marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 13th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 33

[cd]

Pokutujące od tysięcy roków wśród teologów i wierzących im na słowo wyznawców przekonanie, że Stwórca jest bytem odwiecznym i wiekuistym, zaś powołane Przezeń do istnienia stworzenie – bytem krótkotrwałym, mającym na celu wyselekcjonowanie zeń dusz ludzkich dla bytu wiecznego przy Bogu, razi co najmniej jedną niekonsekwencją. Mówi się bowiem o cudowności aktu stworzenia, podczas gdy sytuację, kiedy jeden byt stwarza byt drugi, napotykamy dosłownie w każdej chwili naszej codzienności. Bo i rodzice stwarzają swego potomka, konstruktor stwarza maszynę, futboliści stwarzają piłkarskie widowisko. Nie z niczego? A czy Bóg, gdyby istniał, zanim doszłoby do kreacji bytu przyrodzonego, nie posiadałby też oczywistego udogodnienia, mogąc ten byt wykreować z siebie? A więc nie z niczego?… Teraz tak. Jak z bytu wyeliminować zło, nie eliminując zeń będącego mu lustrzanym odbiciem, przekornie nieodstępnym towarzyszem – dobra? Zastanawiamy się, co było pierwsze: myśl, czy słowo; duch, czy materia; jajko, czy kura. A ja tu dodaję półgębkiem: dobro, czy zło? Można powiedzieć przecież, że na przykład dla powołania sprawiedliwości, która jest wyrównywaniem rachunków, pierwszy warunek stanowi zaburzenie tej równowagi, ażeby mieć co wyrównywać. Nijakość niebytu to stan równowagi zupełny. Rozszczepienie niebytu w byt było tej niebytowej równowagi zburzeniem, a więc złem. Nijakość jest przezroczysta: ani dobra, ani zła. Czyż więc to nie dynamizujące zło okazuje się Pierwszą Przyczyną istnienia? A skoro złu byt zawdzięczamy, to czyż wypada nam teraz (gdyby to jakimś cudem stało się możliwe) zło z bytu na stałe wyeliminować? Mówiłem o braku odpowiednich terminów podczas prób eksploracji dziewiczych poznawczo obszarów. Nie oznacza to, że w takiej sytuacji pozostajemy bezradni, ponieważ słowa, których brakuje, możemy zbić, a to z dotąd niezbijanych w takim zestawieniu rdzeni znaczeniowych, albo też komponując nowy wyraz z niespotykanej w pyryjszczyźnie kombinacji liter czy zgłosek. Zwłaszcza w tym drugim przypadku należy mocniej zaangażować pamięć, jakie znaczenie postanowiliśmy przypisywać nowemu brzmieniu. W pierwszym – zorientuje nas o tym oczywiście analiza semantyczna. Wiemy, co to jest półbyt. Lecz nie będziemy też mieli problemów, z przyjęciem do wiadomości twierdzenia, że na byt składają się 2 półbyty. Z których jednym jest zło, a drugim dobro. Chcąc zachować byt, a w nim dobro, i wyeliminować zło – nie trzeba koniecznie sięgać po amputer, czyli przyrząd do amputacji. Wystarczy zmienić optykę układu, co jest do przeprowadzenia poprzez zakrzywienie przestrzeni, będącej jako taka czymś naturalnym wtedy, gdy układ, na skutek – dajmy na to – zaaplikowania mu hormonu rozrostu, osiąga rozmiary kosmiczne. Być może w takiej sytuacji zło będzie do zastąpienia elementem dotychczas nieznanym, być może niemożliwym dzisiaj w ogóle do pomyślenia, nie tylko to że nigdy i nigdzie do tej hipotetycznej pory nie istniejącym. W świetle niniejszej teorezy (czegoś pośredniego pomiędzy katechezą a teorią) i spodziewań eschatologów – wygląda ciut na to, że odwieczna wojna Boga (patrona i promotora samoistnego dobra) z Szatanem (patronem i prowodyrem zła) byłaby tak oto wygrana przez Boga, któremu nic już nie przeszkodziłoby urzeczywistnić proroctwa o Niebieskim Królestwie. Póki co, istniejemy jednak tylko dzięki rozepchnięciu pierwotnej nijakości przez antagonizm na linii „dobro – zło” i autorowi twierdzenia, że dziejący się świat nie potrzebuje uwikłania w dwie te antynomiczne kategorie (ponieważ funkcjonuje rzekomo „poza dobrem i złem”), można nareszcie uzmysłowić, jak dalece chybił. Każda maszyna, aby działać, wymaga źródła energii. A całość bytu posiłkuje się czym? Otóż wszechbyt okupia (rzec „okupuje” zbyt nachalnie przywodziłoby tu na myśl okupację) swój występ energiodajnym cierpieniem! Składać daninę za zapewnienie mu chcianej egzystencji musi niby tylko lennik. Suweren daniny pobiera. Kto pobiera daninę naszych (ludzkich, ale także tego wszystkiego, co na wszechbyt się składa, a więc między innymi gwiazd, które według mnie też muszą cierpieć) cierpień, o ile taka analogia nie jest tu zbyt daleko idącym posunięciem? Czyżby Szatan? Czyżby Bóg? Czyżby komukolwiek czy czemukolwiek nasze cierpienia były potrzebne? Czyżby ktoś nimi się żywił, bawił, cieszył? Cóż. Starając się wypowiedzieć choćby jedno sensowne zdanie, płacimy odkup logice, jej się podporządkowujemy, ale też wiemy, że ona jest bytem tylko umownym i byłoby błędem utrzymywać, iż nasze podporządkowanie się jej by ją w jakikolwiek bądź sposób mogło satysfakcjonować. Istnieje coś takiego jak satysfakcja z samego bytu. Że jest to rzecz warta obrony. Rzadziej przejawia się zniechęcenie bytem czy nakierowana nań nienawiść. To pierwsze dotyka ludzi w późnej ich starości, ale jest do wyeliminowania dzięki uzyskanej już przez biochemików regenerującej substancji. Wprawdzie w biosystemie stałą jest właśnie względność, a na stałości zasady bytu wspiera się jego ład, zapewniający mu z kolei okazalszą niż chwilowa trwałość. Pociągnięcie dalej długowieczności ludzi odbyłoby się zapewne kosztem ich płodności i podważyłoby może nawet sens istnienia kobiet. Ale nie wydaje mi się, że bogactwo problemów, jakimi człowiek może żyć, wyczerpuje się do końca w toku tych zaledwie dziewięćdziesięciu roków, jakie przez naturę mamy niby zagwarantowane. Jednak granice czasowe, pomiędzy którymi w jednym pokoleniu możemy egzystować, są aktualnie wyraziście zarysowane – w relacji, a więc względem, do poprzednich i ewentualnych następnych pokoleń oraz względem do innych uczestników egzystencji. Póki co, musimy się nawzajem zjadać, a proces ten nie kończy się dzięki stałemu dopływowi energii, która dociera do nas ze strony gwiazdy imieniem Słońce. Przeprowadzając próbę pozyskania dla ludzi (lecz czy tylko dla nich?) biologicznej nieśmiertelności (że możliwa jest inna, już tłumaczyłem), musimy liczyć się z tym, że w razie, gdy operacji tej odpowiednio nie przemyślimy, cały biosystem dotknie katastrofa. Nagłe złamanie relacyj (względności) poszczególnych elementów tego systemu w przypadku, kiedy zawczasu nie przewidzimy negatywnych następstw takiej zmiany i nie wypracujemy koniecznych zabezpieczeń przed nimi, uderzy w nas samych. Nie oznacza to bynajmniej, że z realizacji tego wielkiego marzenia lepiej będzie zrezygnować. Prostacki pogląd, że myślenie abstrakcyjne jest pozbawioną znaczenia sztuką dla sztuki, ponieważ w praktycznym życiu liczy się rzekomo tylko siła, właśnie tutaj ma swego pogromcę. Przyszłość stanowi niewiadomą. Jeślibyśmy mieli uznać, że satysfakcjonuje nas życie w ustalonej raz na zawsze postaci, od której wszelkie odstępstwa będą piętnowane i eliminowane, to żylibyśmy jak niesięgające do abstrakcji zwierzęta i niewiadoma przyszłości nie przedstawiałaby dla nas większego problemu. Jeszcze dziś spotyka się ludzi twierdzących bez przymrużenia oka, że „będzie, jak ma być”, oraz tęskniących do tych „wspaniałych czasów”, kiedy to władza pochodziła „z prawowitego nadania”, ponieważ dawny władca był tyleż mądry, co silny – i swą potęgę dokumentował tak słowem jak mieczem, a przede wszystkim genealogią przodków, której początek dała jakoby postać z pogranicza historii i legendy. „Oliwa zawsze na wierzch wypływa” – mówiło się u nas na podwórku, co miało oznaczać, że nieuchronnie dojść musi (jeśli jeszcze nie doszło) do tryumfu prawdy. Logos kieruje tokiem spraw we wszechświecie, a nad wszystkim czuwają jeszcze Mojry, boginie Przeznaczenia. Za którymś ze swoich poetów-mitotwórców utrzymywali tak przynajmniej starożytni Grecy. Chrześcijanie z kolei, za Jezusem i prorokami Starego Testamentu, woleli całą odpowiedzialność za losy świata skupić w tak zwanym jednym ręku. Sternikiem dziejów jest samowładny Bóg. Skoro jednak stworzył On ludzi na swój obraz i podobieństwo, to i każdy człowiek ma w sobie coś z samodzierżcy. Tyle że władztwo Boga jest czymś prawidłowym, natomiast aspiracje wodzowskie ludzi, o ile ci nie uznają nad sobą zwierzchności boskiej, stanowią uzurpację. Stwórca od siebie uzależnił podobne sobie duplikaty, ale dał im „w dzierżawę” możność sterowania dziejami, postępami w poznaniu i wykorzystywaniem poznania do przemian w świecie, by nie bez przerw być skazanym na samego siebie, na własne prokurowanie i rozstrzyganie spraw. Byt, który nie robi nic innego, tylko bytuje, jest narażony na, wywoływane ciągnącym się w nieznośną nieskończoność kontemplowaniem jednego i tego samego, oszalenie. Tak więc stworzył nas i wszystko, co naszemu istnieniu było i jest – widać! – niezbędne, nie dlatego, że oszalał, tylko dlatego,  ż e b y    n i e               o s z a l e ć !   Tu macie, drodzy czytelnicy, podaną w słowach nad wyraz prostych, jedną – bodaj czy nie największą! – z tajemnic Boga. I nie marudźcie mi, że ona maluje się tak prozaicznie. Wszystko jest łatwe do odgadnięcia i potraktowania ze wzgardą, kiedy z tajemnicy   k t o ś    i n n y   zdmuchnie nimb! Podobnie poniekąd czyż nie było i z biblijnym Drzewem Poznania Dobrego i Złego, którego to symbolu ontologiczny, a więc decydujący o bycie, sens podaję w każdym nieomal akapicie niniejszej quasi-powieści? Są prawdy, do jakich dorasta człowiek, osiągając wiek dojrzałości seksualnej, mentalnej, intelektualnej. Widać i ludzkość musiała dopiero dorosnąć do prawd innych, ażeby ich świadomość nie podziałała na nią na sposób deprawujący. Zrozumiałym dla mnie szyfrem był napisany ten i ów z wersetów Biblii, księgi natchnionej idącym wprost od Dawcy Pierwszego Impulsu przemyśleniem. Prawda o sprawach najogólniejszych  (co zaznaczam, znamy też bowiem prawdy pospolite, jak ta o Ali, która ma kota; są to prawdy o znaczeniu lokalnym i przemijającym) winna być silna sama sobą, nie wymagać, dla zapewnienia sobie trwania w nienaruszonym kształcie, armii obrońców i tajnych służb posługujących się szyframi. Ale cóż z tego, że nikt jej nie naruszy, skoro istnieje przecież nie dla samej siebie, tylko dla tych, którzy są zdolni zrobić z niej użytek i którzy w ogóle ją kiedyś – jako egzekutywa przedwiecznej Formacji Intencyjnej – sformułowali! I którzy – jako jedyni – mają dane dalej jej, przeczuwany ledwie „koniuszkami palców”, kształt i sens formułować. Po co żyjemy? A mamyż inne wyjście? Zamiast pozostawić stan spraw ich naturalnemu biegowi i nie ingerować weń żadną decyzją, któraby mogła cokolwiek tu zmienić, możemy tylko przyspieszyć anulowanie tego, o czego sens pytamy. Bramą śmierci własnego „ja”, którego nosiciel jeszcze jakoś może egzystencję własną, a być może i wszelką, uzdatnić do pomyślnej – kto wie, czy nawet nie nieśmiertelnej? – konsumpcji, można tylko wpaść – jak śliwka w kompot – w bagno i stać się pastwą najprymitywniejszych form życia, na samym początku przysłowiowego pokarmowego łańcucha. Czy to jest alternatywa? Czy życie w człowieczym kształcie i funkcjach można zestawiać porównawczo z życiem wirusa? Bakterii? Drobnoustroju? A nawet jeśli po tej samobójczej śmierci miałaby nas zjeść hijena, lew, ludożerca-człowiek! Czy wpisalibyśmy w ten cudzy byt, który zawłaszczył nasze „doczesne” tkanki, naszą własną osobniczą tożsamość? Lub przynajmniej naszą ogólnoludzką godność? Jeśli jestem scjentystą, to nie na zasadzie, to nie poprzez to, że eliminuję ze swego światopoglądu etykę i teologię, a przyjmuję wszystko to, co można obliczyć, wymodelować strukturalnie (niemierzalność zjawisk etycznych jest zresztą prawdopodobnie tylko głupim przesądem). Etyka, czyli nauka o dobru i złu, o pięknym lub szpetnym postępowaniu (należy więc do niej i muzyka, będąca pięknym postępowaniem dźwięków – w odróżnieniu od estetyki kształtów tudzież barw), tak więc etyka jest nauką jak najbardziej, czy raczej najściślej – poważną i ważną, ponieważ daje, jak żadna inna, orientację o prawach bytu, jego mechanizmach, zasadach kreacji bytu i drodze, jaką trzeba wytyczyć, ażeby byt nie stoczył się w przeładowany potencjalnością punkt lub nie rozwiał się w nieskończoności absolutnej (a więc po prostu chyba martwej) przestrzeni. Człowiek jest to ten, kto formułuje integralną prawdę – poprzez szeregi gramatycznie (a więc tak, że nie ma w nich miejsca na błąd) zbudowanych struktur zdaniowych. Awangarda wyznacza szlak posuwania się armii, funkcjonuje więc jakby nie dla samej siebie. Jakkolwiek oryginalna myśl, kreująca nowy, a zatem jedyny możliwy ontologicznie, typ porządków informacja, stanowi jedyny zdolny rozszczepić nicość przyszłościowej niewiadomej grot włóczni, to pociągany przez nią bezwładny ogrom jest niezastąpionym magazynem pamięci. Dążenie do doskonałości jest to życie; osiągnięcie doskonałości jest to śmierć. Czyżby więc nie na tym miałaby polegać mądrość mitycznego Syzyfa, który w ostatniej chwili przed wtoczeniem na szczyt szczytów przysłowiowego głazu (pod warunkiem, że byłby to głaz doskonałego myślowego bytu) tracił równowagę i spadał wraz ze swoim drogocennym ciężarem do samych podstaw tej góry czasu? Cóż to bowiem jest doskonałość. Otóż jest to doprowadzenie „do skonu”, „do skończenia”. Czy i my przed śmiercią nie bronimy się zdziecinnieniem? Z kolei nie każdego pewnie zadowoli wytłumaczenie zeł (cło – ceł, zło – zeł), do jakich Bóg dopuszcza, nie wyzyskując drzemiącej w Nim wszechmocy – przy zachowaniu Przezeń (nie wyobrażamy sobie, by mogło być inaczej!) pro-dobrociowych intencyj – , że zło jest niezbywalnym i nieeliminowalnym budulcem bytu. Świat wtedy i tylko wtedy byłby szczęśliwy, gdyby szczęśliwy był Bóg, a własne szczęście wykuwa się toporem, co dla zatopionego w myślach Wątlaka przedstawia najprawdopodobniej problem nie do przezwyciężenia. „To dlaczego tyle ponaobiecywał?!” – ozwą się ci i owi, ze zgorszeniem konstatując, że przecież całe serce wkładali w modlitwy Doń o to i tamto, a tu się okazuje, że jest coś, na co Go nie stać, a co obraca w perzynę wszystko, dzięki czemu Jego miłosierdzie mogłoby być już nie domniemaniem, tylko faktem.  „Przez swoje miłosierdzie daj mi parę groszy, daj mi milion…”. I Bóg da, choćby spełnienie tej prośby miało Go finansowo zrujnować. Ale w imię miłosierdzia stanąć jak mężczyzna do walki na śmierć i życie? A jak było, gdy człowiek, aby przetrwać, musiał staczać krwawe bitwy przeciw dinozaurom? Czy wszystko da się osiągnąć bożą przemyślnością? A jak nie wszystko, to skąd ów zapęd, skąd pretendowanie do miana Tego, który jest alfą i omegą, a więc Tym, w którym wszystko się zawiera? „Jest coś, czego nie potrafisz, a na co ja ze skutkiem poważałem się wiele razy” – te słowa w mężczyźnie winny rozpalić ambicję niby bezwarunkowo. Jak nie ludziom i całemu stworzeniu, to sobie – Bóg zapewne ma niejedno do udowodnienia. I coby to było, gdyby w bycie, który jest dla Niego czymś aż tak ważnym, więcej: z którym jest tożsamy!, nie widział dla siebie wyzwania? Rodacy częstokroć wykazują zabobonny wręcz respekt dla nieporównywalnych jakoby (z własnymi)   możliwości reprezentantów przodujących narodów. „Cóż to dla Amerykanina przepłynąć na jachcie Atlantyk! On zrobi to od niechcenia!” Tymczasem przecież ci, co dzisiaj przodują, osiągnęli swój zaszczytny status w głównej mierze dlatego, że udowodnili, iż umieją się zmusić do potraktowania swych zadań na sposób – bardziej niż inni – poważny, to jest włożyli w to życie więcej ocierającego się o utratę zmysłów heroizmu; znieśli więcej zniewag ze strony opornej rzeczywistości przy pokonywaniu beznadziei, jaką niesie szara codzienność; wyłonili spomiędzy siebie przywódców, którym w większym stopniu zdołali zawierzyć aniżeli masy w narodzie zazdrośników! Tak samo z Bogiem. Nie jest On typem monarchy, którego jedno plaśnięcie palców powoduje epokowe zmiany. Lub którego jedna myśl sprawia zgubę czy ocalenie narodów. W rewanżu za to, że stworzył człowieka na Swoje podobieństwo, Jego wyobrażenie człowiek kreśli uparcie do dzisiaj według wzoru satrapy, który też jest człowiekiem, ale dlaczego w koronie?, dlaczego na tronie? – skoro są to przecież atrybuty władzy zaledwie ludzkiej, i to pochodzącej z Jego nadania, jak się utrzymuje pro forma w tych niezbyt licznych krajach, gdzie tradycje jedynowładztwa się nie skompromitowały? Być może Bóg mieści w sobie cały wszechświat i Jego potencjalne możliwości rzeczywiście są większe niż czyjekolwiek. Jednak kto to może wiedzieć, czy w swojej ucieczce od banału, który może Mu się zdawać czymś gorszym od oryginalnego, powiedzmy, lizusostwa albo nawet niefrasobliwego, aczkolwiek opatrzonego błyskotliwym (choć niestety prawdopodobnie fałszywym) uzasadnieniem, wystawienia na pośmiewisko swego, tak cenionego wszędzie na Ziemi (zapewne tylko nie wśród pająków), męskiego honoru – nie zabrnął w nie dające stopom pewnego oparcia bagno i rozpaczliwie jedynie się nie miota, widząc swą ostatnią szansę w zdradzie swoich tajemnic? Zrobię wszystko, żeby nie robić nic! – doprowadzanie do takich humorystycznych niby paradoksów czyż nie jest po prostu moją zawoalowaną deklaracją samobójstwa? Nic. W takim razie to szczęśliwy traf, że znalazłem się w psychiatrycznym szpitalu. Tu na nowo dojrzeję do… wejścia w świat ludzi wolnych? Doprawdy? Czy wolni to są ci, którzy mogą sobie bimbać z heroicznych prób stania się prawdziwie niebezpiecznym wariatem, nawiedzonym przez ducha zniszczenia i dzięki temu mocnym biologicznie, zabijologicznie, numerem Jeden, nieśmiertelnym, bo nade wszystko mocnym, dokumentującym tę moc nie efekciarskim prężeniem muskułów, tylko nieodwołalnym pokonywaniem przeciwników? Tak więc zamiar wydostania się z tego „domu niewoli” byłby w istocie pierwszym przysłowiowym krokiem na drodze do dezercji z pola prawdziwej walki, ponieważ rzeczywisty ciężar w walce o sukces ponosi nie obmyślający ruchy wojsk strateg czy taktyk, ale stający oko w oko ze śmiertelnym współzawodnikiem żołnierz pierwszej linii frontu. Czy ktoś słyszał, by działalność ducha przekładać na myślenie, czyli rozpoznanie sytuacji i skomponowanie z istniejących środków – strategii rozprawienia się z kłopotem? Istnieje natomiast na pewno duch walki, szał zniszczenia, gdzie czyni się szybciej aniżeli wynosi maksymalne tempo postępowania myśli! Otóż szał możliwy jest też na terenie kreacji intelektualnej. Więcej: jeśli go brak w pracy intelektualisty, jego wysiłek zaraz po podjęciu tej pracy się samounicestwi. Dosyć materii mądrościowej. Praktyczny z niej wniosek jest taki, że stawianie sobie dodatkowych utrudnień, tej na przykład, by w rozmowach z kolegami czy innymi ludźmi nie używać „radioaktywnych” zgłosek „z, ż, ź”, odrzucam, ponieważ mało, że ich nieużywanie – jak stwierdzam – nie spowodowało we mnie i  w obserwowalnej dla mnie cząstce świata żadnej widocznej zmiany na lepsze, to nader pogorszyło moją zdolność formułowania myśli, niekiedy nawet wręcz całkowicie ją przekreślając. Tyle. A teraz może trochę, zaniedbanych tu ostatnio, warracyj.