marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 11th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 31

            - Biuro doktora Lin Piao, słucham – dobiega mnie głos jednej z jego sekretarek.

            – Tu Flakonon Plux. Doktor Piao niechaj mnie osobiście wysłucha.

            Po chwili milczenia, z przejęciem godnym światowego „być albo nie być”, do mikrofonu dorywa się naturalizowany w Tutabonie Chińczyk.

            – No, jak tam, Plux? Znalazł pan tego człowieka? Jeśli tak, gratuluję oczywiście.

            – Chwilowo kibluję w pobliskim ministerstwu domu dla obłąkanych. Prosiłbym o w miarę rychłe uwolnienie drogą odgórnej interwencji. A tak w ogóle, to inwigilacja trwa.

            – Poszukuje pan naszego ptaszka w psychiatrionie? Diablo sprytne. Tyle, że nie może się pan dekonspirować. To pozbawiłoby nas szans. Czekam na następny telefon. Buźka.

            Połączenie zostaje przerwane. Koniec. W każdym razie miło było usłyszeć, że ktoś jeszcze we mnie wierzy. I, że istnieje ten inny świat. A to inny niż te kilka opatrzonych do obrzydliwości szpitalnych kątów. Zwracam komórkę Kipelowi. Ten przygląda mi się bez zdumienia; to wiadomo, że wariaci mają wiele znajomości w wyższych sferach.

            – Ministerstwo, inwigilacja, odgórna interwencja, to rozumiem – wypowiada lekarz. – Ale co pana ugryzło, żeś się pan nagle tak cudacznie zaczął wysławiać?

            – To po prostu eksperyment, który nie ma nic do mojej choroby – odpowiadam oschle.

            – Niech pan pamięta, że tajemnice pacjentów mogą być dla nas tropem do odkryć, w czym tkwi jądro danego schorzenia. Niech pan nie myśli, że jestem pańskim wrogiem.

            – Jak mam cokolwiek myśleć lub nie myśleć, skoro według pana moim wrogiem jest właśnie myślenie? – wydaje mi się, że postawieniem takiego pytania wbiję lekarza, który zaczął mnie już traktować z przekonaniem, że naprawdę potrzebuję jego pomocy, w kłopot zbyt wysokiego szczebla, by doń mógł merytorycznie sięgnąć. Niestety mylę się.

            – Najogólniej rzecz ujmując, jesteśmy po to, żeby ludzi o zwichniętym poczuciu rzeczywistości kierować na tory prawidłowego jej odczytywania. W czym potrzebne jest myślenie nie tylko nasze. Jesteśmy ludźmi, jak wy. Nas, i całe funkcjonujące społeczeństwo, może łączyć z wami takie rozumienie świata, jakie wymaga respektowania obowiązujących każdego obywatela standardów. Do takiego rozumienia świata usiłujemy was nakłonić. A nie ma rozumienia bez myślenia. Gdy ktoś nie podpada pod standard, to źle jest, widać, z jego myśleniem. Taki człowiek potrzebuje specjalistycznej pomocy z zewnątrz. Myślenie można stymulować chemicznie, i to tu robimy. Lecz z waszej strony potrzebny jest też akt woli, by zastosowaną pomoc przyjąć. By chcieć wyzdrowieć. Za parę minut – Kipel odgarnia rękaw, odsłaniając przegub, na którym widnieje zegarek – , a dokładnie za minut 7, w sali telewizyjnej rozpocznie się obowiązkowa psychoterapia. Tam i wtedy doczeka się pan ode mnie i od psychologów odpowiedzi na więcej pytań, które pana nurtują. I przede wszystkim na wątpliwość, którą pan przed chwilą postawił. Tak więc do zobaczenia na psychoterapii.

            To mówiąc, Kipel przesyła mi skinienie i oddala się w stronę gabinetu lekarzy. Jeszcze nie wiem, jakim sposobem, ale wiem już, że nieuchronnie i nieodwołalnie z tego niepokaźnego zestawu miejsc, jakie stanowią sobą nienawistną siedzibę psychiatrionu w Adreys, po prostu ucieknę. Niby jestem cały za ludźmi o takim typie psychiki, który wymyka się normom, konwencjom, kanonom. Niby o odzyskanie energii takich ludzi dla produktywnego społeczeństwa chcę zabiegać i zabiegam. Tutaj mam do czynienia z aż nadmierną komasacją tych moich ulubieńców, bliskich mi ze względów czysto intelektualnych, ale też poprzez wspólnotę niezgody na wiele życiowych prozaizmów, z jakimi rasowy normita pozostaje wprost w zaprzysiężeniu. Wprawdzie, pewnie nawet ogromna, większość psychickiej wiary dała i daje sobie wmówić, że swoją inność wobec panującego modelu mentalności i wyobraźni winna ukrywać, wstydliwie kamuflować. Tym niemniej haniebne normy, według jakich kształtuje swą osobowość człowiek formalnie normalny, tylko przez kandydata na psychitę instynktownie są odrzucane, w czego wyniku przechodzi on w fazę rozpaczliwego poszukiwania norm jakichś innych, znajduje je i, jako że są to normy najczęściej siłą rzeczy niestety prowizoryczne, nie jest w stanie konsekwentnie ich się trzymać. Dochodzi do szarpaniny, kiedy wymiana zdań pomiędzy psychitą a światem normickim, z winy obopólnej, nie przynosi porozumienia. Pewna zdolność formułowania wszelkiej ulotności i trudne do wymówienia się odeń przynależenie do diaspory psychickiej skłaniają mnie do bycia jej rzecznikiem. I takim próbuję być. Ale widzę prawdziwą szansę dla „inaczej myślących” nie poprzez robienie z nich klasy społecznej, tylko przez pozostawienie ich w rozproszeniu i dalsze pogłębianie ich indywidualizmu. Powie ktoś, że tylko nieliczni spośród osobników zwichrowanych psychicznie mają dane postępować ku obszarom, gdzie rodzi się geniusz. Odpowiem na to, że społeczeństwo o cesze trwałości (najważniejszej wśród tworów materialnych) nie bywa zgrupowane z jednostek jednorodnych, tylko jest stopem różnorodności, podobnie jak to mamy ze stopami metali, bo weźmy same stopy żelaza czy złota. I w trwałym społeczeństwie zasadniczy (normicki) element musi przeważać, ale dopiero mniejszości mentalne i dewianckie cementują na amen system takiej zbiorowości. I to nie poprzez pełnienie w niej roli przysłowiowego chłopca do bicia. Tylko przez przydawanie tej zbiorowości urozmaicającej obraz egzotyki. Tutaj ten niezastąpiony czy niezastępowalny w nadawaniu całości twórczego charakteru komponent staje się zaprzeczeniem samego siebie. Kiełbasa z chrzanem jest lepsza niż sama kiełbasa, ale sam chrzan nie nadaje się do jedzenia. Trzeba bowiem odróżniać przyprawę od potrawy. Głupotę tolerujemy, gdyż można się z niej zdrowo pośmiać. Dziwaków i odmieńców, oddanych fanatycznie niezrozumiałym (dla nas!) emocjom i pomysłom, traktujemy jako przykłady zbłąkania, którego nie przekreślajmy, bo a nuż coś z niego wyniknie! Indywidualiści pływają po wodach głębokich i odległych brzegom. Nakaz, do którego najusilniej pragną się stosować, to oryginalność, wstręt do wtórności i naśladownictwa. To, co płytkie i ograne, najmniej stwarza szans do oryginalnej produkcji, lecz ludzkość się składa nie z samych indywidualistów. Wielu żyje dla spełniania pospolitych pragnień i niestety także dzięki takim ludziom to wszystko jakoś trwa. Niemniej spośród właśnie indywidualistów, choć pewnie że najczęściej niewydarzonych, rekrutują się psychici. Wszyscy są dotykani przez nieszczęścia i inaczej być by mogło chyba jedynie pod rządami inteligencji nieporównanie wyższej niż ta dziś przejawiana przez kogokolwiek. Mówiłem gdzieś, że widzę taką w swoich tekstach. Cóż, poczekajmy; i ta kwestia powinna ulec samowyjaśnieniu. Ale wracając do nieszczęść, które przygniatają podobno wszystkich. Otóż  psychityzm niestety niesie niebezpieczeństwo całkowitej degradacji, groźbę utraty… człowieczeństwa! Zaistnienie groźby automatycznie wytwarza też na szczęście szansę. Szansę w tym przypadku na to, że, zagrożona zatraceniem swej ludzkiej niepowtarzalności, jednostka siłą desperacji – dokona rzeczy porównywalnej tylko z aktem stworzenia świata! Co to być może, już mówiłem. Co warto powiedzieć raz, tego mówić po raz drugi nie powinno być już potrzeby, gdyż prawdy wartościowe są jak piękne dziewczyny, które, raz zobaczone, pozostają w pamięci dopóty, dopóki istnieje byt doświadczony takim szczęściem. A jednak zredukowany do niezbędnego minimum aforyzm, w toku znajdywania dlań zastosowań, obrasta suplementami. To możliwe, że nadmiar wiedzy nie służy poznaniu. Żaden w ogóle nadmiar nie służy dobru niczego, jest zły tak samo jak niedomiar; jeśli coś ma być dobre, musi być tego w sam raz: ani za dużo, ani za mało. Prawda, o którą mi chodzi, traktuje jednak nie o potrzebie realnej czasowej nieskończoności wszechbytu (realną nieskończoność wszak już mamy), tylko o potrzebie jego nieskończoności absolutnej, a więc – powiedział by ktoś – przesadnej, czyli właśnie nadmiernej. Widzimy tedy, że wszędzie są wyjątki! Trudno utrzymywać, że przysłowia dorastają do rangi prawd naukowych, a zwłaszcza – naukowych praw, które są prawdami o znaczeniu uniwersalnym. Jednakowoż ja jestem zwyczajnie ciekaw, czy przysłowie „wszystko dobre, ale w miarę” nie ma przypadkiem swego wyjątku w biologicznym bytowaniu nieśmiertelnym, które nie traci na dobroci poprzez niedozwoloną przysłowiem nadmierność.  Przestrzeń – naglona ekspansją rozbiegających się, od centrum układu poza jego zewnętrzne, wciąż poszerzające się, granice, struktur materialnych – rozciąga się jak guma, stwarzając w sobie efekt czasu nakierowanego ku przyszłości, a więc pozyskującego dla historii coraz więcej materiału. A może przeciwnie? Może to czas, jak bąbelki gazu w nasączonej nim wodzie, przebywając w przestrzeni, dynamizuje ją, czyli powoduje jej coraz silniej przyspieszający rozrost? Czas coś motywuje do ruchu postępującego; jest to – hipotezę tę stawiam z nieskromnym przeświadczeniem wielkiej jej doniosłości dla nauki – oddziałująca nań „grawitacja ku przyszłości”.  Po drugie, czas, będąc dynamizującą stroną czasoprzestrzeni, samą tę przestrzeń rozciąga, a nikt nie obliczył, jaka jest maksymalna wytrzymałość jej na rozciąganie. Kosmolodzy szacują, że nasz wszechświat potrwa jeszcze ze sto miliardów roków – zupełnie nie biorąc pod uwagę tej okoliczności. Po trzecie, według mnie bynajmniej nie jest wykluczone, że wszechświatowy potencjał czasu nie ulegnie wyczerpaniu przed zakładanym terminem. Po czwarte, czy nie szybciej niż to wynika z teoretycznych obliczeń, operujących na materiale jakoby niezniszczalnym i nie mającym prawa ulec zwyrodnieniu, dojdzie do anihilacji wszechświata – z powodu zestarzenia się jego materii? A może to właśnie dzięki śmierci zestarzałego wszechświata będzie możliwe jego odrodzenie się w – nienaznaczonej żadnym następstwem długotrwałego bytowania – młodości? Wyjść poza zaklęty horyzont wiecznych nawrotów – o to mi chodzi. Pytanie o sens naszego życia, a jeszcze szerzej: o sens istnienia wszechbytu, którego nasz sposób istnienia (życie) jest, jak się wydaje, najbardziej uprzywilejowanym elementem, stanowi poszukiwanie racji (intelektualnej, mentalnej, emocjonalnej), która w istnieniu ma nas trzymać. Jeśli jednak uznamy, że żadna z racyj, jakie rozważaliśmy, do istnienia w człowieczym kształcie i funkcjach nie jest w stanie nas motywować i dokonamy aktu samozagłady – czy rzeczywiście wyjdziemy całkiem z biosystemu i wchłonie nas neutralny, nie dający niczego, ale też niczego nie będący w stanie odebrać, niebyt? Otóż nie. Nie mówiłem tu, a jeśli mówiłem, to powtórzę, gdyż miejsce na to, że niegdyś, leżąc na szpitalnym łóżku, paliłem papieros i strząsałem zeń „odchody”, czyli grudki popiołu, na czystą podłogę, ułożoną z litych płytek PCV. Z tych grudek natychmiast zaczęły wychodzić żywe mrówki, niosąc na swoich grzbietach po jednym mrówczym jaju(!). Funkcjonuje do dzisiaj przysłowie pozwalające mieć pewność, że zaobserwowane przeze mnie zjawisko nie było precedensowe! Mówimy przecież o czymś, co, wbrew prawom mechanistycznej teorii natury, odradza się po swoim „ostatecznym” upadku, że „powstaje jak Fenix z popiołów”! A więc nawet każmy naszym spadkobiercom, by nasze zwłoki, po wygaśnięciu w nich „jakichkolwiek” oznak życia, poddali kremacji, niech jej sumiennie dokonają, a też i wtedy przynajmniej może (jeśli nie musi) po nas pozostać coś żywego, coś, co czuje, co nosi piętno jakiejś indywidualności, a w każdym razie manifestuje nieziszczalność  pragnienia takich, którzy, nie znalazłszy w bycie niszy, gdzie bez znaczniejszych dąsów mogliby funkcjonować, próbują ostatecznie od bytu się odżegnać. Za występowanie wszelkiej nieprawidłowości ponosi odpowiedzialność jednak jedynie ten, kto jest władny jej nie dopuścić. Gdy mocarz będący w stanie zapobiec panowaniu złej tendencji jedzie sobie na przysłowiowe ryby, funkcję generalnego koordynatora spraw przejmuje ktoś inny, nie tak już zdolny do zapanowania nad całością. Czy winą tego, kto nie jest w stanie czegoś dokonać, pozostaje to, iż rzeczy tej on nie dokonuje? Nie. Ale, skoro wiedział, że nie potrafi, to czemu na afisz się pchał? Otóż kapitulować z góry przed czymś, czego wykonalność lub niewykonalność w danej chwili stanowi przecież niewiadomą, to defetyzm, jakiego się wystrzegajmy! Lepszy jest najgorszy wódz aniżeli najdelikatniejsza anarchia. Musi być jakiś punkt centralny, wokół którego wszystko inne się kręci! Musi na czymś niewzruszonym opierać się cała zmienność zdynamizowanego spokojem tej niewzruszoności zgiełku! Wódz integruje. Nadaje okalającym go tłumom cechę spoistości! Oddala od nich poczucie sieroctwa! W obracającym się kole można wyróżnić wiele sfer. Ich prędkość rośnie w miarę, jak oddalają się od centralnego punktu tego układu, którym jest jego oś, będąca w nim elementem najbliższym nieruchomości, a więc stabilności. Lecz jednocześnie pozostająca ostoją ruchu – ponoszącą jego największe ciężary. Tą ostoją i tym siłaczem, mającym stałe miejsce w nakładających się jedna na drugą, a raczej druga na pierwszą, sferach – jest Bóg. To stałe miejsce Boga jest Mu przyrodzone, dla Niego naturalne. Dlatego każdy byt, próbujący je zająć, z tego miejsca będzie odrzucany – jako nie posiadający wymaganej na tym miejscu tożsamości. A co tak wspaniałego stanie się, gdy przysługujące Mu z urodzenia miejsce w kole społecznej hierarchii Bóg wreszcie zajmie, bo że w tej chwili nie zajmuje, jest na tym świecie dość dowodów – w postaci chociażby okropieństw, sprzecznych z Jego legendarną łagodnością? I czy o społeczności ludzkiej mówię, jako o środowisku bytowania Boga? Szanowny czytelnik pozwoli, że do tych kwestii przejdę dopiero w następnych akapitach niniejszej powieści sensacyjnej. Co by to bowiem było, gdyby miała się ona składać z samych dywagacyj.