marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 7th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 27

            Zmywania głów – otępiałym z nadużywania ostrych terminów promotorom przyszłościowej sztuki zapobiegania klęsce poprzez zbrodnie wirtualne – całymi wiadrami lodowatej wody. Wpajania mózgom – ograniczonych przez żywienie swoich psychik jedynie mowami dobrotliwych misjonarzy tubylców krainy Bęcwalia – strawy duchowej wreszcie odmiennej: nawoływania do szturmu na ateistyczne uniwersytety. Decydują drobiazgi. Sytość mas jest przeciwna niewzruszonym prawom natury; żołądki prostaczków, od tysiącroczy przyzwyczajane do zadowalania się jedzeniem byle czego, buntują się przeciwko wykwintnej karmie hamburgerowej, na skutek czego rozwój wielu żywieniowych koncernów zostanie ostatecznie powstrzymany. A przecież to drobiazg – mylić uniwersalną kondycję człowieka jako takiego ze szczególnymi przypadkami ludzi, których kondycję wyznacza niebogaty jadłospis. Daj świniom wyszukane potrawy; czy to docenią? I czy wpłynie to jakkolwiek na stan ich umysłów? Prawdopodobnie miazga mięsna uzyskana z mózgu zabitego geniusza da dowolnie wybranemu do testu konsumentowi tyleż, co móżdżek wieprzowy lub cielęcy.

            Idę tym korytarzem, ulga spowodowana uwolnieniem z więzów nie jest tak odczuwalna, jak obiecywały to spodziewania. Przechodzę obok sali telewizyjnej. W jej fotelach przysiadło paru; wpatrują się w rozmigotany pstrokacizną barw ekran bez nadmiernego przejęcia, wyłączeni z uczestnictwa w dziejowym pochodzie na podobieństwo wykolejonego pociągu. Idę dalej. Do decydującego o uzewnętrznionych działaniach rozpatrywanego przypadku wnętrza można dotrzeć. Wielu zresztą oddaje się udzielaniu pomocy owładniętym przez marazm, a to podług uświęconej niezmiennym uznaniem sił opiniotwórczych zasady, że wdzięczność ludzka jest najbardziej ubogacającym rodzajem zapłaty. Kiedy pomożesz innym, zapomnisz o tym, że sam pomocy potrzebujesz. Idę więc. Tylko na razie nie pomagam nikomu niczym. Żadną trafiającą do przekonania ideą, w myśl której „żyć” przestanie oznaczać „oczekiwać na śmierć”. Postulowałem już chyba, że zajęciem godnym człowieka jest jedynie przedsiębranie kroków na drodze ku zgłębieniu tajemnic mechanizmów, na których wsparty jest wszechbyt, ażeby móc wypracować strategię rozumnego postępowania w nim, bo to równa się szczęściu. Szczęście jednak pociąga za sobą cierpienie, bez którego byłoby nieodczuwalne; jak uciec od obowiązujących każdą bytowość relatywizmów, skoro ich niewzruszoność tylko przy pierwszym zetknięciu wydaje się czymś, przy czym będzie znośnie, a nawet przyjemnie, trwać przez lata – wieczność (czy prawomocnie?) zarezerwowana dla Absolutu. Tak więc spaceruję oddziałowym korytarzem, wypatrując przy okazji (głównie przecież chcę teraz zażyć, uniemożliwionego mi dotąd od dwudziestu godzin, ruchu) dróg ewentualnej ucieczki. Pocieszam się poczynionym odruchowo odkryciem, że z pewnością łatwiejszym zadaniem jest ucieczka stąd niż, gdybym miał poszukiwać takiej w odniesieniu do rzeczonych wyżej relatywizmów. Cóż, okna tutaj nie są zastawione kratami, zaś poziom oddziału to niewysoki parter. Prawda, że trudno przypuszczać, że szyby te odlano ze zwykłego, tłukącego się szkła. Tutabon jest biednym afrykańskim krajem; ludzie tu może biologicznie silni i nawet inteligentni, ale brak tradycji koncepcyjnej pracy nad przemysłowymi technologiami i brak sąsiadów, od jakich w przeciwnym razie możnaby te dające materialne bogactwo technologie „zrzynać”, powoduje, że Tutabończycy z biedy nie wydobędą się pewnie nigdy. Tym niemniej o zdrowie psychiczne obywateli – widać – tutaj się dba. Może załatwiły to dotacje z międzynarodowych organizacyj psychiatrycznych? Może – jakiś pozytywnie zakręcony sponsor? A może plexi po prostu nie jest tak drogie, by robić z tego problem? Wielokrotnie, zanim jeszcze taka groźba nade mną zawisła, rozmyśliwałem nad kwestią, jak uciec z więzienia. Było to wyrazem mojej przezorności, by zawczasu wypracować oryginalny projekt zaradzenia kłopotowi, jaki teoretycznie może mnie przecież dotknąć, chociaż łamania prawa niby nie pochwalam i ten rodzaj twórczości, jaki za swój sposób na życie obrali sobie złodzieje i hochsztaplerzy, uważam za niezgodny z generalnym posłaniem człowieka. Mówię wprawdzie, że zło jest podszewką dobra i że zło musi zawsze dobru towarzyszyć, ponieważ właśnie rozszczepieniu na dwa te składniki naturalna nicość zawdzięcza swe przeistoczenie się w byt. Ale, na ile jest to możliwe, staram się spełniać w twórczości skierowanej do ludzi uczciwych, pozostawiając innym doskonalenie idei i praktyki wywyższania złoczyńców. Złoczyńcy nie chcą podporządkować się, nudnym dla nich i wręcz według nich zaprzeczającym znaczeniu pełni człowieczego życia, regułom życiowym „uczciwych frajerów”. Idąc za „pierwszą myślą”, powiedziałbym, że dla mnie nędzą jest obywanie się w rytmie swojego dnia bez rozmyślań o zadaniach kosmicznych rodzaju ludzkiego, budowaniu przezeń dróg do takiej rzeczywistości, gdzie nikt nikogo wreszcie nie będzie krzywdził, gdzie wszystko będzie idealnie współgrać, a dotykające nas do dziś dnia przekleństwa będą, jeśli nie zażegnane na stałe, to skutecznie zażegnywane doraźnie. Solą historii jest konflikt, który ty chciałbyś wyeliminować! – powie ktoś zdolny do bohaterskiego boju, a niezdolny do odnalezienia się w projekcjach intelektualnych. Odpowiem na to, że czas, który nadszedł, przyniósł poznawczy, technologiczny i w ogóle cywilizacyjny postęp tak wielki, że dostosować doń winna się i mentalność ludzka! Głęboko wierzę, że wreszcie powstaną literackie dzieła, którymi popłynie ku masom, mającym wciąż w głowie co innego, wzór bohatera aktualnej współczesności! Nie tej, do której – z braku innego atrakcyjnego wzoru – nawiązuje uparcie dydaktyka wszystkich dotychczasowych historycznych epok! Współczesność Hektora i Achillesa! Wojowanie mieczem i decydowanie się na walkę, w której, że ktoś zginie, mamy zagwarantowane! Gdy nam za ciasno, tęsknimy za tym, by ktoś zginął, bo wtedy zrobi się luźniej. Lecz nam czy nie za ciasno od zalegających ulice pamięci trupów, których zabójców – błędne koło! – chcielibyśmy zepchnąć w otchłań… sprawiedliwości?! Jeśli nie stawimy zbrojnego oporu, wróg zarżnie nas jak rzeźnik barany, nauczone przez fałszywego proroka fałszywej cnoty: pokory? Otóż nie jestem przeciwnikiem konfliktu. Ale niech ten konflikt rozgorzeje na płaszczyźnie intelektualnej i niech jego przedmiotem będzie… wielka przyszłość człowieka! Jakich sposobów trzeba użyć – tych, czy innych – i kto personalnie ma w tej operacji odegrać jaką rolę, by taka przyszłość kiedyś stała się teraźniejszością. Chyba bowiem każdy chce uczestniczyć w czymś wielkim – przynajmniej do chwili, gdy uzmysłowi sobie, że wielkość zobowiązuje. Wielu ucieka od odpowiedzialności, doświadczywszy jej trudnych do spełnienia wymogów. Ja sam, po nieudanym wypróbowaniu swej mocy oryginalnego zagrania w kłopotliwej sytuacji rzeczywistości bezpośredniej, uznałem, że stać mnie na odpowiedzialność jedynie w świecie ułudy, zwanym z cudzoziemska fikcyjnym. To prawda, że, propagując ten świat, robię tak, jakbym chciał zanegować twardą logiczność, jaka przynosi przysłowiowe wymierne efekty konsumpcyjne i organizacyjne w świecie innym: tym, który stanowi – bez potrzeby wzajemności ze strony „mojego” świata – podstawę i istotę jedynej bytowości godnej walki na śmierć i życie. Być to może, że gdzie indziej ja taką walkę obśmiewam i że tutaj okazuje się, że jednak nieznany mi superlatyw o większej ekspresji. Być to może, zapewne. Jednak byt „twardy” to znamię przyziemności. Obracając się w – słowo „krąg” byłoby tu chybione, tak samo „sfera” – k o ł o w r o c i e   wielkości przyzerowych i przynieskończonościowych, jakie są skalą wszechistnienia, a może czegoś jeszcze ogólniejszego niż wszechistnienie, dotykam abstrakcji tak pogłębionej, że mogę swobodnie pozwolić sobie tu na okazanie dumy. Myśląc o całości bytu, poruszamy się po terenie niepewnym, gdzie wszystko w każdej chwili może runąć, rozpaść się, rozwiać. Jeśli jednak możemy powiedzieć „na pewno”, że „zwykły stół ma cztery nogi, na których stoi”, to sprawa „stojącego” na nie wiadomo ilu wymiarach wszechbytu jest tak mglista jak fantom, tak umyka normom logiki i wyobraźni (wypracowanym przecież dla potrzeb umysłowych ludzi zdolnych nimi się posłużyć, ale na podstawie metafor wyjętych z codzienności dzieciaczka), że trzeba ją uznać za temat fikcyjny. Nie wynalazłem realistycznego sposobu na wydostanie się z domu niewoli; pewnie, że czymś takim nie sposób się chwalić, ponieważ nie zabraniałem tu sobie uzyskać sukcesu, nie hamowały mnie tutaj jakieś przysłowiowe względy natury moralnej, tylko postawionemu zadaniu zwyczajnie nie sprostałem. Jedno fiasko mogłoby mnie zmiażdżyć – w przypadku, gdybym upierał się, że dotyczyło ono celu mojego życia. I w jakimś sensie tak było. Postawiłem sobie już jako dziecko za punkt honoru, że – w praktyce podwórkowych bójek i innych sportowych zabaw stale poniżany – udowodnię, iż teoretycznie jestem w stanie znaleźć radę na każdą przeciwność losu, do czego sprowadza się przecież myślenie. No, ale ciąg dalszy wspominek odłóżmy może na potem. Mówię tu wprawdzie o sobie (a to po to, żeby czytelnik mógł z moimi zestawić porównawczo swoje życiowe motywacje), ale ja – to nie tylko przeszłość. „Kto się stara, / ćmi cygara”. Nie jestem na razie dziadem do tego stopnia, by żyć jedynie smakiem cygar dawno wypalonych.

            Chodzę tym korytarzem jeszcze nie tak długo, a już pragnę odpocząć. Oczywiste, że konstatuję to z niezadowoleniem, jako niepoprawny marzyciel o wyeliminowaniu śmierci tudzież starości (z jej wszelkimi przejawami) z życia jednostki ludzkiej. Pójdę do telewizyjnej. Na oddziale nie ma wielkiego wyboru: spacerować korytarzem, przysiąść w telewizyjnej, lec na łóżku – wszystko. Zastanawiałem się niegdyś, skąd słowo „plecy”. Wywiodłem, że od „polec”. Lec, polec. Gdy ktoś polegnie, to najczęściej leży na plecach. Przodkowie dzisiejszych Pyryjczyków z okresu, kiedy powstawały podstawowe słowa, musieli zatem na co dzień mieć do czynienia z wrogiem, stawać w polu. W dawnych czasach zresztą pacyfizm w ogóle znamionował jedynie plemiona uznawane w walczącym świecie za zbiorowiska niedołęgów. Ludy „miłujące pokój” popadały w zależność od obcoplemiennych obrońców, którym regularnie wypłacały haracz i dla których stały się dodatkowym źródłem zarobku jako sprzedawani przez nich, a to panom z przodujących mocarstw, niewolnicy do najgorszych posług. Myślenie przydawało się do wynajdywania niekonwencjonalnych sposobów zaboru czyichś ziem, czyjegoś majątku. Szczęście jednych bierze się z krzywdy drugich. Jest tak do dzisiaj i małe są dane po temu, by tę zasadę coś złamało w dającej się przewidzieć przyszłości. Chyba, że zdecydujemy się żyć na własny koszt. Ale jak to zrobić, skoro samo życie jest to przecież ruch – wzrastania i trawienia pokarmu, który trzeba zdobyć nie tylko to, że w naszej zewnętrzności. Znajdujemy nasz pokarm w tkankach stworzeń do nas podobnych, co jakoby tłumaczy niezawiniona przez nas konieczność rywalizacji, w trakcie której i my przecież wystawiamy się na ryzyko przegranej: stania się pokarmem naszego współzawodnika. Ja jednak nawoływuję do prób otrzymania odpowiedniego pokarmu dla ludzi na drodze syntezy chemicznej! Niech się okaże nawet, że umiejętne komplikowanie struktury chemicznego związku doprowadzi do otrzymania prostej struktury biologicznej; wtedy będziemy mieli czarno na białym, że życie widocznie nie jest czymś aż tak cennym, by je chronić jak skarb! Inna rzecz, iż także to, co zwykłe, może się nadzwyczajnie rozwinąć dopiero w toku miliardów roków. Tak ogromna porcja czasu może nam, jako zwieńczeniu tego, co w swych początkach było zwykłe, już nie być dana. Dochodzi jeszcze kwestia zważonych doświadczalnie dusz ludzkich i zwierzęcych; zaimpregnowane nimi ciała są może w ten sposób wzbogacone o jakiś element do życia niezbędny? Bo trudno chyba przypuszczać, by jakąś, choćby najmniejszą, duszę posiadał nieożywiony chemiczny pierwiastek? No nic. Przysiadłem w tej telewizyjnej i pomyślałem, że na ekranie pojawi się zaraz jakiś obrazek z Pyrii. O dziwo, tak się dzieje! Światowe telewizje nie zwykły niestety dawać migawek z tak nieciekawych terenów jak pyryjski – przy innej okazji niż tylko okazja wielkiej katastrofy.

            Tym razem szczęśliwie tłumy na ulicach Schizogrodu zgromadziły się nie, żeby protestować przeciwko nieudolnym poczynaniom rządu czy, jak chce opozycja, przeciwko jego „wręcz antynarodowej” polityce. Już 20 roków temu nasz kraj wkroczył na drogę systemowych przemian; dotąd solidaryzował się z biednymi (czemu między innymi i Tutabon zawdzięcza darmowe wykształcenie swoich studentów na pyryjskich uniwersytetach), teraz przeżywa kłopoty z dostosowaniem się do bogatych. W związku z tym ostatnim, wielu Pyryjczyków jest niezadowolonych. Stąd też spektakularne demonstracje przed siedzibami lokalnych, a zwłaszcza centralnych, władz poszczególnych resortów, ponieważ, jak wiadomo, rasowy Pyryjczyk woli ze swoją sprawą iść od razu „do głównego ołtarza” i cięgi za wszystkie (swoje i cudze) grzechy zbiera premier. Zbiera, a raczej zbierałby, gdyby cierpiętniczo uległ presji i oficjalnie nie wyznał, że jeśli miałby brać pod uwagę głosy kierowane doń z zewnątrz, to brakłoby mu czasu na pracę. To jasne, że pracą premiera jest przygotowywanie i wygłaszanie przemówień, w których musi pobrzmiewać ton, że szef  rządu panuje nad sytuacją. Pańskie oko konia tuczy – znamy to przysłowie. Kiedy bezradny szary obywatel widzi, że ktoś niebezradny od czasu do czasu obejmuje go swym pańskim spojrzeniem, jest uspokojony. „Ja w tym wszystkim nie dostrzegam sensu, ale wiem, że nad mym losem czuwa osoba bystrzejsza ode mnie, która temu wszystkiemu ład i skład nada i której mogę zaufać”. Bynajmniej nie chcę tu podkopywać zaufania mego czytelnika, jakie żywi on do rządzących. Jednak to, że dany polityk czuje się opatrznościowym mężem wynika najczęściej (albo i zawsze) z zaślepienia takiego człowieka niebezpiecznym dla wielu urojeniem, że wie on na pewno, co w sprawach państwa należy robić. Jedno żyje kosztem drugiego. Walka, którą podejmujemy lub w którą bywamy wciągani, uznawana jest za „słuszną” – o ile prowadzi do zwycięstwa. A zwycięstwo jest to sytuacja, gdy na pokonanym przeciwniku żerujemy. Gdy pokonanego przeciwnika zniewalamy. Gdy nad pokonanym przeciwnikiem wykazujemy swą wyższość, co jest równoznaczne z jego poniżeniem. Kiedy ktoś taki jak na przykład ja stale w rozgrywkach z innymi ludźmi przegrywał, był przez nich za życia zjadany, to nie dziwota, że w końcu miarka się przebrała i… oszalał. Niby rywalizacja jest to jedyny sposób na wywiązanie się w ludziach aktywności. I nie tylko w ludziach: we wszelkich biobytach. Nawet zwykła rozmowa – o ile nie jest zmaganiem się na racje, w którym każda ze stron  forsuje swoje stanowisko, zmierzając do udowodnienia, że racje adwersarza są fałszywe – staje się zajęciem tak przykrym dla obu stron, że widzimy, iż czym prędzej należy się pokłócić. „Tortur niestety nie da się uniknąć – jak rzecz ujmował pewien satyryk. – Ale możemy, spośród kilku, wybrać sobie najmniej znienawidzonego przez nas oprawcę”. Satyra jednak jest to zwalczanie – poprzez wystawienie na śmieszność – sprawców  różnorakich nieprawidłowości. A to nie jest żadna nieprawidłowość. Są to właśnie prawidła międzyosobniczego współistnienia, dotyczące także zwierząt, a bodaj i roślin. Jest ratunek przed stanem ciągłej wojny. To obłuda i kłamstwo. Lecz, żeby całkowicie nie stracić orientacji, zachodzi konieczność wtopienia w obłudę i kłamstwo minimalnej porcji pierwiastka prawdy. Na tym tle widać, jak nierealistyczna była sugestia Jezusa, który, propagując styl życia skromny i nastawiony nie na dobra „doczesne” (przez co w jakiś sposób „gorsze”), mówił jednocześnie, że prawda nas wyzwoli, czyli – chyba – pozwoli nam żyć w takim skromnym, pokornym i zanurzonym w Bogu trybie. Tymczasem przecież – to wynika ze słów już moich – prawda antagonizuje! Mówiłem już, że kto zdobywa się na szczerość, musi być przygotowany na to, że na tej lub innej sali rozpraw (a takich wkrąg pełno!) zostanie mu postawiony zarzut oszczerstwa! Sprawcą zaś tego, że nikt (poza wciąż zwyciężającymi) nie jest zadowolony, bo generalnie złe są same już prawidła współbytowania, kto być może z takich, którym wolno nam cokolwiek zarzucić? Także nikt! Bo kto jakikolwiek zarzut ośmieli się postawić… Bogu! Dlaczego jednak mówiłem, że nie ma mężów opatrznościowych. Dlatego, że taki zawsze tylko jednych nakieruje na zakosztowanie w satysfakcjach! Dla drugich ta „opatrznościowa” ingerencja będzie zubożeniem i upokorzeniem, popadnięciem w niewolę, upadkiem i ostatnim doznaniem, któremu na imię (własna tych drugich) śmierć. A przecież czyżbyśmy naprawdę musieli, a to w celu niby wyjścia z marazmu w stronę przynoszącego widome efekty uaktywnienia, antagonizować się w obrębie naszej, integralnej jakoby, ludzkiej wspólnoty? Poszczególne narody, przebywając „odwiecznie i wieczyście” w nadanej im „historycznej” rzeczywistości bandyckich „świętych” wojen, proszą Boga, by Ten, w „nieuniknionych” rzeziach kolejnych, im błogosławił. To ma być rola „Opatrzności”? Przecież przebłagalne ofiary o pomyślność w wojnach rękoma swoich szamanów przyjmowali też i pogańscy bożkowie! Gdy tymczasem Hegemon religii dzisiaj przodującej części świata pisze się (rękoma swoich, kierujących się zmysłem moralnym, oświeconych kapłanów) być prawodawcą uniwersalnym! Czy Jego wolą ma być pozostawienie wszystkiego po staremu? Czyżby nie umiał wynaleźć dla nas, będących Jego, jak nie spadkobiercami, to w każdym razie ulubieńcami, innej treści życia jak podzielenie nas na dwa, wrogie sobie, obozy i nakazanie im: „bijcie się, a Ja wam będę błogosławił, ażeby wasz bój był sprawiedliwy”?! Domyślić się, o co chodzi Bogu, może jest trudno osobom, które, stawiając Mu w modlitwie pytania, są sparaliżowane Jego autorytetem. A to może Najwyższy tego właśnie chce, żebyśmy  s a m i   w   J e g o   i m i e n i u    zmierzyli się z problemami wyznaczenia nowych celów i wypracowania nowych środków, poprzez które owe cele mamy osiągać? Skoro bowiem Bóg milczy, niech zastąpi Go ktoś, kto przedstawi oryginalną wizję generalnej przemiany świata – w miejsce twórczej a satysfakcjonującej pracy ludzi nie stawiając, metodycznego czy robionego w szale, niszczenia człowieka przez człowieka! Choć widzę, że wpadłem tu we własne sidła: wypracowująca istnienie symetria bierze się przecież z antagonizmu jej przeciwstawnych sobie biegunów. Więc może antagonizmowi jesteśmy przypisani, o ile chcemy istnieć? Antagonizm jest realny (a tym samym realny jest byt), gdy antagonistami są byty poszczególne „o porównywalnej gęstości”. Tak więc trudno przypuszczać, by rolę powołującego do istnienia antagonizmu pełniła nienawiść, jaką człowiek żywi do swych przekleństw, chociaż one też (jak bakterie tyfusu, dżumy, cholery) są realnymi bytami poszczególnymi. A jeśli nie? Jeśli ich podobieństwo do nas jest wystarczające? Wtedy trzeba wiedzieć, że realizacją tego antagonizmu chybioną będzie samo „zianie nienawiścią” wobec tych, co by nie mówić o nich złego, form życia. Ludzie nie są, w przeciwieństwie może do mrówek, obdarowani przez Naturę, Boga lub czynnik dotychczas niezidentyfikowany o wiadomej funkcji – zmysłem samoorganizacji.  Zaistnieje więc pomiędzy co ambitniejszymi jednostkami rywalizacja o to, kto walką człowieka ze złem ma kierować. Idealnym rozwiązaniem byłoby tutaj wywalczenie władzy przez jednostkę o nieograniczonym potencjale intelektualnym i moralnym. Wcielony w człowieka Bóg. Tylko On mógłby zaradzić kłopotom w tej nowej, choć na razie hipotetycznej, sytuacji.