marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 3rd, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 23

            Jestem na powrót związany, niski sanitariusz odszedł już do dyżurki. Tymczasem domownicy mojej sali dyskutują na któryś z ogranych tematów typowego męskiego grona.

            – Baby są głupie i myślą macicą, a nie mózgiem, lecz tak właśnie powinno być! – tonem, jakim wypowiada się prawdy epokowe, przemawia Płaskonosy. – Który mężczyzna, gdyby miał, załóżmy, wbudowaną w ciało aparaturę do rozwoju płodu i rodzenia, dałby sobie wtrynić coś, co na długie 9 miesięcy czyni z ciebie kalekę? Żaden. Bo to mężczyzna jest człowiekiem, czyli tym, komu należy się kłaniać i służyć – już za samo to, że prezentuje sobą, kwestionowany jako wartość tylko przez słabych, choć właśnie przez nich bezwiednie naśladowany i sprawiający tym, że nie walają się w błocie, wzór dostojeństwa i pańskości! Kobieta natomiast stanowi nędzny dodatek do człowieka, czczą materię, na której cokolwiek może wyrosnąć jedynie dzięki temu, że obsiewa ją mężczyzna!

            – Nie powiesz chyba – odzywa się Duży – , że wzorem pańskości jest na przykład nasz Europejczyk? Takiej mieszaniny tchórzostwa i lizusostwa nie spotkałem dotąd, jak żyję!

            Zadrżałem. W co dane mi było się wpakować! Przysłowiowe roztargnienie natur refleksyjnych, za jakiego cenę mogę czuć się pewnie w zagadnieniach być albo nie być kosmosu, powoduje teraz, że nie mogę czuć się pewnie w kwestii być albo nie być siebie samego. Dążymy wszyscy do satysfakcyj przez własne wywyższenie, a jak nie to, to do satysfakcyj przez wywyższenie swoich ulubieńców, z którymi się utożsamiamy. Jak więc się dziwić, że do własnych satysfakcyj przez nasze poniżenie dążą inni?

            – Ten Europejczyk nie jest w ogóle mężczyzną – kwituje Płaskonosy. – Zachciało mu się zwiedzać dumny Tutabon, zamiast cicho siedzieć w swojej norze, to i ma.

            W toku rywalizacji o dobra własne dochodzi do kreacji dobra powszechnego. Nie ma i chyba nie będzie innej drogi. Tymczasem w sali pojawia się pielęgniarka ze strzykawką gotową do zadania ciosu. W dłoni trzyma jeszcze 2 kieliszki. Podchodzi do mnie.

            – Łykaj! – podstawia mi pod usta kieliszek z kolorowymi pastylkami. Niby jest mi już obojętne, co się ze mną stanie, tym niemniej pro forma próbuję zaprotestować.

            – Czy mylę się, że przysługuje mi prawo odmowy przyjęcia leków?

            – Łykaj, chcesz być chyba zdrowy! – ponagla mnie pielęgniarka, nie wchodząc w meritum mojego pytania. Siódemkowicze, wietrząc zabawę, przyglądają się nam w milczeniu.

            – Jestem zdrowy! – zdobywam się na rozpaczliwy okrzyk. Mężczyźni zaczynają rechotać. Nie twierdzę bynajmniej, że świat źle urządzono. Jego stan jest wypadkową wielu zastosowanych koncepcyj tudzież bezmyślnych zachowań tych spośród ludzi, którzy nad zniewolenie koncepcją przedłożyli (tym większą, im głupszą) wolność. Ponadto świat nadal urządzamy, porządkując go wedle wielu nowych teoretycznych modeli ładu lub starając się likwidować pozostałości po ładzie zużytym powrotem do wytycznych modelu jeszcze starszego, o jakiego wadach zdążyliśmy już zapomnieć. Jaka rada na to, że błędy popełniamy ciągle? Wydaje mi się, że trzeba kierować się na ideał, ale że osiągnięcie go byłoby kresem uzasadnienia naszej dalszej (i jakiejkolwiek!) czynności, właściwie nie ma powodu narzekać, iż z urządzeniem tego świata nie jest idealnie. Możemy narzekać (skoro byłoby czymś wprost nieludzkim pozostawiać istniejący stan bez komentarza), że jest bardzo źle, podczas gdy mogłoby być po prostu źle. Ha, tylko zło jest czymś, do czego się nie przyzwyczajamy i, w związku z czym, co zauważamy. Gdyby nie ono, nie zauważylibyśmy tak własnego bytu, jak bytu w ogóle. Jeśli zaś kiedykolwiek jest dobrze, to mówimy: „jest normalnie, tylko że nic się nie dzieje, w związku z czym się nudzimy”. Znamy wprawdzie uczucie szczęścia. Ale, kiedy nas rozpiera, to cieszymy się i nawet nam przez myśl nie przejdzie, że gdyby nie nasze szczególne wyczulenie, któreśmy wyostrzyli w poprzedzającym tę chwilę długim okresie mroku, to machnęlibyśmy ręką, że o czymś tak znikomym nie ma co wspominać. Las długo rośnie, a krótko się pali – przysłowia zawdzięczają swój żywot zestawieniu faktów oczywistemu dla każdego, ale dopiero po zrobieniu tego zestawienia przez niepospolitą jednostkę. Łykam leki z jednego, popijam wodą z drugiego kieliszka. Teraz jeszcze zastrzyk. Jest mi nie na rękę, że o tak żenujących rzeczach muszę mówić, lecz czytelnik by mi przecież zwymiotował, gdybym serwował mu zdania wyłącznie tego typu, jak to jest w opowieściach o herosach czy w żywotach świętych. Nie łudzę się, że piszę dla wszystkich, choć niby wszystkim niniejsze zadedykowałem. Po książkę dzisiaj zresztą w ogóle mało kto sięga. Niestety ludzie rzucają się na to, na co jest moda, której, na skutek potężnego oddziaływania socjotechniki, zawierzają dziś nie tylko ci, którzy, nie chcąc się wyróżniać, patrzą, jak na daną propozycję zareaguje stado, lecz także indywidualiści. Wszelako wierzę w nawrót masowego zainteresowania beletrystyką, czyli literaturą piękną, ponieważ to, czym ludzie żyją dzisiaj, bazuje na tematycznych złożach, które wkrótce ulegną wyczerpaniu. Ludzie żyją dziś otóż podającymi egzystencjalną treść w łatwym do wychłeptania rozwodnieniu serialami telewizyjnymi. Niby trudno mieć za złe masowemu, a więc mało wyrobionemu odbiorcy, że chce znajdować w sztuce odbicie swej codzienności, skoro ostatnio stało się to możliwe. Rzecz w tym jednak, by uzmysłowić milionom, jak pyszną może być zabawą wzbogacanie swej codzienności o dodatkowe elementy, których obecność nadaje nieznany dotąd a prawdziwy sens całemu ludzkiemu bytowaniu. Żyć, aby żyć – nawoływano tautologicznie, odkąd stało się prawdopodobne, że tajemnica boskiego zbawienia jako celu dziejów stanowi, wypracowaną dla zapewnienia lekkiego życia kapłanom-nierobom, mistyfikację. Życie człowieka przebiega w, niezauważonej dotąd, analogii do procesu ewolucji wszechświata. I, jeśli wszechświat ewoluować w pewnym momencie przestaje, tworząc błędne koło wiecznych nawrotów swej historii poprzez zjechanie w tymże momencie do punktu startowego, to i człowiek zaprzepaszcza siebie tudzież cały dorobek ludzkich dziejów w pewnym momencie ich trwania – jak wszechświat. Jak nieśmiertelny miałby być człowiek (w jednym pokoleniu czy w takowych sztafecie), skoro skończony w czasie jest, niezbędny mu do istnienia, wszechświat? Czytałem tekst wiarygodnego autora, że gdyby czas wyobrazić nieskończenie długą linią prostą, nijak miałby się on do niezbędnej mu ontologicznie przestrzeni. Przestrzeń też chcielibyśmy widzieć nieskończoną. Konieczny dla ustanowienia podwalin bytu związek nieskończonej przestrzeni z nieskończonym czasem (czasoprzestrzeń) niestety kosztuje. Zapłaciliśmy za to (my, byt) wydatnym ograniczeniem nieskończoności: sprowadzeniem jej do wielkości skończonej. Być to może więc, że skończoność jest konieczną cechą bytu i nikt w niczym nigdy temu skutecznie nie przeciwzadziała. Na szczęście doświadczamy też świata innego niż ten, o którym wiedza nie do końca (a właściwie nie bez końca) jest optymistyczna. Świat nadprzyrodzony (bo o nim tu mowa) według mnie nie stanowi całościowej alternatywy świata przyrodzonego, ma być jedynie jego dopełnieniem, przewidzianym na sytuacje awaryjne i specjalne cudotwórczym pomocnikiem ideowych i biologicznych spadkobierców Stwórcy. Konstruktor i budowniczy bytu powinien o funkcjach swojej konstrukcji wiedzieć więcej niż wie o sobie ona sama. Tym niemniej boża inteligencja nie była i nie jest potencjałem, który wyeksploatował się w samym momencie kreacji. Bóg wszczepił się w byt i Jego kreatywność w bycie postępuje. Związane z tym nadzieje należy kultywować. Ale nie w ten sposób, jaki od tysiącroczy przypisują Mu ludzie. To zrozumiałe, że skłonni jesteśmy przypisać Bogu sprawowanie urzędu jak najgodniejszego i że takim widzimy, zapewniający pełnienie przez ludzi swojej woli, urząd królewski lub urząd jedynego sędziego w Sądzie Ostatecznym. Nie wyobrażamy sobie, że nad przywództwo w zwycięskich wojnach i nad wyrocznię sprawiedliwości wzbija się wysoko urząd mędrca, który sens wojen i danie puenty mającym skończyć się dziejom czyni wartościami anachronicznymi! Prowadzenie wojen wojownicze narody Starożytności uważały za jedyne zajęcie godne mężczyzny. Sprawiedliwe rozsądzanie, kto po śmierci winien dostąpić wieczystej kary, a kto – wieczystej nagrody, zdawało się funkcją mędrstwa i potęgi. Czyż nie jest czymś o niebo bardziej fascynującym niż to, co daje sławę niepokonanego do końca świata zabijaki lub obdarza tytułem sprawiedliwego sędziego świata, który dobiegł swego końca, to, co odblokowuje koniec świata, umożliwiając mu dalszy bieg – pośród zajęć takich jak uczestnictwo w sztuce i nauce, poznawanie i rozkoszowanie się niebywałymi dokonaniami innych?

            Bezwolnie nadstawiam tyłek, który pielęgniarka nakłuwa igłą strzykawki, tłocząc weń następnie oleisty płyn o działaniu mającym uszczuplić mój rzekomo nadmierny wigor. Znoszę to wszystko, na poły wierząc, że w gruncie rzeczy jest to drobiazg, przeciwko któremu nie ma co wytaczać najcięższych armat, na poły zaś godząc się na zło, które mi się wymierza, ponieważ walka z nim byłaby jeszcze okropniejsza. Idę na łatwiznę? Być może. To jednak, że nie nauczyłem się normalnie żyć, dało i ciągle daje mi świadomość spraw,  jakie dla charakterologicznego typu osobowości, zwanego przeze mnie normicką, były i są nie do pomyślenia. Normita nie zastanawia się, dlaczego zawodnicy odbywający futbolowy mecz – w okresie, gdy toczy się zwyczajna gra, miny mają nijakie po obu stronach, natomiast jednocześnie wyraz ich twarzy nabiera uczuciowego zabarwienia, gdy pada bramka. Radosne oblicza przywdziewają zdobywcy, smutne – ci, co bramkę utracili. Ja, jako psychita (nie jest to słowo równoznaczne z epitetem „schizofrenik”!), czyli człowiek, który poprzez pewne skrzywienie własnej psychiki w sposób dla siebie naturalny deformuje nagminnie przyjęte (najczęściej bezmyślnie) zwroty i zwyczaje tych spośród ludzi, którzy za punkt honoru poczytują sobie, chwalebną skądinąd, dążność do poprawności, stosunkowo łatwo formułuję prawdy z zakresu przez innych pomijanego, bo uważanego za nieistotny lub wyczerpany. Tak i tu, w temacie tak przecież zjeżdżonym przez sportowe dziennikarstwo, dokonuję niebanalnego odkrycia. Otóż jest tak, że uznaje się za usprawiedliwione reagowanie na przykrość okazaniem smutku, a okazaniem radości – na osiągnięcie czegoś, co dla nas korzystne. Zwykle człowiek jednak ani pomyśli, że zawsze nasza radość jest skutkiem czyjegoś smutku, natomiast (też zawsze) nasz smutek jest zawiniony przez czyjąś radość. Jest tak, ponieważ nijakość bytu jednemu daje radość jedynie przez sprawienie przykrości drugiemu i nie płynie to bynajmniej z jakiejś wyjątkowej złośliwości co poniektórych, tylko stanowi powszechne prawo biologii (której i psychologia jest, jak gdyby właśnie nadbudowaną, częścią), toteż nawet życzyć komuś szczęścia będzie dla nas poniekąd aktem niebezpiecznym, gdyż, deklarując jednemu sympatię, narazimy się na antypatię drugiego, którego kosztem owo szczęście nasz przyjaciel może osiągnąć. To sama biologia antagonizuje ludzi tudzież wszelkie biobyty, a to, jak sądzę, w celu wypracowania przez zwycięzcę tego antagonizmu wartości, o jaką widocznie w grze tej (Bogu?) chodzi. Antagonizm bowiem realizuje się przez walkę, w toku zaś walki (o ile będzie to walka Alberta Einsteina z Izaakiem Newtonem) dochodzi do odkryć, które można niesamowicie spożytkować. Mam tu na myśli spożytkowanie tego rodzaju jak kreacja nowych szans dla wszechświata i, co za tym idzie, dla człowieka. Zrozumiałe, że przemianą świata nie są zainteresowani ci, którym w tym świecie dobrze, jak i ci, którzy pożądanie niemożliwego uważają za stratę czasu tudzież sił i w związku z tym sieją defetyzm problemowy, nawołując do naśladowania sprawdzonych „starych i dobrych” wzorów – zupełnie tak, jakby wzór Cezara, który ogniem i mieczem cywilizował podbijanych przez siebie dzikusów, w dobie tryumfu pokoju i demokracji miał jakąś wartość. Postęp w dostosowywaniu świata do swoich potrzeb życiowych daje dziś myślącym jednostkom sposobność do wbudowywania w byt sensów większą niż kiedykolwiek. Rzecz w tym, iż myślenie to zabawa pojęciami – według przyjętych wzorów, stosowanych przez ludzi normalnych w fotograficznej jakby dosłowności. Pedantyczna zaś dosłowność rzadko kiedy prowadzi do powstawania nowych koncepcyj, jakie budują postęp poznawczy i technologiczny. Znajomość, ale też nieufność wobec wiedzy, jaką – przychodząc na ten świat zastaliśmy, przy aparacie intelektualnym, jakiśmy odziedziczyli, daje niekiedy wynik naukowy, a przynajmniej wyrazowy – taki, że dłonie świadomych rzeczy kibiców same składają się do oklasków. Niemniej dokładność w szczegółach wielu konceptatorów gubi, ponieważ w owych szczegółach się zatracają, zwłaszcza że szczegółowością tak absorbującą, że wprost wypaczającą sens istotnego uogólnienia, odznacza się fotografia ich pamięci. Tymczasem taki psychita jak ja (o ile jest nas nas więcej) błądzi wśród poznawanych ludzkiej przemyślności dokonań, syntetyzując je na poziomie podstawowym według prawideł, których zastosowalność, dla niego niewątpliwa, dalece odbiega od tego, co w tej mierze przyjął za dopuszczalne obowiązujący normitę myślicielski standard. Psychita nie lubi liczyć się z rzeczywistością, czy raczej z tym jej dolepionym, nie zawsze poważnym, a jak poważnym, to często poważnie nietrafionym fragmentem, jakim są poglądy ludzkie, nazywane przez swoich profesorskich, dumnych z nich twórców – ludzką wiedzą. Uczyć się u mądrzejszych od siebie? Ależ uznawać kogoś za lepszego od siebie w jakiejkolwiek dziedzinie to błąd, którego później nigdy już nie uda się naprawić! Wiem, bywa, że pokorni  uczniowie danej sztuki przewyższają w końcu swoich mistrzów. A, żeby ich przewyższyć, trzeba wpierw opanować materiał, który, w imię trwania wypracowanych prawd w świadomości pozostających przy życiu, odchodzący przecież mistrzowie pragną nam przekazać. Tym niemniej nawołuję do niezależności. I posiadania wizji dalej mierzącej niż tam, gdzie sięgał horyzont naszego mistrza. Po wyzwoleniu się spod jego wpływu zresztą będziemy przecież musieli stać się samodzielni. Być to może, że, chłonąc wiedzę, niedobrze jej aksjomaty traktować z rezerwą, ponieważ, gdy do określonego zadania nie podejdziemy z pełnym przekonaniem, wszystko nam się rozmyje. Jednak w twórczości mającej pretensje do przydatności w zaradzaniu kłopotom swego adresata – takim jak jego poczucie osaczenia przez bezsens – podawane treści winny być nasączone potem własnym ich autora, choć pewną wartość zachowa i popis erudycyjny. Są zresztą różne drogi do „prawdy, która może nas wyzwolić”. Akurat ja wybrałem taką drogę do tej „prawdy”, jakiej tak zwany rozsądny człowiek nie nazwie nawet ścieżyną. „Błądźmy, błąd nas naprowadzi” – postulowałem w jednym ze swoich młodzieńczych wierszy. Tak i teraz liczę na sukces sformułowania zbawiennego (dla siebie, ludzkości i wszechświata) programu – poprzez przejęzyczenie, pomyłkę – tak zresztą swoją, jak i obcą. Co oczywiste, ludzie operujący w problematyce cen piw, win i wódek nie będą robili, pomocnych – jak wierzę – ogólnemu postępowi, błędów w zakresie kosmologii, tylko mogą się pomylić co do tego, za ile litrów piwa w danym kraju dostanie się kieliszek „mocniejszego” alkoholu. Namawiam wszystkich zdolnych popełniać błędy (a takich jest wszak multum) do masowego wkroczenia na teren problematyki poważnej. Popełnienie pomyłki zwłaszcza nietypowej może bowiem zwrócić uwagę zdolnych rozumować poprawnie na niedotykany dotąd aspekt sprawy ważnej dla wszystkiego, a więc i dla wszystkich. Z grających w gry liczbowe milionów hazardzistów  jeden musi bezbłędnie skreślić wylosowane później numerki; takie jest prawo wielkich liczb. I niech masy interesują się procesem bytowania wszechświata, czyniąc spostrzeżenia. Przez rozpoznawanie szans tegoż wszechświata (wśród których kryje się możliwość zaradzenia jego zagrożeniom) zbudujemy szanse nieśmiertelnego i doskonałego życia dla siebie! Amen.