Rzadko się zdarza, żeby ktoś w swoim ściganiu doskonałości „przeszedł samego siebie”; najczęściej zrobiwszy cokolwiek, osiadamy na przysłowiowych laurach, nie dokonując wszystkiego, na co w danej sytuacji nas stać, tylko poprzestając na odbębnieniu własnej niewyśrubowanej normy. Powie ktoś, że pułap naszych działań jest nieprzekraczalny i w każdym przypadku narzuca go nam Bóg, którego pierwszeństwo wkraczania w przyszłość determinuje nas do postępowania za Nim i naśladowania Jego kroków, przy czym cała nasza indywidualność skupia się w danej nam możności naśladowania Go na sposób mniej lub więcej pilny (w tym opaczny) – od przerysowywania w naśladownictwie spływającego na nas Wzoru, do traktowania bożej (i jako taka chyba jedynej) myśli z dystansem i wybiórczo. Logika pozbawiona sprzeciwu, ożywiającego tok jej opowieści kontrapunktu, staje się tworem logoreicznym, w swym absolutnym symetryzmie rozrastającym się na sposób, który musi śmiertelnie znużyć. Nie dziwota więc, że Kreator dopuszcza przeciwników, że nawet w pewnych razach godzi się im przyklasnąć. Podszepniętym wskazaniem czarta możemy bardziej się przejąć aniżeli bożymi podszeptami i na jego bazie, posługując się narzędziami wydobytej zeń i odseparowanej od bożego przekazu logiki, wybudować swoiście własny gmach. Nawet jeśli kto pewny, że ma prawo istnieć jedynie to, co zgodne z zamysłem Stwórcy, nie będzie przecież protestował, iż także człowiekowi wolno wzbijać się w niebo samookreślenia wydzieleniem sobie obszaru własnej twórczości. Wszak i Bóg pragnie się zmagać ze śmiałkami, którzy na Jego terenie (albowiem wszystko Jego jest) wydeptują sobie swoje udzielne księstwa, nie zaś od takich pogardliwie abstrahować. To powiedziawszy, zaczynam lepiej rozumieć mentalną potrzebę wojowniczych wodzów i ich żołnierzy, którzy niestety prą do wojen, bitew i potyczek, jakby zupełnie nie widzieli, że, chcąc być sobą, muszą wprawdzie pozostać ludźmi, ale bynajmniej nie muszą swej misji pilnowania społecznego tudzież międzynarodowego ładu, co do której pełnienia się uparli, wykonywać, stosując orężną przemoc. To dla mnie jasne, że czynnik satysfakcji z własnego działania, potrzebny nam, bo równoważący z powodzeniem ciężary istnienia, nie obywa się bez wchodzenia w sytuacje ryzykowne, gdzie nasze istnienie bywa zanegowane. Dla mnie zrozumiałe i pożądane są boje światopoglądowe, jako że to w takich upatruję możliwość osiągania istotnych a właściwych kondycji ściśle ludzkiej, co najbardziej pragnę eksponować, celów i zamierzeń. Ale też nie potrzeba tłumaczyć, że w tej dziedzinie startuję także dlatego, że, nie gdzie indziej, tylko tu właśnie czuję się mocny, a tym samym i tu spodziewam się zwyciężać, a tym samym rozkoszować się satysfakcjami, co wobec przyrodzonej aktywnym biobytom skłonności do poszukiwań szczęścia jest najoczywiściej zgodne z zasadą postępowania logicznego. A gdzie tutaj może się przejawić dająca najwięcej adrenaliny ekwilibrystyczna zręczność wymijania o milimetry własnej śmierci? Gdzie ryzyko? O, tylko się rozejrzyjcie! Czyż mało wokół jastrzębi – gotowych w proponowanym modelu wynaleźć najdrobniejsze uchybienie (a co dopiero przy wynalezieniu błędów grubszych!), żeby, pozyskując uznanie dla siebie, jako dla demaskatora słabości w propozycji, która pisze się być silną, wystawić na pośmiewisko, a tym samym wykreślenie z kręgu zainteresowań publiczności – autora publikacji? Jeżeli zaś ten człowiek cały swój byt włożył w dane przedsięwzięcie, którego sens teraz się dezawuuje, to jest tak, jakby go zabijano. Jeśli ktoś decyduje się pójść na wiele obiecujący, lecz jednocześnie mogący wszystko odebrać, niepewny los, to czyż w poczynieniu takiego kroku nie ma ryzyka? Śmierć można ponieść przez ucięcie głowy. Lecz też jeśli ma się okazać, że obraca się w ruinę gmach, któryś, posiłkując się wprawdzie dokonaniami i innych (ale i w toś, jako w konsumpcję strawy wymagającej, wszak musiał włożyć bezmiar swojej pracy!), sam wybudował i który miał być uzasadnieniem twojej obecności wśród wielkich architektów, to jak tu nie uciąć rozmowy o twoim niewydarzeniu – rzuceniem się pod pędzący pociąg, wychłeptaniem kubka cykuty czy skokiem na twardy beton z najwyższego piętra wysokościowca? Bo przecież dajesz prawo krytyki oglądającym twój twór! Jesteś na tyle bezczelny, że chcesz zwyciężać bez oszustwa! To jak z miłością, która nie doczekała się odwzajemnienia. Że z takiej powodu ludzie kładą kres swym dniom, jakoś nikogo nie dziwi. Żyjąc, musimy coś robić, czymś się zajmować. Nie znajdując pochłaniającego uwagę zajęcia w uporczywym studiowaniu Biblii, syntetyzujemy przemyślenia własne z dokonanych w życiu obserwacyj i przerobionych po swojemu przemyśleń innych – z tym, co przyswoiliśmy z przemyśleń innych bez przeróbek jako niewzruszony i godny przyjęcia kanon wiedzy o wszystkim – i piszemy nową Księgę Rodzaju (czy coś w rodzaju tej księgi), by dać ludziom bliższy Prawdy o bycie, a więc dziejącym się od swych początków w czasie historycznym (dającym sposobność wypunktowania zachodzących przemian precyzyjnymi, a jako takie naukowymi, datami) i w geometrycznej (dającej sposobność dokładnego, równie przeto pewnego, zgabarytyzowania form) przestrzeni  – oraz w substancji (którą materialistycznie wypada uznać za podmiot wszechistnienia, przywdziewający tylko geometryczne formy i czasową rozciągłość) wszechświecie, opis. Głosimy dalej, że świadomość i czucie oraz idąca za nimi myśl tudzież wola, a to wola wprowadzania umyślonych przemian w ten byt uzewnętrzniony, nie poszerzają o dodatkowy element triady czas – przestrzeń – materia, ponieważ przynależą do funkcjonującej w czasoprzestrzeni substancji jako jej wewnętrzny składnik, czy raczej jej niezbywalne i nieodłączne cechy. Natomiast co do tego, jaką rolę w układzie spełnił i spełnia nadprzyrodzony Bóg jedyny? Stwórca? Kreator? W Nim po prostu to wszystko się dzieje, ponieważ On to jest całym tym układem! Czyż mógł lepiej ukryć się przed zuchwalcami szukającymi wszechświatowych granic, niż – stając się jednocześnie jednym z nich? A jako jeden z nich, przybrawszy nadgniwające ciało biedaka, czyż mógł lepiej odgrodzić się od, zagrażającego Mu bardziej niż innym, skazania na doskonałość, będącą w swej istocie swym własnym przeciwieństwem, jako że, nie dając podmiotowi właściwego życiu luzu, przypisującą go martwocie mechanizmu? A dlaczego właśnie Jemu doskonałość miałaby najbardziej zagrażać? Przecież blokująca Mu swobodę wyboru i ruchu wszechwiedza jest skrojona na miarę Jego wszechmocy, natomiast doskonałość winna raczej pomagać niż przeszkadzać w osiąganiu celów? Cóż. Ambitni ludzie dążą do doskonałości, ale nie mając większych szans na jej uzyskanie. Bogu przeprowadzanie operacyj wszelkiego typu w sposób doskonały winno przychodzić z łatwością, stąd ta Jego, jak wolno sądzić, skłonność do nadużywania tego dogodniejszego niż inne narzędzia. I stąd też niebezpieczeństwo popadnięcia w martwotę nie znającej strachu przed popełnieniem błędu, a tym samym nie mobilizującej, doskonałości. No dobrze, ale przecież Najdoskonalszy idzie tym najwyższym pułapem bez potrzeby bodźcowania się jakimiś olśnieniami, emocjami, całe jego życie bowiem jest nieustannym olśnieniem. Ma ze Swej natury to, do czego inni muszą się dopiero mobilizować. Odpowiem na to, że i Bogu musi być właściwa pewna naiwność. Jak bowiem w przeciwnym razie miałby znajdować drogę do zachwytu czy samozachwycenia, które biorą się przecież z aktu spostrzeżenia dysproporcji (czy nieporównywalności) pomiędzy tym, co godne zachwytu, a tym, co obiekt zachwytu zdystansował. Trzeba Mu wiedzieć, od czego chce się dystansować, musi znać naturę tej, będącej całym światem naiwnych, rzeczy. Naiwność jest potrzebna jeszcze bardziej Bogu aniżeli niższym bytom dostępującym poznania, ponieważ ma On niż one nieporównanie więcej okazyj, by naiwną perspektywę oglądania problemów zaniedbywać. Natomiast samozachwycenie jest nie do wyrugowania z obszaru boskich potrzeb, ponieważ stanowi dla Niego stan zaspokojenia, podobnie jak dla bytów niższych osiągalny w fazie finalnej danego przedsięwzięcia stan szczęścia. Tymczasem wypada jednak przejść do akcji uzewnętrznionej.