marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Lipiec 18th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 3

- Do Schizogrodu dojedzie pan autobusem PKS. Raptem godzina drogi. Zdąży pan u mnie wypić herbatę i opowiedzieć o swoich straconych złudzeniach.

Patrzę na mego gościnnego rozmówcę. Sweter ma poplamiony, ale wygląda na uczciwego człowieka; przy tym nie jest to przygłup.

- Mieszka pan sam? – rzucam tylko.

- Miałem żonę, która urodziła mi dwóch synów, obecnie dorosłych. Możemy odwiedzić ją na cmentarzu. Wie pan, dokucza mi samotność.

- W takim razie jestem gotowy spędzić z panem trzy kwadranse.

        Mężczyzna demonstruje skinienie i w tejże chwili zajeżdżamy pod mały parterowy domek. Jego ściany są mniej poplamione niż sweter gospodarza, a spadzisty dach kryje najprawdziwsza dachówka z porcelitu. Spodziewałbym się raczej papy. Wodzę oczami po sąsiednich domostwach, ku swej radości znajdując prędko małą knajpeczkę „Pod Jeleniem”.

           - Zjem jakąś kiełbasę na gorąco z chlebem – wskazuję kudłaczowi – i zaraz stawię się u pana. I niech pan się nie boi, że do kiełbasy zamówię piwo. Należę, zapewne jak i pan, do rygorystycznych abstynentów.

- Tośmy się dobrali – Pigułkowianin pokazuje w uśmiechu zniszczone zęby.

         - Na razie! – rzucam. W knajpce jestem po parunastu sekundach, do pośpiechu nagli mnie bowiem głód. Bufet i 5 stolików, w tym jeden wolny. Trudno się spodziewać, by w takiej dziupli gości obsługiwał kelner. Podchodzę do bufetu i zamawiam to, co mówiłem. Szczęściem na ten prosty posiłek muszę czekać niedługo. Jedząc, czynię spostrzeżenia. Oprócz mnie wszyscy tutaj piją alkohol. Dwaj młodzi siedzą przy kuflach, pozostali dzierżą w dłoniach kieliszki. Jacyś kierują w moją stronę słowne zaczepki, na które nie odpowiadam. Inni nie zwracają na mnie uwagi, zachwyceni pijacką elokwencją swoich opowieści. Kończę. Walizka w garść i – do mego kudłacza! Kiełbasa była tłusta, herbata będzie teraz – jak znalazł. Idę i w myślach stwierdzam, że powinienem być zadowolony, bo i zjadłem ten przyprawiony głodem posiłek, a zadowolony nie jestem. Może, zamiast trawić kiełbasę, miętolę w sobie wątpliwą lirykę chamskich odezwań, jakimi „Pod Jeleniem” trochę mnie raczono. Może to sumienie domaga się jeszcze wbrew wszelkiej racjonalności, bym wrócił do knajpy i uregulował z dowcipnisiami honorowe rachunki. Wiem jednak, że oni by mnie tam zabili. Wzruszam ramionami i pukam do wiadomych drzwi. Po sekundzie staje w nich kudłacz, zapraszając do środka. Mieszkanie jak mieszkanie, mój gospodarz nie zaprosił mnie tutaj, by mnie nim olśnić. Chodzi mu o rozmowę, pewnie że z kimś odpowiednim, z pokrewną duszą.

- Tędy – pokazuje mi drogę. Po chwili siedzimy na starych, skrzypiących krzesłach.

        – W tej knajpie wszystko mi się przypomniało – mówię. – W pewnym okresie mojego życia zdarzyło się coś, co kazało mi wierzyć, że jestem człowiekiem sukcesu. Tym złudzeniem żyłem przez wiele lat. Choć nie notowałem kolejnych osiągnięć, pozostawałem w nieświadomości prawdy, że tak naprawdę to zawsze byłem patałachem, który najlepiej by zrobił, gdyby się zabił i już nie zaśmiecał swoim niewydarzeniem świata innym, godnym.

          – Co się panu stało, kolego! – zaniepokaja się kudłacz. – Każdy ma momenty lepsze i gorsze! Nigdy nie jest tak, że za wszystko siebie kochamy, że za wszystko kochają  nas inni! Gdy raz coś się nie uda, mamy pretensje do całego świata, do wszystkich jego prezydentów, głów koronowanych, będących z nami zwykle na dobrej stopie telewizyjnych dziennikarzy, sprzedawców w sklepach, które odwiedzamy! Tymczasem to nasze niepowodzenie jest pretekstowe! Naprawdę bowiem musimy się martwić nędzą istnienia! A poza tym jesteśmy zobowiązani opłacić cierpieniem i złym samopoczuciem niesamowity towar, jaki nam się dostał: życie! A to życie w człowieczym kształcie i funkcjach, najlepsze z możliwych!

Wspieram się na łokciach i chowam w dłoniach twarz.

- Niech pan pije herbatę, kolego! – namawia mnie kudłacz. – Nawet nie znam pana imienia – Pigułkowianin o skudlonych włosach naprawdę chce mi pomóc.

- Flakonon, to imię w Pyrii nie ma tradycji. A panu jak na imię?

        – Panie Flakononie, moje imię Łebstaw. Sam pan mówił o sprawie, której poświęcił pan 20 lat swego życia. Znalazł więc pan coś, co było warte, aby się tym przejąć. Sami nie jesteśmy w niczym lepsi od byle goryla, gdy nie ma w nas treści do urzeczywistnienia. Gdy takich treści w sobie nie ulepimy, posługując się gliną, której pełno naokół, lecz która tylko ugniataniem w naszych palcach może zasłużyć sobie na miano tworzywa. Pan próbował, a że nie wyszło? Przez 20 lat miał pan zajęcie, i już to to był sukces.

Odrobinę herbaty biorę na łyżeczkę i badam, czy można już pić. Można.

        – Panie Łebstawie, obsesją mojego życia już od lat dziecinnych było pragnienie nieśmiertelności. Warunkiem życia nieśmiertelnego uznałem szczelne wypełnienie go czynnością. Pracą wspartą na rozwijającej się wraz z nią koncepcji. Życie, ażeby być spójne, a jako takie zabezpieczone przed pójściem w rozsypkę, musi być zagęszczone.

Pociągam łyk herbaty. Jest gorzka. Z kryształowej cukiernicy dobywam łyżeczką dwie porcyjki białego proszku i sypię je do szklanki. Mówię dalej:

        – Co prawda, taki pogląd może się komuś wydać mocno nieprawomocny. Bo i niby z garnka zupy chcąc zrobić wielki gar zupy, musimy tę zupę rozrzedzić, dolewając dużo wody.

         Ja jednak wierzyłem, że życie jest substancją paradoksalną. Im więcej bowiem wiemy, tym więcej rodzi się problemów, o jakich wiedzę dopiero będziemy mogli posiąść. Budując kreacje matematyczne, możemy w dodatku dochodzić teoretycznych rzeczywistości – nader różnych od tej, nam danej. Jednej z takich teoretycznych rzeczywistości, oczywiście najlepszej, czyż nie można by wprowadzić na miejsce tej, danej nam przez dziejowy przypadek? Okazało by się wtedy, że dotąd bytowaliśmy bynajmniej nie „w najlepszym ze światów”, tylko być może w jednym z pośledniejszych. Taka operacja jakąż by dla ludzi była rewelacją! Wręcz Niebem, zapowiadanym przez Jezusa!

        – Obserwuję, Flakononie, że już się panu polepszyło – zaciera ręce Łebstaw. – Jednak byt bez śmierci i bez zła, bo o takim mówimy, prawda?, byłby prędko nam się przejadł, o ile byłby w ogóle możliwy logicznie. Nie może być dwóch prawych rąk, parą dla prawej zawsze będzie lewa. Tak samo nie może być „samego dobra”. Ponieważ musi mieć ono swą przeciwstawność, a więc zło.

- Czy to znaczy, Łebstawie, – prostuję kark – że mamy się dystansować od wszystkiego, co nie jest naszym uprzykrzonym przyzwyczajeniem?

Piję herbatę, ale ona nadal gorzka. Prawda, zapomniałem wymieszać cukier.

        – Nie. Jak nikt może inny, wierzę w oczyszczające działanie myślenia. Pomyśl – typ już mówi mi „ty”. – Jak mamy zabiegać o nieśmiertelność fizyczną człowieka jako gatunku, gdy normalnie widać z gwiazd, że to   w s z y s t k o   się rozleci już za sto miliardów lat?

- Wiedza nie jest celem ostatecznym – mówię. – Trzeba ją dopiero spożytkować, a więc w razie, gdyby miały okazać się złe, odwrócić jej wyroki.

- Istnienie jest jednak możliwe tylko pod jednym warunkiem: że jest jednocześnie nieistnieniem. Bo na przykład jest punkt. Który nie ma ani strony lewej, ani prawej.

- Jego przeciwstawnością nazwiemy więc nieskończoną, absolutną przestrzeń.

      – Tak – powiada Łebstaw. – Ale tak przestrzeń jak punkt, ażeby była sposobność ich ugruntowania się w byt, potrzebują czasu. Zdaje się, mówiłem ci już o tym w samochodzie. Więc może antytezą punktu nie będzie ani zupełna nicość, ani nieskończona przestrzeń, tylko chwila. Ale ja nie o tym chciałem mówić. Jak coś nie odznacza się rozciągłością własną, ani nie posiada układu odniesienia poza sobą, właściwie nie istnieje. Ale jak punkt rozszczepimy, będzie już miał rozciągłość! Będzie więc już istniał. Ale nie przestanie też nie istnieć, ponieważ fizyczne napięcia jego ramion będą się wzajemnie znosić! Taki rozszczepiony punkt, czyli odcinek, będzie miał bowiem dwa przeciwstawne sobie bieguny, plus i minus, które w sumie dadzą zero.

Herbata już przestygła, wypijam ją do dna jednym duszkiem.

         - Może jeszcze jakiś wniosek końcowy, bo już będę musiał iść – odgarniam mankiet koszuli, co uwidocznia tarczę mego nowego zegarka, na której stoi jednoznacznie, że mamy właśnie godzinę piątą minut pięć. Z mieszkania Łebstawa wcale nie chce mi się wybywać, choć bynajmniej nie czuję się tu dobrze. Dobrze nie czułbym się teraz pewnie w żadnym miejscu na ziemi. A gdzie indziej niż na ziemi nie ma w ogóle warunków do życia, więc tym bardziej tam mnie nie ciągnie. Ale muszę jechać do siebie. Bo i tam być nawykłem.

         - Wniosek końcowy jest taki, że diablo to wszystko ubogie, co sobie wystawiamy. W związku z czym trzeba się wzbogacać, a to prawdopodobnie lekturami, jakich, także w zakresie interesujących nas tematów, na szczęście nie brakuje.

Powstaję. Pokoik, w którym gości mnie Łebstaw, jest maleńki. W całej pełni to dopiero teraz do mnie dociera. Lecz jakie to miałoby mieć znaczenie.

       - Weź numer mojego telefonu, Flakononie – mówi kudłacz, wciskając mi do ręki wizytowy bilet. „Łebstaw Trawiński – organista – Pigułkowo, ul. Gruszowa 5” – odczytuję. Numer telefonu też jest, ale nie podam, ponieważ w tej mierze mam złe doświadczenia. Mógłby ktoś wytknąć mi niekonsekwencję, bo i podałem numer adwokata, Dragstroma Rurera, a tutaj takie ceregiele. Jak są same siódemki, to jednak wiadomo, że taka informacja jest zbujana, bo podobne numery wykupują dla siebie tylko jacyś potentaci. A tutaj musiałbym też zbujać, albo podać prawdziwy numer prywatnego obywatela, który za to mógłby nie chcieć ze mną rozmawiać. A zbujać po raz drugi to już by była recydywa.

Żegnam Trawińskiego, biorę walizkę w garść.

- Przystanek PKS będziesz miał w rynku, 30 kroków w lewo – słyszę jeszcze.