marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 16th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 36

       Jest już późno, co stwierdzam zerknąwszy na tarczkę mego przerobionego na elektroniczny zegarka marki Visart, który w poprzednich tomach moich przygód zmuszony byłem nakręcać, a teraz wystarczy, że co dwa lata wymienię mu bateryjki u zegarmistrza, i chodzi bez nakręcania. Jest późno, bo gremialne spotkanie dyskusyjne na oddziale dla niebezpiecznych psychicznych dewiantów, za sprawą żądnego krwi pacjenta Wmakubaby i optującego za innymi rodzajami aktywności niejakiego Flakonona Pluxa, znacznie się przedłużyło. Zaraz będzie obiad, a więc wszystko jak w bajce: ani sekundy nudy! W mojej opozycji do argumentów propagatora nieskrępowanego biologizmu nie użyłem wprawdzie wielu swoich, wysnutych dawno i niedawno, a siedzących mi w pamięci jak na dobrze ujeżdżonym koniu, argumentów, ale to nie oznacza, że egoistycznie postanowiłem całkiem ich nie ujawniać. Wtajemniczę w nie mego czytelnika jednak dopiero w scenerii zupełnie kameralnej – albo i w skrajnie spektakularnej; główny powód mojej dzisiejszej wstrzemięźliwości to jest to, że czuję, iż na zadanie ostatecznego ciosu w tej walce o prymat mojego zadaniowego światopoglądu przeciwko propagatorom supremacji ślepego instynktu – czas jeszcze nie dojrzał. Widzę, że ubrani w jednakowo pasiaste (acz niejednakowo jednobarwne) pidżamy moi bracia w szaleństwie pozostają w korytarzu, zamiast wracać do sal, gdzie rozciągnięci na łóżkach mogliby spędzać czas najmniejszym nakładem sił. Widać kucharki nie zwykły tu się spóźniać z serwowaniem posiłków i szpitalna wiara o tym pamięta. No tak: kwadratowy zegar, który wisi nad drzwiami, będącymi dla nas, po otworzeniu, jedynym wejściem w realną wolność, ogłasza, że do trzynastej, kiedy to ma zacząć się popołudniowe ucztowanie, zostały już tylko dwie minuty. Popatruję po kołyszących się w korytarzyku sylwetach czarnych ludzi i osadzonych na nich głowach, których twarze znamionuje znudzenie, posunięte niekiedy do granic obojętności. To jasne, że funkcjonujący organizm musi się odżywiać; tym niemniej oczekiwanie na pokarm, który, zgodnie z kartą praw człowieka, należy się każdemu, nie jest przecież naładowaną nadziejami (Bóg wie, czego) tęsknotą, tylko po prostu kolejną fazą działania znajomego mechanizmu. Jakże to psujące smak egzystencji, gdy podstawowe życiowe potrzeby ma się spełnione bez żadnych starań z naszej strony, z mechanicznego przydziału! Żywy człowiek potrzebuje zmagań, by w ich toku dopiero osiągać to, czym się może posłużyć, czym się musi pożywić, ażeby w budzącej przecież ludzkie uczucia świadomości (krzywdzącej!) przegranej nie zejść ze sceny! Domniemane zdobycze stanowienia takiego prawa, które kieruje ludzkość na tory przymusowej konsumpcji bez opamiętania – za cenę równie przymusowego zawierzenia się woli liczykrupów, których jedynym wyznawanym dogmatem jest logika, przesądzającego o każdej wartości, pieniądza – stają się z wolna antyzdobyczami. Musimy zakreślać sobie ramy praw, w obrębie których wypadnie nam praktykować swoje teoretyczne pomysły i zwykłe czynności życiowe. Być może też nie może być tak, że prawo określonego rodzaju zależności międzyludzkich (czy międzynarodowych) ustala się raz i będzie ono obowiązywać odtąd już zawsze czy do, w tej chwili jeszcze odległego, ale – jak twierdzą wolący się zwać realistami rzeczywiści pesymiści – nieuchronnego końca (naszego) świata. Być to może, że prawo jest jak moda, która obowiązuje tylko dopóty, dopóki się nie znudzi. Istnieją jeszcze żyjące od dziesiątków tysięcy roków według niezmiennego obyczaju na niedostępnych dla cywilizacji obszarach plemiona, którym nie w głowie występować z brzegów płynącej utartym korytem rzeki przeznaczenia. Wśród członków takich plemion od czasu do czasu musieli chyba przecież rodzić się i tacy, którym nie wystarczało dobro tradycji – jako zadośćuczynienia za znoszenie w pokorze tej tradycji nieuniknionych negatywów. I wśród nas, kultywatorów niby tradycji rozwojowej, znajdą się jednostki (i całe grupy!) akceptujących cykliczną niezmienność życia konserwatystów. Nic to więc dziwnego, że mający dla niezmienności nabożną cześć konserwatyści prymitywnego ludu, we wszystkim naśladujący swoich odeszłych już, i przez to jakoby dopiero zasługujących na darzenie ich kultem, przodków – ze swego potencjalnego odnowiciela i prekursora poznawczego, ideologicznego tudzież technologicznego postępu robią zasługującego tylko na obśmianie przygłupa i tak oto przepada szansa na zaistnienie pierwszego etapu społecznej ewolucji. Bóg nas stworzył takimi, jakimi jesteśmy, i wara komukolwiek zmieniać cokolwiek w naszej konstrukcji, zwyczajach i aspiracjach. Dobrze. Lecz czy nie jest tak, że jako podobni Bogu, bo ponoć na Jego podobieństwo stworzeni, winniśmy przejmować się i Jego dalekosiężnymi problemami? Towarzyszyć Mu w Jego – czy mających polegać tylko na wysłuchiwaniu modłów i przesądzaniu, co komu ma być pisane? – pracach? Spostrzeżono, że kształt niektórych praw przyrody (nie mówię tu o sztucznym prawie stanowionym, mającym obowiązywać ludzi, ażeby nie marnowali talentów innych niż te, których domeną jest mocna rozrodczość czy niepowstrzymana zabójczość) nie jest w pełni niezależny od spodziewań próbujących go odczytać badaczy. W inteligentnym projekcie historycznego (a więc ustalającego się w dokonane, a – jako takie – niepodlegające odmianie, dzieje) bytu całościowego istnieją elementy zarysowane tylko prowizorycznie, które dysponujący odpowiednią mocą byt poszczególny może kształtować niemal dowolnie. Wszelako teraz, z napompowanego entuzjazmem problemowego hazardzisty, przeradzam się w sflaczały ochłap gumy. Stało się ze mną coś niedobrego. Niesmak w ustach – w obliczu nadchodzenia podłego zapewne, acz mającego przecież dać wytęsknioną pracę trawiennym gruczołom, obiadu – to też okoliczność  do zwalczenia. Ale poczucie zatracenia cielesnej władności i spoistości jest to niedomaganie, które wybija się teraz na plan pierwszy. Już jakieś 35 godzin pozostaję bez snu; i o tym należy pamiętać, chcąc wczuć się w położenie, jakiego doświadcza wystawiający się tu na widok publiczny pewien obywatel Rzeczypospolitej Pyrii, osadzony pomyłkowo w tutabońskim psychiatrionie, choć przyleciał do Adreys nie po to niby, by tutaj jemu pomagano, tylko, by samemu pomóc, tak zresztą Tutabonowi jak całemu ludzkiemu światu. Precyzować, co mi dolega w całej rozciągłości tego hipochondrycznego zagadnienia, byłoby może zadaniem celowym – gdyby istotą urzeczywistniającego się powyższym i niniejszym przedstawienia (a nie jego peryferiami) miał być efekt komiczny. Zachowywać pogodę ducha i dobry humor jest wskazane i temu też między innymi ma służyć ten tworzący mi się pod palcami przekaz. To jest, żebym tę optymistyczną tendencję zachowywał sam i indukował nią moich ewentualnych czytelników. Ponieważ nie samym chlebem człowiek żyje (bo też zupami), a pozytywne nastawienie do otaczającej naszą osobistość rzeczywistości stanowi nieomalże warunek powodzenia w osiąganiu przez nas celów, a przedtem wyznaczania ich i dążenia ku nim. Ale to tragizm jest majestatyczny, nie to, co komiczne. Naprawdę w komediach trywializuje się problemy, co skutecznie zapobiega procesowi ich odczytywania, rozumienia i, dzięki dopatrzeniu się w procesualnym zawikłaniu właściwego końca nitki, pociągnięcia za ten newralgiczny włosek, w rezultacie rozwiązującego problemowy kołtun. No i kto mi tu powie, że pozostawiająca będącą zawsze problemem rzeczywistość w stadium nietkniętej chaotyczności komedia jako taka „kończy się dobrze”! To jest dobre, co się nie kończy! Tragedia zachodzi wtedy, gdy, nie chcący sięgać do banałów i nieprawd, komediopisarz nie znajduje morału i, żeby nie popaść w – jak mu się zdaje – błąd ciągnięcia fabuły w nieskończoność, wynajduje w nieodpowiedzialnym zaprzeczeniu sensowności boskiej (broń, Panie Boże, swojej!) kreacji pretekst do (jakże teraz kontrapunktycznego!) powiedzenia czytelnikowi: „żegnam!”.  „O co temu siewcy mętniactwa chodzi!” – wykrzyknie pewnie tutaj wychowana na sprawdzających się od dawien dawna, a to mianowicie od samego króla Ćwieczka, lekturach czytelniczka, przystrojona dla niepoznaki w moherowy beret. Cóż. Powodowany różnymi wpływami, których egzemplifikacją był prostoduszny frazes „niech wszyscy będą zwycięzcami, niechaj nikt nie będzie przegranym!”, do późnych lat dziecinnych usiłowałem nikomu nie sprawić przykrości, wysuwając jako cel naczelny bezkonfliktową współpracę wszystkich stworzeń i wyobrażając sobie, że inwazyjnej konieczności jedzenia można zaradzić poprzez chłonięcie ustami  a z o t u ,  substancji przeważającej w dostępnym na Ziemi powszechnie powietrzu. Azot przecież nie czuje i nie myśli, nie widzi i nie słyszy – jest   n i e o ż y w i o n y ! Z powodzeniem można go więc potraktować i wykorzystać jako etycznie dopuszczalne (błędem etycznym jest albowiem każde zabijanie; także to dotyczące zwierząt tak zwanych „rzeźnych”!) tudzież szczęśliwe estetycznie (jak bowiem coś tak eterycznego miałoby po biologicznym wykorzystaniu przez ludzkie organizmy być wydalane z nich w postaci czegoś podobnego do tak obrzydzających nam dziś życie ekskrementów!) pożywienie. Co do jego biologicznej przyswajalności, to przecież od lat wiele się słyszy nawet w miastach o azotowych nawozach, na bazie których wzrastają rośliny. Z kolei rośliny te jemy my. Czyż więc nie można by zrobić tak, by z pominięciem tej środkowej fazy uczynić azot od razu budulcem naszych ciał i ich paliwem? Do powstania, wzrośnięcia i funkcjonowania zintegrowanych struktur biologicznych nie wystarczy niby jeden, nawet najbardziej uniwersalny, chemiczny pierwiastek; tych pierwiastków potrzeba na to chyba stu dwudziestu, czyli wszystkich, jakie w skali wszechświata zdołały się wytworzyć. Może na ten temat wiem za mało, by zabierać tu głos, ale i naiwne domniemanie, że azot i jego związki (z tlenem, węglem, siarką, żelazem i tak dalej) mogłyby (gdyby się je odpowiednio doprawiło) stanowić podstawę pokarmową dla bytu ludzi – zasługuje na uwagę dietetyków. Pewnie, że to, iż, mając przeżyte nie więcej niż 12 roków, wykonywałem bezsensowne dla niewtajemniczonych ruchy ustami (które w swej istocie były próbą, w razie powodzenia mogącego tak wiele w życiu ludzi zmienić, „jedzenia powietrza”), musiało nastawić do mnie otoczenie podejrzliwie. Rzadko kiedy bowiem dopatrujemy się w niesztampowych zachowaniach naszych bliźnich motywacji racjonalnej; wolimy opatrzyć je komentarzem podpadającym pod szeroki ogół odchyleń od pionowego normatywu, kwitując sprawę krótkim: „ten osobnik jest nienormalny”. Kwestię, że, by żyć, trzeba zabijać lub pasożytować, uważam do dziś (jak będzie później, pozwólcie, że na razie powstrzymam się od prognozy) za jedno z najdokuczliwszych utrapień (innym jest nasza śmiertelność), z jakimi w tym życiu styka się człowiek wrażliwy. Jak poszukiwaczom rozwiązania tej trudności nie wyjdzie z azotem, niech przejdą do węgla. Napomykałem już o tym na kartach tej quasipowieści i niech wie każdy, kto ciekawy, że to nie był mój jednorazowy wyskok. Pierwiastkowy węgiel występuje w wielu mających różne własności odmianach (zwanych izotopami), co szczególnie predestynuje go do funkcji ludzkiego pokarmu, który, by dogodzić organizmowi, musi spełniać jego równie rozmaite potrzeby. To, że od ponad stu roków w ogromnych ilościach wydobywa się w kopalniach węgiel (czy mającą go też w swym chemicznym składzie ropę naftową) dla potrzeb różnych przemysłów, wydaje się mi jawnym marnotrawstwem. Niby, żeby znieść przytłaczający ciężar świadomego istnienia, powinniśmy być zwolnieni od ascezy niepozwalania sobie na więcej czy mniej frywolne rozrywki. Zabawą, co do której żywimy uczucia najklasyczniej ambiwalentne, od co najmniej dziesiątków tysięcy roków są dla nas wojny. Na tle panoszącej się bezczelnie śmierci życie nabiera szczególnie intensywnych barw. Wyglądamy cudu. Chcemy bowiem, żeby się dowodnie okazało, iż niewesoła reguła naszej szarej codzienności, jej monotonii i monoformii, może przecież znaleźć swe mocne i błyskotliwe zaprzeczenie. Wiąże się to też z naszym, zadawnionym jedynie pozornie, pragnieniem doświadczenia skutków nowej ingerencji w historię nie kogo innego, tylko… Boga, który zaznacza swą obecność i czułość na nasze sprawy właśnie cudami. Z Czarodziejem możliwe jest wszystko, gdybyśmy natomiast mieli pozostawać w toku procesualnych konieczności, do jakiego bez Niego musiałoby ograniczać się życie, czulibyśmy się ogołoceni z najbardziej ożywczej tęsknoty. I oto co ziszcza to nasze najskrytsze marzenie: w mgnieniu chwili to, czego nam najsurowiej broniono, staje się kategorycznym nakazem; zabójstwo człowieka, a zwłaszcza wielu ludzi, z przestępstwa przeistacza się w bohaterstwo; w ruinę obracają się domy i pałace, nie mamy gdzie mieszkać, co jeść, ale wreszcie kategorie dobra i zła przybierają jednoznaczny, zrozumiały zwłaszcza dla, niedorozwiniętych niby dotąd moralnie, chuliganów wymiar; nie mające do stracenia już nic innego piękne dziewczyny dają łatwo dostęp do swych łon fiutom czujących się w tyglu wojny jak przysłowiowe ryby w wodzie oberwańców spod ciemnej gwiazdy! Wreszcie dzieje się realnie to, co dotąd z zapartym tchem oglądaliśmy jedynie na ekranach kin i telewizorów! Wyglądaliśmy cudu, i cud jest: tylu zginęło już z naszej ręki lub z ręki wroga, a my… żyjemy! Cóż? Sam twierdziłem i twierdzę, że byt wynurza się (podobnie jak 7 barw z wiązki białego, a więc nijakiego, światła po przejściu przez pryzmat) w postaci dwóch, wyraźnie określalnych, acz podlegających stopniowaniu, wartości, z których jedną jest dobro, a drugą zło – z nijakiej nicości, po przejściu tym razem już nie przez szklany, tylko przez moralny, etyczny, ale będący wszak nie przysłowiową bajeczką dla grzecznych dzieci, lecz stanowiący o bycie jakimkolwiek – instrument zwany tu przeze mnie pryzmatem. Zastanawiam się, czy to właśnie nie ten pryzmat należy mieć za Boga samego. Byłoby to odkrycie właściwie dzisiejszego dnia. Ale wracając do rozpoczętego wątku: sam twierdzę, że byt to dobro, lecz koniecznie także i zło. A co jest największym złem w bycie? Czyż nie powie każdy, że choroba i…  ś m i e r ć ?!  Jak więc to pogodzić z moim, stawianym równie poważnie, pragnieniem…  n i e ś m i e r t e l n o ś c i ??? Pozwólcie, że odsapnę, bom całkiem zbaraniał.