marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 5th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 25

            Lecz oto ordynator podchodzi już do łóżka, o którego poręcz wsparty stoi wytypowany przeze mnie do inwigilacji domniemany pirotechnik. Zamieniam się w słuch.

            – A co powie o aktualnym stanie swojej psychiki szanowny pan Amin Basnadar? – zagaja czołowa postać lekarskiego personelu tego oddziału dla niebezpiecznych. Ale Amin Basnadar? Gdzieś to nazwisko już słyszałem, muszę pogrzebać w pamięci.

            – Stan mojej psychiki jest dobry, lecz nie bardzo dobry, doktorze Kipel. Chciałbym, gdyby nie miał pan nic przeciwko temu, dopieścić go do tego najwyższego stopnia. W przeciwnym razie nie będę miał czego szukać w świecie ludzi normalnych – Basnadar, zwany dotąd przeze mnie Pirotechnikiem, sprawia teraz wrażenie osoby, której szpitalna niewola wydaje się milsza niż to zdaje się rozsądne. Co do rozsądku, to wprawdzie nie jestem jego najgorętszym zwolennikiem, tym niemniej i on pewną pozytywną rolę musi odgrywać, zgodnie z moją teorią wszechobecnej symetrii dobra i zła. Lecz tutaj dowiedzieliśmy się (ja i szanowny czytelnik), jakie nazwisko nosi sprawca mego uwięzienia. Kipel. To nazwisko akurat było mi dotąd chyba nieznane. I brzmi chyba nie bardzo z afrykańska. Kolejna zagadka?

            – Panie Basnadar – mówi Kipel. – Obaj jesteśmy ludźmi dorosłymi, więc nie powinno być między nami tematów zakazanych, o jakich w innym przypadku dowiedzielibyśmy się później, uzyskawszy przychodzącą z wiekiem moc mierzenia się z problemami. Pan taką moc posiada od dawna i, odkąd posiadł ją pan, nigdy jej pan nie utracił. Wbrew temu, co pan mówi o swoim lęku przed życiem, oceniam, że mocno się pan z sobą pieści. Na swojej drodze każdy napotyka przeszkody i trudno, żeby było inaczej. Bez pokonywania przeszkód z czego mielibyśmy czerpać swoje życiowe satysfakcje? No, niech pan powie.

            – Zdrowy przeszkodę usunie i ma stąd radość. Chorego przeszkoda zgniecie i tyle.

     - Czy to ja mam pana przekonywać, że samostanowienie, choć ryzykowniejsze, daje szanse na wyższy poziom egzystencji niż zdawanie się na innych? – denerwuje się Kipel. – Pan udaje, panie Basnadar! Zrzucić telewizor z okna na czwartym piętrze to na pewno przejaw desperacji, ale w tym przypadku zawinionej względami sytuacyjnymi, nie chorobowymi. Już dziś przyszykuję dla pana wypis, który zrealizujemy jutro.

            Kipel zostawia skwaszonego Basnadara, zwracając się ku całej reszcie pacjentów:

            – Do widzenia, panowie! Życzę ciekawych przemyśleń po dzisiejszym obchodzie!

       - Do widzenia panu doktorowi! – zgodny ryk sali wskazuje, że ordynator cieszy się tu mirem nie do zakwestionowania. I ja, gdyby nawet potężnie mi na tym zależało, w niczym bym go nie podważył prawdopodobnie. Poczucie własnej mocy jest czymś, za czym tęskni każdy. Także przemawiający do zebranych w kościołach tłumów księża sycą się podskórnie radochą, że aż tak bardzo i przez tak wielu są traktowani z najwyższą czcią, nie tylko to, że mocą swoich słów (a w tym, przecież anachronicznych i zjeżdżonych do obrzydliwości, argumentów) udało się im podporządkować sobie tylu. Tu jedna uwaga: nie występuję niniejszym przeciw religii, ani przeciw jej masowemu uprawianiu przez społeczeństwo pod batutą kleru, sam przecież chcę założyć nową religię. Religie integrują swoich wyznawców i dobrze jest, że cieszą się popularnością – było nie było – wykłady dla ludzi i o znikomym poziomie umysłowym. Co prawda, także i niezdolne dzisiaj do twórczej ekspansji w świat niewiadomego i tego, co stało się już zarysowanym problemem, masy są niewyczerpanym rezerwuarem przyszłych twórców i realizatorów polityki zbawienia od groźby zagłady wszystkiego, co istnieje. Więc i tę bazę przyszłości gatunku, będącą wszak od dawna, dziś i na wieki ostoją, kierowanego tylko przez innych, ludzkiego bytu i ładu, należy otaczać troską, impregnować pierwiastkami wyzwalającymi z mechanistycznego sunięcia torem zaspokajania potrzeb właściwych zwierzętom. Zdrowie, sytość i metafizyczna radość ze świadomości, że żyjemy dla chwały Kogoś niepomiernie od nas doskonalszego a podobnego nam (czy z tego ostatniego można nie być dumnym?), który nas stworzył i którego wolą jest nasza pomyślność – tak przedstawia się zakres aktywów serwowanych nam przez jeden z ośrodków ludzkiego samookreślenia. Wszystko, co nie jest Absolutem, jest niczym. Lecz skoro tylko staniemy się najuniżeńszymi sługami Absolutu, On nas podniesie z nicości i poprowadzi ku jedności z Sobą. Czy jednak na to wolno nam bezczynnie czekać? Nie mam poczucia mocy wyniesienia się w tutejszych oddziałowych realiach nad poziom tegoż oddziału ordynatora. Oddaję się misji wymagającej przyłożenia mocy za to oktyliony (przesada? niedoszacowanie!) razy większej! Wątpię, czy Cezar byłby dobrym sołtysem. Posądzających mnie o megalomanię upewnię, że dążność do wielkości nie jest manią; jest ambicją, której nie podlegają jedynie hipokryci, choć i to nie wiadomo. Z kolei szczerość, przynajmniej brzmieniowo, stoi niedaleko oszczerstwa, więc to zakłamaniu pewnie zawdzięczamy umiarkowanie – pozwalające wytrwać w ogniu czyjejś tyrady i mieć nadzieję, że i naszą tyradę rozmówca zniesie, co dopiero stworzy szanse jakiemukolwiek porozumieniu. O co mi chodzi? Przeczytajcie całą tę książkę, to będziecie wiedzieli. Wieczysta doskonałość z zachowaniem ruchu. Absolut, ale nie zamrożony w swojej doskonałości, tylko czynny i drążący problemy, zamiast jak piękna (i nie wiadomo, czy nie pusta) kobieta pozostawać tylko zagadką. To jest moją tęsknotą. Choć jako niewolnik wieczystości i doskonałości, nie wiem, czy bym długo się ostał. Może to właśnie ten byt, który mnie stanowi (lub który sobą stanowię ja), jest czymś najlepszym, czego mogłem dostąpić? Cóż. Po to, by formułować wątpliwości, wypracowałem sobie, dany mi przez Naturę zaledwie w zalążku, krytycyzm. Lecz czemu miałbym też odstępować od re-kreacji boskiej premedytacji stworzenia, której ślady w postaci ściegów pokrywających materiał dowodowy tej operacji, a więc nie na łapu capu w końcu obmyślony dziejący się wszechświat, czyli wszechbyt, przecież dostrzegam i mogę z nich wnioskować? A gdyby nawet tych śladów nie było! Co więcej: gdyby nie było niczego, żadnej wykreowanej czy samostworzonej konstrukcji! Gdyby nie było istnienia! Czy to miałoby zaświadczać, że mozół wkładany w to nie wiadomo co „jest” bezprzedmiotowy? Pozbawiony perspektywy sensowności? A wyobraźmy sobie, że ponad kategorią istnienia  p o n a d i s t n i e j e    nie mająca z istnieniem wspólnego punktu kategoria jeszcze ogólniejsza! Może to w tej właśnie kategorii trzeba poszukiwać… Boga? A więc jeśli wstępnie założymy, że On tam właśnie może pomieszkiwać, to postawmy się w Jego sytuacji, a może dotrze do nas, co mogło (musiało?) Nim powodować, że zdobył się na Swe karkołomne przedsięwzięcie – tak totalnie dotyczące nas, ludzi. Pytanie, czy do stworzenia z, jak chyba wypadałoby przyjąć, neutralnej myślowo nicości zbudowanego inteligentnie bytu potrzebny był Czynnik posiadający zniewalającą wyobraźnię oraz zdolność dalekosiężnego przewidywania, by ledwie tylko napomknąć o samej mocy kreacyjnej – nie znajduje odpowiedzi, ponieważ do dobrych wyników można dojść i nieświadomie. Ponadto nie wiadomo, czy pojęcie aktu stwórczego kiedykolwiek miało okazję być zastosowane, jako że nikt na razie nie udowodnił, że byt nie jest odwieczny. Tym niemniej warto tu pewnie przemyśleć każdą możliwość. Zwłaszcza, że myśleć musimy (bo inaczej obumarłyby nam mózgi), a wdzięczniejszego tematu do przemyśleń nie znajdziemy (chyba, że ktoś woli objąć myśleniem kwestię optymalnej paraboli lotu narciarskiego skoczka, który jest chlubą narodu i udowadnia, że w czasach ułatwień cywilizacyjnych co poniektóre jednostki nie zatraciły jeszcze odwagi, ani fizycznej sprawności). Powie ktoś, że tego typu rozważania są jałowe, ponieważ tyle samo wiemy przed ich rozpoczęciem, co po ich zakończeniu. Otóż co było dotąd, bynajmniej nie musi się powtarzać. A jeśli, choć w drobnym szczególe, nasze rozeznanie w ważnej sprawie posuniemy naprzód, kto wie, czy nie będzie to trąceniem kamyczka, który nie pociągnie za sobą całej lawiny odkryć i, opartych o nie, koncepcyj wynalazczo-konstruktorskich! Komu jest dobrze, ten chciałby zostawić wszystko po staremu. Otaczani uwielbieniem tłumów i przyjaźnią wybitnych osobistości aktorzy i piosenkarze, którzy to wszystko zawdzięczają bardziej wrodzonej urodzie i darowi pamięci niż czemuś takiemu jak – phi! – praca, mogą naprawdę sądzić, że świat jest dobrze urządzony i jedyne, co go psuje, to jego uparta przemijalność. Tymczasem przecież to nie ten, komu „za obnoszenie swojej naturalności” zapewnia się bezpieczny, syty i pełen dowodów miłości byt, doznaje prawdziwej szczęśliwości, przysłowiowej pełni życia! Przez taką przynajmniej ja rozumiem korzystanie z jego bogactw – ale osiąganych w toku tytanicznych zmagań! O rewolucjach marzą i najbardziej przez życie sponiewierani, i najbardziej nim znudzeni, ale pod warunkiem, że są zdolni do myślenia (takim jest też marzenie!) o wielkich sprawach. Błogosławieni cisi, albowiem to w ich cichym zasłuchaniu najpiękniej zabrzmi natchnione słowo Proroka! Otóż czarować masy obietnicami tak krwawej rozprawy ze znienawidzonymi wyzyskiwaczami, jak przepowiadaniem przyszłości, kędy wszystkimi barwami tęczy zalśni miłość jako jedyny hegemon – w pewnym sensie jest to jedno i to samo. Nad tym pierwszym i nad tym drugim ciąży bowiem ten sam błąd: kompromitujące myśliciela nieliczenie się z tym podstawowym prawem ontologii, jakim jest konieczność kreacji jedynie poprzez rozszczepienie początkowej wielkości zerowej na rosnące synchronicznie wielkości sobie przeciwstawne. Im głębiej postąpimy w miłość, tym większej też doczekamy się nienawiści. I odwrotnie: im silniej postawimy na nienawiść, do tym większej miłości zostaniemy zmuszeni. Bo i czym zapłacił Jezus za orędzie miłości, które poczynił? Nienawiścią tych, którym miłość, jako zasadę mającego nadejść kiedyś Jego Królestwa, objawił zawczasu. Nienawiść posuniętą do przeznaczenia Mu przez nienawidzących – tortury krzyża i krzyżowej śmierci, uznawanej za najhaniebniejszą i najstraszniejszą. Potem zmartwychwstał, w co wierzę, gdyż sam osobiście doznawałem drobnych cudów, które skrojono – rzecz jasna – na miarę mojego niedużego heroizmu; zrozumiałe, że narażający się w toku swej trzyletniej publicznej działalności, a to zuchwałymi mowami do nieobliczalnych tłumów, realizator prorockich przepowiedni ryzykował bardziej, żył w większym niż ja psychicznym napięciu, co, w połączeniu z boskim synostwem, dało Mu nieporównaną moc czynienia spektakularnych cudów, przez Niego umiejętnie wykorzystaną. Ale Jego nauka? Niewątpliwie wpłynęła na to, że ludzie objęci oddziaływaniem Kościoła zaczęli się traktować bardziej po ludzku. Jej mutacje zresztą zachodzą do dziś dnia i, zważywszy, że odwołuje się do nadziei najliczniejszej w każdym społeczeństwie grupy maluczkich, którzy wolność wyobrażają sobie jako służbę dobremu panu, a więc Bogu, będą zachodzić jeszcze sto roków i dwieście. I to przecież właśnie w opozycji do, promującej słabych, biednych, schorowanych i wyzyskiwanych a nie za mądrych, natomiast potężnie zabobonnych, nauki Jezusa powstała mająca, jak to się przyjmuje, opłakane skutki w „historii praktycznej” idea Nadczłowieka oraz ideologia „rasy panów”, którzy potęgę przyrodzonej sobie doskonałości mieli prawo i obowiązek powiększać jeszcze, a to poprzez ćwiczenia w postaci zniewalania „ras niższych” i eksterminacji „ras najniższych”. Kto należy do rasy najniższej, to się jeszcze okaże, nieszczęsny panie Nietzsche! Ale jedźmy dalej. Otóż gdyby nie chrześcijaństwo, któremu wyraźny pretekst do zaistnienia dał Jezus (choć czy sama ta nazwa nie powstała w oparciu o słowa: „chrzest i Jan”, czyli osobowo: „Jan Chrzciciel”?), znajomość narodowej księgi Żydów, Biblii, do której Jezusowy Nowy Testament jest tylko małym objętościowo dodatkiem, nie poszła by w świat. A tym samym brakło by mu integrującego impulsu, który zaważył na tym, że ludzie z wielu stron Ziemi mają do czego odnosić, płynące z potrzeby urealnionej metafizyki, uczucia – bez obawy, że ich Adresat jest jedynie regionalnym bożkiem. Antytezą poszukiwań „dobrego pana” był też ateistyczny komunizm, bazujący na wierze w prostego, który nie miał nigdy okazji psuć się myśleniem wykraczającym ponad problemy obsiania pola i zbiórki czy przykręcenia paru śrubek w fabryce, człowieka. Słyszy się w kraju głosy potępiające ten ustrój społeczno-polityczny, w którym banda takich, co, pozyskawszy zakreśleniem nierealistycznej wizji oddanie i posłuszeństwo wielu, zdolnych mordować,  prostaków, ich rękoma zdobyli władzę i sprawowali ją w największym obszarowo państwie świata przez dobre kilkadziesiąt roków, ani na moment od zbrodni nie odchodząc. Jak jednak apelować o delikatność do słonia w składzie porcelany! Władza, jak mówi samo to słowo, jest od tego, aby wprowadzać w ład; jakimi metodami to robi, zależy od jej pomysłowości, lecz też od tego, na ile rządzeni jej pomysłom są w stanie sprostać. Ideolodzy nawoływali: uczcie się wyrafinowanych technik życia! Kradzież, zbrodnia i gwałt są drogą ku społecznemu samounicestwieniu! Ale ochotniejszy posłuch znajdowały nawoływania mające przyspieszyć proces urzeczywistniania sprawiedliwości dziejowej: grabcie zagrabione! Tym, którzy przez sturocza żyli kosztem waszego niewolniczego trudu, pokażcie, że jesteście zdolni do krwawej zemsty! Zostawmy to. Zemsta jest, co prawda, naturalną konsekwencją doznanej krzywdy i trudno, by rozbudzoną raz nienawiść tłumić – wbrew interesowi swojej integralności mentalnej i psychologicznej. Tym niemniej, raz się mścimy, raz wybaczamy; kiedy decydujemy się na to, czy na tamto, zależy od tego, jak nasze rachunki ze światem sobie wyważymy – i niech tak już zostanie. Istnieje przecież coś takiego jak instynkt moralny; jemu chyba można zawierzyć. A co do reszty w sprawie nauki Jezusa. Tę naukę głosi i tłumaczy, aktualizując jej sens w coraz to nowych kontekstach czasowych, w głównej mierze prawowity Jezusowy Kościół. Namaszczeni przez Jezusa apostołowie, gdy Mistrz odszedł, przejęli rządy dusz i, gdy po jakimś czasie sami musieli odejść, namaścili kolejne pokolenie namiestników Bożego Syna.

           Jak ustawione w jeden, nie kończący się, szereg kostki domina proces przewracania się jednej na drugą zawdzięczają pierwszemu impulsowi, tak całą zasługę odbywania się ruchu uświadamiania bezwiednej ludzkości, jak należy żyć, by podobać się Bogu – trzeba przypisać Pierwszemu Poruszycielowi, którym był (jest) Osobnik nazywany Odkupicielem. A to, żeby podobać się Bogu, stanowi najzaszczytniejsze i mające mieć najdalej sięgające konsekwencje zadanie dla człowieka. Bóg przecież, za udane w Jego oczach ciągi naszych postępków w toku naszej życiowej drogi, będzie odpowiednio nagradzał! A zna się na rzeczy oczywiście jak nikt inny, więc samo jego uznanie winno być dla nas satysfakcją, dla jakiej brak miejsca na skali wyobrażalnych dla nas superlatywów. Dobrze, ale co za trudna do pomyślenia potrzeba powodowała nie potrzebującym wszak dopełnienia Absolutem, że zdecydował się wyśnić wszechbyt, którego my, ludzie, staliśmy się najbardziej zadziwiającą osobliwością! Chciał mieć poligon, na którym wypróbowywał by własne koncepcje? Chciał mieć odskocznię od swej niewzruszonej doskonałości, która mogła Go znudzić jak długotrwałe przebywanie w skarbcu? Znane są przypadki królów, którzy, przywdziawszy żebracze łachmany, ruszali eksplorować egzotyczną dla nich strefę nędzy. A może kreacja światów jest po prostu równie rozkoszna jak to, do czego cieleśnie my bez odmiany najbardziej tęsknimy, a co w naszej ludzkiej gwarze nosi miano… prokreacji? Miłe złego początki; to mające wyjątkowo wszechstronne zastosowania przysłowie czyż nie stosuje się też do kosmogonii?

            Tak sobie niby myślałem, pozostając w związaniu do nienawistnego łóżka, ale to niestety nieprawda. Trudno powiedzieć, że w chwilach (i godzinach), gdy nie mam przed sobą włączonego laptopu (lub innych przyborów do pisania), myśl moja zażywa spoczynku; raczej pozostaje ona wtedy w odrętwieniu. Cóż, doktor Kipel obiecał mi, że po zakończeniu obchodu zostanę zwolniony z więzów, ale obchód już prawdopodobnie się skończył, a to się nie stało, więc już nie wiem, co myśleć o naturze problemów mojej przyziemności. Poniekąd i przyziemność trzeba wliczyć w zakres całości sfer, w których zmuszony jestem bytować (od tego „musu”, co prawda, łatwo byłby mnie uwolnił byle bandzior), więc pewnie tej mało wzniosłej płaszczyzny nie powinienem traktować z taką aż nonszalancją. Jednak ani wykrzywiona trwałym grymasem gęba, ani brud, który ze skórnej powłoki mego ciała można by zeskrobywać – nie przesądzają, co szanowny czytelnik zapewne zdołał już zauważyć?, o istocie mojej odmienności i wyjątkowości. Każdy jest odmienny i wyjątkowy, powie ktoś. Owszem, odpowiem. Tyle, że naprzód jeden daje prototyp śnieżnego płatka, a dopiero później wszyscy tworzą jego niepowtarzalne warianty. Nie ma co eksponować tej przypadłości ludzkiej i w ogóle biobytowej natury, że każdy uważa się za lepszego niż inni. Musi istnieć coś, co uzasadnia naszą wiarę w siebie; nie byłoby nam warto przebijać się przez męczarnie życia, gdyby nie to, że wyznajemy pewnik, iż ten, z którym się porównujemy, pod którymś ze względów, pod względem jedynym istotnym, pod każdym względem – jest od nas gorszy. Skoro bowiem jesteśmy lepsi niż ten przysłowiowy X, to – widać – opłaca nam się pełnić trud istnienia. Rzecz cenniejsza (niż inna) warta jest poświęceń i walki; rzecz mniej cenną ostatecznie wyrzuca się na śmietnik.