marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 10th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 30

            Siedzę w tej telewizyjnej, dumając nad tym, co mogę zrobić już teraz, by zażegnać przekleństwa dotykające ludzkość. I tak, jeśli od swojego – błędnego lub bezbłędnego – sposobu postępowania uznałem hipotetycznie za uzależnione powodzenie lub zagładę inteligentnego życia na planecie Ziemia czy gdzie indziej, to może wypadałoby rzecz zradykalizować i sprawdzić, czy myślaki (nie mylić z maślakami) nie są uzależnione już od samych słów, jakie wypowiadam. Wiadomo, jak zabójcza dla ludzi jest sama obecność przy nich znaczniejszej ilości chemicznego pierwiastka – takiego jak uran czy pluton. Te promieniotwórcze czy radioaktywne metale Mendelejew na swojej słynnej tablicy usytuował w jej przedziałach końcowych. Czy przez analogię nie należałoby zaryzykować hipotezy, że też grupka zgłosek na końcu alfabetu, jeśli ja je wypowiadam, jest równie dla ludzi zabójcza? Jest na jakiś tajemniczy sposób – radioaktywna? Z, ż, ź. Wyruguję te zgłoski z moich przemów i wtedy się okaże, na ile trafne jest to moje domniemanie. Z mego krzesła, gdy się obrócę, mogę swobodnie obserwować korytarz. I co się dzieje? Jak na zamówienie, idzie nim nie kto inny jak mój lekarz prowadzący, doktor Kipel! Powstaję z krzesła i wychodzę mu naprzeciw. Zaczepka jednak nie będzie łatwa w realizacji. Wypowiedzieć zdanie, w którym radioaktywne zgłoski zostaną pominięte, przy dochowaniu ogólnej sensowności i stosowności wobec sytuacyjnego kontekstu, to zadanie odpowiedniejsze raczej dla szaradzisty niż dla bazującego na pojęciach ogólnych filozofa. W szaradach i krzyżówkach prezentuję poziom pewnie nie kompromitujący, ale naprawdę mobilizuje mnie dopiero głębia i w płytkich akwenach pływam nie tak dobrze, by dopatrzyć się w tym wyczynu. Zagajam:

            – Miły panie psychiatro! Mój los klaruje się w pańskich rękach jak wino, dopiero co wlane do butelki. Nie dałem sobie prawa, by mówić więcej i jaśniej. Pewnie kiedyś pan to pojmie. W chwili obecnej mogę tylko pokłonić się panu nisko i cicho odśpiewać pod pana adresem drobny hymn pochwalny. Panie Kipel! Niech bytuje się panu udanie!

            Doktor Kipel patrzy na mnie z wyrazem pełnego wyrozumiałości zainteresowania. Doczekał się oto potwierdzenia swoich przeczuć co do tego, że takich jak ja z powodzeniem można postawić w jednym szeregu z imbecylami, którzy, o ile są w ogóle zdolni do wypowiedzenia jakiejkolwiek kwestii, to wypowiadają ją nie tak i nie wtedy, gdy mogłoby to ujść za sensowne odezwanie. I bynajmniej nie pragnę powyższym uderzyć w imbecyli, którzy, jak usiłuję to przecież wykazać nieomal każdym akapitem mego posłania, przebywają pewnie w wymiarze problematyki i logiki podobnym do mojego, a więc o wiele bogatszym i oryginalniejszym aniżeli wymiar gnieżdżenia się ludzi o zainteresowaniach normalnych, czyli zdolnych unieść brew jedynie na widok zdarzenia, gdy ktoś kogoś zabija lub zapładnia. I tu wypadnie mi zaprzeczyć, że chcę jakoby, by ilość ludzi zwariowanych rosła. Przeciwnie. Dzięki rozszyfrowaniu kodów, jakimi posługują się ci osobnicy i te osobniczki, pragnę takich pozyskać dla zdrowego psychicznie, a więc komunikatywnego, społeczeństwa. Przy czym świat doznań intelektualnych, emocjonalnych i paranormalnych, w tym niekiedy i mistycznych, o który mogą normitów wzbogacić psychici, powinien dać nowy impuls do znajdywania w całościowym i – dopiero jako takim – prawdziwym świecie innych niż biust głośnej sexbomby czy cios „najlepszego boksera wszechczasów” rzeczy godnych ludzkiego zainteresowania. Znudzeni swoją, jak powiadamy, szarą rzeczywistością, poszukujemy ekstremów. I to wydaje się zrozumiałe. Jednak, patrząc na to samo, nie wszyscy widzą to samo. Inny bowiem bywa punkt patrzenia na to samo i różne są sposoby patrzenia na to samo. Skrajne stany świadomości będące udziałem psychitów deformują obraz świata, ale dzięki temu uwypuklają nieraz jego niedostrzegalne inaczej strony. Człowiek, który nie mieści się w standardach normalnego – dla dostosowanych doń – społecznego układu, przechodzi w układ inny i zaczyna czuć oraz myśleć jak trawa, jak drzewo, jak pies. A to ubytowiony aparat do przyjmowania i serwowania wrażeń, jakim jest osoba ludzka, siłą swej egzotycznej inności winno zniewalać – na podobieństwo zniewalającego odbiorcę swym rewolucyjnym tonem przekazu artystycznego – , przynajmniej póki jest nowe, a więc nieosłuchane, nieopatrzone. Skrajny stan świadomości był, że sięgnę do spektakularnego historycznego przykładu, bez wątpienia udziałem Jezusa, który nakazał, by utożsamiać go z (bożym) barankiem. Ktoś zaraz powie, że miało to być jedynie metaforą prawd, jakie głosił. I może jeszcze wskazaniem na intymność stosunków, w jakich ze swymi wyznawcami pragnął pozostawać, ponieważ zachęta do spożywania Jego ciała i krwi przez wierzących Mu miała pokazać, na jak dalekosiężne wobec Siebie pozwolił im spoufalenie.  Lecz metafora jakże często staje się dosłownością. A bywa, że i z dosłowności po prostu się wywodzi. Z kolei inny myśliciel, piewca „radości przez siłę”, postulował, by – a to dla realizacji „wyższych przeznaczeń” niektórych spośród członków rodzaju ludzkiego – silny ze swej natury człowiek przestał być niewolnikiem ideologii słabych i stał się nadczłowiekiem. Siła życiowa, bezwzględny antyintelektualny biologizm, wola mocy, będąca ofensywną odpowiedzią na defetystyczne roztkliwianie się anemicznych intelektualistów nad rzekomą bezradnością całej ludzkości (podczas, gdy bezradni są tylko ludzie słabi) wobec egzystencjalnych przekleństw – to cechy nadludzi, którzy wspięli się na kolejny ewolucyjny szczebel. Będzie czas ustosunkować się jeszcze do tej, okrutnej i dla mnie, ideologii. Tu tylko nadmienię, że wypracował ją – o ironio! – niezaradny życiowo, schorowany znawca literatury klasycznej (!). Nie miał prawa? Miał! Ale ze swego osobistego przykładu chociażby powinien wywieść naukę, że i w mdłym ciele (a może w takim przede wszystkim, zważywszy obowiązywanie  w s z ę d z i e  zerowego bilansu!) powstaje niekiedy myślicielskie dzieło, korona prac ludzkich. Niemniej mdłe ciało ma prawdopodobnie zbyt wielu, by z takimi byłoby praktycznie wiązać nadzieje polepszenia i wydłużenia bytu ludzkości, o ile na poprzestanie na tym, co już mamy, nie ma zgody. Mówię tu tak wszelako, jakby wszechświat, którego pasażerami, sternikami, badaczami i innowatorami są ludzie, miał dopiero powstać, gdy tymczasem jego ewolucja jest w toku od niebagatelnej wielkości czternastu i pół miliarda roków, a sami ludzcy innowatorzy znaleźli już chyba trop, jak dojść do zapewnienia nam wszystkim, może na razie względnej ale najzupełniej biologicznej, nie zaś eterycznej i ziszczalnej (według mnie) tylko na jakiś nader smutny sposób, o którym mówią, nieświadomi prawdziwych intuicyj Jezusa, teolodzy – nieśmiertelności! Kwas peptydonukleinowy – czy wam coś to mówi? Powstałe na jego bazie leki mają naprawiać, wzmacniać, słowem: regenerować – osłabłe geny w białkowych komórkach naszych organizmów! Mam kolejny dowód na to, że moja wytężona praca przekonywacza do podejmowania takich zadań, o których „trzeźwo myślący człowiek” powie, że są niewykonalne, przynosi wymierne efekty. Jednak teraz przejdźmy może do uzewnętrznionej akcji, bo i trudno żyć samą refleksyjnością; to wszystko by nam wyjałowiało, gdybyśmy, odszedłszy od cnoty umiarkowania, zarzucili płodozmian.

            – Cieszę się, panie Plux – uśmiechając się dziwnie, mówi doktor Kipel – , że czuje się pan u nas jak u siebie w domu. To bowiem potwierdza słuszność mojej diagnozy i skuteczność zastosowanego leczenia. To ostatnie będzie jednak – kręci nosem -  b a r d z o   długofalowe! Przesądzają o tym fakty, z którymi nie ma dyskusji, jak wiadomo. Więc proszę dłużej mnie nie zatrzymywać. Doświadczonemu psychiatrze wystarczy jedno spojrzenie, jedno zdanie wypowiedziane przez podejrzanego o niestabilność psychiki, by z pełną odpowiedzialnością móc zawyrokować o konieczności pozbawienia takiego pełni praw do samostanowienia. Ale przecież pewne prawa pan u nas ma, panie Plux. Może pan spacerować korytarzykiem, oglądać telewizję, zaprzyjaźnić się z którymś z pana oddziałowych kolegów.

            – Wiem o tym – mówię. – Pańskie słowa w tym mnie skądinąd upewniają dodatkowo. Niech jednak, nim skieruje się pan ku innym osobom lub miejscom, coś mi obieca.

            – Nie wiem, czy będę mógł – wzbrania się Kipel. – Tym niemniej, powiedz pan.

            – Chciałbym wykręcić pewien numer… Mam na myśli telefon do kumpla.

            Kipel patrzy na mnie oceniająco. Daleki jestem od tego, by utrzymywać, że na miano „obiektywnie złego człowieka” skazany jest w moich oczach ten, kto mi osobiście dopiekł. Moje „ja” stanowi jedynie element większej całości, o jaką bardziej trzeba mi dbać niż o siebie. W stosunku do siebie potrafię się dystansować. Ale wykażę pełną nieprzejednania stanowczość, gdy ktoś wyloty luf swojej artylerii wymierzy we wszechbyt. To dla niego wszak wszyscy (z małymi wyjątkami, mającymi przecież tylko nas mobilizować) pracujemy. Partykularyzmy wyodrębnionych części składających się na całość to oczywiście ślepa uliczka i w taką doktor Kipel nie będzie pewno brnął. Zaczynać historię od nowa nieraz próbowano. A to chcąc odciąć się od tych niezrozumiałych czasów, kiedy to nie myśmy panowali. Psychiatra, choćby najprzenikliwszy, nie będzie jednak wchodził w problem aż tak głęboko. Nasza to satysfakcja, gdy kogoś upokarzamy. Chociaż mu tego głośno nie powiedziałem, Kipel musi w końcu wyczuć, że wraz ze mną nadchodzi pora znajdywania źródeł satysfakcji gdzie indziej. A to będzie zbawienne także dla niego.

            – Masz pan moją komórkę i dzwoń pan – Kipel z napierśnej kieszeni kitla wyjmuje niewielki aparacik. – Tylko, panie Plux, na Boga. Nie wyobrażaj sobie pan, że z takich względów będziesz pan korzystał na każde życzenie! Wyjątków musi być mało, inaczej stałyby się regułą. A to w końcu moja komórka, a nie pańska. No, dzwoń pan!

            – Kieruję do pana nieśmiałą prośbę o podanie numeru biura numerów.

            Kipel zgrzyta swymi białymi, murzyńskimi zębami, ale podaje. Puchnę od nagle nadbiegłego podniecenia: może już za pół godziny będę wolny!

            – 3, 3, 3 – powiada czarny mężczyzna w białym fartuchu. Wystukuję i szczęściem mam połączenie natychmiast. Że trzeba mi omijać zakazane zgłoski, pamiętam nieprzerwanie.

            – Biuro numerów, słucham – dobiega mnie kobiecy głosik, ledwie przyłożyłem do ucha słuchaweczkę aparaciku. Widzę sterczącą z tej samej kieszeni, z której Kipel przed chwilą wyjął komórkę, końcówkę długopisu. Pokazuję mu ją palcem. Kipel bez słowa sięga po długopis i trzyma go w trzech palcach tak, żebym mógł go przejąć. Biorę.

            – Chcę mieć telefon do pracy pana doktora Lin Piao, obywatela Tutabonu, Adreys.

            – Chwileczkę – dawczyni kobiecego głosiku zgłoszone życzenie wystukuje teraz zapewne na klawiaturze wyszukiwarki. – 1, 4, 1, 1, 1, 9, 5, 3. Powtórzyć?

            Z braku kartki podany numer zapisałem sobie na gładkiej skórze mego obnażonego ruchem dłoni brzucha. Oddaję długopis właścicielowi, po czym rzucam do mikrofonu:

            – Nie. Składam słowa ukontentowania na koniec. Niech się pani bytuje udanie.

            – Świat by się zawalił, gdyby powiedział pan normalnie: dziękuję? – źli się panienka.

            – Jest to moim daleko idącym domysłem – wypowiadam oględnie. – Ucałowania łapek.

            Rozłączam linię, bo w końcu Kipel czeka, a jak przeciągnę strunę, to jeszcze odbierze mi komórkę i nie zdołam skomunikować się z Piao, moją jedyną chyba szansą na wydostanie się z tego domu niewoli. Wykręcam wiadomy numer, również i tu połączenie uzyskując natychmiast. Nie chcę się rozpływać nad, znikomym może, prawdopodobieństwem takiego obrotu rzeczy, gdyż to by uderzyło w ten deficytowy typ towaru, jakim jest czas. Więc powtórzę tu tylko jedno z paradoksalnych przysłów mego autorstwa, które cóż z tego, że stosuje się do tej jedynie rzeczywistości, jaką przedstawiam w moich powieściach! Każdy niech walczy o swoje; to, co zostanie przeforsowane, będzie obowiązywać – kto wie, czy nie wszędzie – póki inny modyfikator prawa stanowionego nie przeforsuje swego przeczucia prawdy uniwersalnej. Prawda najmniej jest podobna do prawdopodobieństwa! Intrygujące zaskoczenia ożywiają nawykłych sceptycznie dopatrywać się we wszystkim banału obserwatorów. Inna rzecz, że zaskoczeń też mogłoby być zbyt wiele, gdyby nie siła smutnej normy, będąca ostoją świętego spokoju, do jakiego tak niby lubimy powracać.