marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 12th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 32

            Dokonywania wyczynu na terenach stricte rekreacyjnych. Wzbijania się ponad kurzawę pędzących dyliżansów – przy pomocy doczepionego do pleców silnika, co wprawia w wir długie na kilka sążni śmigła. Kiedy wykpiwany przez, chcących powiedzieć coś prawdziwie niesłychanego, pijaczków Bóg odnajdzie się wreszcie na swoim miejscu, zastępujący Go dotychczas na stanowisku prowadnika wszechbytu – z racji posiadania wrodzonej osobowości, uboższej jedynie od tej posiadanej przez Boga – Szatan przejdzie tam, gdzie jego miejsce, do opozycji. Zostanie tym samym przywrócony dziejącemu się wszechświatowi polityczny układ – zgodny z naturą rzeczy. Chociaż jeśli owa natura rzeczy ma być wywyższeniem jednostki zdolnej najlepiej zabijać i płodzić, łagodny Bóg przegra. Inaczej natomiast będzie wówczas, gdy Jego funkcja sprowadzi się do pisania księgi niepowtórzonego i niepowtarzalnego Przeznaczenia. „Łagodni są roślinożercy, których niepowstrzymany ilościowy rozrost musi powstrzymywać drapieżnik – powie ktoś. – Gdyby biologiczne życie (w odróżnieniu od życia duchowego) miało polegać na czym innym niż zabijanie i płodzenie (też i trawożercy pasożytują, a to mianowicie na trawie!), jego trwanie nie objęłoby nawet sekundy!”. Cóż. Wydaje się, że jest koniecznością przyswajanie pokarmu i wydalanie jego zużytej pozostałości. Kto tego nie robi, ginie. Jako żyjący, trwamy nie na zasadzie kamienia, którego nieśmiertelność bierze się stąd, że nie ma w nim co umierać. Wprawdzie też jest materialny i też chemiczne pierwiastki, składające się na jego istnienie, jak każde mające cechę swoistości, na poziomie wnętrza atomów wykonują ruchy. Są to jednak ruchy mechanizmu, nie organizmu. Chociaż… może wszystko, co napisałem dotąd, należy odrzucić, a na to miejsce wprowadzić pogląd, iż ten cały wszechświat stwarza jeden jedyny punkt, mający zdolność pojawiania się jednocześnie w trudno wyobrażalnym ogromie miejsc? Cóż. Zanim na moim laptopie wystukałem tę rewolucyjną myśl, chciałem powiedzieć, że w bycie ożywionym ma co umierać. Wiemy, że umierają też gwiazdy, jakoby nieożywione. Cóż, zostawię na razie te poboczne projekcje „ducha” w zawieszeniu, by powrócić do nich tym natarczywiej po przeżyciu odrobiny faktów tej jawy, która, w przeciwieństwie do uzewnętrznień podskórnego świata myśli, nie wymaga aż tak bardzo kreacyjnej totalności. Będzie już za 5 minut dyskusyjne spotkanie członków oddziałowej społeczności, kiedy to w ciągu godziny sposoby wyjścia ze ślepych zaułków naszej psychickiej mentalności przedstawi psycholog, dopuszczając oczywiście pytania zainteresowanych, jako że bez stawianych głośno wątpliwości cóżby to była za dyskusja. Po nieprzespanej nocy w fizycznym zdrętwieniu powinienem czuć się gorzej niż jako tako i jest tak, jak być powinno. Przez chwilę boję się, że nie wytrzymam i pójdę przemęczoną w niechcianym czuwaniu noc odsypiać, ale ten strach udaje mi się oddalić i, w obliczu zarysowującej się perspektywy długotrwałego wysiadywania na krześle, wpadam na przysłowiowy pomysł, że przedtem warto by tym przeklęcie krótkim korytarzykiem trochę pospacerować. Bezzwłocznie też rozpoczynam wędrówkę i trwam w niej, mając w mózgu jedynie małokaloryczny bełkot, prawdę powiedziawszy. Skoro jednak literatura piękna nie jest to jedynie proste odwzorowanie rzeczywistości, lecz wręcz to ona, a nie na odwrót, dla rzeczywistości ma być wzorem, to wypada mi zachodzący w czasie powieściowym fakt podkoloryzować. Otóż trasą mojego spaceru snują się i inni. Ludzie jak ludzie, przecież nie będę opisywał ich cielesnych powłok, które tym się różnią od siebie, że są w różnym stopniu zdeformowanym egzemplarzem jednej kanonalnej ludzkiej postaci. Na ogół nie żywimy nabożeństwa wobec rzeczy; rzeczami wszak można się posługiwać, w innym razie ich istnienie po prostu nie miałoby sensu. Ludzie są czymś więcej niż rzeczami, są osobami. I posługiwanie się osobą jak rzeczą uchodzi wśród ludzi za niegodziwość. Nie pogadasz z rzeczą, natomiast z osobą niekiedy ci się to uda, a z osobą płci żeńskiej, jeśli tylko jest w wieku rozrodczym i nie przeszkadza temu dyskwalifikujący sprawę twój czy jej defekt, możesz nawet spowodować urodzenie waszego potomka lub potomkini albo i całej piłkarskiej drużyny dzieciaczków, z których po upływie dwóch dekad wyrosną prawdziwi dorośli ludzie, tacy jak ty! Tego zdumiewającego fenomenu człowiek – powiadają – nie zawdzięcza sobie. Komu, to może uda mi się wyświetlić nawet w obrębie niniejszego, lejącego się, jak widać, jednym nieprzerwanym ciurkiem, tekstu. Dlaczego nie jest on następowaniem po sobie kolejnych rozdziałów? Cóż, życie nie zna przerw, a wbrew pozorom ta moja powieść ma z nim wiele punktów wspólnych, zapewne więcej niż inne, i to nie tylko moje. Poza tym zależy mi na czytelniku wyrobionym i chłonnym, takim, co zdoła przygody mojego bohatera strawić za jednym posiedzeniem, wchłonąć je jednym tchem. Takiemu szatkowanie integralnej całości na wiele wyodrębnionych kawałków o jakiejś urojonej autonomii tylko przeszkodziłoby. Nie bez znaczenia jest też fakt, że wszędzie tam, gdzie jest to sensowne, chcę być oryginalny. Inna rzecz, iż oryginalność na tak zaawansowanym etapie dziejów jak nam współczesne może polegać chyba wyłącznie na nadawaniu serwowanym z konieczności banałom nietypowego porządku. Z kolei, jak to na własnym przykładzie zaobserwował zapewne niejeden psychiczny zwichrowaniec, i pamięć przysłowiowe płata figle. To, czegośmy nie dopełnili dawno temu, trwa w nas i przypomina się w chwili, kiedy najmniej się tego spodziewamy. Otóż w liście doktora Lin Piao wzywającym mnie do Tutabonu było napisane, że terrorystyczny atak, którego sprawców mam teraz odszukać, dotknął nie stolicę kraju, Adreys, tylko prowincjonalną miejscowość Muri. Na miejscu okazało się, że to nie Muri wchodzi w grę, tylko właśnie Adreys. Tego zrazu jednak nie zauważyłem. Dopiero obecnie owo uchybienie faktografii poraziło świadomość skrupulanta (czy skrupulata), jakim – na terenach w oczywisty sposób mi podległych – jestem. Następna sprawa. Spacer korytarzykiem wiadomego oddziału i mijane w nim ludzkie sylwety. Nie są to rzeczy wprawdzie, gdyż wśród rzeczy choćby najkunsztowniejszych samotny nie przestaje być samotnym, natomiast dwoje samotnych to nie jest, jak niby logicznie by wypadało, zdwojona samotność, tylko zaprzeczenie samotności, czyli wspólnota. Bez pobierania bodźców spoza siebie, osoba ludzka jałowieje, popada w istny brydżowy impas, z którego wydostać się można jedynie dzięki zagrywce w ciemno, gdzie groźba nieugrania kontraktu, jaki się zadeklarowało, pozostaje w rażącej dysproporcji do znikomej szansy powodzenia. Powie ktoś, że w życiu podejmowanie ryzyka jest nie do uniknięcia. Odpowiem na to, że, przystępując do egzaminu, podejmuje ryzyko oblania go wyłącznie taki, co się wystarczająco doń nie przygotował. Przygotowany odpowiednio – idzie na pewniaka. Nie ma w tym, tak cenionego w Pyrii, romantyzmu? Nie chcemy być, niechby nawet doskonałymi, lecz tylko maszynami? W takim razie będziemy maszynami niedoskonałymi. Biologiczna maszyna, chcąc funkcjonować, musi się stale wzbogacać nowymi porcjami pokarmu – tak cielesnego, jak intelektualnego; w zakresie tego drugiego, jeśli przyswaja informacje wciąż te same, statecznieje, ustala się w byt niezdolny do ucieczki przed degradacją do niższych klas rozgrywkowych. Jak myślę, tak i próbuję postępować, a więc wchodzić we wspólnoty dyskusyjne (o innych nie śmiem już nawet marzyć) z innymi ludźmi. Tyle, że dyskusja jest rodzajem boju, do jakiego stawać trzeba, będąc wypoczętym i odpowiednio nastawionym. Za mniej niż 5 minut czeka mnie dyskusyjny bój przeciw psychologom; wszczynać teraz dysputę ze snującymi się w korytarzyku pacjentami to byłby po prostu niewskazany nadmiar gorliwości, energię muszę zachować na to przecież, z czym wiążę określone nadzieje. Zamiar wypracowania prawd, dających oparcie dla stawiania kolejnych pięter gmachu naszej orientacji w tym wszystkim, będzie bliższy urzeczywistnienia w toku zmagań z przeciwnikiem o szerszych horyzontach; bogactwa nieuporządkowanych przeczuć mam dosyć sam z siebie. Ukułem niedawno taką sentencję: „chcąc pozostać tym samym, należy ustawicznie się zmieniać”. Moje niby nieprzebrane zasoby wiary w psychicznych dewiantów maleją w miarę, jak przedłuża się moja bezpośrednia z nimi styczność; czyż bowiem oni na drodze do utrzymywania w sobie młodzieńczej waleczności kreacyjnej, praktykowania myślenia dedukcyjnego i indukcyjnego, syntetycznego i analitycznego – w większości przypadków dawno już nie utknęli? Czy nie zaprzestali wspierać swojej intelektualnej bytowości ustawiczną zmianą? Nieustannym modyfikowaniem swoich poglądów? Zgoda na to, że za walor danej osoby wypada mieć nie jedynie sam jej, powiększający zasób prac, pomiędzy którymi możemy wybierać, i naszą wiedzę, w świetle której sensowniej i skuteczniej możemy zarysowywać sobie cele i plany własnej egzystencji – intelekt. Budujący moralnie może być także sam widok osobniczego okazu zdrowia, znamionującego siłę, sprawność oraz zdolność do przyswajania tajników wszelkich umiejętności, dających pewność wygranej w zmaganiach z przeciwnikami i przeciwnościami. Okazów zdrowia z natury rzeczy trudno szukać wśród pacjentów szpitali, chociaż i tam trafia się schorowany przystojniak, a przez pomyłkę pod dach nienawistnego psychiatrionu zawędruje też niekiedy człowiek bez wad, natomiast nie bez zalet. Krążące korytarzykiem sylwety to mężczyźni jednakowoż o minach zbolałych. Nic na terenie mojej powieści nie mówię o zapachach czy odorach, choć węchem poniekąd winienem się jako detektyw posługiwać niby częściej aniżeli taki poeta czy nawet autor satyr obyczajowych. Otóż świat upodabnia się do naszych wyobrażeń o nim, jeśli tylko te wyobrażenia cechuje wystarczająca moc. W charakterze każdego bowiem bytu poszczególnego (to samo tyczy zresztą i bytów zbiorowych – i tylko byt ogólny, a więc wszechbyt, z racji swej jedyności przegrywa chyba tę ewentualność) leży ekspansja. Wszyscy – choćbyśmy o tym nie pomyśleli – usiłujemy zdominować sobą, do siebie upodobnić – pozostającą poza nami resztę świata, byty drugie, trzecie, czwarte. Jako młodzieniec – że sięgnę do przykładu z przysłowiowego własnego podwórka – znałem dziewczynę, której typ urody był wymyślony, a to przez plastyka nazwiskiem Jan Marcin Szancer. Jej rodzice (lub ona sama) najprawdopodobniej zapatrzyli się na stworzone przez niego wizerunki literackich postaci, swoimi ilustracjami Szancer opatrywał bowiem książki, i to zapatrzenie wymodelowało geny dziewczyny. Niepodobna do swoich rodziców, nasiąkła wilgocią akwarel, którymi się posługując ilustrator stworzył całkiem nowy, nieistniejący wcześniej – ani wśród żywych ludzi, ani pomiędzy kreacjami artystów – typ estetyczny. Jest to przykład realnego wpływu, jaki oddziałuje na linii: fantazjujące wyobrażenie artysty o świecie naturalnym – naturalny świat. Tę dziewczynę też rozebrałem raz do naga, więc wiem, że ten wyśniony przez malarza rodzaj piękna rozciągał się na czymś więcej niż tylko na samej twarzy. W tekście, który czytelnik ma przed oczami, nie wspominam nic o zapachach czy odorach i to nie stanowi mego zaniedbania. To wynika z mojej świadomej koncepcji. Nie ja wymyśliłem, że najlepszy zapach to brak zapachu. Tym niemniej sam wypracowuję wyobrażenie świata, gdzie zapach nie gra roli, któremu to wyobrażeniu niech świat ulegnie, niech według niego się przeistoczy, a będzie lepszy. Chociaż… czy chcę postąpić jak wyśmiewani przeze mnie pseudoawangardyści i przedmiot mego zainteresowania udoskonalać przez amputację jednego z jego integralnych elementów? Chcę ograniczyć mój dostęp do świata, a tym samym – możność mej zdolności rozpoznawania światowych oczywistości i osobliwości, przez wyeliminowanie z własnej konstrukcji ważnego biologicznie, a w pewnej mierze i intelektualnie, organu? Zmysł węchu ubogaca nasze doznania przecież nie tylko o wrażenia, których wolelibyśmy nie odnosić! Woń bijąca z danej rzeczy informuje nas, czy to – przykładowo – mięso jest świeże, a więc czy – bez obawy zatrucia się, natomiast z pewnością, że się nim posilimy i zbudujemy – możemy je zjeść; czy – w celu uniknięcia ewentualnego zaczadzenia – należy teraz przewietrzyć pokój, w którym przesiadujemy; czy sami nie powinniśmy się wykąpać, ażeby swoim cuchnącym brudem nie przywołać wszy, których towarzystwo mogłoby uprzykrzyć nam życie, jak mało co innego uprzykrza. Gdyby zaś nie budzący nasz wstręt zapach i smak uryny i kału, czyżbyśmy wierzyli dietetykom i nie konsumowali tych wydalin? Zmysł węchu nie tylko to, że poszerza nam przysłowiowe horyzonty, nakłaniając do skojarzeń, jakich bezeń byśmy nie złożyli, lecz przede wszystkim – w sytuacjach wzmiankowanych wyżej, ale też innych – po prostu umożliwia nam (decyzja należy już do mózgu) fizyczne przetrwanie. Wbrew temu, co powtórzyłem za którymś z aforystów, brak zapachu to naprawdę bynajmniej nie jest wszystko najlepsze, co może zaoferować nam powonienie. Istnieje przecież smakowita woń przeróżnych potraw, pięknie pachnie świeżo upieczona opalenizna niektórych młodych kobiet. Mięta, kadzidełko, w ostateczności tytoń. Tym się stajemy, co jemy – mówiono. Ja twierdzę: tym się stajemy, co robimy. Jeśli piszesz poezje, jesteś poetą, a nie odwrotnie. Nie dlatego, że jesteś poetą, kreślisz poematy. Odkąd piszesz, poetąś jest. I póki piszesz, poetą będziesz. Nie jest się kimś ze względu na to, że kimś będzie się (czy to wiadomo?) kiedyś w przyszłości. Nie jest się też kimś z zasługi za to, że kimś się było niegdyś w przeszłości. Rodzimy się niby ludźmi. Od razu. A jednak, czy z początku nie jesteśmy po prostu tylko machinalną wypustką swoich rodziców, którzy zapędzili się w szale nie wiadomo gdzie? Zaczynamy tworzyć swą osobną osobowość, odkąd wynajdujemy dla siebie funkcję, której pełnienie nas określa. Ja stałem się poszukiwaczem wyrazu dla swoich marzeń o takim świecie i o takim człowieku, który i którego chciałoby się (i dałoby się) realnie zaakceptować, ponieważ tę działkę uprawiam. Akurat pomysł o świecie bez zapachów nie wypalił. Tym niemniej w obrębie formułowanego tu przedstawienia o woniach nie wspominałem i wspominać nie będę. Nad walor prawdziwości opisu przedkładam bowiem tę jego cechę, która decyduje o jego elegancji. Po trosze opisuję świat, jaki, przychodząc nań, zastałem. Ale nie jest moim zamiarem nurzać się tutaj w obrzydliwościach czy okropieństwach. Taki jest świat prawdziwy? Właśnie dlatego, że takim   b y w a   (nie zaś jest!), opisuję świat inny: ten, ku któremu zmierzam! Nijakość naturalnego niebytu, którego pryzmatyczne rozszczepienie daje byt, będący w jednej połowie czymś lepszym i w drugiej połowie czymś gorszym niż nijakość, wskazuje, że zło jest nie do wyeliminowania. A jednak rolę w swoim czasie niezbędnych w odbywaniu dalekich podróży koni przejęły później samochody, któreśmy wymyślili. Czy tak samo nie moglibyśmy wymyślić (gdybyśmy bardzo się postarali) czegoś, co, w koniecznym ontologicznie układzie „dobro – zło”, zło mogłoby zastąpić? Powie ktoś, że alternatywą dobra zło pozostanie na wieki, czy raczej do tej odległej na razie chwili, kiedy substancji bytu dane będzie odpocząć sobie w niebytowym zobojętnieniu. Alternatywa jest to możliwość wyboru pomiędzy dwiema wartościami jednej dziedziny, które zdają się nawzajem wykluczać, a stoją dokładnie naprzeciwko siebie. Jak gdyby więc zajmowane miejsce decyduje o tym, co czym jest. Lecz też nie każda jakość czy wartość ostoi się długo na tym froncie równoważenia swojej przeciwstawności, wyznaczanej także przez samo zajmowane przez siebie miejsce. W interesującym ontologów (czyli badaczy usiłujących sformułować zasadę, na której wspiera się byt) przedmiocie dają się, szczęśliwie dla ambitnych pojęciotwórców, wyczuć niedostatki koniecznych tu istniejących terminów i brak koniecznych tu terminów innych. Jak wie zresztą każdy co rzetelniejszy pisarz, z tym samym kłopotem (bo tylko dla niektórych będzie to szczęśliwa okazja do wykazania się pomysłowością) borykamy się wszędzie. Wszędzie tam, gdzie zaistniewa potrzeba dania wyrazu czemuś nieznanemu lub niekiedy nawet znanemu, ale pominiętemu w trakcie nadawania rzeczom, zjawiskom czy sytuacjom osobnej nazwy. To oczywistość dla mnie i pewnie dla wielu, co zaraz powiem, a jednak jak nie wypowiadać sądów oczywistych i przyjmować, że prawdami zbyt prostymi niby wręcz nie wypada zaśmiecać – było nie było – literackiego tekstu, skoro nawet uznawany w kraju za wybitność profesor pyryistyki „siłą swego autorytetu” na spotkaniu u mego wydawcy negował prawomocność użycia przeze mnie w tekście neologizmu, który ukułem. „Nie ma takiego słowa!” – pokrzykiwał, mając na myśli zapewne to, że słowa „antynom” (proponowałem, żeby przyjąć, iż z dwóch antynomów składa się antynomia) nie ma w żadnym ze słowników. Co innego językowa niechlujność, w jakiej lubują się tacy, dla których poprawność wypowiedzi nie stanowi swoistego sakrum, tylko chcieliby istniejące normy wyrazu trywializować i wulgaryzować, a co innego poszukiwania rozwojowych zmian w języku! Świat, który zastaliśmy wydobywając się z łon naszych matek, nie był i nie jest tworem skończonym, gdzie z góry wiadomo, co można w nim robić, a czego w nim robić nie można. Wchodząc w świat – jako jego określony tylko z grubsza element -, ani sami nie jesteśmy gotowi do używania, ani on, świat, nie jest gotowy do użycia. Tak jak i on, pozostajemy permanentnie w najściślej przejściowym stadium powstawania czy kształtowania się. I tylko dopóty, dopóki przebywamy w fazie samoprzemiany, możemy mówić o sobie jako o czymś, co ma szansę udowodnić, a to niebywałością swoich produktów, że nie jest jedynie prozaiczną maszyną, której każdy ruch i każdą funkcję da się łatwo obliczyć i przewidzieć. Zło stoi dokładnie naprzeciwko dobra. Trzeba tu jednak zastrzec (powinienem zrobić to zresztą już dużo wcześniej), że mowa tu nie o kategoriach rodem z Mojżeszowego dekalogu, które traktują tylko o tym, co jakoby moralne lub niemoralne. Pora na przedstawienie mojej definicji dobra i zła. Otóż streszcza się ona bardzo po prostu: dobro jest tym, czego chcemy doświadczać, natomiast zło – tym, czego doświadczać nie chcemy. Szkopuł w tym, że samo chcenie, pożądanie, potrzeba – zawsze jest wynikiem zaistnienia specyficznej sytuacji, jaką musiało coś poprzedzać. Kiedy jesteśmy głodni, to nie potrzebujemy odpoczynku od jedzenia i wtedy głód będzie złem, zaś sycenie się pokarmem – dobrem. W momencie, kiedy odczuwamy przesyt, biegunowość „dobro – zło” ulegnie diametralnemu odwróceniu. Tak więc nie sposób wyszczególnić rzeczy, które są dobre lub złe – niezależnie od sytuacji. Nawet takie sztandarowe dobra podnoszone przez filozofów jak prawda, piękno, ład, mądrość, zdrowie – stają się złami, kiedy nie są wpisane w kontekst wartości im antynomicznych. Bo taka na przykład prawda – czyż ona posiada możność istnienia jako kategoria obiektywna? Osławiona bitwa pod Maratonem – dawno temu, nie jestem dobry w datach – tyleż była zwycięstwem (Greków), co klęską (Persji). Czyli, że – jeśli jedno zsumować z drugim – obiektywnie bitwy pod Maratonem… nie było! Wyłącznie dzięki wpisaniu w kontekst subiektywności, a więc czegoś mniej kompletnego niż obiektywność, gorszego niż ona, w porównaniu z nią  -  z ł e g o ,  staje się możliwe o tym dziejowym wydarzeniu cokolwiek orzec. Komunikat o cesze przystawalności do innych komunikatów, o których wiemy z całą pewnością, że obrazują proces kształtowania się rzeczywistości na sposób zgodny z jego i jej istotą, nazywamy prawdą. Wydaje się dalej, że znajomość prawdy jest dla nas korzystna, a więc stanowi nasze   d o b r o .  Ale czy taka prawda jak ta, że istnienie czegokolwiek próbę wnikliwej krytyki wytrzymuje tylko wtedy, gdy ustępliwie dodamy, iż dla zachowania absolutnej logiczności należy zachować tu warunek ograniczający prawomocność tej prawdy do sfery subiektywizmu – da nam drogę do wynikających z niej prawd dalszych? Czy też może będzie jedynie ślepym zaułkiem, w którym utkniemy? Otóż da. Sensowność działania, którą zechcemy rozpatrywać, wyznaczamy dzięki zbadaniu, czy to działanie służy czemuś w hierarchii działań stojącemu wyżej odeń. Owo wyższe działanie podobnie: ma służyć czemuś więcej ogarniającemu niż samo ogarnąć jest w stanie. I to więcej ogarniające działanie musi służyć działaniu jeszcze wyższemu, by móc prawomocnie stwierdzić, że jest sensowne. Sensowne, czyli posiadające na swoją miarę skrojoną rację bytu. Dane działanie ma więc sens, o ile służy czemuś od siebie bardziej ogólnemu. Ta hierarchia nie może jednak iść w nieskończoność. Daje jej kres nieprzekraczalny pułap działań, gdzie pomieszkujący byt skumulowane w nim działania pożytkuje, działając na rzecz całości. Ten najwyższy byt jest więc nie po to, by „odbierać uwielbienie i chwałę”, tylko po to, by całości służyć. Skoro zaś istnienie czegokolwiek (a więc i tej konstrukcji) jest subiektywne, może (i winno!) osadzać się na, zawsze subiektywnej, jednostce! To jeszcze jeden argument za jedynością Boga, lecz też i za tym, że Bóg na sposób subiektywny, czyli zgodny ze swoim, zbudowanym na jednostkowych doświadczeniach, upodobaniem, nad miarę darzy szczęściem jednych, natomiast krzywdzi drugich – z będących w Jego gestii podopiecznych. Nie jest więc sprawiedliwy. Nie jest, albowiem chcąc być takim, musiałby być obiektywny. A obiektywnie nie istnieje ani On, ani dziejący się świat, tylko z dotrzymanym warunkiem subiektywności zdatny Mu podlegać. Tak więc, Bóg stworzył byt, weń się wszczepił i prowadzi go – ze względu na siebie.

[cdn]