marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 6th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 26

Jest sanitariusz Albodama. Podchodząc do mnie, zagaja:

            – Cieszysz się, Plux? Jest z czego. Doktor Kipel to nie byle gracz; skoro udało ci się przekonać go co do swojej poczytalności, to oznacza to, że dostrzegł w tobie coś, czego ja nie stwierdzam… Bo co ty sobą przedstawiasz, Plux! Jako blagier, przejawiasz za mało sprytu;

jako humorysta, wymagasz od słuchacza zbyt piramidalnej domyślności; jako erudyta, zbyt często nawiązujesz do wiedzy nigdzie nie sformułowanej. Ot, co.

            Albodama wyswabadza mnie z więzów, a to awans w szpitalnej rzeczywistości – nie w kij dmuchał. Tym niemniej właśnie w tej dobrej dla mnie chwili doznaję przykrego uczucia odpływu wiary w siebie. Ci wprawdzie, którym nie dano zdolności do obrony przed atakami czynionymi na sposób prostaczy, odnajdują się niekiedy w tyglu ciemiężeń sposobionych wręcz po mistrzowsku. I wydawało mi się, że ta ostatnia to jest właśnie moja kraina. Ale, żeby móc zmagać się z ludźmi o dużej i uporządkowanej wiedzy, zamiast operować w pseudoproblematyce właściwej prymitywom, trzeba wprzód wśród tych pierwszych się znaleźć. Otóż zwiedzałem już przedpokoje pałaców i zachowałem się tam niestety na tyle głupio lub bezbarwnie, że musiano uznać, że nie zasługuję na wpuszczenie mnie do komnat. Gdzie więc te moje rzekome zwycięstwa nad mistrzami? Odpowiem na to, że mój temperament jest dobry na prowadzenie rozmów metodą „książka za książkę”, nie na rozmowy rozbrzmiewające w salonach. Rozwodzę się zaś nad sobą i swoją psychologiczną konstrukcją dlatego, że jestem badaczem natury ludzkich motywacyj, celów i stanów świadomości; chcąc je wyszczególnić i uporządkować, muszę na czymś się oprzeć, więc nie ma w tym nadużycia, że za punkt oparcia i źródło wiedzy wybrałem kogoś, kogo najlepiej znam. Możliwe, że przy tym jestem egoistą, który poza sobą nie widzi świata i zainteresowanie sobą przedkłada nad wszystko inne. Ale ostatecznie mógłbym rzucić w diabły i ten rodzaj aktywności, swoją dobrą samoocenę budując na silnym domniemaniu, że to dla takich właśnie jak ja stworzono cały ten wszechświat, ponieważ, gdybym z niego nie czerpał (cóż stąd, że niczym się nie odpłacając?), to on byłby czymś już zupełnie bezużytecznym. Skrupuły, jakie mam co do własnej bezproduktywności, powiodły mnie już w młodych moich latach ku dwóm dokonanym samobójstwom. A przecież wielu jest i takich, którzy bez skrupułów wykorzystują stwarzane im szanse na życie w nieróbstwie i w bezmyślności! O co mi chodzi? Chcę, żeby ci ludzie odstąpili od przynoszących im fałszywą ulgę telewizorów i jak ja się „zdrowo” zamartwiali? Czy nie było by nadmierną fanfaronadą spodziewać się, że z ludźmi będzie tak, jak być powinno, i zaczną wreszcie być sprawiedliwi?

            Lecz i oto zostałem przez Albodamę rozwiązany. Zbieram się z łóżka, wstaję.

            – Co sobą przedstawiam, Albodama, tego ty na szczęście nie musisz wiedzieć.

            – Zatem wiedzę o tym zachowasz dla siebie – drwiąco uśmiecha się sanitariusz. – Bo i kto poza mną na całym oddziale zechce tknąć ten „epokowy” temat.

            – Epokowe tematy przez ludzi przyziemnych nie są podejmowane nigdy.

            – W takim razie nudź się, Plux. Tylko pamiętaj: nuda potęguje schizofrenię. A tę swoją przypadłość powinieneś traktować poważnie. Jest bowiem jedynym zdejmującym z ciebie odpowiedzialność usprawiedliwieniem twoich niepoważnych zachowań. I poglądów.

            To powiedziawszy, Albodama opuszcza salę. Chcąc rozprostować członki spacerem po korytarzu, podążam za nim. Po raz pierwszy odczuwam, że tej nocy nie przespałem.

            Odrzucania w otchłań bezdennych śmietników – wrażeń zbyt pospolitych, banałów zestawianych na sposób mało paradoksalny. Upajania się wspomnieniami własnych przewag nad biedakami takimi samymi jak my. Żyjący nadzieją cudownego przeistoczenia się w byt odnowiony i pozbawiony niedobrego dziedzictwa uporczywej chorowitości marzyciel stawia pierwsze przysłowiowe kroki na drodze ku, mogącej wszak przynieść spełnienie i najśmielszych pomysłów, niewiadomej.

            – Zmieniłeś zdanie i chcesz pogadać? – odwraca się na korytarzu dogoniony niechcący Albodama. W głowie mam pustkę, mimo że serce, siedziba jakoby uczuć, napełniła radość z odzyskanej po części wolności. Patrzę na niskiego sanitariusza trochę nieprzytomnie.

            – Pogadamy może później. Teraz wyszedłem po prostu na przechadzkę.

            Młody mężczyzna w białym kitlu robi minę mającą oznaczać tyle, co zwrot „nie wiesz, co tracisz”, znikając następnie w drzwiach „pokoju dla pielęgniarek”, który nie jest gabinetem zabiegowym, tylko miejscem pewnej prywatności tych pracownic publicznej placówki. Idę korytarzem dalej. Człowiek pragnący dokonywać zmian, a takim piszę się być, w pierwszym rzędzie poszukuje obiektów wymagających zmiany w trybie pilnym. Toteż – obojętne, gdzie by się nie znalazł – jest zmuszony do wartościowania. „To można zostawić w spokoju; to od biedy ujdzie; to trzeba zmienić, ale nie w pierwszej kolejności; to należy zastąpić innym obiektem koniecznie i natychmiast”. Zapewne nie ja jeden oceniam wchodzące mi w pole widzenia, słuchania, dotykania, smakowania czy wąchania – rzeczy. Wielu jednak, stwierdzając, że taki to a taki jest ich stan, przyjmuje, iż to, co zastali, takim, jakim „odwiecznie” – widać – jest, „na wieki” pozostanie, a tylko niewielu pomyśli, że to i owo można by tu usprawnić, zmodyfikować lub zastąpić czymś wygodniejszym, milszym oku, stwarzającym większe szanse na – powiem tu w przenośni – przejście od orki wołami do zestawu pługów pociąganych przez traktor. Cywilizacyjnemu postępowi zawdzięczamy ulżenie doli i zminimalizowanie niebezpieczeństw, na jakie w postaci spektakularnej narażony był człowiek przez dziesiątki, setki tysięcy roków. Roków, a nie lat, ponieważ lato jest to tylko jedna z czterech pór roku, czego niestety przyjęło się nie dostrzegać, lecz na szczęście łatwo powrócimy do poprawnej formy. Osobiście wiek rodzaju ludzkiego szacuję na osadzony w nieporównanie głębszej przeszłości; dlaczego tak sądzę, wyjaśnię później. Co do tych niebezpieczeństw dawno minionego czasu, to tak totalnie weszły nam one w krew, że, mimo iż na poważnie pożąda ich dzisiaj chyba mało kto, to ich względnym brakiem w naszym codziennym życiu jesteśmy zwyczajnie zaniepokojeni i pozwalamy sobie odetchnąć dopiero po obejrzeniu filmowego horroru. To jednak, jak myślę, tylko połowa prawdy. Sztuka piętnująca przemoc w rzeczywistości tę przemoc propaguje, choćby chęci autorów i realizatorów takiej produkcji były jak najbardziej zbożne. Odbiorca wszelkich obrazów (w tym w dużej mierze telewizyjnych i kinowych) jest po prostu przez nie programowany jak komputer i działania, które widział na ekranie, o ile tylko jest w stanie to zrobić, powtarza w danych mu do zapełnienia realiach swego życia. Czyżbyśmy jednak byli niezdolnymi rozróżnić, co warto nam naśladować, a co jest jedynie, mającą posłużyć nam jako niezobowiązująca rozrywka, mistyfikacją – maszynami? Temu, że maszynami nie jesteśmy, byłbym skłonny tylko z radością przyklasnąć. Cóż bowiem jest nieprzekraczalną funkcją maszyny? Otóż, zgodny z zamysłem jej konstruktora, ograniczony wymiar zastosowań i działań oraz niezdolność do rozwoju tudzież sprawiania pozytywnych niespodzianek. Innymi słowy: funkcją maszyny jest pełnienie schematu i niezdolność do wykraczania poza schemat. Niestety wiele przemawia za tym, że wyrokowi skazania na schemat się wiernopoddańczo podporządkowujemy, co gorsza, uznając za mędrców tych, którzy tę rzekomą konieczność głoszą. Wnikanie w tajemnice natury, chociażby naszej własnej, ludzkiej, przynosi efekty pewnie kontrowersyjne, ale jak miałoby być inaczej, skoro wszystko, co wzbogaca, musi być obarczone kosztem, który w innym sensie nas zubaża? Coś, co jest lepsze niż nic, musi być zrównoważone czymś, co jest gorsze niż nic – zapewne i ta konstatacja nie zasługuje na nic więcej aniżeli na potraktowanie jej jako schematu, który, wedle mych własnych słów będący czymś innym niźli maszyna, człowiek winien transcendować. Pewniki wszelako są z samej definicji nie do ruszenia; może z nimi, i to też tylko na krótką metę, nie liczyć się tylko Bóg.

             Ale nie grzęźnijmy w teoretyzmy. Powiedziałem wyżej, że jest tylko połową prawdy tłumaczenie naszego poszukiwania okropieństw w sztuce – względami przekazanego nam w genach przyzwyczajenia się do nich praktycznie całego łańcucha pokoleń naszych przodków. Uznajemy podświadomie, że opowieścią bezprzedmiotową jest przedstawienie, którego zwieńczenia nie stanowi fizyczne unicestwienie kogoś, kogo autor dzieła swoimi manipulacjami na terenie naszej, skłonnej ulegać sugestii, psychiki nakazał nam znienawidzić. Mój, nieżyjący już, stryj wyznał mi niegdyś, że osoba X to nie jest polityk „z prawdziwego zdarzenia”; nie spytałem go wówczas, jak ten zwrot rozumie. Domyślam się, że nawykliśmy za „prawdziwe zdarzenie” uznawać krwawe zajście, bezwzględne rozprawienie się z, nienawistnym i nam, przeciwnikiem. Niedopuszczenie do krwawej rozprawy, pod warunkiem, że nie my „mamy” w jej wyniku zginąć, wydaje się nam tego smakowitego kąska, tego „prawdziwego zdarzenia”, nas pozbawieniem. Ciasno nam; gdy ktoś ginie, robi się luźniej. Nie ukrywam, że chciałbym to zmienić. A widzę możliwość wyjścia spod panowania takiej filozofii – nawet, jeśli  odwiecznie, aż po chwilę obecną odpowiada jej analogiczny układ w rzeczywistości praw – obowiązujących niby ponad wolą ludzką. Widzę tę możliwość w przeniesieniu zainteresowań światowego społeczeństwa z kibicowania ulubionym kuglarzom, którzy, poza budzeniem sympatii do siebie, nie stymulują ludności miast i wiosek do zawierzenia jakiejkolwiek twórczej idei – na uczestnictwo w procesie wspólnego formułowania niezauważanych oczywistości, co byłoby zajęciem i przystępnym, a więc zdolnym objąć najszerszy krąg adeptów, i pasjonującym, a więc władnym oddalić nudę, ten najgroźniejszy rozrusznik zapędów nihilistycznych. I tu jak nieproszony, ale dokładnie wypełniający powstałą lukę, potrzebny gość – pojawia się pytanie: „o co mi chodzi?”. Kiedy człowiek odejdzie zbyt daleko od rywalizacji z innymi o dobra, staje bezradnie wobec problemu niemożności poczynienia kroku – tak na drodze myśli, jak na drodze – by sięgnąć po neologizm – spaceratywnej. Drogi nie obrosłe życiodajnymi kontekstami, do jakich nawykliśmy liczyć zaspokajanie głodów zmysłowych, intelektualnych i mentalnych, są mało utarte i lepiej byłoby je zwać po prostu bezdrożami. Bezdroża zaś przez normalnych, a więc takich, co to nie chcą połamać sobie nóg ani skręcić karków, ludzi bywają na ogół starannie omijane i stanowią domenę osobników wyjętych spod prawa, choć zbłądzi na nie czasem i poszukujący, powiedziałby ktoś, nie wiadomo czego pojedynczy wariat. Najczęściej obracamy się w kręgu tego, co znane do obrzydliwości, aczkolwiek niewymagające pracy pionierskiej. Chodzi mi o to, żeby te niezaludnione obszary zagospodarować dla działań ludzkiego rozumu, występując odważnie przeciwko panoszącemu się butnie sloganowi o rzekomej jałowości tematów, które wyszły dawno z naukowej mody. Wydaje się nam, że nasze mechanistyczne trwanie może ożywić jedynie rywalizacja, której kwintesencją są wojny, lecz także – walka dobra ze złem, a więc zbrojnego ramienia wszystkich uczciwych ludzi (policji) z bandytami. Zrozumiałe, że taki rodzaj rywalizacji, gdzie stawką jest twoje własne fizyczne życie, wyzwala siły, do których byś się darmo odwoływał, grając na przykład w ping-ponga. Jednakowoż ludzie o słabym instynkcie życia, preferujący natomiast myślenie i wyobraźnię, imperatywem „zabij, bo jeśli nie, to sam zginiesz!” są paraliżowani. Wprowadzony dawno temu w Pyrii i gdzie indziej, na miejsce ustrojowej rywalizacji o dobra, system nakazowo-rozdzielczy jednak zawiódł. Trwał kilkadziesiąt lat, więc może nie zawiódł, tylko oddziałał, odegrał swoją rolę i się zestarzał, po czym naturalną koleją rzeczy, spełniwszy się, ustąpił Nowemu. Już mniejsza z tym, że Nowe, z braku innych wyrazistych propozycyj, musiało być czymś jeszcze starszym. Konserwatysta powie, że to, co nowe, zawsze jest podejrzane, i że trzeba pielęgnować stare cnoty – zamiast emocjonować się nowinkami, ponieważ taki nowy pomysł musiał niby powstawać w dziejach dokonanych wielokrotnie i, gdyby praktyka zweryfikowała go pozytywnie, pamiętano by o nim i korzystano by zeń do dziś. Dziś jednak mamy inny kontekst dziejowy. Wynalezienie tysiące roków temu okularów, umożliwiających krótkowidzom ostre widzenie z daleka, musiało się wówczas, gdy nie znano jeszcze szkła, wydawać wynalazkiem bez znaczenia. Patrzący przez taflę przejrzystego lodu wynalazca wiedział jednak swoje. Tak i ja, znajdując prowizoryczne rozwiązania problemów uznawanych powszechnie za nierozwiązywalne, swoje wiem. Co zaś do mojego krytycyzmu wobec napotykanych obiektów: oddział dla niebezpiecznych psychiatrionu w Adreys oceniam za architektonicznie udany, pod względem rozplanowania przestrzeni i nadania jej miłych oku ram – niczego bym tu nie zmieniał. Niezadowolenie może budzić jedynie fakt, że dobry gust projektanta i staranne urzeczywistnienie jego wizji służą czemuś takiemu jak więzienie dla niewinnych. Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą – przy okazji formowania się sprawnie funkcjonującego społeczeństwa powstaje pewien odsetek ludzi, którzy, mimo swej niewinności, aby wpisać się w byt społeczny, potrzebują okresowej pomocy medycznej i psychologicznej. Osobiście twierdzę, że rodzaj ludzki jest w prostej linii spadkobiercą Czynnika, który siłą swej superinteligencji znalazł sposób (lub kombinację sposobów) na wyprodukowanie w preegzystencji z nicości (której wedle mojej teorii bytu i realnego niebytu – musi towarzyszyć jakiś antynomiczny quasibytowy kompan) czegoś tak do niej niepodobnego jak bytująca wszystkość. To boskie dziedzictwo różnym ludziom przypadło w różnym stopniu, niektórym – ponad miarę. Nie jest więc niczym dziwnym, że ktoś, kto zmaga się na co dzień z ciężarem świadomości i obowiązkiem wytyczania nowych a sensownych dróg wszechbytowi, cierpi na awarie aparatu myślenia częstsze i poważniejsze niż ten, kto na przykład przez pięcioroczną kadencję będzie ponosił odpowiedzialność za stan i pomyślność państwa – dajmy na to – takiego jak Pyria. Nie wszyscy psychici wprawdzie są myślicielami i nie każdy z nich nawet z problematyką wagi ciężkiej w ogóle się zetknął. Ale to właśnie nierozłączna z takim człowiekiem anomalia i jego zmaganie się z nią daje mu dostęp do dziedziny doznań obfitującej w takie psychiczne nastroje, które są znane normitom jedynie w razie zawędrowania ich w miejsca, gdzie człowiek normalny zmuszony jest przeżyć swoje, dotykające go rzadko, doznaniowe ekstremum. Wspiąć się na najwyższy szczyt Himalajów, zstąpić w batyskafie do głębin Rowu Mariańskiego, polecieć w, nieprzyjazny ludziom, pozaziemski kosmos – oto są wrażenia porównywalne z codziennością psychity w jego tak zwanej chorobie. Powie ktoś: prozaiczne pomieszanie zmysłów. Odpowiem: normita posiada sprawnie działające mechanizmy obronne, które redukują do rozsądnych granic ogrom atakującej go informacji. Do mózgu psychity tej informacji dociera więcej, więc przed tym nadmiarem broni się, przetwarzając go rozpaczliwie w nieskoordynowane decyzje i podejmowania działań, których logikę tylko on sam rozumie, przez niezorientowanych postronnych uznawaną za jakiejkolwiek logiki brak. Kochani normici! Jeśli danemu działaniu przypisujecie niecelowość lub niedostatek umotywowania względami rozumu, może to oznaczać, że jakiś, nawet potężny, sens w nim jest – tyle, że wam niedostępny! Cóż, ów nadmiar informacji przytłaczający psychitę bierze się też stąd, że prostodusznie przyjmuje on za prawdę wszystko, co mu się powie. Najprościej zdefiniować prawdę tak, że jest to obiektywny opis danej sytuacji historycznej, przesądzający, przy której z dwojga ścierających się w tej sytuacji stron pozostaje słuszność. Upieranie się przy słowach prawdy ratuje więc naszą orientację co do prawidłowości zachodzących w historii procesów, bez czego bylibyśmy zdani na łaskę i niełaskę przesądu, iż to, co się dzieje, stanowi tylko bezład, w którym nauki dla siebie nijak dochodzić. Otóż „fakt” ściśle normickiego odkrycia, że „praktycznie jest kłamać”, niezdolność mówienia nieprawdy – przy założeniu, że serwowanie psychicie fałszu i przez innych jest przezeń po prostu czymś nie do pomyślenia – zaświadcza o, powiedzielibyśmy, zasadniczym niedorozwoju psychickiej wyobraźni. Chorzy czy nie chorzy, o takich ludziach mówi się, że są po prostu naiwni. Budując wielokondygnacyjne gmachy wyobraźniowe – w oparciu o niewyselekcjonowany materiał, dlatego, że byle wiaterek konfrontacji te budowle im przewraca, zmuszeni są mieszkać w parterowych chałupinach. Ale naiwność psychity bierze się skąd? Cechujący go nadrozwój  w zakresie wiary w przyrodzone ludziom pozytywne możliwości opłaca niedorozwojem w zakresie przykładania wagi do błahostek, za jakie ma ludzką skłonność do kłamstw i matactw. Dzieje się tak na odcinku czasowym kształtowania się i funkcjonowania „pierwszej osobowości” młodego psychity, tej, jaką usiłują w nim wytworzyć młodzi rodzice i szkoła. „Druga osobowość” i następne, kiedy okazuje się, że w poznawanym przez psychitę społeczeństwie praktycznie nie ma ludzi pokroju Darwina i Kopernika, są natomiast sami, chodzący jak automaty, niewolnicy panującego obyczaju i mentalności, w tym nadający mu ton  przedstawiciele światka przestępczego – no więc ta „druga osobowość” jest już inna. Może zresztą, żeby mówić o psychitach w ogóle, jestem zbyt „podany ku sobie”; mogę opowiedzieć swój indywidualny przypadek, ponieważ jedynie siebie dobrze znam. Że się okaże wówczas, iż wielu innych czuje i myśli podobnie jak ja? O, nie bardzo się boję, że moje pisarstwo „pójdzie w lud”! Niekiedy ulegam wrażeniu, że skoro mam pozostać jego jedynym czytelnikiem, to z zamiaru stawiania na papierze tych znaków jeszcze przez długie dwa roki – lepiej by było mi już dziś ostatecznie zrezygnować. Ale człowiek musi czymś żyć; jestem zbyt przywiązany do siebie, by móc żyć życiem innej osoby. A moja osoba realizuje się przez pisanie – bez porównania doskonalej niż przez jakikolwiek inny rodzaj działalności. Tu może wrócę do zewnętrznych realiów psychiatrionu w Adreys, ponieważ co za dużo, to niezdrowo, a jeszcze chwila, i mielibyśmy w tekście potężną już dysproporcję w jego warstwach  składowych: akcyjnej i dywagacyjnej. Uprawianie tego płodozmianu robię nie tylko ze względu na czytelnika (w którego zainteresowanie śmiem liczyć, prawdę mówiąc, coraz to mniej), lecz także ze względu na siebie, ponieważ sama „czysta filozofia” w moim wykonaniu byłaby samoistnie podążyła ku gatunkowemu zwyrodnieniu (moje intuicyjne myślenie bardziej niż do kreślenia spektakularnych teoryj nadaje się do konstruowania  przebiegów procesów fantastyki jednak praktycznej), z kolei zaś „czysta akcja” wydaje mi się czymś zbyt treściowo ubogim. Tak czy inaczej, dajmy już może teraz przemówić faktom.