marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 4th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 24

            Pielęgniarka zrobiła swoje, więc wychodzi. W więzach, których dotyk w chwilę po ich nałożeniu jest wręcz przyjemny, znowu robi mi się niewygodnie. Siedzący lub leżący na swoich łóżkach Murzyni wracają do swojej rozmowy, których nijak mi nie słuchać, zwłaszcza, że już pierwsze pytanie, jakie pada, jest skierowane… do mnie. Wypowiada je Płaskonosy.

            – Po co do nas przyjechałeś? Źle ci było na tym twoim europejskim zadupiu?

            – Dzięki niedawnemu terrorystycznemu atakowi na Adreys – odpowiadam – wasz kraj jest na ustach całego świata. Nagłe nieszczęścia, tak samo jak niespodziewany sukces, zwracają uwagę na miejsce, w którym się wydarzyły. Ludzie z odległych stron chcą wiedzieć wszystko, co tylko można wysłowić, o ludziach z dotkniętego tą klęską obszaru, o rozmiarze zniszczeń, liczbie ofiar. Zawsze musi takie sprawozdanie zrobić fotoreporter.

            – Jesteś fotoreporterem? – nie dowierza kilku naraz. – Fotoreporter – ciągnie teraz już tylko czarnowłosy staruszek – to musi mieć bystre oko, dobre zdrowie, spryt, odwagę. Skoro trafiłeś do psychiatrionu takiego jak ten, to widocznie nie masz żadnej z tych cech.

            – Odwagę to musiał mieć! – Płaskonosy zaśmiewa się rubasznie. – Nie powiesz chyba, że znaleźć się między nami, których naturalnego szaleństwa nie zdołała wymazać świętoszkowata cywilizacja białych racjonalistów, to ziszczenie marzeń tchórza? Wybijemy ci z głowy to i podobne temu marzenia! Przekonasz się, że byłeś odważny na wyrost! Sława Tutabonu jako kraju, gdzie nikt nie zna dnia ani godziny, nie rozsypie się jak szałas dotknięty podmuchem huraganu, lecz będzie róść i potężnieć! Bo i Tutabon tęgich ma synów!

            Z kolei odzywa się sąsiad Dużego, najbardziej spośród siódemkowiczów pasujący mi z wyglądu do wizji poszukiwanego przeze mnie geniusza pirotechniki. To oczywiste jednak, że owo „pasowanie” może w praktyce okazać się czymś mocno naciąganym.

            – Racjonaliści chcą, żeby wszystko, w tym człowiek, chodziło jak w zegarku. Tymczasem co to jest zegarek? Zegarek jest to bezduszna maszyna, niezdolna do poczynienia aktu, który byłby nie do przewidzenia! Czy wy, racjonaliści, naprawdę chcecie żyć w świecie pozbawionym tajemnic i niespodzianek? Czy nie wiecie, że wiedza zabija wolność?

            – Nic podobnego – reaguję. – To dopiero znajomość tajemnic umożliwia przedsiębranie przemyślanych działań. Kiedy masz iść, to w świetle wiedzy zawsze bez potknięć zajdziesz dalej niż po ciemku. Natomiast wolność oparta na niewiedzy rodzi bezproduktywny, gorzej: szkodliwy, zabobon. To właśnie rozumowe wchodzenie w nie kończący się nigdy i nigdzie świat logicznie zarysowanych wtajemniczeń otwiera przed rozgarniętymi ludźmi prawdziwą wolność, której granice, wskutek ustawicznych prac badaczy tudzież interpretatorów badań, stale są poszerzane.

            – Twierdzisz więc, że jesteśmy ludźmi nierozgarniętymi? – uderza Duży. Kontekst tego, co wypada mi teraz powiedzieć, nie jest najbezpieczniejszy. Wszelako sam ileś tam stronic temu oznajmiałem, że zagrożenie mobilizuje. Toteż wykpić się z powagi problemu, który tak oto się przypomniał, ani myślę. To nic, że się napocę. Chwile, kiedy waży się zwycięstwo któregoś ze światopoglądów, zawsze są pełne sprzecznych emocyj.

            – To, że chcę was przekonać do przejścia na długą drogę racjonalizmu z krótkich dróg, na których racjonalizmowi się zaprzecza, zaświadcza o tym, że wierzę, iż na tej długiej drodze sobie poradzicie. Nie byłoby sensu namawiać do zmiany na program ambitniejszy kogoś, kto się do tego nie nadaje. Ponoć ludzkość, osiadła obecnie na wielu kontynentach i wyspach, w całości wywodzi się z Afryki. Na podstawie zaawansowanych badań kodów genetycznych dzisiejszych ludzi i odnalezionych szczątków ich najdawniejszych przodków naukowcy wskazali nawet afrykańską wioskę, która, co ciekawe, prosperuje do dzisiaj, a w której 200 tysięcy lat temu swoją przygodę ze światem rozpoczął pierwszy osobnik, na tyle podobny do dzisiejszych ludzi, że za to porównanie żaden z nas by się nie obraził. Wspólne początki powinny być dzisiaj co najmniej przesłanką, jeżeli nie silnym argumentem, do naszej powtórnej integracji w, mającym poniekąd i swe dobre strony, zróżnicowaniu.

            – Dlaczego mówisz, że program racjonalistów – odbija piłeczkę Płaskonosy – jest ambitniejszy niż to, co ma tradycję, jak sam powiadasz, dwustu tysięcy lat? Czy to ma być najszczytniejszą ambicją człowieka, by wkładał on więcej serca w wypieszczanie metalowych i plastikowych  tworów swoich rąk i umysłu, a mniej dbał o samego siebie? O swe muskularne i piękne ciało oraz o walecznego ducha, które temu ciału daje przeznaczenie lwów i tygrysów? Wyobrażam sobie, że jakimś racjonalistycznym mądralom w Europie może nie całkiem trafiać do przekonania pogląd, iż najmocniejszym rodzajem pochwały jest to, że ktoś ciebie się boi. Ale racjonalistów i u was jest znikoma mniejszość. Ogromna większość wierzy w Boga, o którym powiada, że się Go boi. Czy bano by się Boga, gdyby był On racjonalny? Gdyby wszystko w Nim chodziło jak w delikatnym zegareczku?

            Po tych słowach Płaskonosego zapada milczenie, następnie zaś daje się słyszeć, zrazu niegłośny, wreszcie tryumfalny, rechot, że Biały tak dał się przegadać. Mi bynajmniej wszelako nie zabrakło pary na dalsze czary, bynajmniej, tylko się zagapiłem. Chcę mówić i mówić będę, niech no tylko hałastra przestanie rechotać. Nagle jednak otwierają się drzwi i wchodzą lekarze, za których plecami widzimy pielęgniarki i tego niskiego sanitariusza nie lubiącego, gdy się fantazjuje. Mamy, tak tęskniony przeze mnie, obchód. Pacjenci zrywają się z łóżek, stają przed nimi, wyprostowani. Deklarowali prawie przed chwilą, że jak nikt w świecie są wolni, straszni, niepokorni, a gdy przyszła władza, zachowują się niby dyspozycyjni podwładni. Od lekarzy zależy, co w najbliższym, a w niektórych przypadkach pewnie i w dalszym, czasie z nimi się stanie; tego świadomość to inny świat, gdzie praw samemu się nie stanowi, tylko trzeba się podporządkować. Podobne zjawisko obserwowałem i w Pyrii, i w Festylii. Nie powiem, że tej przypadłości sam nie podlegam, bo chociaż próbowałem „jednakową twarz mieć dla wszystkich”, to ta zasada okazała się nieżyciowa. Przywdziewamy maski różne – w zależności od tego, w jakie środowisko wchodzimy. Być może takie przeskakiwanie z kanału na kanał jest nawet wzbogacające.

            – Dzień dobry panom! – wita siódemkowiczów ten sam lekarz, który wczoraj zadecydował o moim wpisie czy, mówiąc dobitniej, o moim uwięzieniu.

            – Dzień dobry panu doktorowi! – chórek pacjentów jest zgoła przepisowy i ochotny. Moje łóżko stoi najbliżej drzwi, więc nic dziwnego, że sadyście wypada zacząć ode mnie. Ma po bokach dwóch innych lekarzy, z tyłu zadekowały się 3 pielęgniarki i sanitariusz.

            – Jak pan się czuje po dobrze przespanej nocy, panie Plux? – zagaja aluzyjnie. Bo z pewnością wiadoma pielęgniarka nie omieszkała mu się pochwalić, że, co do tego, to przyłapała mnie na kłamstwie. Nie spałem. Sami wiecie, jeśli uważnie czytacie.

            – Czuję się dobrze, a czułbym się jeszcze lepiej, gdyby nie to, że na tę noc zostałem zapobiegawczo związany. Widzą teraz panowie, że nie było czemu zapobiegać.

            Doktorek po moich słowach chwilę milczy, przy czym jego mina jest tak nieprzenikniona, że brak możliwości, by na jej podstawie cokolwiek wnosić. Napięcie. Czuję się zdolny do normalnego funkcjonowania i nie zrezygnowałem z obrony swej wolności.

            – Panie doktorze – wykorzystuję to, że lekarz na razie nic nie mówi – , zagrajmy w otwarte karty. Od lat wykonuję zawód koncepcyjny, a takiego skutkiem ubocznym bywa nieprzesypianie nocy. Jako lekarz, wie pan sam, że organizm ludzki, a zwłaszcza mózg ludzki, jest biologicznie przystosowany do myślenia, ale tylko w powiązaniu z widzialnym i dotykalnym konkretem. Kto na co dzień przebywa w krainie abstrakcji, dostępuje świata uznawanego przez mechanizmy regulacyjne mózgu za życiowo nieprzydatny. Sygnały o nieprawidłowościach w naszym funkcjonowaniu są dostarczane naszej świadomości jednak nie w postaci słów, tylko w postaci bólu, braku apetytu i właśnie przez bezsenność. Że w nocy zdarza mi się nie sypiać, nie jest więc objawem choroby. Na podobną przypadłość cierpią bowiem wszyscy ludzie przekraczający bezpieczną normę myślenia, choćby wyczynowi szachiści. Tej nocy wszelako zrozumiałem co innego. Jak bolesne może być odruchowo rzucone, nawet w obronie własnej, słowo. Za to słowo, które nieopatrznie wymsknęło mi się na Izbie Przyjęć, serdecznie pana i sanitariusza, będącego bezpośrednim jego adresatem, tutaj przepraszam. Niemniej schizofrenikiem, o czym niech świadczy spokój, z jakim przyjmuję idący przecież nie po mojej myśli bieg wypadków, nie jestem. Nim pan mnie zwolni, rozumiem, że musi pan uzyskać pewność mojej pełnej poczytalności, co wymaga czasu. Na razie więc proszę tylko o umożliwienie mi przebywania na oddziale bez więzów.

            Lekarz patrzy na mnie podejrzliwie, targany pewnie sprzecznymi odczuciami.

            – Skoroś pan taki mądry, panie Plux, to po coś pan naopowiadał sanitariuszowi Albodamie takich niestworzonych historyj o swoim rzekomym pochodzeniu? A może to właśnie to są owe tajemnicze abstrakcje, którymi pan się „zawodowo” zajmujesz?

            – Nam mówił, że jest z zawodu fotoreporterem – wypowiada domniemany pirotechnik. Nikt go nie pytał, ale czuję, że tak oto wytworzył się tu front „wszyscy przeciw jednemu”.

            – Przeprowadzam fotoreportaże z krain dla mojego odbiorcy egzotycznych, w których element abstrakcji gra niepoślednią rolę – nie ukrywam, że już głos mi trochę drży. Lekarz patrzy mi w oczy tak intensywnie, jakby chciał przeniknąć do mego wnętrza. Waha się.

            – Albodama rozwiąże pana po zakończeniu obchodu – decyduje w końcu ku mojej radości. Obiecywałem sobie wcześniej, że wykorzystam to spotkanie z grupą lekarzy na wykazanie im, że objęcie mnie hospitalizacją zaszło na skutek nieporozumienia, wobec czego mam prawo spodziewać się natychmiastowego wypisu czy raczej unieważnienia objęcia mnie leczeniem. Bo i na cóż leczenie zdrowemu. I tak bym zrobił, gdyby nie to, co uświadomiła mi pielęgniarka podczas naszej rozmowy. Lekarz kieruje się dobrem chorego, ale też jakby miał na to pozwolić, by wyszło czarno na białym, że sam zachował się jak wariat. Każdy poważny człowiek dba o swą wiarygodność, inaczej przestano by się z nim liczyć. Cieszę się więc i z tego, co uzyskałem. Możność swobodnego poruszania się po zakamarkach oddziału niepomiernie zwiększy moje szanse na wydostanie się z tego przeklętego miejsca. Obmyślę ucieczkę i – ucieknę. Jestem wprawdzie przeciwnikiem rozwiązań nielegalnych, tym niemniej przecież znalazłem się tutaj właśnie na skutek pogwałcenia prawa przez tak samo jak ja mającego obowiązek je przestrzegać psychiatrę. Kto pierwszy robi błąd, ten w końcu jest odpowiedzialny za powstanie całego galimatiasu. Błąd intencjalny, nie literówkę typu, że w dobrej wierze ktoś kogoś przecenił, biorąc portierkę psychiatrionu za hotelową recepcjonistkę.

            Obserwuję lekarzy przepytujących po kolei każdego siódemkowicza, na ile taki potrafi bezbłędnie pod względem ładu logicznego określić swoje samopoczucie. Cóż. Moi koledzy wypowiadają się i banalnie, i nieudolnie. A wszak przynajmniej Płaskonosy w przypadku dyskusji, którąśmy przed obchodem prowadzili, wydał mi się człowiekiem jeśli nie rozsądnym, to przynajmniej wygadanym. Tutaj rozmawia z moim prześladownikiem jak wystraszony sztubak. Uważniej postanawiam się przysłuchać jedynie rozmówce lekarzy z domniemanym pirotechnikiem, który odpytywany będzie jako ostatni, jako że jego łóżko stoi na wprost mojego, przy drzwiach, a personelici, zacząwszy obchód od prawej strony sali, w kierunku ściany okiennej, przeszli właśnie ku łóżkom po lewej stronie tejże sali, z powrotem ku drzwiom. Tak więc jest się z czego cieszyć, wkrótce będę rozwiązany. Zaś mój „pirotechnik” okaże się zapewne mylnym tropem, wszelako warto mi przysłuchać się jego słowom chociażby po to, bym mógł ze spokojnym sumieniem ostatecznie go wykluczyć z kręgu moich zainteresowań. Zadowolenia z decyzji mego „prowadzącego” nie mam znowu niby potrzeby ukrywać, jest niby zrozumiałe. Ale nikt nie lubi, gdy przeciwnik przy nim tryumfuje. A nuż lekarz, widząc moją „denerwującą” radość, swą decyzję odwoła? Udaję więc, że przyjąłem decydujące o moim awansie słowa jak coś zupełnie naturalnego. „Mój” lekarz (co może niepokoić, bo to w końcu z nim zadarłem) wśród odbywających obchód zachowuje się jak szef. Że jest tu ordynatorem, ma pewnie dla mnie i jakieś dobre strony. Jakie, na razie nie wiem. Ale zasada symetrii dobra i zła, według mego domniemania obowiązująca byt i wszystko, co w nim, nie może robić wyjątku i dla człowieka, który szczególnie mi dopiekł. Zło jest podszewką dobra. Uczono mnie, że powtarzanie prawd influuje je, czyli prowadzi do takich inflacji. Dlatego przez lata powtórek starałem się nie czynić. Ale i powtórki są elementem sztuki retorycznej. A powtarzać to, co najistotniejsze, to wymóg przecież wręcz merytoryczny. Dawno temu obscenicznie powtarzałem przymiotnik „przysłowiowy”. Robiłem to nie bez celu. Słowem obracamy jak pieniądzem. I to dobrze, że słowo pozostaje w ruchu i jak pieniądz jest respektowane. Swój wstręt do pieniądza demonstracyjnie obnoszą ci, którzy umowną wartość pieniądza chcieliby przebić bezwzględną wartością krwi. Dobra, które wypracował inny, uczyń swoim łupem, a będziesz człowiekiem czynu. Nie słowa, tylko czyny. W słowach jest mądrość, o ile umiejętnie i wkładając w nie wypracowaną przez tysiącrocza wiedzę, do której dodasz może i od siebie parę aforyzmów? – je złożysz. W czynach jest zabór czyjejś przemyślności. Żeby dokonać takiego zaboru, trzeba wystawić się na ryzyko, że zostaniemy poranieni przez obrońców swojej własności. Stąd krew. Skądinąd wiemy, że walka hartuje, o ile w jej toku nie zginiemy. Wszystko, albo nic! Taki radykalny imperatyw przyświeca, jak pozwalające widzieć stan faktyczny słońce, tym, którzy są pewni, że ich przeznaczeniem jest uzyskać wszystko. A to poprzez opanowaną przez nich wystarczająco sztukę zawłaszczania cudzego majątku i nieliczenie się z cudzym prawem do życia, osobistej, narodowej czy ludzkiej godności – oraz przekonanie, że nie istnieją racje, dla których można dopuszczać wiarę, iż inny człowiek stanowi sobą coś więcej niż tylko ich potencjalną ofiarę. W takiej postawie tych radykałów jedynie utwierdzamy, nie pamiętając, że wiązanie pojęcia „czyn” z określnikiem „zbrojny” nie jest bynajmniej nieuchronną logiczną koniecznością, tylko przysłowiem, które, na skutek niefrasobliwości użytkowników języka, się utarło. Podkreślając, że dane powiedzenie jest „przysłowiowe”, okazywałem dystans do jego treści i oznajmiałem, że jestem świadom, iż tego akurat przysłowiowego odkrycia Ameryki dokonałem nie ja. Poza tym, gdy ktoś mówi przysłowiem, że „stają mu włosy dęba na głowie”, żaden „rozsądny” słuchacz nie weźmie tego dosłownie. Życie jest bowiem bardziej skomplikowane niźli opisujący je język i często trzeba użyć metafory, doraźnie wymyślonej lub będącej ugruntowanym w języku przysłowiem, żeby, przynajmniej w przybliżeniu, zorientować rozmówcę, o co w danej rozmowie nam chodzi. Ale co będzie, jeśli komuś włosy na głowie staną dęba rzeczywiście? „Rozsądny” powie, że to niemożliwe. A „możliwe” było, bodaj pięciokrotne, namnożenie się monet w kieszeni pod opuszkami moich palców, które zdarzyło mi się w młodości nie mniej niż 3 razy? Obecność przysłów w ludzkich komunikatach wydaje się nieunikniona – tym bardziej, że dla wielu przysłowia stanowią jedyną wiedzę o przypadłościach świata i człowieka, dzięki której tychże wielu może postępować na co wyboistszych drogach życia z pewnym sensem, a więc nie iść w zatratę. Rozróżnienie, co w naszych tekstach – mówionych czy pisanych – jest tworem naszym własnym, a co przytoczeniem  przysłowia, o tyle nie mija się z celem, że wiemy wtedy, czy autor danego tekstu choć w minimalnym stopniu samodzielnie lepi myśl z autonomicznych pojęć, czy jest tylko, mniej lub bardziej zręcznym, żonglerem przysłowiami, co stawia go w rzędzie raczej spryciarza niż rzetelnego rzemieślnika. W trzech dotychczas powstałych tomach opisujących przygody Flakonona Pluxa – od przysłów aż się roiło. Czy ma to oznaczać, że, tworząc je, postępowałem jak spryciarz? Otóż nie. W moich literackich zupach przedstawiałem wygłodniałemu eleganckiej opowieści czytelnikowi propozycje i nowych przysłów, które sam obmyśliłem, z przytaczanych też znanych wydobywając nierzadko nieznane znaczenia. Życie ludzkie bywa jałowe – w swych sferach właśnie najbardziej winnych decydować o jego bogactwie myślowym, wyobraźniowym, świadomościowym. Na trop takiego bogactwa ma ludzi niewyspecjalizowanych w dziedzinie łamania sobie głowy skuteczną ucieczką od nudy – naprowadzać pisarz.