marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 9th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 29

            Moje wchodzenia na wojenną ścieżkę przyniosły pożytek co najwyżej taki, że zrozumiałem, iż jest to dla mnie taktyczny środek do osiągnięcia strategicznego celu nad wyraz chybiony. Narody, które w dzisiejszym świecie przodują, wprawdzie zawsze w swoich dziejach łączyły rozrost własnego życia intelektualnego z doskonaleniem swej sztuki wojennej. Lecz czy to oznacza, że miałbym je naśladować? Rzecz, na której nie wymusi się zmian, pozostanie w swoim dotychczasowym kształcie. Więc, chcąc naznaczyć świat własnym piętnem, należy zastosować przemoc. Wszelako jak dążyć ku życiu nieśmiertelnemu poprzez produkcję i dostarczanie „towaru” do trupiarń? Istnieje i inny sposób budzenia respektu; sprawiania, by ciebie słuchano. To przemoc ideologiczna, obrosła poniekąd najgorszymi kontekstami, a przecież będąca wynalazkiem bynajmniej nie sturoczy ostatnich, bo wystarczy wspomnieć chociażby Biblię, której autorzy grozili śmiercią w męczarniach każdemu, kto do ich, mającego jakoby obwieszczać prawdy przedwieczne i ostateczne, tekstu doda choć jedno słowo lub choć jedno słowo zeń ujmie. W sensie formalnym doktryna religijna nie jest to ideologia. Doktrynerzy religijni głoszą bowiem, tylko usystematyzowane przez siebie i opatrzone własnym komentarzem, prawdy objawione przez Boga, natomiast ideolodzy bazują na wymyślonej przez człowieka idei. Tym niemniej, jeśli Bóg istnieje, to wszystko od Stwórcy pochodzi i te dwa konkurencyjne programy prawnych i światopoglądowych porządków rożni pod tym względem jedynie stopień zapośredniczenia tej samej woli Boga: idzie ona u doktrynerów z pierwszej, a u ideologów z drugiej ręki. Jeśli zaś Bóg nie istnieje, doktryny religijne i ideologie są intelektualnymi bytami już całkiem jednego poziomu, gdyż wtedy Bóg jest tylko ideą – wymyśloną przez człowieka. Nieomal wszystko jednak, co podałem wcześniej, wskazuje na tę pierwszą ewentualność. I na to, dodam, że  funkcja Boga jest przypisana faktycznie właśnie… mi, bo jak inaczej tłumaczyć zachodzącą równoległość pomiędzy materialnym formułowaniem przeze mnie przeczuć o mojej własnej boskiej godności a dopływającymi z włączonego telewizora natychmiast potem wiadomościami o poprawianiu się sytuacji gospodarczej kraju i świata! Bóg świat stworzył, jest jego autorem, więc też zapracował jak nikt inny na to, by światem rządzić! I nie jest to kwestia samej zasługi, ale też kompetencji! Kto bowiem lepiej niż autor wie o tajnikach powstawania dzieła, o intencjach, powodach i celach kreacji, o jej ukrytych sensach! Poza tym Bóg, stwarzając mający rozgrywać się materialnie mecz zwany historią, nie mógł chyba nie widzieć w nim miejsca i dla siebie. Miło obserwować graczy z pozycji świadka, kibica czy trenera. Lecz Siła Sprawcza, w myśl woli której na Poligonie Istnienia przez kilkanaście miliardów roków toczą się zmagania, w końcu przecież nie może nie ulec pokusie wpisania w Byt Siebie Samej – jako Aktorki ryzykującej utratę czegoś, co było dla Niej dotąd czymś jedynie zewnętrznym: biologicznego (bo już nie transcendentalnego) życia. I wolny może zapragnąć poznania kondycji więźnia! Ktoś wszelako, kto dysponuje wielkościami obejmującymi wszystko, mając zamiar zstąpić do rzeczywistości sytuacyjnej choćby nie wiem jak bardzo ciekawie rozwiniętej, nie zechce odgrywać w niej roli aktora tuzinkowego. Zastrzega sobie „w kontrakcie” gwarancję występowania w roli głównej, przy czym ma to być rola chlubna i zaszczytna, nie zaś, jak to ostatnio stało się modne, ukazująca prawdę o bohaterze pełnym nierozwikłanych sprzeczności, gdzie tylko to wysunięcie go na pierwszy plan tłumaczy sumę obrzydlistw, w jakie popadł! Wolność każdego zasadza się na tym, że więcej on może niż musi. Wszelako najbardziej brzemienne w tragiczne skutki jest realizowanie wolności Boga – poprzez Jego odchodzenie od sprawowania przezeń Ideału. Wszystko – w stosownym czasie, na swoim miejscu, we właściwej kolejności! Wbrew obawom, jakie mogą tu się nasunąć, takie postępowanie – pod batutą Mistrza o nieograniczonej wyobraźni i stuprocentowym wyczuciu – nie będzie nudne, a więc pozbawione elementu ożywiającego zaskoczenia ani – kontrapunktowania melodyjnego toku – akcentami mającymi słuchaczowi przypomnieć o istniejącej (tu już na szczęście w zawieszeniu) groźbie atonalności.

            Jeszcze o motywach, jakie kierują mną przy moim wyborze własnego dyktatu i odrzuceniu możliwości pozostawienia dziejów ich nieskrępowanemu biegowi, gdzie tok wydarzeń dyktuje wolna gra sił, rywalizacja wielu bytów poszczególnych o wpływ na nadawanie tonu zachodzącym w świecie procesom. Otóż tam, kędy wielu walczy o pozycję sternika, jest walka o tę pozycję, natomiast nie ma sterowania. Ponadto obsesyjne mieszanie się, tak do szczegółów jak do ogólnej linii idealnego planu, nieidealnych „poprawiaczy” – plan ten jedynie zdolne jest wypaczyć, zdegenerować, ubezsensownić. A co do wolności jako rzeczy, co do której demagodzy, zazdrośni o swoje wywyższenie w społeczeństwie, zdołali niewcześnie przekonać wynoszące ich masy, to czyż nie lepiej jest postępować pod fajne dyktando niż potykać się o własne stopy podług nieudolnych koncepcyj uzurpatorów lub – bezkoncepcyjnie, byle tylko żyć „po swojemu”? Skąd pewność, że sam uzurpatorem nie jestem? Otóż obserwuję – siebie i innych, przy czym umiem dokonać porównania. Dobrze, to jedno już wiemy. Jednak na czym miałoby polegać w praktyce to ustanowienie i sprawowanie mojego dyktatu? A na tym, że sformułuję to moje muzycznie logiczne bogactwo intelektualnego bytu i tak powstały wzór wejdzie w system naczyń połączonych, jaki stanowią współczesne struktury informacyjne. Wszelako, skoro pragnę – dla świata, ludzi i siebie – zajmującego trwania w nieskończoność, mój tekst nie może być napisany raz, a dyktować wszystkiemu kurs – po wsze czasy. Musi być stale dopełniany. Wydaje mi się, że taki trud nie jest ponad moje siły i że, co więcej, pokrywa się z moimi ambicjami.

            Zorientowałem już czytelnika co do skali, jaką sobie wyznaczam i w jakiej bytuję, choćby to miało być tylko potwierdzającym chorobliwość mojej wyobraźni samowmówieniem. Jeśli więc przypisuję swemu każdemu wręcz poruszeniu znaczenie aż tak doniosłe, to żadnego z czytelników nie zdziwi, że mego błędu, przyprawiającego przecież świat o złotwórczą dysharmonię, poszukuję wszędzie i we wszystkim. Tak, oczywiście, mój dyktat wszelkie zło z pewnością odstawi do muzeum, lecz wszak do pisania moich fabularyzowanych dekretów niezbędny mi jest cichy gabinecik, laptop, drukarka, o czym tutaj nijak mi marzyć. Nie zachodzi bowiem i w moim przypadku taka ewentualność, że jakakolwiek myśl o spartaczeniu roboty (byłaby nią także, wypływająca z rozpaczy, jaka niekiedy mnie ogarnia, wola sprzeniewierzenia się ideałowi) mnie się nie ima – niezależnie od panujących dookół warunków. A znowu czuję, że właśnie tu i teraz, w psychiatrionie w Adreys, o godzinie – niech zerknę na zegarek – dziesiątej przed południem, mogę, powinienem i chcę zrobić ten pierwszy krok na drodze do zaprowadzenia w świecie i w stanowiących jego tkankę nerwową ludziach – rozwojowego i nie przeklinanego zgrzytliwie – ładu. Skąd jednak pewność, że wprowadzenie w ład nie będzie przez nas przeklinane gorzej niż sunięcie poprzez istniejący bałagan? Cóż, to zależy od tego, jaką mamy naturę. Jakkolwiek dyletanci postawieni przed fortepianem będą tylko złorzeczyć:  „na co nam on!, my chcemy jeść!, nam potrzebne żywe, szczęściodajne dziewczyny!”, takkolwiek wirtuozowi nie przeszkodzi instrument!  Zło i dobro stanowią materiał, który można wlać do kubła i wymieszać warząchwią, uzyskując niestrawną mieszaninę, ale można też go z wirtuozerią syntetyzować! Więc pewnie nie poprzez prostą eksterminację zła wiedzie droga ku temu, ażeby pożądane dobro eksponować! Rewolucjoniści w sztuce efekt oryginalności nieraz próbowali osiągnąć poprzez praktykę amputacji z dzieła którejś, z uznawanych przez nich za skompromitowaną, z jej integralnych składowych. Podobnie jak ze świata liczb usiłowano wyeliminować pechową jakoby trzynastkę. Lub jak za Hitlera Niemcy z listy narodów usiłowali wymazać kontrowersyjny naród żydowski. Tymczasem znamy przecież bajkę o Brzydkim Kaczątku i przepowiednię Jezusa, że pierwsi będą ostatnimi a ostatni pierwszymi. Można nie wierzyć w czary, lecz źle jest, gdy nie wierzy się faktom. Gdy ktoś proponuje jakieś rozwiązanie, wywiązują się wątpliwości, czy rozwiązanie to będzie dogodne czy to dla tych, czy to dla innych. Wtedy proponator powiada: jeszcze się taki nie narodził, któryby wszystkim dogodził. Nad tym przysłowiem zastanawiałem się dłużej niżnad wieloma innymi już we wczesnym dzieciństwie i wywiodłem sam przed sobą, że to, by być pierwszym, który dogodzi wszystkim, stanie się jedną ze stron mego wielkiego życiowego celu. Ale zdaje się, że wcześniej popadłem w pewną logiko-merytoryczną sprzeczność. Od dawna dowodzę, że – im silniejszemu, tym lepszemu – antagonizmowi pomiędzy dobrem a złem, który rozszczepia obojętną ontologicznie nicość, zawdzięczamy istnienie. Parę wersetów temu mówię coś natomiast o eksterminacji zła i eksponowaniu tej rzeczy, jaką jest dobro. Czyżby nie zależało mi na tym, by wykazać, że istnieje potencjalnie możliwość takiej ilościowej i jakościowej syntezy dobra ze złem, że na samą wieść o tym wszyscy, już bez żadnych innych dodatkowych warunków, otworzą samoczynnie przysłowiowe serca? Tak więc wiedza o odpowiednim dla każdej chwili dziejowej dozowaniu dobra i zła w takich wzajemnym splątaniu ma nam posłużyć jako panaceum na każdą zaistniewającą trudność? Czemu nie! A czemu zło? Otóż odwołam się tutaj do przykładu egzystujących w biologicznej komórce tworów, zwanych autofagami. Zwyczajnie zjadają one to, co w komórce stało się chore, niesprawne, lub to, co wdarło się do niej z zewnątrz – jak wirusy różnych chorób. Ale swoją drogą, a zwłaszcza wtedy, gdy wspomnianego rodzaju pokarmu zabrakło, podgryzają samą zdrową komórkę. Czyż więc tego ostatniego nie wypada uznać – z punktu widzenia interesu komórki – za zło? Okazuje się, że nie. Ta bowiem, gdy nie jest podgryzana przez autofaga, umiera. Kiedy coś cię zjada, trudno, byś tym się cieszył, choćby cię to mobilizowało do kontrakcji, która – o dziwo! – okazuje się być nie czym innym, tylko twym życiem. Trudno powiedzieć, czy naturą istot żywych jest spoczynek, choć wydaje się paradoksem silnie usytuowanym na przysłowiowym panteonie aksjomatów, że „zazwyczaj robimy wszystko, by nie robić nic”. Powie ktoś, że to jaskrawa nieprawda, gdyż życie i czynność są  właśnie jednym i tym samym. Pragnienie spoczynku w aplauzie ryczących tłumów uczynnia nasze mózgi, nieskłonne w oderwaniu od takiej perspektywy kiwnąć palcem w kapciu, do twardego zakuwania opornego materiału próżni i oto Salomon  n a l e w a  już z pustej butelki! Zło, które a priori zaprzecza dobru, w ostatecznym rozrachunku mu pomaga. Dlaczego? A dlatego, że odnajduje w swoim związku z dobrem pierwiastek samego siebie. A i dlatego, że samo może istnieć wyłącznie dzięki towarzystwu dobra. Związek dobra i zła jest więc nierozerwalny – przynajmniej dopóty, dopóki silniejsza odeń nie okaże się monistyczna nijakość. Tu zmuszony jestem przyznać, że wpadłem w pułapkę. Ponieważ przegiąłem już chyba przysłowiową pałę w serwowaniu czytelnikowi teoretycznych spraw wnętrza i wypadałoby jak najprędzej przejść do uzewnętrznionej akcji. Tymczasem rozpoczęty niefrasobliwie tok myśli podskórnych wymaga niestety dopowiedzenia. Otóż problematyka niebytu i, będącego konsekwencją zaszłej w nim pobudki do niezgody na niebyt, bytu, który zwiemy dziś ogólnym – da się wystarczająco zobrazować na jakościowej bazie ilościowo minimalnej: dwóch tylko pojęć. Dobro i zło – chodzi tu właśnie i wyłącznie o nie. Tak to jedno jak to drugie współsłuży tej samej sprawie i dzieli je, najogólniej rozpatrując, tylko odmienność natury. Zło ciągnie w przeszłość oraz – przestrzennie – ku skupieniu się w pozawymiarowy punkt; dobro pociąga ku przyszłości i przestrzennej ekspansji. Przy tym to wszystko wiruje – w lewo ku przeszłości i jej punktualnemu początkowi; w prawo ku mającej nie mieć końca przyszłości w rozprzestrzenieniu. Wiemy, że chociaż lewość z reguły siłą rzeczy działa gorzej niż prawość, poczynienie bytu z dwu stron prawych nie jest możliwe.  Składowe każdej wynurzającej się nad granicę niebytu konstrukcji muszą albowiem być względem siebie symetryczne lustrzanie. O tyle bowiem, wraz ze wszystkim, co nas otacza, istniejemy, o ile byt nasz sprowadza się w wolnym tłumaczeniu (z języka Tego, który ma obowiązek i moc zapobiegać fanaberiom podlegającego Mu bytu-regularum, jakim jest „uprawiany” przez Niego „ogródek” wszechświata, by ten nie rozrósł się w byt-monstrum) do nieistnienia. Oderwać się – istniejąc – od istnienia stanowi zasadę nirwany, zalecanej ludziom do osiągania jako sposób na jedyne szczęście, za które nie płaci się cierpieniem – przez jedną z wielkich, funkcjonujących do dziś religij, a to funkcjonujących od pięciu tysięcy roków. Nirwana – oto byłby dopiero w pełni konsekwentny typ spoczynku, odpowiadający naturze człowieka jako bytu poszczególnego, który, nie chcąc narobić głupstw, postanowił nie robić nic! Jeśli nie niszczysz innych, niszczysz siebie – ten wichrzycielski paradygmat powtarzam jak mantrę. Czyż więc złem jest twój atak na bliźniego, a dobrem – jego zemsta na tobie, ponieważ jakoby tak właśnie należy zarysować akt i mechanizm sprawiedliwości? Tu, wbrew temu, co mówiłem wcześniej, zło więc byłoby czynnikiem inicjującym, pierwotnym, oryginalnym. Wystąpić poza bezruch struktury, w której bezproduktywnie się trwa, można, jedynie taką niszcząc? Jest nic. Zniszcz to nic, a będzie już coś? Jak zjeść treść jajka, nie tłukąc jego skorupki? Otóż można. A to wtedy, gdy jest się wewnątrz tej skorupki. Otóż treść tego jajka to Prawda o właściwym doborze czy wyborze, jaki tylko demagog zechce ogłosić za możliwy do dokonania przez każdego, ponieważ naprawdę jedynie ten, kto jest wewnątrz skorupki tego jajka, może, nie tłukąc jej, Prawdę tę przyswoić i wypowiedzieć. Twierdzę, że ja jestem wewnątrz tej skorupki. A, że zniszczenie czegokolwiek byłoby już złem, tylko ja mogę poprowadzić stworzenie drogą dobra absolutnego. Tak to pogodziłem logiczną niemożliwość oddzielenia zła od dobra z tęsknotą wielu o takim świecie bez konfliktów, który nie będzie światem nudy i stagnacji. I to by było na tyle, czyli na części tylnej, tego nienawistnego (aczkolwiek pozytywnie) akapitu.