marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 8th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 28

            Patrzę w ekran. Tłum wiwatuje na cześć papieża. Teraz ucichł. Następca Piotra rzecze:

            – Więźniom sumienia, których cieszący się z niepowodzeń bożych dzieci Szatan skusił do grzechu, Pan obiecuje uwolnienie! Będzie to dla nas radość największa, albowiem nawrócenie jednego grzesznika w oczach Boga oznacza więcej niż trwanie w cnocie stu sprawiedliwych! Pomagajmy swymi modlitwami realizacji bożego planu. Amen.

            Koniec migawki. Ale… „więźniom sumienia”? Czyżby tu chodziło o mnie? Przypominam sobie inne zdanie z Biblii: „odrzucony przez budowniczych kamień stał się kamieniem węgielnym nowej a najwspanialszej świątyni”. Czyżbym to ja, ze swoimi rozlicznymi niedomaganiami, miał nie tylko to, że zostać uwolniony, ale odegrać kluczową kwestię w dziejach przechodzenia ludzi od zajmowania się zbieractwem do odbywania międzyplanetarnych podróży?! Ba! Takie podróże to mało! Może moje spostrzeżenie odnośne możliwości transcendowania wiecznych nawrotów historii wszechświata – w czas historycznie dziewiczy, nieprzetarty – będzie do urzeczywistnienia, gdy zrobię coś, co mogę zrobić już teraz, tu, na oddziale dla niebezpiecznych wariatów psychiatrionu w Adreys? Niezwykłe zbiegi okoliczności winny zdarzać się rzadko, inaczej zabrakłoby w ciągu chwil miejsca dla, potrzebujących go nieporównanie więcej, nagminnych. Powie ktoś, że jeśli okoliczności się zbiegają, to już samo to jest niezwykłe, ponieważ przeważnie trwa stan ich rozbiegnięcia czy rozminięcia. Innymi słowy, „niezwykłe zbiegi okoliczności” stanowią typowy zwrot tautologiczny, toteż coś wyżej naplotłem. Że nie naplotłem, niech o tym przekona was, szanowni czytelnicy niniejszej powieści przygodowo refleksyjnej, następujący przykład. Otóż wystajemy często na autobusowych przystankach, zmuszeni jakoby do marnowania czasu. Żyjemy potem byle jak, nieprzemyślanie. Zapytani, dlaczego tak niedbale żyjemy, odpowiadamy, że brakło nam wolnej chwili na przemyślenie swojego życiowego harmonogramu. Potrzeba znalezienia sposobu na przeżycie po swojemu swej – kto wie przecież, czy nie mającej trwać wieczyście? – przyszłości zbiega się tu z okazją poczynienia takich poszukiwań w tej niszy czasowej, jaką zwykle marnotrawimy, pod przystankową wiatą oczekując co dnia bezproduktywnie, nierzadko dłużej niż kwadrans, na „złośliwie” wciąż nie chcący nadjechać środek miejskiej komunikacji. Jest o czym myśleć, i jest wolna chwila na to myślenie – czy w życiu każdego z nas taki zbieg okoliczności nie zdarza się nagminnie? Zresztą, cokolwiek się zdarza, ma swój kontekst, o czym nie chcemy pamiętać, bo wydaje się, że pamięć i tak mamy obciążoną nadmiernie. Najczęściej krociem nieistotnych szczegółów, choć powie ktoś, że dla Boga, którego niby winniśmy naśladować, nie ma przypadków i, skoro w tym wszystkim się gubimy, to widać tylko z powodu przyrodzonej nam niedoskonałości. Ale – właśnie! – dla Boga nie ma przypadków i zbieg okoliczności, na jaki – z jednej strony – złożyło się moje uwięzienie, zaś z drugiej – obiecywane mi przez Boga, a to ustami jego przedstawiciela, uwolnienie, jest może trójczłonowy i jego trzecia składowa to problem, który w owej, wszak zgoła niedawno ubiegłej chwili, rozważałem? A było to co? Zdaje się, że zajmowała mnie wówczas zagadka, co nadaje ton dziejom: rywalizacja,  której zwycięzcy żyją kosztem pokonanych, czy boski dyktat, gdzie wszyscy żyją szczęśliwie, nie pomyślawszy nieraz nawet, Komu to zawdzięczają! Z kolei, skoro to właśnie do mnie trafia taki znak, to czy przypadkiem, a jeśli przypadek nie może wchodzić w rachubę, to czy – z boskiego upodobania lub po prostu z biologicznego pokrewieństwa mogącego łączyć mnie z Autorem wszelkich natchnień – nie stałem się kimś, od kogo to wszystko zawisa?! Z moich pacjenckich pobytów w psychiatrionach festylskich i faratońskich do publicznej wiadomości, a w tym głównie do amatorów skandali, docierały pewnie pogłoski o moim rzekomym nieuleczalnym psychopatyzmie. To zrozumiałe, że najwięcej jest takich, którzy, nie mając szans na wywyższenie własne, udają zwolenników równości i chłoną łapczywie każdy sygnał mający niby dezawuować osiągnięcia posiadaczy pewnego dorobku. Pociągnięci przykładem, mogliby sami nieco się wznieść. Wszelako wolą, wiedzeni pesymistycznym realizmem, upodlić w swojej i społecznej świadomości tych wybijających się, zniżyć ich do swego poziomu. Tymczasem ich pesymizm jest uzasadniony tylko po części, bo płynie przede wszystkim z niedoinformowania. Człowiek snujący dalekosiężne wizje spotyka się często z brakiem zrozumienia, popadając w zgorzknienie, ześlizgując się w zimne czeluście rozpaczy, czego następnym krokiem bywa po prostu samobójstwo, choć częściej – próby dostosowania wytwornej filozofii do siermiężnych możliwości percepcyjnych potencjalnych jej adresatów. Dzieje się tak dlatego, że panuje fałszywa mentalność: z jednej strony brak oczekiwań dobrych rozwiązań, z drugiej – niewiara zdolnych takie rozwiązania poczynić, że podaną przez nich koncepcję wyeliminowania przekleństw ktokolwiek zechce urzeczywistnić, a nawet tylko odnotować czy zauważyć. Co jednak ja robiłem, by drzemiący we mnie – jak mocno czułem – potencjał rozbudzić? Otóż widziałem swoją siłę w wyobraźni, której projekcje miały dawać wzorzec, a to ludziom kultywującym, wzbogacany jedynie zagranicznymi wpływami, mechanizm niezmiennego obyczaju, jak można kreować postęp – w zakresie myśli, słowa i czynu. Ten wzorzec zbyt trudno byłoby mi wytworzyć w toku życia kreowanego bezpośrednio, wybrałem więc pośrednika, literaturę, gdzie nad konstrukcją każdego zdania miałem czas pomyśleć dłużej niż chwilę i gdzie żadne popełnione szaleństwo nie powinno przynieść w konsekwencji – kalectwa, śmierci, bólu, zniechęcenia czy choroby o niekończących się powikłaniach. Co zaś dotyczy cierpienia  (na które pewnie można znaleźć środek zaradczy, a to w postaci redukcji obsesyjnych rozmyślań sposobem zwykłych obiboków, a w sytuacjach zagrożenia – postępowaniem podług podręcznikowych schematów), to przyjąć je bywa opłacalne. Uaktywnione nim – a dotąd irytujące bezproduktywnym dziewictwem – obszary mózgu są w ten sposób zagospodarowane i będą pracować ku twemu dobru. Czyż więc, ażeby wszystko grało jak ta lala, można sprawy pozostawić ich samoistnemu biegowi? Skoro bowiem cierpienia mamy po przysłowiowe dziurki w nosie, a jego działanie w ostatecznym rozrachunku powinno przynosić same korzyści, to w czym trudność? Otóż to, że w istniejącej sytuacji okoliczności nam sprzyjają, nie jest równoznaczne z osiągnięciem sukcesu. Przyzwyczajeni do porażek, w nich zadomowieni, możemy sukcesu nie chcieć, a to bojąc się niewiadomej, jaką sobą stanowi. I tu wychodzi owo niedoinformowanie. Nie przesadzałbym z doniosłością znaczenia dla dziejów wszechświata mojej własnej osoby i możliwości jej działań dla formowania tegoż wszechświata, gdyby nie pewne zastanawiające fakty i wynikające z nich domniemania. Otóż co najmniej kilka razy w mym wciąż nie tak długim życiu ludzie nie mający powodu mnie przeceniać – dawali mi do zrozumienia, że jestem kimś, z kim liczyć się musi każdy, nawet ten zajmujący w społecznej hierarchii miejsce najwyższe, człowiek. Z powodu, że nie chcę popadać w coś, co wielu uznałoby za bluźnierstwo, pozostawię tu niedomówienie. A jednak fakt, związanych z moją obecnością, wydarzeń cudownych, mówi sam za siebie. Wspominałem już chyba o namnożeniu się pod opuszkami palców mojej prawej dłoni, w kieszeni, do której sięgnąłem – pewnej ilości dwuzłotówek, pięciozłotówek i złotówek. Inne wydarzenie cudowne, o którym wspomnę, to wypowiedzenie przy mnie trzech długich, złożonych podrzędnie zdań – w języku, jakim pisana jest chociażby niniejsza powieść – przez mego syna, który w owej chwili legitymował się wiekiem zaledwie… dwóch miesięcy! Ich treść do mnie nie dotarła, byłem zbyt zaskoczony. Ale za prawdziwość powyższego  świadectwa ręczę. Oczywiście moje życie składało się i składa nie z samych wydarzeń cudownych; źle by było, gdyby tak było. Tym niemniej, czy w obliczu doświadczenia tego rodzaju faktów (mam ich w pamięci kilkanaście) mogłem w festylskim psychiatrionie, gdzie w dodatku medyczny eksperyment zrobił ze mnie zaszczute zwierzę, nie posunąć się do zachowań – z punktu widzenia tak zwanego trzeźwego obserwatora – nagannych? Rozumowałem w ten sposób: skoro zawisa ode mnie los świata, a widzę, słyszę i czuję, że składowe tego świata (ludzie) los ten obkładają anatemami, to najwyraźniej jakiś znaczący błąd kryje się w moim postępowaniu! Nie jest bowiem widocznie tak, że wystarcza to, bym, jakkolwiek postępując, istniał (i tylko, dajmy na to, odbierał hołdy) – dla spełnienia proroctw o nieśmiertelnym życiu ludzi – w świecie, któremu oszczędzono, prócz śmierci, i wszelkich innych przekleństw. Pytałem siebie: czego zaniedbuję, że ciągle dobro i zło dzielą się panowaniem nad światem po połowie? Wszak taki układ jest zwyczajnie martwy i byłby zachodził także wtedy, gdyby nie prowadziło go żadne (moje?) Inteligentne Kierownictwo! Otóż ludzkość w swej zasadniczej (ilościowo) masie to suma jednostek żywiących w głębi duszy nienawiść do „prawdziwych złoczyńców”, którzy nie kradną jak uczciwy człowiek paru groszy, tylko, siłą swego diabelskiego sprytu, obławiają się miliardami i dysponują nimi podług najgorszych intencyj. To ostatnie jakże rani świadomość sprawiedliwych. Kto zawarł pakt z Diabłem, jest mocny, ale do czasu. Przyjdzie kiedyś Mściciel i wyrówna rachunki! Wśród ludzi kulturalnych prawa do rewanżu przestrzegają szachiści, choć Jezus nakazał wybaczać. Jak jednak można wybaczać czyjeś metodyczne trwanie w grzechu, jakiego skutki cierpi bliźni? Czy ta dama w szykownym kostiumie i dżentelmen w nienagannym smokingu uznali kiedykolwiek za rzecz do pomyślenia, iż ich bliźni to jesteś także ty, w swoich zawszonych może łachmanach? Tworzenie się elit władzy, która, w celu objęcia – spojrzeniem i rozeznaniem myślowym – całości, musi dystansować się od krótkoterminowej perspektywy maluczkich, stanowi zjawisko dla biedaków niezrozumiałe. Samoświadomość elit też zresztą bywa najczęściej wsparta na kruchych podstawach i nie uzasadnia wywyższenia swych nosicieli nad podporządkowujące się im z tłumioną nienawiścią masy. Póki nie pogodzę antagonistycznie współistniejących stron ustanowieniem i sprawowaniem własnej dyktatury, kiedy to nikomu nie postanie nawet w głowie, że inny stan stosunków (niż narzucona przeze mnie światu moja decyzyjność) jest w ogóle możliwy, będzie panować rywalizacja. Uchronić przed taką społeczeństwo światowe już w dziejach próbowano. Czyniły to reżimy totalitarne – tyle, że metodami, od jakich zdecydowanie się odcinam. Jednak odsiadując przed laty swoją przestępczą niewinność w festylskim psychiatrionie, nie posiadałem koncepcji osobistego wtrącenia się w życie milionów metodą intelektualnego dyktatu. Poszedłem za podszeptem oczekujących na Mściciela.Też sam przecież widziałem aż nazbyt wyraziście rażącą dysproporcję pomiędzy sumą kierowanych do mnie wyzwań do pojedynków na pięści i na kopy – a tymi jednostkowymi przypadkami, gdy takie wyzwania podejmowałem. Czy nie w tym jest mój błąd? – kołatało mi w mózgu. Jeden z moich nielicznych zachowanych zębów został nadkruszony w bójce; gdybym swe uzębienie częściej hartował w boju, może do dzisiaj cieszyłbym się posiadaniem  kompletnego serwisu porcelany w szczękach. Ale wtedy chodziło o coś więcej: miałem mścić tych, którzy, zawierzywszy Opatrzności, w pokorze znosili zniewagi i krzywdy. Miałem tej Opatrzności być zbrojnym ramieniem. To nie był nieumotywowany żadną logiczną kalkulacją psychopatyzm, uruchomienie mającego niszczyć byle co i nie wiadomo po co – żywiołu. W Non Moral atakowałem fizycznie pacjentów i pacjentki, lekarzy, pielęgniarki i sanitariuszy, będąc do tego zresztą zachęcany nie tylko aluzjami tych czy owych, lecz także wyzwaniami stawianymi wprost. „Dobro jest to wola silniejszego” – utrzymywał jeden z przeciwników Sokratesa w platońskich dialogach. Jeśli tę zasadę przyjąć, to obecność zła w świecie można tłumaczyć jedynie brakiem realizacji tego silniejszego woli. Ponadto nie każdy, kto osiągnie zwycięstwo w zawodach dla siłaczy, będzie tym „silniejszym” czy najsilniejszym, ponieważ prawdziwie najsilniejszy zapaśnik może celowo przegrać w tych zawodach wszystkie pojedynki. I bynajmniej nie będzie tak, że jego wolą było przegrywać. Silniejszy bowiem po prostu nie ma prawa być słabszym, to uderzałoby w jego istotę, przestałby wtedy być sobą! Podporządkowując się woli cudzej (miast forsować własną), nie staje się słabszym, lecz popada w chorobę zawierzenia własnemu urojeniu, gdyż nadrzędność innych nad nim wzięła się tylko z niedozwolonego mu aktu zanegowania przezeń obiektywnie i wieczyście obowiązującego układu. Naruszając w psychiatrionie nietykalność cielesną wyżej wymienionych, kierowałem się więc nie tylko i nie przede wszystkim motywem osobistej zemsty czy – decyzją dania nieukierunkowanego upustu złości, jako że masa krytyczna ostatków mojej integralności została właśnie przekroczona. Nad wszystkim tym dominował motyw – jakkolwiek śmiesznie by to nie zabrzmiało – zbawienia świata! Oto i mego czytelnika – cieszyłbym się, żeby był nim i psychiatra – doinformowałem! A teraz trochę warracji. Warracji, a nie wariacji, jak osoby odpowiedzialne za ostateczny kształt książkowego przekazu moich przygód pewnego razu były łaskawe „poprawić”!

            Polatywania świergotliwych ptaszków nad wysypanym okruszynami chleba parapetem. Robienia z siebie siermiężnego dziada – w momencie, kiedy się nie jest jeszcze nawet zwyczajnym dziadkiem. Wiara w fizyczną nieśmiertelność urodzonych w połowie zeszłego sturocza (na pohybel niepoprawnemu stuleciu!) domaga się uczynienia życia choć trochę atrakcyjniejszym. Ciągnięcie w nieskończoność szarzyzny wydaje się bowiem czymś tak samo niechcianym jak krótkotrwały pobyt wśród reklamiarskich pstrokacizn.