marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 14th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 34

            Pobolewania wygiętego w pałąk kręgosłupa. Przesiadywania w pozycji kucznej przed ekranami – to płaskich jak decha, to nieco bardziej podobnych do kobiety – telewizorów. Spowity mgłami znad bagien i dymami z rur wydechowych samojazdów krajobraz wolnego świata, przez zadomowienie się w realiach chlewu, gdzie niebezpieczna perspektywa napotykania kłopotliwych wyzwań została odcięta – staje się czymś nieczytelnym, a jako takie – niepotrzebnym. Świat wolny od zakazów swobodnego przemieszczania się w obrębie większego obszaru, a, co za tym idzie, korzystania z możliwości, jakie na tym większym obszarze dla ludzi wolnych stworzono – traci właściwą niby sobie siłę przyciągania i w oczach trawiciela pokarmów przypisanych zdziwaczałej (aczkolwiek wciąż mającej potrzeby biologiczne) jednostce przeistacza się w wyrzut sumienia, że coraz bardziej nie jest tak, jak być powinno. Z kieszeń wywróconych na nice, jakby na szydercze potwierdzenie tej niepokojącej prawdy, wysypuje się tylko popiół. Tak, tak! Z wielu kieszeń, w odróżnieniu od jednej kieszeni, której nie dotknęła budząca nadal spory fleksyjne mnogość, domorosły burzyciel zamków, powstałych na błędnie od samego początku zbitej gąbce językowej cegły, co prędko stała się skamieliną, rzuca na wiatr prochy papierochowych przewin! Jeszcze trochę ślamazarzenia się pośród tego typu obsesyjnych motywów, a czytelnik kipnie upartemu kwasomówcy. Kwasy, nawet podówczas, gdy wytwarzają nastrojowość pełną krasy, winny posiadać w miarę uchwytny – dla złaknionego zabawy współbiesiadnika – punkt zaczepienia. Co z tego, że sam autor pozostaje za pan brat z przedstawianym tekstem! Jeśli ten okręt nie wypłynie w morze z rodzimego portu, kogóż olśni swą klasą, mającą budzić – wśród rozsianych po wyspach i kontynentach rodaków w człowieczeństwie – uzasadniony a zaraźliwy optymizm! Tajemniczość bez perspektywy przemienienia jej w jasny dla wszystkich, po trosze zorientowanych w jej kontekstach, doroślaków komunikat – to przysłowiowy chleb powszedni dzisiejszych, zobowiązanych strawę duchową przyswajać (ażeby nie umrzeć z głodu takiej) konsumentów. Jednak czy istotnie za parawanem, stosowanych w literaturze nagminnie, niedopowiedzeń współcześni beletryści jakąkolwiek drogocenną prawdę ukryli? Żyją nadzieją, że stawiane przez nich, za wielkimi poprzednikami – z epok, kiedy dzisiejsza technologiczna zwykłość przywodziłaby na myśl przeświadczenie o bezpośredniej już (widać) bliskości końca świata – pytania zadowalających odpowiedzi nie doczekają się nigdy. Tymczasem ja takie odpowiedzi formułuję. Z jakiego więc powodu miałbym dopuszczać w swej wypowiedzi jakąś, choćby tylko jedną, głupią niejasność? „Papierochowe przewiny”? Nic to pewnie takiego. „Chcesz być dzielny jak panicz, / to palenie ogranicz”. Obiecałem rodzicom, że poprzestanę na dawce 4 papierochy dziennie, i nieco łamię to przyrzeczenie, pety po wypalonych „nielegalnie” szlugach pakując w kieszenie marynarki, co jest o tyle sensowne, że siedzę najczęściej w domu, wraz z nimi, tylko w osobnym pokoiczku. Gdy znajdę się poza domem, wysypuję pety z kieszeń do różnych ulicznych pojemników na odpadki, zaś towarzyszący niedopałkom popiół rzucam na pastwę wiatrowi. Oszukuję, dawniej w większym stopniu wystrzegałem się tego. Kto wie, czy uporczywe obstawanie przy zasadach nie powodowało moich dawnych licznych wpadek.

            Czy czas jest ciągły, czy przerywisty – jak dotąd, w materialnej historii mierzalnego, definiowalnego świata, nie daje się zmanipulować i płynie (lub skacze, a to z jednej kępki chwili na drugą chwili kępkę) jednokierunkowo i regularnie. Czy wobec tego można się dziwić, że pora, zapowiadanej na jedenastą trzydzieści w sali telewizyjnej, psychoterapii wreszcie nadeszła? Pielęgniarki, z pomocą co uczynniejszych pacjentów, krzesła, ustawione dotychczas rzędami frontem do stojącego na szafce pomiędzy oknami telewizora, dosuwają do ścian, jest trochę szurania. Psychoterapia pewnie i tutaj, jak w znanych mi psychiatrionach Festylii i Faraton, stanowi pewne wynurzenie się z marazmu oddziałowej powszedniości, więc frekwencja zdaje się być zapewniona; kto by nie chciał uczestniczyć w imprezie, która daje pewien odpoczynek od bezmyślnego spacerowania znajomym do obrzydliwości korytarzykiem czy wylegiwania się na łóżku, skąd widok jest bodaj jeszcze beznadziejniejszy. Pewnie, że zawsze można pogadać, uruchomić jeden z tematycznych samograjów. A gdy ten stanie się już zanadto zjeżdżony, czyli gdy każde następne zdanie zacznie przypominać zbyt dosłownie każde poprzednie, przejdziemy na drugi tematyczny samograj, potem na trzeci, czwarty i raczej można być pewnym tego, że pierwej wyczerpie się dana nam do wypełnienia czymś niezobowiązującym dawka czasu niż te niezobowiązujące tematy. Zabijanie czasu, z którym nie wiadomo co zrobić, to zjawisko występujące nie jedynie w szpitalach, chociaż jedynie wśród ludzi zdolnych tylko „czekać, co przyniesie los”, a nie w twardej skale niewiadomego samemu swój los wykuwać. Pozyskiwać dla siebie i swoich odbiorców, zawierający koniecznie element nowości, materiał dziejotwórczy – to już praca. A więc ruch postępujący, nie zaś, właściwe zdolnym tylko zareagować na akcję „autorom” oczekiwania, dreptanie w miejscu. My, pacjenci, takimi „reagantami” niestety, jako ci, do których nie należy decyzja, zmuszeni jesteśmy być. Myślowe i świadomościowe życie budzi się w nas jedynie wtedy, gdy siłą odruchu „ustosunkowujemy się” do tego, czym uderza w naszą wegetację lekarz, psycholog, terapeuta. Teraz będzie psychoterapia, spotkanie władzy oddziału z jej poddanymi. Stawką w tej grze ma być niby nasze pacjenckie psychiczne zdrowie. Podporządkuj się, ażeby być wolnym. Zabiorę głos, jasne. Tylko patrzeć.

            Miejsca na licznych krzesłach i czterech fotelach są już wypełnione w komplecie, zrobiono nawet kilka dostawek. Nie ma na co (ani na kogo) czekać, więc osobnik, wyglądający mi na psychologa a mogący mieć przeżyte dotąd najwyżej 30 roków, zaczyna:

            – Witam panów na naszym coczwartkowym zebraniu społeczności oddziału. Jest z nami nowy kolega, którego mam obowiązek wprowadzić w tutejsze realia. Tak więc, co należy do nas jako pracowników szpitala, a co należy do niego jak do każdego pacjenta. Otóż do naszych powinności zaliczyć trzeba w pierwszym rzędzie odizolowanie pacjenta od zbyt okrutnego, jak na jego nadwątlony chorobą stan, świata i przekonanie naszego podopiecznego, że konieczność jego, oby jak najkrótkotrwalszego, pobytu u nas nie spowodowało nic innego jak tylko choroba, za której zaistnienie nie ponosi winy, ale z której realnym wystąpieniem musi się dla własnego dobra pogodzić. Uznanie siebie za chorego uzmysłowi bowiem pacjentowi potrzebę poddania się leczeniu i oddali odeń awanturnicze nastawienie upierania się wbrew faktom, iż rzekomo jest on zdrowy i pokutuje tutaj bezprawnie, a to z powodu jakoby „uwzięcia się” nań jakichś tajemniczych lub konkretnych czynników. Jestem psychologiem, nie psychiatrą, toteż z natury rzeczy przykładam większą wagę do tego aspektu tłumaczenia powstawania i trwania choroby psychicznej, jaką sprowadza na człowieka do tej pory zdrowego suma, per saldo niedobrych, życiowych doświadczeń, aniżeli do obarczania odpowiedzialnością za chorobę domniemanych nieprawidłowości organicznych w mózgu osoby zachowującej się jak  chora. Doświadczenia życiowe człowieka zdrowego, który zapadł na chorobę psychiki, mogą być też zupełnie w normie. I wówczas nie musi za chorobę odpowiadać schorzenie organiczne. Człowiek zachowujący się jak chory może po prostu mieć zdrowe, lecz, powiedzielibyśmy, niewspółmiernie do panującej normy delikatne struktury obronne psychiki i mógłby normalnie funkcjonować w środowisku bardziej niż dane mu łagodnym. Jeżeli zaś takiż człowiek psychikę ma silną, a mimo to wykazuje się zachowaniami nie do przyjęcia przez społeczeństwo, też jego psychika nie musi być chora z powodu organicznego niedorozwoju lub przerostu (czy uszkodzenia) któregoś z ośrodków mózgowych…

            – Przepraszam, że się wtrącam, ale w tym, co pan magister przed chwilą powiedział, jedno jest dla mnie niejasne. Czy psychika silna a zdrowa to nie jest to samo?

            Wtrącenie poczynił Płaskonosy. Z mojej sali. Siódemki. Ja poniewczasie dostrzegłem inną niejasność. Jest zebranie społeczności, a miała być psychoterapia. Czy ja sam nie dopuściłem się tutaj pomyłki? Mniejsza z tym! – próbuję się w myślach rozgrzeszyć. Obojętnie, czy psychiatrionom więcej zawdzięczam niż przez nie jestem poszkodowany, czy odwrotnie, już jutro tu mnie nie będzie! Pobytu tutaj nie wymażę z pamięci, jak narodom nie uda się całkowicie wyprzeć z siebie wspomnień o wojnach. Ale tak mi szpitalnego doświadczenia jak narodom doświadczeń wojennych – chociaż jest faktem, że stanowiły dla mnie i dla nich kawał życia, na którym wypadło nam budować swoje charaktery, światopoglądy i nastawienie do nadchodzących nowych dni, i chociaż także to jest faktem, że doświadczenie negatywne daje wiedzę, jak bardzo jest warto dławić w zarodku skłonność do takich życiowych wyborów, które implikują niejasne następstwa – nie wolno absolutyzować. Doświadczenie jest to suma urazów i wypływających z nich defetystycznych konstatacyj, które wypaczają właściwy obraz twoich w tym bycie możliwości, jaki – o ile tylko posiadasz kreatywny umysł – da ci czysta wyobraźnia.

            – Dziękuję za to pytanie – skiwa Płaskonosemu głową Psycholog. – Otóż nadmierna siła psychiki nie jest tożsama z psychicznym zdrowiem. Dlaczego. Po prostu dlatego, że zabija niezbędną zdrowiu wrażliwość. Człowiek o chorobliwie silnej psychice – w obliczu zarysowującej się konieczności wyboru – nie waha się. Gdy tymczasem to właśnie wahanie, a więc rozważanie, stanowi istotę myślenia, które przesądza o naszym człowieczeństwie. Jednostka o ograniczonej wrażliwości nie przyjmuje do wiadomości wielu ważnych, skierowanych tylko do niej lub także do niej, sygnałów, przez co nie może myśleć. Bo kontynuacja – nawet konsekwentna! – prostego odruchu nie jest jeszcze myśleniem.

            Płaskonosy nie ustaje. Zauważam ze zdumieniem, że ten prosty człowiek główkuje.

            – Mamy więc mieć, zamiast serc, kalkulatory? – rzuca kolejną wątpliwość.

            – Odwieczny dylemat! – zaśmiewa się w pewnym zakłopotaniu spec od psyche. – Zdać się na kierownictwo spowalniającej decyzje roztropności, czy, przynaglającej do akcji lub reakcji, odwagi! Panie Wmakubaba. Osobom, które trafiły tu na leczenie, brakuje nie odwagi, tylko roztropności. Zawsze trzeba pracować nad tym, czego komu brakuje. A tak w ogóle, to żyjemy w czasach, kiedy więcej do zrobienia mają mądre głowy niż porywcze serca.

            – Chyba, że ktoś jest – Wmakubaba zdaje się być niezmordowany – wielbionym przez intelektualistów, tęskniących naprawdę do rozstrzygnięć „anachronicznych”, zawodowym bokserem! Agresywność, wypatrywana z utęsknieniem w ringach świata, poza nimi staje się powodem do osadzenia mnie w ośrodku takim jak ten, gdzie gniję niby grzeczny zdechlak!

            – Gdyby było całkiem w porządku z twoimi klepkami – przemawia gość w kitlu, na którego dotąd nie zwróciłem (waszej) uwagi – , to siedziałbyś teraz nie tutaj, tylko w więzieniu. Zresztą wyniknie dopiero z badań, czy się w końcu tam nie znajdziesz.

            – Życie nie byłoby ciekawe, gdyby nie było tak uroczo skomplikowane.

            Powiedział to nieznany mi mężczyzna z jakiejś innej sali. Wkracza wreszcie Kipel:

            – Panowie, przywołuję was do porządku. Głos ma magister Brodowicz.

            Brodowicz to pyryjskie nazwisko, nie będę jednak tutaj dochodzić, jaki drogowskaz skierował je ku temu, by odsunęło znamię bezimienności od Tutabończyka. Już początkowe stadium, mogącej się rozwinąć, i to przecież także dzięki mi, dyskusji dotyka bowiem problemu, który od lat dostrzegam i który dotyczy całej ludzkości, choć ona zdaje się nie zdawać z tego sprawy. Co możemy robić? Na pełnieniu jakiej funkcji ma się zasadzać nasza aktywność? Jakich użyć przypraw, a jakie odrzucić, by posiadało cny smak nasze bytowanie?

            – Są miejsca wyznaczone specjalnie do prezentowania jednego rodzaju działalności – oświadcza psycholog Brodowicz – , i są miejsca inne, gdzie dozwala się jedynie na inne rodzaje zachowań. Nie sądzi pan chyba, Wmakubaba, że bokser, którego potęgę konstytuuje praktyka zadawania w ringu celnych uderzeń pięściami, wystąpi z tymiż pięściami przeciwko „zdechlakowi” mogącemu zastrzelić go z pistoletu. Zabijanie jest prawem biologii, tym niemniej zaistniały, przecież nie dzięki bokserom!, awans cywilizacyjny biologicznych okazów, jakimi jesteśmy, być może predestynuje nas do innych przeznaczeń.

            – Mam dostosowywać swoją naturę do nieliczących się z nią ideologii?! – oburza się płaskonosy Wmakubaba. – Natura jest jedna dla wszystkich i nie podoba się tylko tym, którzy próbują ją oszukać, bo zauważyli, że w nich zbyt słabo przemawia, i nie mają szans, by stanąć do sprawiedliwej walki przeciw posiadaczom bojowego nastawienia wobec jedynego problemu, który narzuca rzeczywistość: kto kogo tutaj będzie jadł! Otóż ja będę jadł cherlaków, a nie oni mnie! Że wytresowali sobie armię dyspozycyjnych urzędników, którym nawtykali do głów, iż rzekomo lepiej będzie dla wszystkich, gdy, tworząc aparat administracyjny państwa, zapewnią słabym równość z silnymi, co jakoby ma być powalającym z nóg, takim, z którym nie wolno dyskutować, ideałem?! Obrona słabych kosztem silnych?! Kto wreszcie silnych weźmie w obronę?! Mają się mnożyć rachityczne potworki, podczas gdy mający w genach biologiczną klasę reproduktorzy niechaj tworzą „przestępczy” margines społeczeństwa?! Dlaczego zdrowe zasady stosuje się w hodowli zwierząt, gdzie wygrywa silniejszy, a wśród ludzi promuje się „niewinnych”?! Skubie trawkę królik; nie wadzi nikomu, więc jest niewinny. Tymczasem lew, dzięki któremu życie staje się pełnym dramatyzmu grozy i dostojeństwa spektaklem, jest winny, bo je na obiad to, co jeść chciałby każdy, tylko że nie każdy ma odwagę sobie taki obiad zafundować!