marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 15th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 35

            Płaskonosy Wmakubaba uznał widocznie, że powiedział już w głównych zarysach to, co chciał powiedzieć, bo, nie uciszany, zamilkł. Brodowicz odczekuje chwilę i uderza:

            – Jeśli chodzi o jedzenie obiadów i uczestniczenie w spektaklach, to niewątpliwie lew doświadcza dóbr, jakimi jego natura może być usatysfakcjonowana. Niech pan go sobie naśladuje, Wmakubaba. Tylko proszę pamiętać, że żyje pan wśród ludzi, którzy przed naturalnym apetytem lwa umieją się bronić lepiej niż królik. Jeszcze dodam gwoli uzupełnienia, że treścią dziejów na scenie świata nie powinny być chyba same spektakle i obiady. Obserwującemu nas z zaświatów Bogu to by się prędko przejadło.

            Wmakubaba łypie oczami, jakby próbował się zorientować, co jest grane.

            – Liczyłem na to, że pan magister mojemu manifestowi natury przeciwstawi swoją obronę cywilizacji. Zawiodłem się na panu, magistrze Brodowicz. Jest pan patałachem.

            – Nie będziemy teraz mówili o tych, wprawdzie podstawowych, lecz przynależnych tematycznie innym miejscom i innym gremiom, sprawach – paruje Brodowicz.

            – Jak nie teraz, to kiedy? – Makubabę jakby oparzyło. – I po drugie, magistrze Brodowicz, w sprawach podstawowych równie kompetentny jest generał jak szeregowiec!

            Widzę, że trzeba ratować sytuację, ponieważ nasz psycholog, zasiedziały pewnie na wierzchołkach wiedzy, do wykładu na temat jej podstaw najwyraźniej jest nieprzygotowany, podczas gdy mi nie uśmiecha się bynajmniej kolejne wygaszenie intelektualnej burzy na długo przed osiągnięciem orgazmu. „Myślałem wiele. Nad spraw ogromem” – stało w jednym z moich młodzieńczych wierszy. Niech się wreszcie okaże, czy moje buńczuczne zapowiedzi nie były przysłowiowym strzelaniem bez prochu. Jasne, że można myśleć wiele, i to o sprawach najpoważniejszych, a nie wykazać żadnej prawidłowości, co byłoby jedynym prawomocnym dowodem na to, że się myślało w ogóle. Nie zaraz wiele – i nie o byle czym.

            – Wyjdźmy od samego słowa – wkraczam w dyskusję głosem, ze strachu przed możliwą publiczną kompromitacją, drżącym, ale mocnym. – Cywilizacja. Wiadomo, że w dziejącym się świecie, a w tym: w każdej jego dziejącej się dziedzinie, obowiązuje niewzruszone prawo symetrii. Tak więc, co przeciwstawimy zjawisku cywilizacji, ażeby uzyskać pełny obraz interesującego nas tematu? Otóż przeciwstawimy mu zjawisko militaryzacji. Cywil jest to człowiek pozostający poza wojskiem i wojną, żyjący wartościami i według norm, jakich dane społeczeństwo przestrzega w warunkach pokoju.

            Kątem ucha słyszę szmer niezadowolenia, nasilający się stopniowo wśród zebranych.

            – Kto ci pozwolił mówić! Nikt cię nie prosił o zabieranie głosu! – padają uwagi.

            – Niech nasz nowy kolega z Pyrii – niespodziewanie idzie mi w sukurs Kipel – poda swoją definicję cywilizacji. To dla nas poniekąd może być pouczające. Bo zaczął ciekawie.

            Słyszę nieprzyjemny rechot psychitów, ale walę dalej, niezrażony:

            – Militaryzacja, czy może zręczniej będzie powiedzieć: militaryzm, uzewnętrznia się poprzez uczynienie wojen głównym składnikiem dziejów, ponieważ to niby wojny są jedynym możliwym sposobem właściwej selekcji osobników, dzięki jakiej może być zachowany zdrowy biologicznie, a więc zdolny do życia bez cywilizacyjnych ułatwień, materiał społeczności ludzkiej. W toku fizycznej walki zwycięzcy jakoby jeszcze doskonalą i wzmacniają swą cielesno-duchową konstrukcję, natomiast pokonani stają się użyźniającym pola nawozem, gdzie wyrosną tym bujniejsze rośliny, dające bogatszy biochemicznie pokarm zwycięzcom oraz, zjadanym przez nich później, rzeźnym zwierzętom. Ścieranie się stron wydaje się rzeczywiście jedynym możliwym, zdolnym zajść w historycznym świecie, rodzajem aktywności i zarazem sposobem trwania ludzi. Tym niemniej, zaraz się okaże, iż obok militarystycznych sposobów przetrwania gatunku, promujących jednostki i grupy szczególnie uzdolnione do zabijania słabszych pod tym względem osobników i narodów, wytworzono wśród ludzi cywilizację, a więc sposób trwania społecznego, gdzie stawia się na zmaganie z innymi na płaszczyźnie, opartej o poznawanie danych nam praw i wyznaczających nam kierunki działania, wynalazczości. To nieprawda bowiem, że siła fizyczna i psychiczna to jedyny walor, jaki może posiadać człowiek i organizmy społeczne. Istnieje też siła intelektu, rzadko scalająca się z wyżej wymienionymi rodzajami mocy w jednym człowieku, choć niekiedy wchodząca z nimi w układy. Poprzez to ostatnie nie zaistniewa raczej stagnacja w dziedzinie sztuki wojennej typu, że tak powiem, tradycyjnego. Jednak, jak powiedziałem już, tyle że innymi słowami, do zastoju w sztuce zabijania wręcz nie dochodzi jedynie w wyniku, wymuszonej – bywa – ogólnym interesem gatunku, zdrady stanu elit intelektualnych. Wynalazcy zresztą też walczą między sobą z wielką zapiekłością.

            – By w końcu wykazać naukowo, że dla osiągnięcia celu przetrwania należy wrócić do maczugi i kastetu, skoro mocne zęby zachowali po dzień dzisiejszy wyłącznie tacy, którzy ani na moment nie odstąpili od niewzruszonych praw  j e d y n e j   prawdziwej natury wszystkich stworzeń, która przyjmuje z obrzydzeniem więzienie szlachetnych zwierząt w zoologach! Bo lew zawsze będzie lepszym mordercą niż człowiek, a co dopiero mówić o godnym najwyżej zębów hijeny mięsie z kością bez szpiku, jakie stanowi zdechlak! Pyryjczyku! Jeśli chcesz się zmierzyć ze mną na mózgi, to proszę bardzo! Mam tu karty. Zobaczymy, co o twojej inteligencji powie poker! Albo możemy zagrać w warcaby! Wybór należy do ciebie!

            Powiedział to oczywiście płaskonosy Wmakubaba. I mi bynajmniej nie jest do śmiechu.

            – Wynalazczość jest po to – mówię, a to głosem jeszcze bardziej rozedrganym niż poprzednio – , ażeby uzyskać narzędzia do penetracji tajemnic wszechświata i wszystkich jego składników. A odtajnienie tajemnic ma nas powieść ku zrozumieniu, na czym winna się zasadzać nasza ludzka, jak przypuszczam, dlatego cenna, bo inteligentna, w tym wszechświecie obecność: na pełnieniu jakiej roli wobec tego wszechświata. Jeśli przebimbamy sobie historię na, wciąż tylko krwawszych i krwawszych, walkach międzyosobniczych, międzyplemiennych, międzynarodowych czy nawet światopoglądowych (ale takich światopoglądowych, których nie będzie wynikiem absolut pewności, że właśnie to a to i tylko to a to należy robić!), to w końcu może być już za późno na nadrobienie utraconego (na głupstwa!) dystansu, i przed nami na mecie dziejów stanie ostateczny krach istnienia!

            Po wypowiedzeniu przeze mnie tych ostatnich słów, w telewizyjnej zapanowuje pełne konsternacji milczenie. Jedynie Wmakubaba kręci swym płaskim nosem.

            – Co mnie obchodzą walki plemienne, narodowe, czy jakieś inne! Ja chcę zabijać! Bo wiem, że to jest słuszne! To mi nakazuje moja  n a – t u – r a !!  A ona nie kłamie jak ten zdechły za życia Pyryjczyk, który naczytał się jakichś jeszcze zdechlejszych od siebie zdechlaków, co to chcą być mądrzejsi od lwa – dlatego, że nie mogą być odeń lepsi we właściwym sensie tego słowa! – Wmakubaba ma teraz minę rozsierdzonego indyka.

            – Nawet lew nie miałby szansy zwycięstwa w walce z chodzącym niegdyś po ziemi dinozaurem – zauważa ten, który przesądził o moim zapuszkowaniu, czyli Kipel. Doktor po szkołach. Ja, z powodu niestabilności mocy przystosowawczych do realnych dzisiaj warunków zbiorowego kształcenia, musiałem zadowolić się ustawicznym samouctwem. Tutaj wszelako nie doszliśmy żadną miarą do ujednoznacznienia stanowisk. Dyskusja jednak trwa.

            – Dinozaur robił, co chciał, z otoczeniem, w którym wypadło mu żyć – dalszy ciąg swego manifestu głosi niestrudzony Makubaba – , dając tym nieśmiertelny wzór teraz żyjącym lwom i ludziom takim jak ja! I nie jest tak, że nie obchodzi mnie, co będzie za tysiąc roków, bo wytworzone przez bohaterów tradycje pozostaną żywe tylko wtedy, gdy będą kontynuowane! Logika dziejów jest jedna i zasadza się na fundamentalnej dla wszelkiego życia prawdzie, że to silniejszy zjada słabszego, co taki wojownik jak lew wie bez żadnego myślenia! Gdy ta (innej nie ma, a jeśli jest, to w zetknięciu z tą padnie jak wesz!) logika zostanie zaburzona lub, co gorsza, zburzona, to dopiero wówczas ten świat pójdzie w rozsypkę! Bowiem to planeta, na której żyjemy, jest areną zmagań o to, czy wszechświat posiada sens, bez którego nie ma prawa istnieć! A sens jest to dominacja bezwzględnej siły nad siłką uwzględnioną, pewności – nad rozchwianiem! Kto idzie niezłomnie za pierwszym impulsem i jest posłuszny wewnętrznemu głosowi, ten nie marnotrawi potencjału wieczystego atomu serca, dawcy wewnętrznego głosu, na wyduszanie zeń tysiąca podszeptów w jednej sprawie podczas, gdy to już i tylko pierwszy podszept jako jedyny tę sprawę właściwie i bez żadnych niedomówień diagnozuje, a każdy następny coraz bardziej mija się ze słusznością w podszeptywanych wskazaniach! A wskazaniem każdego serca jest zawsze stawianie na swoim, czyli przeprowadzenie bezapelacyjnego dowodu na to, że to ja jestem godny istnieć, a to dlatego, że zabiłem! Że teraz to ja jem, a więc jestem, natomiast pokonany przeze mnie przeciwnik stanowi już tylko jedzone przeze mnie mięso! I nie samo jedzenie przy tym jest jakimś wytęsknionym przeze mnie szczęściem, osiągniętym w toku walki, której nie kocham! Nie wierzę, by obecny tu Pyryjczyk, choć z pewnością bałby się zadeptać na śmierć nawet mysz, nie zabił w swoim tchórzliwym życiu stu much czy innych robaków. Powiedz, zdechlaku! Czy nie czyniłeś tego z upodobaniem?! Czy nie czułeś radości z tego, że zabijasz?! Że występujesz z morderczą pasją przeciw zwierzęciu, które żyć chce?! Nie przyznasz się, wiem! Twoim mieczem jest bowiem zakłamanie, a jeszcze chcesz mieć czym się bronić.

            Milczę, zawstydzony. To pech, że tak często ulegam sugestii. Murzyn ciągnie:

            – Wyobraź sobie teraz, Pyryjczyku, o ileż większą rozkosz przynosi (tym, których na to stać!) zgniatanie nie pluskwy czy komara, ale przeciwnika w miarę równorzędnego. No, stulił ryjek ten świętoszkowaty zwodziciel… Ja już skończyłem. Bo i wyłożyłem tu literalnie wszystko, co ma jakikolwiek sens. Mówcie sobie, panowie, dalej o swoich sprawach bez znaczenia. Ja więcej się nie odezwę. Po cóż lew miałby wchodzić w problematykę mrówek.

            – Wmakubaba, licz się ze słowami – żąda osoba, którą nazwałem wyżej gościem w kitlu.

            – Tak postępować – mówię niepewnie, gdyż już od dawna cierpię na chorobę ustępliwości w rozmowach, które wybiegły poza sam mój umysł – , jak zaleca Wmakubaba, to płynąć z nurtem mechanistycznego przeznaczenia. Natura każe nam zabijać, jeść, płodzić; kobietom – rodzić i karmić. W ten sposób realizujemy egoistyczny interes naszego biologicznego ludzkiego rodzaju, w tym nasz osobniczy własny, o ile zakresem swoich zainteresowań nie wyszliśmy poza to, co zmysłowo dane. Bo przecież żyć jak automat, który, naciśnięty głodem, zabija, a poczuwszy głód prokreacyjny, płodzi, oznacza jakże smutną rezygnację z istniejącej realnie a tylko permanentnie niedostrzeganej możliwości przekroczenia pewnej granicy. Chcemy być z siebie dumni, ponieważ powoduje nami i przyrodzony naszej psychicznej konstrukcji głód prestiżu. Niemniej, jak dotąd, zaspokajamy go wywyższaniem się nad podobnych nam, podczas gdy obok, od niepamiętnych roków, na swoją kolejkę czekają problemy. Przekroczmy granicę, za którą nie naśladuje się już we wszystkim naszych ledwie piśmiennych dziadów, w stronę objęcia naszym poznawczym zainteresowaniem problemów o skali kosmicznej, dostrajając postępowanie naszej ludzkiej, zapatrzonej w siebie, rodziny do potrzeb wszechświata! Tego wszechświata będziemy  bowiem awangardą jedynie dopóty, dopóki będziemy mu służyć jako jego inteligentne kierownictwo, natomiast bez wszechświata, który sunie mechanistycznie ku swojej zagładzie i rozproszy się w nicość, jeśli naszej woli trwania przemyślnie mu nie narzucimy, bez wszechświata i my przestaniemy istnieć. W tym celu musimy zaprzeć się samych siebie, to jest tkwiącego w nas (i posiadającego prawomocność tylko do czasu, kiedy nareszcie zdamy sobie sprawę, że właśnie z troski o siebie wypada nam objąć zatroskaniem i ciało, którego jesteśmy zaledwie mózgiem) przekonania, iż będzie wszystko w porządku, gdy jako „zwierzęta drapieżne” będziemy nadal redukować stan ilościowy „roślinożerców”, choćby ci ostatni opowiadali ciekawe bajeczki. Naturą biologizmu, za którą optuje Wmakubaba, jest trwanie (poprzez pożeranie tych, którzy w wyniku zmagań okazali się słabsi, i wygrywanie wyścigu do najszczęśliwiej ukształtowanych biernych samic, ażeby wyprodukowały, a to z nasienia zwycięzców i ze swego, wybranego przez świadomych rzeczy zwycięzców, materiału, jak najdzielniejsze potomstwo, zdolne po dorośnięciu zastąpić swoich rodziców, którzy, zestarzawszy się, osłabną i staną się pastwą wówczas silniejszych) w praktykowaniu odwiecznego schematu. Powielanie tego schematu nie jest jednak jałowe; obiecuje powstanie takiej jednostki, która skumuluje w sobie najsilniejsze geny, ustanawiając (cóż, że na krótko!) wcieloną doskonałość! Do walorów ludzkiego biologizmu przez całe, śmiem rzec, miliardorocza nie zaliczano umiejętności snucia mrzonek, zwanej dziś intelektualizmem…

            – Panie Plux – przerywa mi Kipel. – Pięknie pan dywaguje. Tym niemniej tutaj mamy obowiązek trwać w temacie, a nie, choćby najpiękniej, odbiegać odeń.

            – Już kończę – skiwam głową lekarzowi. – Intelektualizm wytworzył się nie na skutek tego, że ktoś z własnej woli postanowił zaprzeć się siebie; ten ktoś został do tego zmuszony. A to przez tych, którzy sprawniej niż on potrafili płynąć i którzy płynęli z prądem rzeki niskiego przeznaczenia, a to ku zlewisku obiecującego rutynowe zmartwychwstanie morza martwoty. Dzięki temu, że pośród ludzi istniał od początku człowiek zdolny zaprzeczyć mechanistycznemu parciu ku zgubie, którego ciągłe ataki prostaków wcześniej czy później musiały obudzić do wkroczenia w historię, dochodzi do czegoś, w waszym pojęciu, niesłychanego. Albowiem w ten właśnie sposób kamień odrzucony przez budowniczych staje  się kamieniem węgielnym budowli całkiem nowego typu: takiej, gdzie człowiek nie jest już nieświadomym zasad prawdziwej sztuki kopistą zastanego modelu, lecz przeistacza się w  autora oryginalnego, realizatora dowodu, że wszechbytowi można nadać nowy mechanizm, całą swą istotą zaprzeczający wyznawanemu przez prostaków poglądowi, iż „nie ma życia bez śmierci i nikt tego nie zmieni”!

            Skończywszy, bynajmniej nie oczekuję aplauzu, więc nie dziwi mnie, że takiego brak. Magister Brodowicz tytułem podsumowania wypowie teraz pewnie jakąś złotą myśl.

            – Powiedziałbym, że nasz kolega z Pyrii należy do najbardziej niepoprawnych optymistów, jakich w życiu, czy w lekturach, spotkałem, gdyby nie to, że takich chwatów jak pacjent Wmakubaba spędzanie dni bez możliwości zadawania śmierci zapewne by nie cieszyło. Tym niemniej, musimy wrócić do rzeczy. Tak więc witamy pana Pluxa na naszym oddziale, gdzie dojdzie do siebie, bo najprawdopodobniej wszystko temu będzie tu sprzyjało… Nie mamy już za wiele czasu, toteż odnośnie niego na tym tylko może poprzestanę. Druga sprawa to wyznaczony na jutro wypis pacjenta Amina Basnadara, który niech powie kilka słów, zanim się z nami, oby na dłużej, pożegna.

            – Cóż? – wypowiada wywołany do zabrania głosu mężczyzna, zresztą niepokaźny sylwetkowo, ale o twarzy znamionującej jak nie inteligencję, to przynajmniej spryt. – Dziękuję personelowi za fachową pomoc, a kolegom pacjentom za bezustanne towarzyszenie mi w trudnych dla mnie, i pewnie też dla nich, chwilach. Nie czuję się jeszcze zupełnie dobrze, ale od sprawy zdrowia to nie ja jestem specjalistą. To wszystko.

            – Któryś z panów ma jakieś uwagi co do problemów oddziału? – rzuca Brodowicz, lustrując bystrym spojrzeniem, zza okularów w modnej, widać, i tu oprawie (szerokich acz niskich prostokącików), skupiony nad wywodami tych, którym wypadło się wypowiedzieć, krąg zebranych. Milczenie. – Skoro tak, to nasze nietypowe, bo chyba nieco zanadto dziś rozfilozofowane, spotkanie czwartkowe ogłaszam za zakończone. Jeszcze tylko jedno zdanie. Otóż przymierzających się dzisiaj do światopoglądowych problemów przedstawicieli skrajnych stanowisk namawiałbym do większego umiarkowania, jeśli by nie mieli nic przeciwko temu. Zdrowie bowiem, o które wszystkim nam tu chodzi, bierze się w dużej mierze z praktykowania wyraźnie zarysowanej powściągliwości wobec dotykających nas spraw. Fanatyczne zaangażowanie, jakie tu obserwowaliśmy, wskazane jest raczej jedynie dla jednostek, których psychika funkcjonuje sprawnie od roków najwcześniejszych. Dziękuję.

            Robi się rumor, bo nagle wszyscy jednocześnie powstają ze swoich krzeseł i odblokowują gardła, jako że w ogólnej dyskusji czynnie uczestniczyło przecież zaledwie kilka osób, a każdy ma co powiedzieć, tylko że się nie odważa wystąpić z tym publicznie, tak jak najmocniej zdeterminowani. Nim towarzystwo się rozpierzchnie, zdołam chyba z paradoksem, jaki po usłyszeniu apelu psychologa zaświtał mi pod czaszką, dotrzeć do zgromadzenia. Duszolog namawiał chorych do wegetacji, nawiążę wszak niby do czego innego.

            – Pan magister nawołuje do umiarkowania – przekrzykuję harmider. – Wszelako czasami potrzebne jest i umiarkowanie w umiarkowaniu!

            Grzebania się w aktach spraw dawnych, mimo zachodzącego niewątpliwie postępu w naukach szczegółowych tudzież ogółowych, z akt tych nie pozwalających się wykreślić. Jeszcze polatujący górnie wśród miejskiej zabudowy latawiec wzbudza w małych ludziach charakterystyczne dla wieku dziecięcego niebotyczne tęsknoty, a już przecież starcze zapotrzebowanie na dowody sensowności procesualnej śmierci zwala z nóg tęgobrzuchych racjonalistów spod znaku podkasanej nad kolana sutanny. Czyż nie lepiej śmierci zaprzeczyć, znajdując na to sposób chociażby w spowodowaniu wytworzenia się w naszych mózgach substancji odmładzającej, a to przez pełne wykorzystywanie (w razie zaś niewykorzystywania ich, zabijających nas!) niezbadanych możliwości tych tylko jakoby koordynatorów odruchów na zmysłowe bodźce? Z krainy abstrakcji można czerpać a czerpać. I na jej właśnie materiale, dostępnym kreatywnemu mózgowi, komponujmy nieznane (dotąd!) w przyrodzie panacea, zapisujmy na białych kartach milczenia tworzące się na moment poematy niepowtarzalnych zestawień neuronów! Abstrakcyjne idee są trwałe, tym niemniej skarb ten  jedynie w chwili wyjątkowej dyspozycji pozyska pracujący w historycznym, a więc notującym przypływy i odpływy, czasie aparat – mogący istniejącą zaocznie sferę idej też pożytkować, czyli twórczo wykorzystywać w praktyce życia, które nie zadowala się satysfakcją samego posiadania.